30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Margo nie podjęła decyzji o wyjeździe, po prostu wyszła z mieszkania, zamknęła za sobą drzwi i szła przed siebie tak długo, aż nogi same zaprowadziły ją na lotnisko. Nie pamiętała drogi, nie pamiętała, czy padało, czy wiał wiatr, czy ludzie mijali ją obojętnie, czy ktoś potrącił ją ramieniem w tłumie. Wszystko zlało się w jedną, zamazaną plamę, w której istniał wyłącznie ciężar osiadający pod mostkiem i pulsujące pod skórą zmęczenie.
Stała przy stanowisku odprawy z biletem kupionym na oślep, wybierając pierwsze miejsce, które nie kojarzyło się z Toronto. Nie miało znaczenia dokąd leciała. Liczył się wyłącznie kierunek oddalający ją od niego, od komisariatu, od mieszkania pachnącego jego perfumami i od słów, których nie była w stanie unieść.
Telefon drżał jej w dłoni długo zanim zdobyła się na wybranie numeru kapitana. Nie przygotowała żadnej historii. Nie przemyślała jej wcześniej, nie budowała logicznych wyjaśnień ani szczegółów, które uczyniłyby kłamstwo wiarygodnym. Nie miała siły, nie była w stanie stworzyć niczego lepszego niż pierwsza rzecz, która pojawiła się w głowie - tego, że jej brat miał wypadek, że potrzebuje jej natychmiast, że nie ma wyboru.
Słowa wychodziły z ust mechanicznie, pozbawione emocji, wyuczonego tonu skruchy czy odpowiedzialności. Brzmiała obco nawet dla samej siebie. Poprosiła o dwa tygodnie, powiedziała, że wróci, gdy sytuacja się uspokoi i nie słuchała odpowiedzi do końca. Rozłączyła się, schowała telefon na dnie plecaka i nie sięgnęła po niego ani razu.
Nie włączyła go następnego dnia, ani tydzień później. Przez pierwsze dni spała długo, ciężko, niemal bez przerw, jakby organizm próbował nadrobić tygodnie napięcia skumulowanego pod skórą. Budziła się w obcych pokojach, w hotelach wynajmowanych na kilka nocy, później w kolejnych. Nie przywiązywała się do miejsc i nie miała planu. Wstawała rano, wychodziła na ulice nieznanych miast, siadała w kawiarniach, patrzyła na ludzi i próbowała nie myśleć.
Ale myśli wracały z a w s z e.
Przychodziły nocą, w ciszy, w momentach, w których świat przestawał zagłuszać wnętrze głowy. Wracał jego głos. Wracał obraz jego twarzy tamtej nocy. Wracało wyznanie, które rozdarło wszystko, co znała.
Zabiłem kogoś.
Nie potrafiła od tego uciec. Próbowała wmówić sobie, że dystans coś zmieni, a kilkaset kilometrów oddzielających ją od Toronto pozwoli odzyskać równowagę; odzyska dawną wersję siebie, kobietę pewną własnych decyzji, wierzącą w odznakę, sprawiedliwość i jasno wyznaczone granice.
Ale ta kobieta nie wróciła.
Przez cały miesiąc żyła w stanie zawieszenia. Nie była już tamtą wersją siebie, lecz nie potrafiła też odnaleźć się w nowej. W swojej głowie odchodziła dziesiątki razy, wyobrażała sobie, że nie wraca, że po prostu znika. Zostaje w jednym z tych anonimowych miast, znajduje pracę daleko od policji, daleko od Toronto, od niego, od wspomnień, które nie pozwalały oddychać. Innym razem widziała siebie wracającą wyłącznie po to, by położyć wypowiedzenie na biurku kapitana. Bez próśb o przeniesienie, bez negocjacji i walki. Wierzyła, że to byłoby prostsze.
Ale nawet w tych wizjach pozostawał problem, którego nie umiała rozwiązać.
R h y s.
Nie istniała wersja przyszłości, w której znikał całkowicie. Był obecny w jej snach. Towarzyszył jej w porannych spacerach, w ciszy wynajmowanych pokoi, w przypadkowych piosenkach słyszanych w restauracjach. Pojawiał się tam, gdzie nie chciała go widzieć. Wspomnienia wracały zbyt wyraźnie. Widziała go w innych ludziach, w sposobie w jaki obcy mężczyzna patrzył na kobietę, w tonie głosu przypadkowego człowieka w sklepie, w ciężarze dłoni, gdy ktoś nieopatrznie dotknął jej pleców, gdy mijała się z nim na zatłoczonej ulicy.
Nie potrafiła odciąć emocji, nie potrafiła ich z a b i ć.

Po trzech tygodniach włączyła telefon tylko na chwilę. Zobaczyła lawinę nieodebranych połączeń, wiadomości i powiadomień. Kapitan nie pytał czy wróci - zagroził jej i miała s i e d e m dni. Albo pojawi się na komisariacie, albo nie będzie miała do czego wracać.
Czytała tę wiadomość długo - nie dlatego, że ją zaskoczyła, po prostu nie poczuła n i c. Zmęczenie odebrało jej zdolność do gwałtownych reakcji. Nie potrafiła się przestraszyć, nie potrafiła się zdenerwować. Siedziała z telefonem w dłoni, patrząc w ekran tak długo, aż wygasł.
Do Toronto wróciła trzydzieści dni po wyjeździe, a trzydziestego pierwszego zjawiła się w pracy wbrew własnej woli. Poranek był chłodny, wilgotny, a przeszklone drzwi biurowca odbijały rozmyte światło wschodzącego dnia. Stała przed nimi dłuższą chwilę, zanim zdecydowała się wejść. Nie czuła ekscytacji, nie wracała do miejsca, które kochała. Nie miała w sobie tej dawnej pewności, z którą przekraczała próg komisariatu, wierząc, że robi coś ważnego i słusznego.
Nie wyobrażała sobie siedzenia przy tym samym biurku, spojrzenia naprzeciw i odnalezienia jego twarzy. Nie rozumiała w jaki sposób miała funkcjonować w miejscu, które nagle stało się sceną dla źle napisanego przedstawienia. Jak miała udawać, że nadal wierzy w system, że nadal stoi po tej samej stronie. A jednocześnie nie potrafiła odejść, bo to oznaczałoby definitywność.
A ona nadal nie była gotowa na d e f i n i t y w n e rzeczy.
Wiedziała, że czeka ją rozmowa z kapitanem. Nie miała złudzeń, że okaże względem jej zachowania wyrozumiałość. Wiedziała, że zostanie postawiona pod ścianą, że będzie słuchała reprymendy, zarzutów i słów o rozczarowaniu.
Najbardziej bała się jednak j e g o. Pierwszego spojrzenia, tej pierwszej sekundy, pierwszego momentu, w którym stanie znów w tej samej przestrzeni. I dokładnie w chwili, której się spodziewała, usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Jej ciało zareagowało szybciej niż myśli, serce uderzyło boleśnie o żebra, a oddech zatrzymał się w połowie.
Uniósłszy wzrok, natychmiast go odnalazła. Nie musiała szukać, pośród tylu twarzy istniał wyłącznie on. Zielone oczy przecięły przestrzeń między nimi z brutalną łatwością. Wiedziała, że ją wyczuł, że zauważył od razu, a jego ciało zareagowało dokładnie tak samo.
Tęsknota uderzyła w nią nagle, boleśnie odbierając możliwość oddychania. Miesiąc nie zmienił niczego, nie zabrał tego uczucia, nie wygasił go w najmniejszym stopniu. Obrała więc jedyną linię obrony, którą znała i która, jak sądziła, wciąż działała - słowa. - Wyglądasz świetnie - odezwała się, ironizując, gdy stanął naprzeciw, podarowując jej wyłącznie ciszę.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

well if i could apologize, put the light back in your eyes
soon your touch will disappear, it's something that i recognize
Margo odeszła.

Być może zniknęła byłoby lżejszym słowem - takim, które pozostawiało pewne pole do interpretacji. W przeszłości uwielbiał się nimi posługiwać, zostawiać sobie furtki, dzięki którym oddychało mu się nieco lżej, żyło nieco lepiej. Możliwość innej opcji usuwała niewygodę ostateczności, z którą nigdy nie radził sobie zbyt dobrze, nie, z którą nie radził sobie w c a l e.
Ani dwa lata temu, gdy ostateczność była posadzką w łazience mokrą od różowej wody.
Ani teraz, gdy była nią cisza zapadająca po zamknięciu się drzwi.
Wraz z nimi zamknęły się wszystkie furtki. Wszystkie alternatywne wersje, w których mógłby, pomimo wszystkich swoich grzechów, być człowiekiem wartym kobiety takiej jak ona. Wszystkie zawahania, w których doszukiwał się w niej chęci wybaczenia, zaakceptowania tego, co nigdy nie było akceptowalne. Nie było już niczego.
Chciałby powiedzieć, że nie było już j e j.
Bo choć zniknęła, towarzyszyła mu od chwili, w której opuścił jej mieszkanie. Czuł na sobie ciężar jej słów gdy wchodził do samochodu, zatrzaskiwał za sobą drzwi i tkwił w ciszy, spoglądając niewidzącym wzrokiem na zapadający po drugiej stronie szyby półmrok. Towarzyszyła mu gdy Dodge wreszcie wytoczył się z miejsca parkingowego, gdy ruszył którąś z dróg w stronę centrum miasta, by następnie je minąć, wytoczyć się gdzieś na drogę stanową. Mknąć do przodu, w tym odrętwieniu, tym miarowym brzmieniu silnika tak długo, aż kontrolka paliwa zaczynała niebezpiecznie przypominać o końcu podróży. Wszystko, byle tylko nie wracać do domu.
Ponieważ w nim już na niego czekała.
Była w zapachu poduszki leżącej obok, w pościeli, w której znalazł zaplątaną jej bluzę. Tkwiła w jego łazience, w podrzuconych kosmetykach leżących na umywalce i na jednej. z półek. W lodówce, w której zapakowała resztę przygotowanej przez nią kolacji - ostatniej, jaką miała mu przygotować. W pieprzonym odbiciu lustra, w którym widział bliznę po ranie, którą zszyła. Wyryła się na jego ciele tak samo, jak wyryła na jego duszy.
Jakaś jego część dostrzegała ironię losu, który znów wrzucił go do punktu wyjścia - boleśnie odczuwającego brak kobiety, która jeszcze chwilę wcześniej przy nim była. Ale choć strata Sophie była brutalna, w tej brutalności była też pewna definitywność. Ucinała ich więź jednym, sprawnym ruchem, nie zostawiała miejsca na wątpliwości, jedynie na wspomnienia, żal i powolne odnajdywanie własnej rutyny.
Ślad, który Margo odcisnęła na jego sercu był niczym jątrząca się rana, która nigdy nie miała się zabliźnić. Nie, gdy miał świadomość tego, że wciąż gdzieś tam była. Swoista furtka, która pozostawała uchylona samoistnie. Czy chciałaby odzyskać swoje kosmetyki? Swoją ciemną bluzę, którą zawsze zakładała w jego mieszkaniu gdy otwierał okno by zapalić? Kiedy będzie mógł oddać jej klucze do jej mieszkania? Kiedy ona zwróci jego?
Pierwsza noc była jak wszystkie następne - gorąca, choć wiosna wciąż nie panowała w pełni w Toronto. Parna, duszna i pozbawiona snu, który nigdy nie przychodził mu z łatwością. Była jałowym wpatrywaniem się w zegarek, w ekran telefonu, w jakiejś absurdalnej nadziei na zobaczenie jej wiadomości. Była rzucaniem się z miejsca na miejsce we własnej sprzeczności, walcząc z tymi porywami serca, które pragnęły, by to on zadzwonił, a których nie mógł nigdy posłuchać.
Nigdy więcej nie mógł mu ulec.
Tydzień później zmienił pościel. Jej poduszkę schował do szafy, w tej wściekłości, której nie czuł w ten sposób dwa lata temu. Dwa tygodnie później wyrzucił jej kosmetyki. Upchnął bluzę na samo dno szafy, gdzieś pod poduszką, pod mundurami, na które nie zasługiwał, a które nawet teraz przypominały mu galę, na której stali razem na balkonie.
Po trzech tygodniach zostawił kluczyki do jej mieszkania w szafce jej pustego biurka.
Jego telefon był pełen powiadomień, których nie chciał czytać.
Telefonów od pana Mercer, pragnącego dowiedzieć się co takiego uczynił jej córce, że postanowiła uciec z Toronto. Słuchał na poczcie głosowej o tym, jakie Margo robiła sobie problemy w pracy i cokolwiek spieprzył, powinien to naprawić, inaczej zagrozi jej karierze.
Wiadomości od Carbone'a. Twoja dziewczyna nie próżnuje. Chcesz wiedzieć, gdzie jest?
Nie wiedział, dlaczego odsłuchiwał pocztę głosową, dlaczego odczytywał wiadomości. Robił to w jakimś odruchu, który nie przynosił mu niczego poza zaciśniętą szczęką, nadchodzącą migreną i przypomnieniem o tej pustce w sercu, w miejscu, w którym kiedyś była o n a.
A w którym nie było wcześniej nikogo innego.
Myślał, że znalazł się już po tej stronie, że spoglądał już w otchłań, która w odwecie odpowiedziała mu własnym spojrzeniem. Ale to wszystko było inne, było nowe, wyniszczające na sposoby, które nie wzbudzały w nim już wściekłości. Odebrała mu to jedno narzędzie, dzięki któremu jakoś parł do przodu za każdym razem, gdy tego wymagała od niego sytuacja. Z jej zniknięciem, zniknęła nie tylko miłość, którą do niej czuł - zniknęła też nienawiść, którą wymieniali się jak piłkami na boisku w każdych potyczkach.
Zostawiła pustą skorupę. Skorupę, która wtoczyła się tego dnia na posterunek tak, jak wtaczała się każdego innego. Jego barki były lekko zgarbione, przygniecione ciężarem ostatniego miesiąca. Na policzkach pojawił się lekki zarost, efekt zaniedbania - podobnie jak włosy, coraz dłuższe, opadające na jego czoło w sposób, który nieustannie go irytował, ale niewystarczająco by zmusić go do skrócenia ich. Nie sypiał, nie tak, jak powinien, o czym świadczyły podkrążone oczy o zgaszonym kolorze.
Ten dzień był jednak i n n y.
Wyczuł to, tę zmianę, niemal natychmiast po przekroczeniu progu. Powróciła do niego zapachem perfum, wciąż unoszącym się w korytarzu, przez który przeszła. Nie powinien być z tego powodu zdziwiony - kapitan informował go, że jeśli nie ogarnie swojej partnerki, obydwoje będą mieli problemy. Tak samo przedstawił mu ultimatum, które jej wystosował. Wiedział, że wraca.
A jednak gdy stanął naprzeciw, na jedno uderzenie serca zamarł.
Bo wraz z nią wróciło wszystko inne. Wróciła tęsknota, rozdzierająca go od środka na widok jej piwnego spojrzenia, jej zadartego nosa i pełnych ust. Wróciło pragnienie znalezienia się bliżej, chwycenia jej w swoje ramiona po miesiącu rozłąki, która niszczyła go od środka każdego dnia i każdej nocy.
Wróciła w ś c i e k ł o ś ć, gdy chwycił wszystkie te emocje i spętał przygotowanymi wcześniej kajdanami. Emocje, którym uległ już raz, niszcząc nie jedno, a dwoje ludzi. Niszcząc jej pasję, jej ambicję, miłość do pracy i wszystko to, co czyniło ją nią. Emocje, których nienawidził teraz całym sercem za to, do czego doprowadziły.
Emocje, którym nie zamierzał ulegać ponownie.
- Poprosiłem kapitana o przydzielenie ci innego partnera - odparł, sucho, zatrzymując się w miejscu. Mógł ją wyminąć, mógł przejść do swojego biurka, ale pragnął, by odsunęła się najpierw. Nie chciał znajdować się w jej pobliżu. - Chciał z nami porozmawiać, więc pewnie już na nas czeka.
Nie miał jej do powiedzenia nic więcej.
Nie mógł.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie spodziewała się ciepła. Nie oczekiwała ulgi, drżenia głosu ani zawahania, które mogłoby zdradzić, że przez ostatni miesiąc nosił w sobie choćby część tego samego ciężaru. Wiedziała jaki był Rhys, gdy podejmował decyzję. Potrafił odcinać się od emocji z precyzją człowieka, który ćwiczył to latami, zamykać uczucia pod skórą, spychać je głęboko, tak daleko, by nie przeszkadzały w oddychaniu i funkcjonowaniu. Widziała to już wcześniej w tych wszystkich momentach, gdy coś w nim pękało, a on zamiast pozwolić sobie na słabość, budował mur.
Zawsze potrzebowała czasu, cierpliwości i własnej upartości, by przebić się przez tę skorupę. Uczyła się go długo; sposobu w jaki napinał szczękę, gdy chciał ukryć gniew, spojrzenia uciekającego na bok, gdy prawda stawała się zbyt ciężka do wypowiedzenia. Potrafiła odczytywać go z drobnych gestów, których inni nigdy by nie zauważyli.
Teraz nie chciała tego robić. Było prościej uwierzyć w chłód, w ten dystans, który od pierwszej sekundy rozciągnął się między nimi, choć stali tak blisko. Łatwiej było przyjąć, że odciął się od wszystkiego, co ich łączyło, że nauczył się żyć obok wspomnień i nie oglądał się za siebie. Tego właśnie się spodziewała.
Nie przygotowała się jednak na jego wygląd, bo z bliska wyglądał ź l e.
Nie chodziło o kilkudniowy zarost ani włosy, które dawno przestały być uporządkowane. Nie o podkrążone oczy, choć widać je było natychmiast. Chodziło o ciężar, który nosił na barkach, o przygarbioną sylwetkę, o zmęczenie osiadające na nim tak wyraźnie, że nie dało się go przeoczyć. Wyglądał, jakby przez ostatni miesiąc nie żył naprawdę, a jedynie odhaczał kolejne dni z przyzwyczajenia.
I to ścisnęło ją za serce, bo wiedziała, że część tego zmęczenia należała do niej.
To ona zostawiła po sobie pustkę. To ona była powodem cieni pod jego oczami, tego zaniedbania, tej niechęci do uporządkowania czegokolwiek wokół siebie. Mogła uciec z Toronto, mogła wyłączyć telefon i schować go na dnie plecaka, mogła próbować wmówić sobie, że odcięła się od wszystkiego, ale nie potrafiła odsunąć od siebie świadomości, że znikając, zabrała ze sobą coś również z niego.
Przez jedną krótką chwilę zapragnęła zrobić coś głupiego - wyciągnąć rękę. Poprawić włosy opadające mu na czoło. Dotknąć jego policzka, przesunąć palcami po zarośniętej skórze, tak jak robiła to setki razy wcześniej. Przybliżyć się na tyle, by poczuć jego zapach i wyszeptać mu do ucha, że nigdy naprawdę nie odeszła.
Ale ten miesiąc nauczył ją czegoś, czego wcześniej nie potrafiła. K o n t r o l i.
Nie tej wymuszonej, opartej na zaprzeczaniu własnym emocjom. Takiej, która pozwalała zatrzymać impuls zanim przejął władzę nad ciałem. Takiej, która nie pozwalała dłoni drgnąć ani spojrzeniu zdradzić tęsknoty.
Stała wyprostowana, spokojna, niemal chłodna. Makijaż skutecznie zakrywał ślady bezsenności, włosy spięte w ciasny kucyk nie pozostawiały miejsca na chaos, a luźniejsze ubrania sprawiały wrażenie przypadkowych, choć były wybrane z precyzją. Wyglądała, jakby panowała nad sytuacją. Tylko ona wiedziała, ile wysiłku kosztowało ją utrzymanie tej maski.
Jego słowa spadły między nich ciężko. Inny partner. Powinna poczuć ulgę, uznać, że to najlepsze rozwiązanie, a jednak coś zacisnęło się boleśnie w środku, ponieważ nawet po wszystkim nie była gotowa na tak prostą definitywność. - Świetnie - odpowiedziała spokojnie, odwracając się zanim dostrzegłby cokolwiek więcej. - Uwolniłeś mnie od tego obowiązku. Miałam poprosić o to samo - ruszyła w stronę gabinetu kapitana, czując jego obecność za plecami bardziej niż powinna. Zapukała trzy razy i nacisnęła klamkę.
Powietrze w środku było ciężkie. Mężczyzna siedział za biurkiem, oparty o fotel z wyraźnym napięciem wpisanym w twarz. Spojrzał na nich długo, bez pośpiechu, jakby już sam widok ich dwójki wystarczał, by wyprowadzić go z równowagi. Gestem wskazał miejsca naprzeciwko. - Mercer. Znalazłaś drogę do roboty? - nie oczekiwał odpowiedzi, w jego tonie pobrzmiewała pogarda wymieszana ze zmęczeniem człowieka, który miał dość cudzych problemów.
Margo usiadła ostrożnie, splatając dłonie na kolanach. Czuła napięcie rozchodzące się po karku, ciężkie i nieprzyjemne. - Twoje miejsce nadal istnieje wyłącznie dzięki twojemu ojcu - rzucił ostro. - Gdyby nie jego nazwisko, dawno wyleciałabyś stąd z hukiem - słowa trafiły celnie, a ona poczuła znajome ukłucie w klatce piersiowej. Nie złość, nie upokorzenie, a świadomość, że niezależnie od wysiłku, od godzin spędzonych na pracy, od tego, co osiągnęła, zawsze znajdzie się ktoś, kto sprowadzi ją wyłącznie do nazwiska. - Nie… - odezwała się cicho, ale jej przerwano. - Nie odzywaj się - zamilkła natychmiast.
Kapitan przeniósł spojrzenie na Maddena. Margo kątem oka dostrzegła, że odsunął swoje krzesło odrobinę dalej. - Mam was oboje serdecznie dosyć - warknął kapitan, splatając dłonie na biurku. - Zachowujecie się jak dzieciaki, które nie rozumieją, że to nie pieprzona szkoła średnia - podniosła wzrok, choć czuła narastające napięcie w żołądku. Wiedziała, że ta rozmowa nie zakończy się szybko. - Madden, wyjaśnij mi jedną rzecz - kontynuował ostro. - Jakim cudem uznałeś, że możesz żądać zmiany partnera? - wskazał palcem w stronę Margo, nie patrząc na nią ani przez sekundę.
- To jest t w ó j partner. Niezależnie od tego, co odpierdoliliście poza robotą - zacisnęła mocniej dłonie, a paznokcie wbiły się lekko w skórę. Przygotowała się na gniew, na pretensje. Nie była jednak gotowa na konieczność siedzenia obok niego w tej dusznej ciszy i świadomości, że dzieli ich kilka centymetrów i całe tygodnie milczenia. - Trzeba było myśleć wcześniej, zanim urządziliście sobie romans - dodał kapitan, bezlitośnie.
Romans.
Brzmiało płasko, lekko, zbyt powierzchownie.
Jakby wszystko, co wydarzyło się między nimi można było sprowadzić do błędu, chwili słabości, niepotrzebnego komplikowania zawodowych zasad. Jakby nie było w tym miesięcy budowania czegoś, co wymknęło się spod kontroli. Jakby nie było nocy, rozmów, ciszy dzielonej bez przymusu. Jakby nie było miłości, której żadne z nich nie potrafiło zatrzymać.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyglądała tak n o r m a l n i e.
Uderzyło go to w drugiej chwili, gdy sama świadomość jej obecności już zagościła na dobre w jego głowie. Różniła się diametralnie od tego, w jaki sposób ją zapamiętał. Nie było już potarganych włosów niedbale zwiniętych w kok, nie było pozbawionej makijażu twarzy o podkrążonych oczach, ani luźnej bluzy ledwo zasłaniającej jej pośladki. Nie stała w półmroku zaniedbanego mieszkania, które niegdyś błyszczało, przyjmując go w swoje progi.
Wyglądała l e p i e j.
I ta myśl zagnieździła zupełnie inny rodzaj złości, gdzieś z tyłu jego głowy. Uświadomiła mu, że ten miesiąc rozłąki, miesiąc, który on spędził myśląc o niej każdego dnia o każdej porze, w praktyce pozwolił jej odżyć. Pozbierać się po tym, gdy to on ją zniszczył, sprowadził na ziemię do poziomu, do którego nigdy wcześniej nie spadła. Ten miesiąc sprawił, że Margo w y d o b r z a ł a, jakby był chorobą, której musiała się pozbyć, izolując przez ten cały czas.
Z tą złością ruszył za nią do gabinetu kapitana. Pozwolił jej wejść przodem, samemu uporczywie długo zamykając za nimi drzwi, przy których stanął nawet na moment, rozważając, czy może zwyczajnie przy nich stać, nie zajmować miejsca obok niej. Ostre spojrzenie kapitana natychmiast ucięło jego zamiary, zmuszając, by podszedł do jego biurka. Chwycił za krzesło i przesunął się lekko, nie zamierzając nawet jej d o t k n ą ć, nawet przypadkiem, nawet ramieniem.
- Na przykład takim... - odrzucił wzgardliwie, gdy słowo romans przyniosło ze sobą więcej goryczy, niż chciałby to przyznać. - że nie widzisz problemu ze zmienianiem partnerów gdy ci, których przydzielacie do mnie za karę, wreszcie mają tego dość, Stones - dodał, widząc, jak spojrzenie mężczyzny ciemnieje, jak jego cierpliwość już nadszarpnięta natychmiast ulatuje przez okno. Mimo tego, kontynuował, z niemal masochistycznym zajęciem. - Przywileje wyboru partnera najwyraźniej już mnie nie dotyczą?
Huk rozległ się w pomieszczeniu gdy pięść starszego mężczyzny uderzyła o blat, kończąc jego pytanie, choć na końcu języka miał kolejne zdania godne wypowiedzenia. Kapitan pochylił się, z niemal drapieżną uwagą studiując twarz detektywa.
- Miałem do ciebie dużo cierpliwości, Madden. Z uwagi na to, co wydarzyło się wcześniej - wycedził, obniżając swój głos o oktawę. - Pozwalałem ci wtaczać się do tego miejsca kiedy chciałeś, zrzucać papierkową robotę na innych i użalać się nad sobą po kątach. Ponieważ wciąż miałeś wyniki i wciąż byłeś dobry w tej robocie.
Czas przeszły mu nie umknął - uniósł jego brew w górę, tak samo, jak kącik ust w ironicznym uśmiechu, który jedynie rozjuszył siedzącego po drugiej stronie blatu mężczyznę.
- Jeśli dalej będziesz tak bezużyteczny jak byłeś przez ten miesiąc, nie będę miał już żadnego powodu żeby cię tu trzymać - prychnął, chwytając za leżące przed nim akta. - Ciebie nie uratuje nazwisko. A my nie jesteśmy na ty. Nie teraz.
Nie, nazwisko jego ojca nie znaczyło zbyt wiele, nawet, gdyby wciąż żył. Nawet, gdyby nie był zapijaczonym brutalem, którego wrzaski zapisały się w jego podświadomości.
- Nowa sprawa, skoro ominęliście odprawę - warknął, rzucając akta na krawędź blatu, pomiędzy nich. Madden nie pochylił się, by po nie sięgnąć. - Morderstwo mężczyzny, podejrzewają jego żonę. Coś w sam raz dla was.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dystans, który stworzył między nimi już w chwili, gdy przesunął krzesło odrobinę dalej, nie był przypadkiem. Nie wynikał z wygody ani z braku miejsca w ciasnym gabinecie kapitana. Był świadomym ruchem, chłodnym komunikatem, którego nie musiał wypowiadać na głos, bo i tak rozbrzmiał dla niej wystarczająco wyraźnie.
Czuła go niemal fizycznie, jak niewidzialną ścianę postawioną dokładnie tam, gdzie wcześniej istniała bliskość. A potem przyszły jego słowa, suche, ostre, rzucone z tą charakterystyczną obojętnością, którą potrafił przywdziewać lepiej niż ktokolwiek inny. Mówił o zmianie partnera, o przywilejach, o karze. O n i e j.
Kara.
Używali tego określenia wcześniej wielokrotnie, obracali w żart, prowokację, czasem w coś na granicy flirtu, coś podszytego ironią i napięciem. Nigdy jednak nie brzmiało w ten sposób. Nigdy nie niosło za sobą takiej ostateczności, takiego chłodu. Mimowolnie odwróciła głowę w jego stronę, wzrok zatrzymując na profilu twarzy, który znała lepiej niż powinna. Spodziewała się, że poczuje to samo co dawniej, że wymusi na nim reakcję, że choć przez sekundę spojrzy na nią tak, jak patrzył zawsze, gdy nie potrafił ukryć emocji.
Nic takiego się nie wydarzyło. Nie drgnął.
Zaskoczyło ją to, jak dobrze nauczył się istnieć obok niej, nie pozwalając sobie na żaden błąd. Wyglądał, jakby przez ten miesiąc ćwiczył tę obojętność codziennie, budował ją cierpliwie, cegła po cegle, aż stała się czymś trwałym, naturalnym. Nie spotkała wcześniej nikogo, kto potrafiłby tak skutecznie zamknąć emocje pod powierzchnią skóry.
Dłoń kapitana uderzająca o blat wyrwała ją z własnych myśli. Drgnęła lekko, odruchowo spinając ramiona. Huk odbił się od ścian, przywracając rzeczywistość, od której przez chwilę odpłynęła. Siedziała nieruchomo, dłonie splatając mocniej na kolanach, słuchając kolejnych słów spadających na nich z brutalną szczerością. Nie próbowała się tłumaczyć. Nie dlatego, że zgadzała się z każdym zarzutem, ale dlatego, że zwyczajnie nie miała już w sobie energii do walki. Czuła się wypalona do granic, pusta w sposób, którego wcześniej nie znała.
Powrót do tego miejsca nie przywrócił niczego. Nie przyniósł poczucia celu, nie obudził dawnej pasji. Najbardziej jednak nie wiedziała, czy podoła jemu. Temu, że będzie obok; że usiądzie dwa biurka dalej, usłyszy jego głos kilka razy dziennie, wyczuje zapach perfum, spojrzy przypadkiem i natychmiast przypomni sobie wszystko, co próbowała zostawić za sobą.
- To wszystko? - odezwała się dopiero wtedy, gdy teczka spadła pomiędzy nich z głuchym dźwiękiem. Sięgnęła po nią niemal odruchowo, bardziej po to, by czymś zająć dłonie, niż z rzeczywistego zainteresowania sprawą. Podniosła się chwilę później, zanim kapitan zdążył odpowiedzieć. Powietrze w gabinecie wydawało się ciężkie, zbyt gęste, przesycone napięciem, które osiadało na skórze. - Jedna wpadka i oboje wylatujecie. Wynocha - rzucił ostro, odwracając wzrok do dokumentów, jakby rozmowa przestała mieć dla niego znaczenie.
Wyszła pierwsza, nie oglądając się za siebie. Nie spojrzała na Rhysa ani razu, wracając do swojego biurka. Położyła teczkę na blacie trochę zbyt mocno, pozwalając, by opadła na j e g o stronę, a sama usiadła ciężko na krześle. Komputer pozostawał wygaszony, a kubek z zimną kawą nadal stał tam, gdzie go zostawiła, więc objęła go obiema dłońmi, skupiając się na chłodzie porcelany.
Dopiero po chwili uniosła wzrok, śledząc jego sylwetkę przechodzącą obok. - Stara śpiewka - odezwała się spokojnie, zadzierając lekko głowę. - To ja mam dość i potrzebuję nowego partnera. Mogłeś przyznać, że to ty naprawdę nie możesz znieść mojej obecności.
- Możesz zająć się tą sprawą sam. Nie będę ci wchodzić w drogę - tego zawsze od niej chciał - żeby trzymała się z daleka, teraz pragnęła mu to podarować - w o l n o ś ć.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ostry głos kapitana nie był w stanie wyrwać go z odrętwienia, w które wpadało jego ciało. Zapadał się w krzesło, w którym siedział, niezdolny do utrzymania kręgosłupa w pionie - lub niechętny do sprawiania choćby wrażenia tego, że cokolwiek było w porządku.
Robienia tego, co robiła ona.
Wściekanie się nie było trudne. Było wręcz k u r e w s k o łatwe, z miliona powodów, które nasuwały mu się na myśl na raz. Był wściekły na siebie, że doprowadził do tej sytuacji, że uległ głupocie własnego serca i pozwolił jej się zbliżyć. Na pewnym poziomie był wściekły na nią, za to, że go zostawiła, że wróciła wyglądając znów tak idealnie, tak dobrze, podczas gdy on przypominał pieprzony wrak człowieka.
Ta złość była pobudzająca, choć jeszcze niewystarczająca by wzbudzić w nim coś więcej niż napięcie z wolna ogarniające ciało. Była też nowa - jak zastrzyk paliwa po miesiącu, które spędził bez niego. Czuł jej drżenie pod skórą, gromadzącą się energię gdy poderwał się z krzesła i ruszył do wyjścia, nie czekając na nią, nie patrząc w jej stronę.
Nie m ó g ł tego zrobić.
Bał się, że jeśli znajdzie się blisko, w tej przestrzeni osobistej wypełnionej jej zapachem i gorącem jej ciała, pieczołowicie zbudowana przez niego fasada runie wraz z postanowieniem o dystansie. Popełnił już ten błąd, wstąpił na tę ścieżkę i wiedział, że nie prowadziła ona do żadnego, dobrego zakończenia. Nie zamierzał robić tego ponownie.
Nawet, gdy jego serce przyśpieszyło na widok jej sylwetki zajmującej miejsce przy biurku, tym, przy którym nie było jej od czterech tygodni. Tym, przy którym siedzieli gdy z wolna się w niej zakochiwał.
Opadł na fotel ciężko, pusty wzrok wbijając w akta rzucone przez nią na blat. W niemal pedantyczny sposób patrzył na to, jak tkwiły nieco bardziej po jego stronie, choć nigdy wcześniej nie miało to znaczenia - nawet wtedy, gdy jeszcze tak naprawdę się nie znali, a ich relację wypełniała niechęć.
T o było dalekie od niechęci. Było czymś innym, intensywniejszym.
- Niczego takiego nie powiedziałem - odrzucił krótko, przenosząc swój wzrok z ekranu komputera na siedzącą naprzeciw kobietę. - Zresztą, jakie to ma kurwa znaczenie?
Jego wzrok ześlizgnął się z jej piwnych tęczówek na teczkę, która wciąż leżała zbyt po jego stronie - w parze ze słowami, które wypowiadała.
- Mam odwalić całą robotę za ciebie? - prychnął, sięgając do teczki - wyłącznie po to, by przesunąć ją o kilka centymetrów do przodu, na j e j stronę. - Jestem pewien, że poradzisz sobie z tym śpiewająco, detektyw Mercer.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było coś, czego nauczył ją przez cały czas trwania tej relacji - nieświadomie, może nawet wbrew sobie. Zakładania maski. Funkcjonowania pomimo chaosu, wychodzenia do ludzi z twarzą pozbawioną emocji, chowania wszystkiego głęboko pod skórę, tam, gdzie nikt nie miał dostępu. Przez długi czas obserwowała jak robił to z niemal irytującą łatwością. Potrafił pojawić się na komisariacie po nieprzespanej nocy i mimo to siadał przy biurku, rzucał krótkim komentarzem, wykonywał swoją pracę, jakby nic nie było w stanie go złamać.
Ostatni miesiąc pokazał jej ile kosztuje podobne udawanie.
Może właśnie to mu odebrała, znikając bez słowa. Może zabrała mu tę umiejętność, pozostawiając ją sobie, bo teraz to ona siedziała naprzeciw niego wyprostowana, spokojna, pozornie niewzruszona. Nikt nie widział poranka, podczas którego przez dłuższą chwilę opierała się o brzeg łóżka, zbierając siły, by w ogóle wstać. Nikt nie wiedział, ile energii kosztowało ją wejście do tego budynku i przejście przez znajome drzwi bez zawrócenia.
Siedziała naprzeciw niego i udawała, że to wszystko nie miało znaczenia; że ich rozłąka nie rozdarła jej na pół, że przez ostatnie tygodnie nie budziła się z jego imieniem zatrzymanym gdzieś pomiędzy snem a świadomością, że nie wracała do niego w myślach częściej, niż powinna.
Patrzyła na niego długo, niemal uparcie. Wiedziała, że właśnie od tego uciekał. Siedział spięty, zmęczony, z tym charakterystycznym chłodem, za którym ukrywał wszystko, czego nie chciał czuć. Widziała napięcie osiadające na jego barkach, sposób w jaki unikał pełnego spojrzenia, jakby nawet to mogło okazać się zbyt niebezpieczne. Miała wrażenie, że jeśli pierwsza odwróci wzrok, przegra. - Żadne - mruknęła cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Obserwowała, jak przesuwa teczkę w jej stronę, ten prosty ruch wykonany z chłodną precyzją. Nie chciała jej dotykać, sama obecność tutaj była wystarczająco trudna, a wizja zagłębiania się w kolejną sprawę wydawała się niemal absurdalna. - Tak jak ja robiłam to za ciebie wcześniej? - odezwała się spokojnie, pochylając lekko do przodu. - Czemu nie mielibyśmy zamienić się rolami. O ile dobrze słyszałam, jesteś teraz na cenzurowanym bardziej niż ja - przesunęła teczkę z powrotem na jego stronę. Powoli, bez pośpiechu, niemal demonstracyjnie. Ten gest był drobny, dziecinny, ale potrzebowała czegoś, co pozwoli utrzymać dystans.
Mogła powiedzieć więcej. Czuła pod językiem zdania, które aż prosiły się o wypowiedzenie. Mogła przypomnieć mu wszystkie momenty, w których to ona przejmowała ciężar ich relacji, gdy zamykał się w sobie i znikał emocjonalnie. Mogła zranić go dokładnie tak samo, ale nie zrobiła tego, bo wciąż istniała granica, której nie przekraczała. Ta, za którą zajrzała raz, sugerując mu w złości, że to on ponosił winę za śmierć Sophie, czego żałowała do dzisiaj.
- Mogę na koniec podpisać raport - dodała ciszej, spoglądając w bok na współpracowników rzucających im ukradkowe spojrzenia. Komisariat nigdy nie zapominał. Ludzie tutaj żyli cudzymi historiami, składali je z półsłówek, napięcia i niedopowiedzeń. Ich obecność obok siebie przyciągała uwagę, nawet jeśli żadne z nich nie powiedziało niczego znaczącego.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ten spokój doprowadzał go do szału.
W ich relacji zwykle było na o d w r ó t. Zwykle to jemu udawało się trzymać emocje w ryzach, z dala od powierzchni, ku której mogłyby wypłynąć. To on tkwił w okopach własnego tworzenia, z których powoli, nieubłaganie go wyciągała, każdą kłótnią i każdym flirtem schowanym w zwykłych konwersacjach. A teraz to ona była u góry, ze swoimi ułożonymi włosami, wyprasowaną koszulą beznamiętnym wyrazem twarzy.
Wiedział, że na to zasługiwał.
A jednak bolało to bardziej, niż chciałby to przyznać. Bolała myśl, że wtargnęła do jego świata i serca z takim impetem po to, by wyjść z niego z taką łatwością. Że choć zmuszono ją do powrotu na komisariat, robiła to z taką nonszalancją, jakby w ogóle nie wyszła.
Najbardziej jednak bolała go myśl, że musiał znosić jej towarzystwo z daleka.
- To zabawne - odpowiedział, bez cienia wesołości. - Bo ja słyszałem, że jeśli nie doprowadzimy tej sprawy do końca, wylatujemy oboje.
Wyprostował się, jego mięśnie wyrwały się z letargu uświadamiając mu, jak dawno tego nie robił. Sięgnął do teczki, którą dziecinnie przesunęła z powrotem na jego biurko - i pchnął ją mocniej, bardziej zdecydowanie, tak, że zatrzymała się na środku jej blatu.
- Czy dalej ci jest wszystko jedno, Mercer? - prychnął, ignorując uciekające ku nim spojrzenia. - W takim razie żadne z nas nie musi robić niczego.
Nawet, jeśli miało to być niczym innym, jak utrudnianiem śledztwa. Nawet, jeśli miało to kosztować życie człowieka, który zostanie błędnie osądzony - bądź pozostawienie na wolności tego, który zamordował innego z zimną krwią. Czy ten brak sprawiedliwości powinien mu przeszkadzać?
Czy on sam nie był dokładnie takim człowiekiem?
Drgnął, dostrzegając j e g o twarz, gdzieś za kobiecymi plecami. Evans zbliżył się, ewidentnie nie wyczuwając napięcia w powietrzu. Jego dłonie znalazły się na ramionach kobiety w pieszczotliwym geście.
- Margo! Dobrze cię widzieć - rzucił głośno, znacznie głośniej niż wszystkie jadowite słowa, które wypowiadali między sobą chwilę wcześniej. - Mam nadzieję, że wczasy się udały.
Mrugnął porozumiewawczo do kobiety, z ociąganiem zdejmując z niej swoje dłonie. Dłonie, na których spojrzenie Maddena utknęło, zafiksowało się z gorejącą gdzieś w głębi zieleni nienawiścią. Zmusił się do oderwania od niej spojrzenia, powiódł nim po detektywie odchodzącym gdzieś w bok.
- Na pewno były bardzo udane - skwitował z ironią, siłą rzeczy powracając do jej twarzy. - Jak brat? Wyzdrowiał? - jego brew uniosła się w górę.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miała ochotę zacisnąć mocno dłonie, zamknąć oczy, wypuścić powietrze powoli, a później powiedzieć mu spokojnie, żeby przestał nazywać ją po nazwisku. To drażniło bardziej, niż powinno. Brzmiało obco i chłodno, nie pasowało do nich. Nie po wszystkim, co wydarzyło się między nimi, nie po nocach, w których wypowiadał jej imię zupełnie inaczej.
Mercer należało do początków, do tamtego etapu, w którym byli dla siebie tylko partnerami, ludźmi siedzącymi naprzeciwko przy biurkach, wymieniającymi uszczypliwości i spojrzenia pełne ostrożności. Teraz to nazwisko brzmiało jak cofnięcie ich do miejsca, które już nie istniało.
Pozwoliła sobie wyłącznie na lekki, krzywy uśmiech, patrząc na niego spokojnie, choć wewnątrz wszystko pozostawało napięte. - Tak, nadal jest mi wszystko jedno - odpowiedziała, nie odrywając od niego wzroku. Sięgnęła po teczkę i odwróciła ją na drugą stronę, tak by numer sprawy i oznaczenia akt zniknęły z pola widzenia. Nie chciała patrzeć na przypomnienie obowiązków, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej traktowała niemal jak świętość. Przesunęła ją niedbale i postawiła na niej kubek z niedopitą kawą, jakby w ten prosty sposób mogła uciszyć wszystko, co próbowała narzucić im rzeczywistość.
- Możemy siedzieć tutaj do nocy i patrzeć sobie w oczy, jeśli to ci odpowiada - powiedziała to spokojnie, ale pod słowami kryło się coś więcej - prowokacja i może odrobina desperacji. Wiedziała, że nie wytrzymałby długo takiej ciszy. Wiedziała też, że sama prawdopodobnie również nie.
Nie zdążyła jednak zatrzymać spojrzenia na nim na dłużej, bo ruch za plecami wyrwał ją z tej napiętej przestrzeni. Głos Evansa rozciął powietrze z nieprzyjemną lekkością, zupełnie niepasującą do ciężaru, który osiadł między nią a Rhysem. Na jej twarz wypłynął uśmiech, inny niż wcześniej. Lżejszy, bardziej miękki, choć w rzeczywistości podszyty czystą premedytacją. Najpierw spojrzała na Maddena - celowo, wystarczająco długo, by zauważył zmianę w jej wyrazie twarzy. Daniel Evans od początku pozostawał drażliwym punktem ich relacji, cieniem dawnej historii, którego Rhys nigdy nie ignorował.
Dopiero potem odwróciła się do mężczyzny stojącego obok. - Było c u d o w n i e - odpowiedziała lekko, pozwalając, by ton jej głosu zabrzmiał swobodniej. Przeniosła dłoń na rękę Evansa, przesuwając po niej palcami w delikatnym, niemal czułym geście. - Odetchnęłam. Przez chwilę miałam wrażenie, że naprawdę żyję. Dobre uczucie, polecam - Daniel uśmiechnął się szerzej, niczego nie podejrzewając. Pochylił się lekko, rzucając półgłosem kilka słów, których nawet nie słuchała do końca. Czuła za to spojrzenie Maddena, nie musiała go widzieć, by wiedzieć, że tam było. Gęste, ciężkie i trudne do zignorowania.
Mężczyzna odsunął się po chwili, witając jej p a r t n e r a wyłącznie krótkim skinieniem głowy, chłodnym i wymuszonym. Zniknął pomiędzy biurkami, zostawiając po sobie ciszę, a Margo odwróciła się powoli z powrotem. - Nie przypominam sobie, żebym mówiła ci gdzie byłam - odezwała się spokojnie, unosząc brew. - Skąd więc ta pewność? - założyła nogę na nogę i skrzyżowała ramiona na piersi, opierając się wygodniej o krzesło. Czuła niepokój pod skórą, bo w c i ą ż reagowała na niego za mocno. Nawet po miesiącu wystarczyło kilka słów, kilka spojrzeń, by znów poczuła znajome drżenie pod żebrami. I nienawidziła tego, bo powinna była nauczyć się obojętności równie dobrze, jak on.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ta zmiana mówiła wszystko.
Przyglądał jej się niemal w zwolnionym tempie. W tym sposobie, w jaki napięte rysy jej twarzy łagodniały, przemieniając jej oblicze na to, które znał lepiej niż własne. Jak jej łuk brwiowy się relaksował, zaciśnięta szczęka rozluźniała. Patrzył na ten u ś m i e c h, który wpełzał na jej twarz, na wygięte usta w górę gdy odwracała swój wzrok, stając się Margo, którą znał i kochał. Łagodną, pogodną Margo, w której niewinnych słowach chował się pewien pazur, którego osoba pokroju Evansa nie była w stanie dostrzec.
Był przekonany, że przed odejściem, mężczyzna coś odpowiedział. Widział, jak rozchyla usta i z pewnością wydobyło się z nich jakieś miałkie gówno, którego on nie zaszczyciłby nawet komentarzem. Ale nie docierał do niego żaden dźwięk.
Tylko łomotanie jego własnego serca, obijającego się o klatkę piersiową. Uderzającego w żebra z tym hukiem, który zagłuszał wszystko inne. Nienawidził go, nienawidził tego, jak reagowało na to wszystko, na nią, na Evansa, na tę pieprzoną farsę, w której musieli uczestniczyć. Tego, że go zdradzało, napięciem, które spinało jego kark, które zwijało jego dłonie w pięści.
Musiał stąd wyjść. Musiał stąd, kurwa, zniknąć.
Jego fotel z jazgotem odsunął się od biurka gdy gwałtownie podniósł się na nogi, wypuszczając powietrze z ust. Nachylił się do przodu, ponad własnym biurkiem, wkraczając w przestrzeń ponad blatem należącym do niej - niebezpiecznie blisko, tak, że do jego nozdrzy dopadł ten zapach, który wciąż czuł na swojej poduszce. Dlatego się jej pozbył.
- Twój ojciec dzwonił do mnie wielokrotnie - odparł lakonicznie, ignorując jej zapach, ignorując jej obecność. Chwycił za krawędź akt, które odłożyła tyłem do góry i szarpnął, wysuwając je spod kubka z impetem, który niemal go przewrócił. Czarna kawa wylała się z jego wnętrza na blat. - Masz rację, Mercer. Sam to załatwię.
Wyprostował się, zabierając ze sobą akta. Nawet nie wiedział, w które miejsce powinien się udać, jeszcze ich nie czytał - ale każde było lepsze niż ten pieprzony komisariat.
- Pozwolę ci nadrobić zaległości - prychnął, odwracając się od biurka. - W końcu masz ich dużo.
Jego wzrok powiódł po nieświadomym niczego Evansie i odwrócił się w stronę wyjścia, ku któremu ruszył krokiem zbyt szybki, by miał być neutralny.
By zająć się tym bez niej.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”