25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Zniknął. Słuch po nim zaginął, a jej na pamiątkę zostały tylko ubrania, których z każdą spędzoną u niej nocą przybywało, szczoteczka do zębów i… Murphy. Tak. Przyszedł do niej z psem, zjedli razem kolację, obejrzeli jakiś film, który okazał się mniej fascynujący niż ich usta. Rano śniadanie, wspólny spacer z psami i potem wyszedł, mówiąc, że musi coś załatwić i wróci później. Jako później przyjęła po prostu popołudnie. Potem wieczór, następny ranek… aż w końcu musiała pogodzić się z myślą, że jego powrót należało ulokować po prostu w bliżej nieokreślonej przyszłości. I choć martwiła się, do tego stopnia, że obdzwaniała szpitale, aby dowiedzieć się czy może nie przywieźli nikogo o rysopisie Dantego i sprawdzała wszelakie strony internetowe, na których ludzie publikowali wizerunki osób, które zostały znalezione, ale nie były w stanie powiedzieć kim były i gdzie mieszkały. Pewnie łatwiej byłoby do niego po prostu zadzwonić. A sprawę już w ogóle by ułatwiało, gdyby odbierał ten telefon i gdyby pilnował, żeby był włączony. Równie dobrze mogłaby zgłosić jego zaginięcie i naprawdę resztkami silnej woli się powstrzymywała. Wiedziała, że nie byłby zadowolony, gdyby rozmawiała na jego temat z Dougiem… tylko dlaczego ją to w ogóle obchodziło? Bez słowa ją zostawił!
Znowu…
I to chyba bolało najbardziej. Że historia zatoczyła koło, że znów poszedł w cholerę, a jej nie zabrał ze sobą. Ale tym razem nie miała czasu na użalanie się nad sobą. Musiała przecież pracować, studiować, zająć się psami, bo nie zamierzała nigdzie oddawać tego uroczego szczeniaka, który zaczynał już reagować na komendę przywołania, nie wspominając o "łapa", "siad" czy "leżeć". Obiecała Dantemu, że go odpowiednio wyszkoli i choć on nie pokładał w tym żadnych nadziei to wyglądało na to, że miała jakiś wrodzony talent. Szkoda, że takiego jednego nie nauczyła komendy „SMS” albo "odbierz ten pieprzony telefon".
Olive nie miała problemu z zostawaniem samej w domu przez dłuższy czas, ale Murphy ze względu na swoje szczenięce ADHD zdecydowanie nie nadawał się do takich rozwiązań. Dlatego odpowiedzialna Elsa zrobiła psiakom kącik w swoim salonie. Odgrodziła dla nich przestrzeń specjalnymi barierkami, rozłożyła na podłodze matę, nawrzucała tam zabawek, kocyków, a także miski z dostępem do wody i gdy przychodziła pora na smaczki to także specjalną matę z wypukleniami między które chowała chrupki dzięki czemu szczeniak, bo to wszystko było z myślą o nim, musiał się trochę namęczyć i zmęczyć zanim wszystko opędzlował. Murphy na szczęście nie dokonał większych zniszczeń ani w salonie, ani u niej w domu. Sam sobie krzywdy nie zrobil, pomijając jedną wizytę u weterynarza, kiedy to musieli wyciągnąć mu kleszcze, ponieważ podczas spaceru wytarzał się w jakichś krzakach i przyniósł do domu nieproszonych lokatorów. Ale dostał smaczki, nową obróżkę i leki przeciwzapalne na powstałe ranki, więc i tak wydawał się być zadowolony, a już na pewno uznał, że było warto, bo zaraz po wyjściu z kliniki chciał znów wleźć w jakieś paprotki.
Elsa naprawdę starała się jak mogła, aby zająć się psem pod nieobecność jego pana, jednocześnie nie mogąc przestać myśleć o Dante i zamartwiając się, co się stało, że znów przepadł jak kamień w wodę. Akurat chciała wstawić na swoje sociale zdjęcie koloryzacji, którą wykonała na włosach klientki, kiedy pokazała jej się inna fotografia — na koncie jednego z klubów, które obserwowała widniało zdjęcie z zeszłonocnej imprezy. Przedstawiało Dantego nachylonego nad śliczną blondynką, oboje uśmiechnięci, z drineczkiem w ręce… myślała, że serce jej zaraz wyskoczy z piersi. To ona się zamartwiała, że coś się stało, że stała mu się krzywda, że znów wyjechał, a on… on był kilka kilometrów dalej z jakąś francą…?!
Przez myśl jej przeszło, że powinna tego wieczoru odwiedzić owy klub i może by jej się poszczęściło i zastałaby jaśnie pana królewicza, ale odezwała się w jej głowie ta rozsądna Elsa, która stwierdziła, że musi się uczyć przed zbliżającymi się zaliczeniami i zerowymi terminami egzaminów. Dlatego odrzuciła pomysł wypadu na imprezę, zapięła psy na smycze i długim spacerem wrócili do domu.
Ale to co zobaczyła pod swoimi drzwiami… no tego widoku nie było w jej dzisiejszym bingo. Dante Lavessaur we własnej osobie. Może gdyby nie widziała wcześniej tamtego zdjęcia z klubu to by się ucieszyła na jego widok i rzuciła w ramiona, ale w takim wypadku…
— Dzień dobry. Przepraszam, ale nie mam czasu, aby porozmawiać o Bogu. Fotowoltaikę juz mam, a nowych garnków nie potrzebuję, bo i tak nie umiałabym ich używać. — Podeszła bliżej i wyminęła go, aby otworzyć drzwi kluczem, a psy w tym czasie grzecznie usiadły obok jej nogi. Murphy zrobił to trochę niezdarnie, ale ewidentnie się starał! Zaraz po tym popchnęła drzwi i puściła obie smycze, aby zwierzaki mogły pobiec do swoich misek z wodą. — Jak wchodzisz to wchodź. Tylko drzwi zamknij za sobą — odburknęła jeszcze, samej wchodząc do środka i po ściągnięciu butów i schowaniu ich do szafki — wolała jednak nie kusić Murphy’ego i jego dziwnych upodobań do jej sandałków — udała się do kuchni i wstawiła wodę na kawę.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widocznie było trochę prawdy – a może nawet więcej niż trochę – w teorii, że zwierzęta upodabniały się do swoich właścicieli. Albo po prostu Dante, trafiając jakiś czas temu na bezpańskiego szczeniaka w parku, trafił przy okazji na swoją bratnią duszę na czterech łapach. Bo przecież tak samo jak Murphy kompletnie nie potrafił uczyć się na własnych błędach, co udowodnił usiłując wpakować się w paprotki tuż po wizycie u weterynarza, tak samo Dante zdawał się nigdy nie nabyć tej całkiem przydatnej umiejętności. Oczywiście, że jeszcze w czasach nastoletnich, zanim zdecydował się wreszcie wyjechać z Toronto, przynajmniej raz lub dwa zdarzyło mu się przepaść na kilka dni. Za każdym razem wracał jakby nigdy nic, może tylko trochę zmęczony intensywnie spędzonym czasem. Podobne zniknięcia z różną częstotliwością przydarzały mu się również później – wciąż widocznie bez idących z nimi w parze wniosków.
Ale przecież niezmiennie faktem pozostawało to, że żadnego z nich tak naprawdę nie planował. Tego konkretnego też nie, naprawdę mając zamiar wrócić do Elsy jeszcze tego samego dnia. Przeszkodą okazał się jeden spotkany znajomy, brak umiejętności przewidywania konsekwencji pewnych decyzji i… nieprzeciętny talent do uchylania się od jakichś przejawów odpowiedzialności połączony z zaskakującą łatwością do koncentrowania się tylko i wyłącznie na tu i teraz. Nie miał nawet pojęcia, w jaki sposób wyjście na jedno piwo zmieniło się w pełnoprawną imprezę w szerszym gronie, która najwyraźniej wcale nie miała skończyć się wraz z nastaniem kolejnego dnia.
I to zupełnie nie tak, że przez cały ten czas miałby ani razu nie pomyśleć o Elsie i o tym, że obiecał przecież wrócić później. Napisał jej przecież wiadomość. To znaczy… był absolutnie pewny, że to zrobił – na tyle, by nie zauważyć nawet, że ta nigdy nie miała okazji do niej dotrzeć przez jakiś wyjątkowo złośliwy błąd sieci. Nie sprawdził tego od razu, nie widząc żadnego powodu, dla którego miałby to robić, a później… Później stosunkowo szybko telefon znalazł się daleko poza jego zainteresowaniem – i to wystarczająco daleko, by nie tylko nie zauważyć tych kilku nieodebranych połączeń, ale też nie zorientować się nawet, kiedy dokładnie zdążył się rozładować i wyłączyć. Choć to najpewniej nastąpiło również całkiem szybko. Bo przecież wypadałoby chyba pamiętać o tym, że od Elsy wyszedł tylko na chwilę. Dość krótką, żeby nie musieć przejmować się poziomem baterii…
Nie miał jeszcze kaca, gdy dotarł pod jej dom. Chociaż to akurat – paradoksalnie – wcale nie było dobrą wiadomością, bo oznaczać mogło jedynie tyle, że najwyraźniej nie zdążył jeszcze w pełni wytrzeźwieć i że ten miał uderzyć z zaskoczenia, nieco później. Możliwe jednak, że liczył na to, że do tego czasu zdąży jakoś wytłumaczyć swoje zniknięcie Elsie, może nawet zdrzemnie się przez chwilę lub dwie i zmierzy się z tym nieuniknionym kacem w warunkach trochę bardziej komfortowych niż próg jej domu…
Stojący na podjeździe samochód mógł przecież sugerować, że powinna być w domu. Cisza panująca po drugiej stronie drzwi mówiła jednak coś innego. Zwłaszcza, gdy pod tym względem niewiele zmieniło się nawet wtedy, gdy na dłuższą chwilę zdecydował się oprzeć rękę o dzwonek. Środkowym palcem pozdrowiwszy w kolejnej chwili sąsiada, który zdążył się tym spektaklem zainteresować przechodząc akurat obok, zrezygnował w końcu z dalszych prób dobijania się i… właściwie nie bardzo wiedział co dalej. Nie miał przecież zamiaru wracać do siebie – najpierw wypadałoby przynajmniej zabrać od Elsy psa… – a z rozładowanym telefonem nie miał nawet szans na to, by spróbować jakkolwiek się z nią skontaktować. Pozostawało więc jedyne rozwiązanie, jakie zdawało się mieć jakikolwiek sens…
Rozsiadając się względnie wygodnie pod drzwiami, zdążył wypalić odnalezionego w kieszeni skręta, a później doczekać się również nieuniknionego bólu głowy. Póki co lekko ćmiącego, dopiero zapowiadającego, że na tym z całą pewnością się nie skończy. Zanim jednak miałby jakoś poważniej się tym przejąć, zauważył ją wreszcie zmierzającą wraz z psami w kierunku domu. Z nowym kolorem włosów. I chociaż ten i tak wciąż zmieniał się przecież absurdalnie często, i tak wywołało to jakiś dziwny skurcz w żołądku – bo… na ile tak właściwie zniknął…? Dwa… trzy dni…? Kurwa. Nawet gdyby bardzo próbował się przed tym wzbraniać, chyba i tak nie było sensu zaprzeczać, że znowu ewidentnie stracił rachubę czasu. A jednak mimo wszystko uśmiechnął się, ignorując chłodny ton, a skupiając się jedynie na treści jej wypowiedzi.
Nie musisz ich przecież używać, możesz po prostu postawić je obok tych, które już masz i traktować jak ozdobę. Albo… – nie dokończył, jakoś nie widząc sensu w dalszym udawaniu, że miałby to być z jej strony żart. Nie po kolejnych jej słowach, po których rzeczywiście podniósł się, nie zamierzając przecież czekać na to, aż miałaby zmienić zdanie i jednak zamknąć mu te drzwi przed nosem.
Els… – zaczął, po drodze do kuchni schylając się jeszcze, by pogłaskać Murphy’ego, który najwyraźniej z lekkim opóźnieniem musiał przypomnieć sobie, że w sumie znał tego typa, toteż wypadałoby przynajmniej na chwilę podbiegnąć i się przywitać. – Wiem, że miałem wrócić trochę wcześniej. I… serio, miałem taki zamiar. Tylko… jakoś tak wyszło, że coś poszło nie tak…
Można byłoby pomyśleć, że pakując się co chwilę w jakieś idiotyczne sytuacje, powinien przynajmniej nabrać trochę wprawy w późniejszym tłumaczeniu się. Tyle, że to nadal nie było jego mocną stroną. Zdecydowanie bardziej preferował strategię, zgodnie z którą mógłby po prostu udawać, że absolutnie nic się nie stało i że wszystko było jak najbardziej w porządku. Ale przecież nie sposób byłoby nie zauważyć, że była zdenerwowana – trudno byłoby się jej dziwić… – i raczej nie dałoby się chyba uznać, że ta częściej przez niego wybierana strategia miałaby się w tym przypadku sprawdzić… O ile oczywiście nie zależało mu na tym, żeby w dalszym ciągu traktowała go z tą chłodną rezerwą, którą chyba naprawdę niewielka granica dzieliła od kompletnego ignorowania jego obecności. A nie zależało mu na tym – wręcz przeciwnie. I pewnie właśnie dlatego zdecydował się chwycić jej dłoń, podchodząc bliżej i… wciąż wprawdzie nie miał dla niej zbyt wielu sensownych wyjaśnień, ale też trudno byłoby posądzać go o to, by ten gest miał jakoś porządniej przemyśleć.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Gdyby dostała od niego wiadomość to z pewnością problem nie urósłby do takich rozmiarów. Bo przecież każde powiadomienie w telefonie wywoływało u niej palpitacje serca. Nawet jak była podczas farbowania klientki to zostawiała ją na sekundę i biegła do blatu recepcji, aby po chwili doznać bolącego rozczarowania, gdy SMS okazał się być wiadomością marketingową od hurtowni, w której to zapisała się do newslettera na zniżki na ich szampony i produkty do pielęgnacji włosów, a nie informacją od Dantego… jakąkolwiek. Że żyje, że ma się dobrze, że zaraz naprawdę wróci, albo wręcz przeciwnie — że przemyślał sprawę, że to wszystko było błędem, począwszy od spotkania z nią, przez pocałunki, wspólne pieszczoty…
Ale nigdy takiego smsa nie dostała. Zamiast tego nadal przed oczami miała jego zdjęcie świetnie czującego się w towarzystwie nieznanej jej blondynce.
Dlatego nie było jej do śmiechu, gdy powiedział ten głupi żart o garnkach, które mogłaby trzymać jako ozdobę w kuchni. Pewnie w normalnych okolicznościach by się uśmiechnęła do niego z politowaniem, ale w tej chwili miała problem, żeby w ogóle na niego spojrzeć. Czuła od niego ten okropny odór alkoholu zmieszany z zielskiem i potem — ciężki, lepki, okropnie duszący. To nie był ten sam Dante, który przyszedł do niej do salonu, a potem spędził z nią noc. To nie był ten Dante, który jeszcze nie tak dawno pilnował, aby nie nadwyrężała za bardzo poparzonej ręki… i choć pamiętała jego podobne wyskoki z liceum to chyba się łudziła, że po ich szczerej rozmowie, tamten dzieciak już nie wróci.
Zamrugała zdezorientowana, kiedy złapał ją za dłoń. Przez te kilka sekund nie wyrwała się. Stała tak, z lekko uchylonymi ustami. Jakby wszystko w niej na moment się zawiesiło — myśli, gniew…
Dopiero potem wróciło. Wszystko naraz.
Zamrugała szybko, jakby próbowała się ocknąć, i delikatnie wysunęła dłoń z jego uścisku. Przycisnęła ją do piersi, drugą ręką obejmując nadgarstek, jakby chciała ją ochronić. Albo ukryć.Bo jej ciało zdradzało ją bardziej, niż by chciała.Poszarpane skórki przy paznokciach, zaczerwienione, miejscami pęknięte. Na knykciach ślady — cienkie, półokrągłe odciski zębów. Niektóre jeszcze lekko sine. Bo gdy nie mogła poradzić sobie ze stresem swoim gadulstwem, skubała skórki. A gdy z nich pociekła krew, atak paniki powstrzymywała zagryzając mocno pięści. A tak wyglądały ostatnie dwa dni, ale najgorszy był chyba wczorajszy, kiedy już naprawdę nie miała żadnego pomysłu, co mogło się z nim stać i jedyne co przychodziło jej do głowy to to, że znów uciekł. I wcale nie zamierzał wracać.
— Jakieś przepraszam? Przykro mi? Nie…? Tak myślałam. — Nie wiedziała jak miała odebrać te jego wyjaśnienia. Że chciał wrócić wcześniej, ale coś poszło nie tak. Coś nie wyszło… nie wyjść to mogło mu co najwyżej zadanie z fizyki na sprawdzianie w szkole średniej, a nie zapadnięcie się pod ziemię.
— Byłam u Ciebie w mieszkaniu! Dzwoniłam po szpitalach! Dzwoniłam do ciebie, pisałam! Ty w ogóle wiesz po cholerę masz telefon?! — Początkowo zamierzała mu zaproponować, aby poszedł się umyć, potem spać i jak wytrzeźwieje to usiądą i porozmawiają. Ale nie potrafiła wyzbyć się tego gniewu i rozpaczy, które w niej buzowały jak gejzer.
— Cały ten czas spędziłeś w klubie? Trzy pieprzone dni spędziłeś na chlaniu, ćpaniu i bajerowaniu blondynek?! Mówiłeś, że to nuda, a jednak jakoś cholernie cię do nich ciągnie! A teraz… teraz przyszedłeś tutaj! Nadal napruty! — O tym też nie zamierzała pierwotnie wspominać, ale tak samo jej się wymsknęło. Tylko czy się myliła? Przecież jego była dziewczyna, której imienia nigdy nie poznała, była blondynką, teraz ta laska z klubu… i do kogo on wracał? Do krzykliwego jednorożca, który nie zamierzał nigdy wracać do swojego naturalnego koloru.
I już chciała znów podnieść głos, aby dalej mu wygarnąć i wyrzygać wszystkie żale, ale poczuła jak robi jej się dziwnie ciepło. Świat jakby się odsunął, stracił ostrość. Kontury lodówki, blat, jego sylwetka — wszystko zaczęło się rozmywać, miała wrażenie, że patrzyła przez wodę. Musiała się czegoś złapać, czegokolwiek. Dlatego jej dłoń odruchowo oparła się o lodówkę, chłodna powierzchnia pod palcami była jedynym czymś realnym w tej chwili. Czymś, co jeszcze trzymało ją w pionie.Zgięła się lekko w pół, bo tak było łatwiej oddychać. Albo przynajmniej tak jej się wydawało.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miał nawet pojęcia, że to jego głupie zniknięcie mogłoby aż tak na nią wpłynąć. W końcu… to nie było nic wielkiego, prawda? Nie przepadł przecież zupełnie, nie widzieli się ledwie kilka dni i… ciągle jeszcze pozostawała kwestia tej nieszczęsnej wiadomości, która nigdy nie miała okazji do niej dotrzeć. Zdecydowanie z jego perspektywy cała ta sytuacja nie prezentowała się aż tak dramatycznie – na pewno nie na tyle, by dawać jej powody do jakichś absurdalnych domysłów i wyobrażeń.
A jednak stan jej dłoni mógł dość dosadnie informować o tym, ile warta była ta jego perspektywa. Nieprzyjemne ukłucie mogło pojawić się już w momencie, kiedy zdecydowała się zabrać rękę. To jednak pewnie mogłoby szybko zniknąć – gdyby mimowolnie nie zatrzymał spojrzenia na dłużej na jej dłoniach… Trudno byłoby tak zupełnie nie dostrzec widniejących na nich śladów, tak samo jak trudno byłoby przynajmniej w jakimś stopniu nie domyślić się ich pochodzenia. I chociaż w pierwszej chwili miał ochotę sięgnąć po nie ponownie i przyjrzeć się im z bliska, ostatecznie odpuścił. Najwyraźniej nie chciała tego kontaktu i… w porządku. Przecież miała do tego prawo, tak samo jak zdecydowanie miała do tego podstawy.
Nawet jeśli tak naprawdę niewiele – jeśli cokolwiek – zdawało się być w tym momencie w porządku. Włączając w to te jej słowa, które miały możliwość do niego dotrzeć – bo akurat te, w których całkiem słusznie wypominała mu brak zasłużonych przeprosin, zgubiły się gdzieś pomiędzy wyrzucaniem sobie w myślach tego, że znów nie zastanowił się w porę nad możliwymi konsekwencjami jakiejś idiotycznej decyzji podjętej pod wpływem chwili i bez choćby odrobiny namysłu.
Przecież napisałem do ciebie – przeniósł zaskoczone spojrzenie z jej dłoni na twarz. Chociaż… może to jednak nie było tylko zaskoczenie. Mimo wszystko pewnie nawet jemu trudno byłoby zdefiniować tę drugą emocję, która miałaby pojawić się wywołana wzmianką o poszukiwaniu go w szpitalach… – Później… chyba rozładował mi się telefon, ale to jeszcze nie powód, żeby dojść do wniosku, że trzeba mnie w takim razie szukać gdzieś w szpitalu, nie…?
Oparł się o kuchenną szafkę, przy okazji z kieszeni wyciągając wspomniany telefon. Możliwe, że mimo wypowiedzianych właśnie słów, zdążył już zapomnieć, że bateria nie żyła przynajmniej od dwóch dni i że próba jego włączenia, żeby sprawdzić tę cholerną wiadomość, była raczej bezcelowa. O tym jednak przekonał się dość szybko, w efekcie po prostu odkładając bezużyteczne urządzenie na blat, by móc w kolejnej chwili przetrzeć twarz dłońmi w równie bezcelowej próbie poskładania myśli. Powolne trzeźwienie zdecydowanie tego nie ułatwiało, ale… przynajmniej próbował. Nie bardzo tylko wiedział, czy brak zrozumienia dla tego, co właściwie próbowała zarzucać mu Elsa w kolejnych swoich słowach, powinien również zrzucić na karb swojego aktualnego stanu, czy… czegokolwiek innego. Niezależnie jednak od przyczyny, to całkiem szczere zdezorientowanie musiało odmalować się na jego twarzy, kiedy znów na nią spojrzał.
Co…? Nie bajeruję żadnych blondynek i do żadnych mnie nie ciągnie. O czym ty właściwie mówisz? – nie miał pojęcia, czy to budzące się właśnie poirytowanie, które być może odbiło się również w tonie jego wypowiedzi, ukierunkowane było bardziej na niego samego i fakt, że rzeczywiście ostatnich kilka dni upłynęło mu w głównej mierze na chlaniu i ćpaniu, jak trafnie to ujęła, czy… może jednak na nią i na to, że do tego imprezowego zestawu postanowiła jeszcze dorzucić bajerowanie blondynek.
Zresztą, już nawet otwierał usta, żeby uświadomić jej, jak bardzo absurdalny miał być to zarzut. Tyle, że cokolwiek mógłby mieć do powiedzenia, ostatecznie i tak sprowadziło się to do wymruczanego pod nosem przekleństwa, kiedy zorientował się, że nie było nic naturalnego w tym, jak Elsa musiała oprzeć się o lodówkę i w jaki sposób pochylona łapała powietrze. Zaklął raz jeszcze, całkiem adekwatnie do sytuacji i bez większego namysłu odepchnął się lekko od blatu, by do niej podejść.
Co z tobą…? – nie zastanawiał się również wtedy, gdy jego dłoń znalazła się na jej plecach, delikatnie je gładząc. Zawahał się dopiero chcąc zadać drugą część pytania – i w porę ugryzł się w język, samemu najwyraźniej dochodząc do wniosku, że nic nie było w porządku i że w związku z tym nie trzeba było nawet pytać. A także wtedy, gdy chciał objąć ją ramieniem, żeby zaprowadzić ją gdzieś, gdzie przynajmniej mogłaby usiąść. W końcu… jeszcze przed chwilą nie chciała nawet, żeby trzymał ją za rękę. I raczej niewiele wskazywało na to, by cokolwiek w tej kwestii miało się zmienić. Mimo wszystko nie odsunął się, woląc jednak być w miarę blisko na wypadek, gdyby miała lada moment osunąć się na ziemię. Cofnął za to dłoń, która wcześniej zdążyła spocząć na jej plecach, zamiast tego na moment bezsensownie zawieszając ją w powietrzu.
Chcesz… wody? Albo usiąść…? Albo… nie wiem, cokolwiek? – oczywiście, że nie miał pojęcia co powinien zrobić. I oczywiście, że znów nijak sytuacji nie ułatwiał wciąż szumiący w głowie alkohol, zmieszany w dodatku z wszelkimi innymi substancjami, którymi przez ostatnie trzy dni raczył się w zdecydowanym nadmiarze. A jednak mimo wszystko nie chciał przecież tak po prostu stać i nie zrobić absolutnie nic, kiedy ewidentnie coś się z nią działo…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Brak jakiegokolwiek kontaktu z jego strony przez te dni był dla niej jasnym sygnałem, że nie traktował tego na poważnie. Tego, co ona najwyraźniej zdążyła sobie wmówić i wyobrazić na temat ich relacji. I chyba nadszedł czas, aby sobie uświadomiła, że to wszystko może działo się za szybko. Po spotkaniu w klubie widzieli się tylko raz w studio i zaraz po tym się ze sobą przespali. Może marsz weselny jej jeszcze w głowie nie grał, ale z pewnością pozwoliła obudzić się starym uczuciom i traktować go tak jak swojego chłopaka. A on? On był świeżo po rozstaniu. Bardzo świeżo… i dlatego w ogóle nie naciskała. Nie oczekiwała żadnych deklaracji, żadnych pięknych słów. Liczyła jednak, że może swoim zachowaniem pokaże jej, że naprawdę nie pełniła roli chwilowego pocieszenia albo urozmaicenia związanego z powrotem do przeszłości. Tylko to, że wyszedł i się słowem nie odezwał wskazywało właśnie na coś zgoła innego.
— Mhm, chyba na paragonie z baru. Tylko zapomniałeś gołębia posłać, aby mi dostarczył ten liścik. — Irytacja się w niej wzbierała w zastraszającym tempie. Czy już podczas tego rzekomego pisania był tak porobiony, że nawet zapomniał wysłać tą przeklętą wiadomość? A może wysłał, ale kontaktu mu się powaliły? I dlaczego poczuła ten nieprzyjemny ścisk w żołądku na myśl o tym, że smsa mogła dostać jego ex. Ale gdy wspomniał, że to nadal nie był powód, aby sobie wyobrażać najgorsze i szukać go po szpitalach, otworzyła szeroko oczy jakby właśnie się przesłyszała. Bo czy on właśnie robił z niej panikarę? I to jeszcze jakąś nawiedzoną?
— Nie było cię. Pieprzone. Trzy. Dni. TRZY dni. Nie wiem komu wysłałeś wiadomość, ale ja żadnej od ciebie nie dostałam. Nie było z tobą ŻADNEGO kontaktu! Przepraszam, że mi na tobie zależy i że się martwiłam! Przepraszam, że łapałam się wszystkiego, aby upewnić się, że nic ci nie jest albo żeby chociaż się dowiedzieć, gdzie jesteś! Albo nie. Nie przepraszam. Bo nie żałuję. I pewnie zrobiłabym to drugi raz… ale najpierw odwiedziłabym wszystkie kluby… — Zacisnęła pięści tak mocno, że aż pobielały jej knykcie, a paznokcie wbiły się boleśnie w skórę dłoni. Drżała — nie tylko z gniewu, ale i z tego paskudnego, duszącego poczucia odrzucenia. Przez chwilę patrzyła na niego, jakby szukała czegokolwiek — skruchy, zrozumienia, czegokolwiek, co mogłoby jej powiedzieć, że to wszystko nie było tylko jednostronne. Ale miała wrażenie, że widziała jedynie oznaki dyskomfortu związanego ze stanem w jakim się znajdował.
— Czyli… mam rozumieć, że jakbyś miał siedzieć przez trzy dni na mojej wycieraczce i się nie doczekał mojego przyjęcia to uznałbyś, że to w sumie normalne, tak? Że wszystko jest w porządku? Spoko, dobrze wiedzieć. — Już nie wiedziała czy chce jej się bardziej ryczeć czy ciskać w niego piorunami. I jeszcze ten tekst, że wcale nie bajerował blondynek. Dosyć energicznie, może nawet chaotycznie zaczęła szukać telefonu w kieszeni spodni, dochodząc do wniosku, że musi być w torebce, którą zostawiła w przedpokoju. Chciała jak najszybciej pokazać mu to pieprzone zdjęcie, które ktoś mu zrobił w klubie, ale natłok emocji, stresu, może nawet głodu, spowodował, że straciła grunt pod nogami. Zdążyła jednak oprzeć się o lodówkę, zachowując jako taki pion. Kilka głębszych oddechów też pozwoliło na dotlenienie mózgu i nie strącenie przytomności. A kiedy poczuła jego dłoń na swoich plecach i ten przyjemny masaż, zamarła, choć jej ciało było wdzięczne za troskę. Bo czuła, że w chwili, gdy się rozpadała, był obok gotowy ją złapać.
— Chcę… — wymamrotała cicho, po omacku szukając ręki, którą jeszcze kilka sekund temu miział ją uspokajająco po plecach, a którą tak po prostu zabrał. Chwyciła się jego przedramienia dosyć mocno jak na swoje możliwości i podreptała do salonu, gdzie usiadła na kanapie i na moment ukryła w dłoniach swoją buźkę, która jeszcze nie tak dawno była zaczerwieniona od emocji, a teraz wypadała tak dosyć… blado.
— Chyba lepiej będzie jak pogadamy o tym jutro… idź się odświeżyć, a potem spać. Na łóżku w sypialni leżą twoje czyste ubrania, dziś je ściągnęłam z suszarki… może jak wytrzeźwiejesz to coś do ciebie dotrze, bo na razie to robisz ze mnie histeryczkę… — Czy mogłaby kazać mu spieprzać do siebie? Mogłaby i chyba nikt by się jej nie dziwił. Ale nie zrobiła tego, nie ze względu na niego, bo obstawiała, że to nie jego taki pierwszy wybryk, a ze względu na Murphy’ego. Przecież Dante w tym stanie nadawał się do kilkunastogodzinnego spania, a potem jeszcze do walki z kacem, a nie do zajmowania się szczeniakiem z ADHD.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Problemem na pewno nie było to, że miałby nie traktować ich relacji poważnie. Albo – tym bardziej – że miałoby mu na niej nie zależeć. Problemem był ten nieszczęsny brak jakiejkolwiek odpowiedzialności i idiotyczna skłonność do podejmowania decyzji już, bez choćby chwilowego zastanowienia nad tym, czy faktycznie miałby to być dobry pomysł. A także niereformowalna nieumiejętność przyjęcia do świadomości, że zwykle te pomysły i decyzje pojawiające się pod wpływem chwili, nie miały kompletnie nic wspólnego z dobrymi.
Słysząc jej sugestię, że kierowana do niej wiadomość miałaby być zapisana na paragonie z baru, raz jeszcze zerknął na leżący na blacie telefon. Pewnie mógłby poszukać ładowarki, podłączyć to cholerne urządzenie i sprawdzić wreszcie co poszło nie tak. A przy okazji przejrzeć też wszystkie powiadomienia, które musiały nazbierać się przez cały ten czas. Tylko… chwilowo całe to szukanie ładowarki chyba jednak było trochę ponad jego siły. Zwłaszcza, że sprawdzanie rzekomo wysłanych wiadomości chyba i tak nie miało większego sensu, skoro efekt pozostawał ten sam – żadna nie dotarła tam, gdzie powinna.
Tobie. Niby komu innemu miałbym ją wysłać? – owszem, przeszło mu już wprawdzie przez myśl, że może faktycznie sms trafił do kogoś innego, w końcu w momencie pisania go chyba rzeczywiście nie był już do końca trzeźwy, ale… chwilowo chyba jeszcze nie zamierzał przyjmować do wiadomości, że taka pomyłka mogłaby się przytrafić. – No i myślałem, że w takim razie wiesz gdzie jestem. Skąd miałem wiedzieć, że nic nie dostałaś?
Tak samo najwyraźniej nie zamierzał przyjmować do wiadomości, że również odpowiedź na to pytanie była dość banalna – wiedziałby, gdyby nie przeoczył tych wszystkich połączeń od niej.
Nie miał za to pojęcia, co mógłby odpowiedzieć jej na to wszystko – że się martwiła, że jej zależało… I że kolejnym razem zadałaby sobie tyle samo trudu, żeby dowiedzieć się co się z nim działo. Pewnie mógłby obiecać jej, że nic podobnego więcej się nie powtórzy. Tylko… sam chyba musiał zdawać sobie sprawę z tego, że nie mogłaby to być szczera obietnica. I to niezależnie od tego, jak bardzo miałby w nią w tym momencie wierzyć. W końcu… tym razem też nie chciał przecież aż tak nawalić. Jak zwykle. Wyjątkowo naiwne byłoby więc zakładanie, że na przyszłość rzeczywiście miałby wyciągnąć jakieś sensowne wnioski i jeszcze na dodatek wcielić je w życie.
Problemu nie stanowiło za to znalezienie oczywistej odpowiedzi na jej kolejne słowa. Bo czy martwiłby się, gdyby to ona przepadła gdzieś bez żadnych wieści na te cholerne trzy dni…? Pewnie, że tak. Nad tym akurat nie musiał się nawet zastanawiać.
Jasne, że nie – rzucił więc niemal natychmiast, jakby fatycznie była to absolutnie oczywista sprawa. Bo była. – Tylko…
…to nie to samo.
To już jednak brzmiało wyjątkowo głupio, nawet jeśli wciąż jak najbardziej było zgodne z prawdą. Bo to zdecydowanie nie było to samo. Ona nie znikała w ten sposób. Nie zdarzało jej się raczej wpaść zupełnym przypadkiem na kogoś znajomego, a w efekcie wylądować na kilkudniowej imprezie, podczas której momenty trzeźwości należałoby liczyć w minutach, bo chyba nawet nie godzinach. Może dlatego, że najwyraźniej nie zatrzymała się mentalnie na poziomie lekkomyślnego nastolatka, a może bardziej przez to, że zawsze była po stokroć bardziej odpowiedzialna.
Wciąż jednak – nawet jeśli było w tym sporo prawdy, to pewnie wciąż był to co najmniej kiepski powód, by oczekiwać od niej, że miałaby to jego zniknięcie potraktować jako coś absolutnie normalnego, czym miałaby się w żaden sposób nie przejmować. I może jeszcze cieszyć się, że w ogóle postanowił pojawić się z powrotem, jakimś cudem wciąż w jednym kawałku i względnie nie najgorszym stanie…
Martwiła się.
I to sprawiało, że te nieszczęsne wyrzuty sumienia całkiem skutecznie zaczynały brać górę nad wcześniejszym poirytowaniem. Zwłaszcza w połączeniu z tym, jak wyglądały jej dłonie, czy choćby faktem, że wciąż chciała skorzystać z jego pomocy, żeby przejść do salonu, zamiast po prostu kazać mu się wynosić. I chociaż w pierwszej chwili chciał zaprotestować, kiedy uznała, że powinni przełożyć tę rozmowę na jutro… właśnie te wyrzuty sumienia musiały chyba dopuścić do głosu coś, co przy odrobinie dobrej woli dałoby uznać się za zdrowy rozsądek. Z krótkim westchnięciem nachylił się na moment nad kanapą, na której usiadła Elsa, dłonie opierając o podłokietnik, a czoło na dłuższą chwilę na jej ramieniu.
Przepraszam – wymruczał, mimo wszystko nie zakładając, że w tym momencie miałaby potraktować to jako pełnoprawne przeprosiny. Bo… może miała jednak trochę racji w tym, że póki co niewiele do niego docierało i pewnie nawet teraz nie potrzebowałby wiele, by mimo wszystko spróbować całą tę sytuację zbagatelizować. Bo nie stało się przecież nic, co nie zdarzałoby się już wcześniej. Nawet jeśli to wcześniej tylko w niewielkim stopniu i dość dawno temu działo się z jej udziałem.
Upewniając się jeszcze tylko, że faktycznie miała poradzić sobie sama – a niby w czym mógłby jej aktualnie pomóc…? – zgodnie z jej sugestią zniknął na dłuższą chwilę w łazience, by doprowadzić się do względnego porządku, a następnie w pokoju gościnnym. Bo przecież nie mogąc przewidzieć, kiedy miałby się obudzić, niespecjalnie chciał kolejnych kilka – kilkanaście…? – godzin zalegać w jej salonie. Sypialnia z kolei odpadała ze względów dość oczywistych, z których unoszące się w powietrzu alkoholowe opary mogłyby być tym bardziej istotnym.
I chyba faktycznie spał dość długo, po przebudzeniu jeszcze przez jakiś czas nie mając nawet pojęcia, że wczorajsze popołudnie zdążyło zamienić się w poranek. I to nawet nie taki bardzo wczesny, bliższy raczej południa… Całkiem nieźle pamiętał za to tę ich niezbyt udaną rozmowę, wcale nie trzeba było czekać długo również na wyrzuty sumienia, które widocznie musiały obudzić się ledwie chwilę po nim. Przy okazji w dość kuszący sposób przekonując, żeby został w łóżku jeszcze trochę dłużej…
Wbrew tej kuszącej opcji, zwlókł się jednak z łóżka, zakładając przed wyjściem z pokoju te przyniesione z sypialni czyste ubrania. Widocznie jednak czasami potrafił uczyć się na dotychczasowych doświadczeniach, a niezbyt komfortowe poranne spotkanie z ojcem Elsy można było uznać za jedno z nich.
Nie spodziewał się jednak, że miałby nie zastać Elsy nigdzie w domu. Choć może powinien – uświadamiając sobie przy okazji, że nie tylko niespecjalnie miał pojęcie, która właściwie była godzina, ale co do dnia tygodnia też nie miał zbytniej pewności. Na szczęście odpowiedzi na oba te pytania mogło przynieść podłączenie – wreszcie – telefonu do ładowarki. Z kolei odczytana w międzyczasie karteczka – widocznie dało się wyjść i nie przepaść bez wieści… – wyjaśniała, gdzie podziała się Elsa. I pewnie mógłby podczas jej nieobecności zająć się czymś pożytecznym – wyprowadzić psy na spacer chociażby, to… tym chyba na razie musiał wystarczyć dostęp do ogrodu. Jemu z kolei pozostawało liczyć na to, że zażyte leki przeciwbólowe i zostawiony w kuchni bajgiel miałyby względnie szybko przywrócić go do życia. Chociaż może dla pewności lepiej byłoby zaparzyć jeszcze kawę…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie miała siły z nim dyskutować. Już nie chodziło nawet o jej nie najlepsze samopoczucie, ale że naprawdę nie widziała w tym sensu. On się upierał, że wysłał wiadomość i trzymał się tego jak ostatniej deski ratunku. Jakby fakt, że wysłał jej tego pieprzonego smsa był rozwiązaniem zarówno jego jak i jej wszystkich problemów. Nie ważne, że nawet jeśli faktycznie by go otrzymała to mogła się do niego dobijać, aby poznać więcej szczegółów, albo żeby się upewnić, że po tej wielkiej libacji nadal dychał i nie leżał nigdzie w rowie czy innej melinie. Nie. Najważniejsze, że on wysłał wiadomość i wszystko było w porządku. To że się martwiła zdawało się nie mieć żadnego znaczenia.
Oczywiście, że pamiętała, że w liceum miewał podobne ucieczki od życia, ale wtedy dowiedzenie się, gdzie się akurat znajdował zajmowało jej zazwyczaj mniej niż cztery telefony i wiadomości i to nawet żadna nie musiała być kierowana bezpośrednio do Dantego. Wystarczyło się skontaktować z którymś z jego kumpli z klasy i nawet jeśli się on akurat nie brał udziału w tej imprezie to szansa, że wiedział, gdzie i z kim udał się jej chłopak była naprawdę wysoka. A teraz? Teraz nie znała nikogo z jego najbliższego otoczenia i nie miała pojęcia do kogo mogłaby zadzwonić. Był co prawda Eric, ale miała wątpliwości czy ten byłby na bieżąco z wszelakimi głupimi pomysłami Levasseura.
Odetchnęła głośno, siadając na kanapie i proponując mu rozmowę następnego dnia, gdy może trzeźwy albo chociaż trzeźwiejszy niż obecnie umysł. W tym momencie jakakolwiek próba rozwinięcia ich konfliktu nie miała najmniejszego sensu. On jedno, ona drugie… dobrze, że się nie pobili. Chociaż może przed większą awanturą uchroniło go nagłe pogorszenie samopoczucia Elsy, bo kto wie, cz stojąc tak blisko kuchennych szafek, nie sięgnęłaby odruchowo po jakiś talerz, który nieszczęśliwym trafem mógłby zostać wycelowany w ten jego głupi, kędzierzawy łeb.
Drgnęła niespokojnie, kiedy tak nagle oparł głowę o jej ramię i wymruczał przeprosiny. Nie tego się spodziewała. Nie w tej chwili.
— Idź się ogarnąć i spać…Zanim wybaczę ci wszystko i jeszcze przyznam rację, że to moja wina, że się sama nakręcam…
Bo problem Norweżki polegał na tym, że była łatwym celem do manipulacji. Zanim się na kogoś zdenerwowała to milion razy się zastanawiała czy może to jednak z nią nie był jakiś problem. Wolała przyjąć winę na siebie niż żeby cierpiał ktoś na kim jej zależało. Ile razy to Lars zbił wazon, a ona mówiła rodzicom, że to ona? W podstawówce, gdy chłopak, który jej się podobał został przyłapany na ściąganiu od niej, również powiedziała nauczycielce, że on nic złego nie zrobił i to ona była winna i powinna zostać ukarana. Tylko po podobnych sytuacjach ludzie zaczynali ją po prostu wykorzystywać. I bała się, że teraz mogłoby być tak samo, dlatego wysłanie Dantego do łazienki, a potem do łóżka było najlepszą możliwą decyzją.
Kiedy się odsunął i zniknął za drzwiami łazienki, wzięła kilka głębokich oddechów i zabrała się za sprzątanie w salonie i kuchni. Przygotowała dla psów mrożone desery na jutro — na szczęście były to tylko pulpy owocowe, które rozsmarowała po specjalnych matach i wrzuciła do zamrażarki. Ryzyko zrobienia sobie przy tym krzywdy były bliskie zeru, nawet w przypadku tak beznadziejnym jak Elsa.
Potem spacer z czteronożnymi i gdy chłopak już dawno spał, sama udała się do łazienki. Potem szybko do łóżka, ale zanim zamknęła oczy, zerknęła jeszcze do swojej aplikacji, aby sprawdzić jakich klientów miała umówionych na jutro. Niemałe zdziwienie pojawiło się na jej twarzy, gdy zobaczyła pustki. Lekko zdezorientowana sięgnęła po swój papierowy kalendarz, który zawsze trzymała w nocnej szafce i gdy odnalazła jutrzejszy dzień na jednej z kartek, prawie dostała zawału.
ZERÓWKI — RACHUNKOWOŚĆ I MARKETING
FAEN!!!!!
Tej nocy nie zmrużyła oka nawet na minutę. Otoczona własnoręcznymi notatkami siedziała na łóżku i próbowała się skupić na nauce, co wcale nie było takie łatwe.
Złość i niedowierzanie. Bo jak mogła zapomnieć o egzaminie? Co prawda, był to termin zerowy, ale bardzo jej zależało, aby zdać już wtedy, bo w trakcie sesji wypadał on na datę pokazu, w którym brała udział jako stylistka włosów.
Pierwsze minuty szły opornie. Myśli uciekały — do Dantego śpiącego spokojnie za ścianą, do tej kłótni, do tego, jak łatwo było jej prawie odpuścić. Jak niewiele brakowało, żeby weszła do tej łazienki, przytuliła go i powiedziała, że nic się nie stało.
Potrząsnęła głową.
Nie teraz.
Zmusiła się do skupienia. Przepisywała wzory, podkreślała najważniejsze fragmenty, robiła szybkie notatki na marginesach. Co jakiś czas łapała się na tym, że czyta to samo zdanie trzeci raz i nadal nic z niego nie wynika.
Zmęczenie zaczynało ją przygniatać, ale na szczęście nie wygrało z jej uporem.
Świt przyszedł zdecydowanie za szybko, ale nie miała wyjścia. Musiała się ogarnąć, psy… i jeszcze zostawić coś, co pomoże wrócić temu gamoniowi do życia, gdy zwlecze się z łóżka. Dlatego mógł zobaczyć na stoliku w salonie karteczkę, że poszła na uczelnię, obok świeżego bajgla z szynką i warzywami, którego oczywiście sama nie zrobiła, a kupiła w pobliskiej piekarni podczas porannego spaceru z psami, szklankę wody i te same tabletki przeciwbólowe, które dostał od niej tamtego pamiętnego rana.A ona, niezależnie od tego, jak bardzo była zmęczona, jak bardzo rozbita — za chwilę będzie musiała wyjść, usiąść w sali i udawać, że ma wszystko pod kontrolą.
Jak zawsze.
Do domu wróciła koło czternastej i jak na kogoś, kto przez ostatnie kilka dni żył w innej rzeczywistości, a poprzednia noc należała do tych z serii nieprzespanych wygladała dosyć promiennie. Chociaż ciężko byłoby uwierzyć, że to kawa z uczelnianego automatu postawiła ją tak na nogi. W ręce trzymała ogromny bukiet słoneczników i karton z cukierni, a w nim spory kawałek ukochanego brownie z malinami, co mogło wskazywać na jedno, miała naprawdę dobry humor. Do tego wyglądała jak przykładna uczennica — plisowana niebieska spódnica do kostek, biała, jedwabna bluzka z dekoltem w literkę V, a włosy splecione w dwa warkocze będące ciekawą wariacją dobieranych.
— Jestem! Jak się czujesz? Byłam w aptece i kupiłam ci takiego shota… jest napisane, że ma pomóc na kaca, więc spróbuj. Na pewno nie zaszkodzi — odparła jak gdyby nigdy nic, wyciągając z torebki wspomnianą buteleczkę, a następnie podała psiakom przygotowany dzień wcześniej owocowy deser z zamrażarki. Tylko… na Dantego nawet nie patrzyła. Nie szukała go wzrokiem. Tak jakby weszła na scenę i wyrecytowała wkuwaną kwestię, ale trema nie pozwoliła jej spojrzeć na publiczność. Bo przecież wystarczyło jedno spojrzenie, żeby się totalnie posypała.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prawdopodobnie zaoszczędziłaby sobie nieco nerwów – choć to raczej nie ona, a on powinien o to zadbać… – gdyby mimo wszystko spróbowała skontaktować się ze Stonesem. Zakładając oczywiście, że w jego przypadku miałoby przynieść to jakiś lepszy efekt niż wtedy, gdy próbowała pisać i dzwonić do Dantego… Ale jeśli rzeczywiście miałoby się to udać, najpewniej mogłaby dowiedzieć się, że ci dwaj byli razem, co być może przynajmniej w jakimś stopniu mogłoby ją uspokoić. Albo dać możliwość przemówienia Dantemu do rozsądku nieco wcześniej, gdyby Eric nie tylko odebrał telefon, ale w dodatku przekazał go właściwej osobie. Nie żeby istniały jakieś wielkie szanse na to, by miało to faktycznie przynieść pożądany skutek… ale podobno warto było próbować.
Widok bajgla, całego tego zestawu ratunkowego na kaca, czy nawet głupiej karteczki z jej starannym pismem, pewnie można byłoby uznać za coś, co powinno wywołać mimowolny uśmiech na twarzy. W każdych innych okolicznościach. W tych wszystko to mogło wywołać co najwyżej nieprzyjemny skurcz w okolicy żołądka – i to niekoniecznie wywołany niepewnością w kwestii tego, czy jedzenie czegokolwiek było w tym momencie najlepszym pomysłem. Bo przecież miała całkiem rozsądne powody, żeby się na niego wściekać, czy choćby nie za bardzo przejmować się jego fatalnym samopoczuciem, na które sam sobie zapracował. A jednak mimo wszystko, jeszcze przed wyjściem na uczelnię zawracała sobie głowę tym, żeby to wszystko zostawić na stoliku w salonie i w jakiś sposób ułatwić mu powrót do życia.
Choć ten, nawet mimo połkniętych tabletek i kilku wmuszonych kęsów bajgla, zdecydowanie nie miał należeć do najłatwiejszych. Póki co nawet przeglądanie powiadomień na podłączonym do ładowania telefonie, w oczekiwaniu na zagotowanie wody, zdawało się być zajęciem aż nazbyt wymagającym. Chociaż przynajmniej mógł dowiedzieć się, że pod rzekomo wysłaną do Elsy wiadomością wciąż wyświetlał się komunikat o tym, że wysyłanie nie powiodło się. Po raz kolejny jednak nie było to coś, co jakkolwiek miałoby poprawić jego samopoczucie. Kawa też przestała nagle wydawać się jakimś szczególnie dobrym pomysłem, dlatego też ostatecznie odpuścił ją sobie i wrócił po prostu do salonu, gdzie najlepszym co mógłby zrobić, zdawało się być wyciągnięcie się na kanapie. I chyba musiał w ten sposób zdrzemnąć się przez dłuższy czas, po którym obudził go dopiero głos Elsy.
Dość niechętnie otworzył oczy, zaraz jednak zakrywając je na dłuższą chwilę dłonią i zdając sobie sprawę z tego, że ból głowy zdążył zelżeć w niezbyt satysfakcjonującym stopniu. A na domiar złego nie miał nawet pojęcia, czy lepszą pożywką dla mających się świetnie wyrzutów sumienia były kierowane do niego słowa, czy całkiem pogodny ton, jakim je wypowiadała. Choć może mimo wszystko na prowadzenie wybijał się jednak fakt, że przez cały ten czas, kiedy przyglądał się jej kręcącej się w pobliżu – na krótko tylko zawieszając spojrzenie na przyniesionej przez nią buteleczce – ona nie spojrzała na niego ani razu.
To raczej ty powiedz, jak się czujesz. Wczoraj nie wyglądałaś za dobrze… – z kolei kwestia jego samopoczucia… chyba pozostawała dość oczywista. Zresztą, po samym wyglądzie i tym, że przez moment musiał w ogóle zastanowić się, czy aby przypadkiem podniesienie się z kanapy nie było zbyt karkołomnym wyczynem, można było domyślić się odpowiedzi. – I wiesz, że powinnaś raczej zdzielić mnie w łeb… chociaż może nie teraz, i tak nie jest z nim za dobrze… W każdym razie, miałoby to pewnie więcej sensu niż szykowanie mi rano tabletek. I jeszcze kupowanie jakiegoś shota…
Uśmiechnął się blado, chociaż i ten uśmiech musiał szybko spełznąć mu z twarzy, kiedy zdecydował się wreszcie podnieść przynajmniej do siadu. I oczywiście, że pewnie dużo bardziej wolałby rzeczywiście przejść ponad całym tym swoim durnym wyskokiem do porządku dziennego i udawać, że kompletnie nic się nie stało. Stara, nijak niesprawdzająca się w większości sytuacji strategia. Tyle, że… jakoś w tym przypadku wcale nie wydawało się to dobrym rozwiązaniem. Ani nawet tym wygodnym. Nie, kiedy rzeczywiście wszystkie te jej przejawy troski – zamiast chociażby tego bardziej uzasadnionego zdzielenia go w łeb – naprawdę całkiem skutecznie wywoływały poczucie winy i znacząco utrudniały udawanie, że wszystko miałoby być w porządku.
A ta durna wiadomość… nie wysłała się – dodał jeszcze, naprawdę chcąc wstać z tej cholernej kanapy i podejść do Elsy – po to chociażby, żeby uniemożliwić jej dalsze udawanie, że nawet jeśli mówiła do niego, to i tak wcale go nie zauważała. Póki co jednak wciąż było to chyba zbyt wymagające wyzwanie. Pozostawało więc liczyć na to, że może wreszcie sama zdecyduje się przynajmniej spojrzeć w jego stronę. Albo mimo wszystko podjąć się tego wysiłku, jeśli faktycznie nie miałby już innego wyboru.
I… to jakaś specjalna okazja…? – dopiero po czasie, marszcząc lekko brwi, zwrócił uwagę na ten przyniesiony przez nią bukiet. Coś, co pewnie powinna dostać od niego – gdyby był w ogóle w stanie odwiedzić jakąkolwiek kwiaciarnię. Albo w ogóle o tym pomyśleć, bo to też wydawało się aktualnie dość męczące… I tak, w pierwszej chwili zamierzał wprost zapytać, czy te nieszczęsne kwiaty dostała od kogoś. W ostatniej chwili tych parę pozostałych przy życiu szarych komórek musiało się uaktywnić, zmieniając jego pytanie w nieco bardziej neutralne, wciąż jednak chyba dość łatwe do rozszyfrowania.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Gdyby się dowiedziała, że Dante cały ten czas spędził w towarzystwie Erica to pewnie pluła by sobie w brodę przez najbliższe dwa tygodnie, że jednak postanowiła do niego nie dzwonić. Stone raczej jawił się jej się jako ten bardziej odpowiedzialny, więc myślała, że nie wziąłby udział w kilkudniowej imprezie, która odbywała się w środku tygodnia. No ale najwyraźniej tutaj miało zastosowanie powiedzenie swój do swego ciągnie. Tylko w takim razie, co ją tak ciągnęło do tego idioty? Na to pytanie chyba nie były w stanie odpowiedzieć żadne najtęższe umysły świata, z wróżką Marcellą albo inną Zębuszką na czele.
Nie spodziewała się, że zostawienie chłopakowi tego zestawu ratunkowego wywoła u niego nalot wyrzutów sumienia. Gdy wszytko mu przygotowywała, wychodziła raczej z założenia, że wyjdzie na totalną mendę, która zmuszała go do wstania z łóżka, aby uzyskać te życiodajne itemy. Bo przecież przykładna partnerka wszystko położyłaby mu na szafce przy łóżku, żeby wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, aby w następnej chwili pójść spać dalej z nadzieją, że leki i woda jakoś postawią na nogi. Tylko czy ona była w tej ich nieokreślonej relacji przykładną partnerką? Czy była w ogóle… partnerką?
Buteleczkę z tym dziwnym, ale podobno działającym cuda shotem położyła na blacie kuchennym, po chwili poświęcając już całą uwagę psom, które zaczęły zlizywać ze swoich mat zamrożone pulpy owocowe. Kątem oka dostrzegła, że balkon był otwarty na oścież, więc albo Dante liczył na to, że świeże, nadal dosyć chłodne powietrze trochę go uzdrowi, albo nie miał siły wyprowadzić psów na spacer i tak jakoś obstawiała, że w grę wchodziła ta druga opcja. Dobrze, że zdążyła jeszcze rano przed wyjściem na uczelnię pójść z nimi na szybką rundkę po osiedlu. A jeszcze lepiej, że te kilka lat temu zdecydowała się na kupno domku z ogródkiem.
— W porządku… chyba. W nocy sobie przypomniałam o dzisiejszych egzaminach, więc zarwałam nockę, żeby się pouczyć, ale kawa w automacie smakowała jak całkiem dobre błoto i chyba postawiła mnie jako tako na nogi… chociaż już powoli zaczynam odczuwać potężny zjazd mocy. — Uśmiechnęła się lekko, mrużąc przy tym lekko oczy. Oj gdyby mogła to by zasnęła w tej kucającej pozycji, ale nie mogła sobie pozwolić na drzemkę. Jeszcze nie teraz. Przecież zaraz trzeba było pójść z psami na dłuższy spacer, a w międzyczasie spróbować się skonfrontować z Dante i wyjaśnić to wszystko, co odwlekała od wczorajszego popołudnia. Tylko czy aby na pewno stan w jakim się znajdował był do tego odpowiedni? Wczoraj był nadal napruty, a dziś skacowany… żaden z nich nie sprzyjał normalnej rozmowie. I pewnie nadal próbowałaby udawać, że nie mieli sobie nic więcej na razie do powiedzenia, ale nagle to on zaczął temat — najpierw dotyczący zdzielenia go w łeb, potem o tej cholernej wiadomości, która zaginęła w czasoprzestrzeni.
Odetchnęła cicho i podniosła się powoli, aby czasem nie zakręciło jej się w głowie, bo powtórki z rozrywki nie przewidywała w swoim dzisiejszym repertuarze, a następnie spojrzała na niego — pierwszy raz od kiedy weszła do domu.
— To źle, że chciałam, żebyś wrócił do pełni sił? Mówiłam ci, że się martwiłam… nadal martwię… … żebyś w razie potrzeby mógł o własnych siłach znów się ulotnić i udawać, że nic się nie stało…, przeszło jej przez myśl. Bo problem Elsy polegał na tym, że nadal się bała, że to wszystko co między nimi było, że to za mało, aby go zatrzymać przy sobie. Tak jakby bała się, że to ona brała ich relacje na poważnie, a on zniknie, gdy zacznie się robić niewygodnie.
— A kiedy ją wysłałeś? Pierwszego dnia? Chociaż wtedy bym wiedziała, że jeszcze nie wylądowałeś w rowie albo w piwnicy, gdzie wyciągaliby twoje przechlane organy — odparła dosyć spokojnie choć w jej głosie pobrzmiewała nuta napięcia, której nie potrafiła już całkiem ukryć.
— Wiesz, że nie chodzi o jedną wiadomość, prawda? — dodała już ciszej. — Tylko o to, że… zniknąłeś. Po prostu. — Odetchnęła cicho i zrobiła krok w jego stronę, ale zatrzymała się w połowie drogi, jakby coś ją powstrzymało. Nadal jednak była bliżej niż dotychczas, a to już spory progres.
— I ja nie wiem, czy mam się przyzwyczaić, że tak będzie wyglądać nasza… — zawahała się na ułamek sekundy — …relacja. Bo jeśli tak, to fajnie byłoby wiedzieć wcześniej — dodała, unosząc lekko brodę, choć jej spojrzenie na moment zmiękło. Ale tylko na moment, bo ciężka rozmowa jeszcze się nie skończyła. — Żebym następnym razem nie zastanawiała się, czy żyjesz, czy po prostu dobrze się bawisz beze mnie. — Westchnęła cicho i sięgnęła po torebkę, z której wyciągnęła komórkę. Trochę na niej poklikała i zaraz podeszła do kanapy, kładąc przed nim telefon, na którym wyświetlało się zdjęcie z imprezy, a które przedstawiało Dantego ze wspominaną — kilkukrotnie — wczorajszego popołudnia blondynkę. Tuż obok zostawiła też kupionego shota, co by biedak nie musiał jednak wstawać, aby skorzystać z jego uzdrawiających właściwości.
— Na przykład z nią… — wymamrotała cicho i odwróciła się zaraz na pięcie, wracając do kuchni, gdzie zostawiła bukiet słoneczników. Był za ładny, aby dała mu tak po prostu leżeć dlatego chwyciła go w dłonie i ukryła na moment buzię w żółtych płatkach. Ten kolor miał podobno uspokajać, wywoływać uśmiech i uczucie szczęścia.
Podobno. Ta…
Przysunęła sobie pod szafkę krzesło, żeby sięgnąć po wazon, który trzymała na najwyższej półce. Udało jej się go chwycić bez żadnych komplikacji, więc zaraz nalała do niego wody i zaczęła układać kwiaty. Nie znała się na florystyce i kwiecistych kompozycjach, ale chyba potrzebowała zająć czymś ręce.
— Powiedzmy, że specjalna. Masz w swoim gronie całkiem mądrą dziewczynę. Miała dziś egzaminy i oba zdała na piątkę. Postanowiłam, że dam jej nagrodę, a że lubi słoneczniki to chyba trafiłam z prezentem. Całą drogę z kwiaciarni do domu cieszyła jej się mordka… — Uśmiechnęła się do własnych słów. Taka była prawda. Po tych wszystkich stresujących godzinach, dniach, po tej nieprzespanej nocy udowodniła sobie, że… była całkiem dobra w tych całych studiach i w związku z tym postanowiła sprawić sobie przyjemność. Kwiaty to niby nic takiego, ale gdy zobaczyła je na witrynie kwiaciarni to uśmiech sam się namalował na jej zmęczonej buzi, więc żal było nie sprawdzić co by się stało, gdyby je sobie kupiła. I nie żałowała ani jednego wydanego centa.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zmarszczył brwi, niespecjalnie przekonany tym jej w porządku. Nie, kiedy zestawiło się to z kolejnymi jej słowami, z których bez większego problemu można było wyczytać, że od całego tego w porządku wciąż było całkiem daleko.
W ogóle nie spałaś…? – bardziej niż jak pytanie, pewnie mogło to zabrzmieć jak sugestia, że może właśnie teraz byłby całkiem niezły moment, żeby ten brak snu nadrobić. Albo raczej – byłby, gdyby nie to, że najwyraźniej musieli przegadać przynajmniej kilka dość istotnych kwestii. I istniało chyba spore ryzyko, że gdyby tę rozmowę zdecydowali się zgodnie przełożyć na później, to każda kolejna okazja mogłaby okazać się równie nietrafiona.
Nie wiedział za to, czy byłby w stanie znaleźć jakąś dobrą odpowiedź na jej słowa. Jasne, że nie uważał, że to źle, że chciała pomóc mu wrócić do żywych. Tylko… wciąż pewnie znalazłoby się więcej powodów przemawiających za tym, żeby zamiast tego spróbowała go jednak całkiem skutecznie dobić. Albo przynajmniej pogonić w cholerę. Choć może lepiej nie było sensu raz jeszcze wspominać o tym na głos – istniało przecież pewne ryzyko, że wreszcie sama mogłaby się zorientować, że byłoby to prawdopodobnie lepsze dla niej rozwiązanie i zechcieć się na nie zdecydować. A tego przecież zdecydowanie by nie chciał – zwłaszcza, kiedy w końcu spojrzała w jego stronę i mogła napotkać jego wzrok. Po części mogący pewnie przypominać spojrzenie Murphy’ego po zeżarciu kolejnej pary butów – o ile szczeniakowi faktycznie kiedykolwiek byłoby z tego powodu głupio – po części zaś ewidentnie sugerujący, że powrót do pełni sił miał potrwać zdecydowanie dłużej niż mógłby sobie tego życzyć…
Pierwszego. Jak już okazało się, że pewnie wrócę trochę później niż później – choć pewnie nadal nawet to trochę później można byłoby uznać za całkiem spore niedopowiedzenie. Z którego zresztą nieźle zdawał sobie sprawę, a które potwierdzać mogły jej kolejne słowa. – Wiem…
Może i przez chwilę miał zamiar dodać do tego coś jeszcze, tylko… jakoś trudno byłoby znaleźć cokolwiek sensownego, co mógłby jej w tym momencie powiedzieć. Nie planował tego. Oczywiście. Szkoda tylko, że nawet jeśli wciąż było to chyba jedyne zgodne z prawdą wyjaśnienie, jakie mógłby mieć, to… przy okazji nie miało kompletnie żadnego sensu. I przy okazji nie wyjaśniało absolutnie niczego, więc pewnie równie dobrze od razu można było je sobie odpuścić.
I… nie. Nie musisz się do niczego przyzwyczajać… – nie sposób byłoby nie wychwycić tego, że mimo wszystko sam jednak wątpił w swoje słowa. Bo przecież nadal całkiem nieźle musiał zdawać sobie sprawę z tego, że nie mógł jej obiecać, że nic podobnego nie zdarzy się w bliższej lub dalszej przyszłości. A przynajmniej nie, jeśli faktycznie chciałby być z nią szczery. – Nie wiem…
Poprawił się więc, na dłuższą chwilę odwracając wzrok i przelotnie zastanawiając się, czy faktycznie najlepszym pomysłem było zaczynanie tego tematu właśnie teraz. Bo może jednak lepszym okazałby się ten, po którym zmyłby się z jej domu jeszcze przed jej powrotem i…
Nie.
To akurat obiecał jej już wcześniej i nadal był całkiem pewien tego, że nie zamierzał więcej uciekać. Choć w takim razie oznaczało to najwyraźniej brnięcie w tę niezbyt wygodną rozmowę, która widocznie mogła stać się jeszcze mniej wygodna…
Chciał złapać ją za rękę, zanim miałaby odwrócić się i wrócić do kuchni, ale… wcześniej jego spojrzenie padło na podsunięty mu telefon. Oraz wyświetlone na nim zdjęcie. Choć temu akurat nie musiał przyglądać się zbyt długo, chwytając telefon w dłoń i odkładając go na stolik ledwie chwilę później. Na przypomnienie sobie dokładnych okoliczności, czy choćby momentu, w którym miałoby być wykonane, oczywiście nie było większych szans. Ale przynajmniej całkiem nieźle orientował się w tym, kto – oprócz niego, rzecz jasna – został na nim uwieczniony. Jak również zdawał sobie sprawę z tego, że zdecydowanie nie była to osoba, którą Elsa powinna się jakkolwiek przejmować.
Pozostawał jedynie problem przedstawienia jej tego w sposób, który faktycznie miałby mieć jakiś większy sens i zabrzmieć przynajmniej trochę przekonująco.
Zdajesz sobie sprawę z tego, że nawet nie za bardzo pamiętam, jak miała na imię…? – a to chyba akurat wcale nie brzmiało tak dobrze, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Z czego zresztą stosunkowo szybko musiał zdać sobie sprawę, przymykając na moment oczy i przy wsparciu przeciągłego westchnięcia starając się ułożyć tę wypowiedź raz jeszcze, tym razem nieco lepiej. – Rozmawialiśmy, nic więcej. I to dość krótko, bo później wyszła razem ze znajomymi, jak już uznali, że muzyka w klubie jednak im nie pasuje.
Dalej pewnie mogło brzmieć to jak wyjątkowo kiepskie tłumaczenie się, w dodatku łatwe do zaklasyfikowania jako wymyślone na poczekaniu. Tylko… faktycznie musiał się z tego tłumaczyć…? Przecież powinna chyba wiedzieć, że nawet jeśli miał skłonność do nawiązywania dość licznych i przypadkowych znajomości, to zdecydowanie nie były to znajomości tego typu.
Naprawdę myślisz, że miałbym interesować się kimś innym, skoro… – urwał, nie do końca wiedząc jak właściwie chciał zakończyć to pytanie. Mam ciebie…? Możliwe. Tylko… rzeczywiście miał? Mimowolnie spojrzał na tego nieszczęsnego shota, niedojedzonego bajgla… Tak, chyba bez większych wątpliwości mógłby sformułować dalszą część pytania w ten właśnie sposób. Ale… czemu nazwanie tego wprost znowu wcale nie było takie oczywiste? – Możesz zapytać Stonesa. O ile coś pamięta, to pewnie powie ci to samo…
Co pewnie można byłoby zrzucić na karb jakiejś męskiej solidarności, ale… chyba trudno byłoby podejrzewać Dantego o to, że podczas tych zdecydowanie zbyt intensywnych kilku dni faktycznie miałby być dość przytomny, by próbować zawczasu ustalać jakąś wspólną wersję wydarzeń z przyjacielem. Zresztą, żadnego bardziej wiarygodnego źródła informacji i tak nie był w stanie jej podsunąć. Jeśli więc nie wierzyła jemu… pozostawało jej co najwyżej to nieco wątpliwe. I aktualnie najpewniej nieżywe mniej więcej w takim samym stopniu jak Dante…
Na dłużej skupił wreszcie spojrzenie na przyniesionej przez Elsę buteleczce, sięgając w końcu po nią, żeby wypić zawartość i sprawdzić na własnej skórze to cudowne działanie. W które wprawdzie wciąż nieco powątpiewał, ale… być może rzeczywiście nie szkodziło spróbować. W końcu i tak mało prawdopodobne było, by po czymkolwiek miał poczuć się jeszcze gorzej.
Zdecydowanie lepiej od jakiegoś tam shota mogły jednak podziałać jej kolejne słowa, które przynajmniej całkiem skutecznie wywołały na jego twarzy uśmiech. Wciąż może i nieco blady, ale niewątpliwie szczery. A przy okazji zmotywowały go wreszcie do podniesienia się z kanapy. Bo przecież tylko w ten sposób mógł podejść do niej i objąć ją od tyłu, kiedy z takim zaangażowaniem zajmowała się układaniem kwiatów w wazonie.
Gratuluję – wprawdzie nie był w stanie wykrzesać z siebie jakiegoś większego entuzjazmu, ale chyba przynajmniej można było usłyszeć ten wcześniejszy uśmiech w jego krótkiej wypowiedzi. Chociaż z twarzy ten zdążył ulotnić się, kiedy zatrzymał spojrzenie na jej dłoniach. Bez większego namysłu sięgnął do jednej z nich, kciukiem gładząc delikatnie dostrzeżone już poprzedniego dnia ślady. – A poza słonecznikami zasłużyłaś chyba też na to, żeby wreszcie porządnie się wyspać, co…?

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „#6”