Szczerze? Bardzo Marka ciekawiło, czy jakkolwiek by zareagowała albo inaczej, czy powstrzymałaby go, gdyby zaczął rozpinać więcej guzików. Sam nie wiedział do końca, czy gdyby postanowił kontynuować ten
eksperyment, to co by zrobił później - opcje były co najmniej dwie: pierwsza to zdjęcie koszuli, a druga zostawienie jej po prostu całkowicie rozpiętą, ale no, wstrzymał się, ponieważ w tamtej chwili wystarczyło mu to, co zobaczył. Lub raczej, że Adeline NIE odwróciła wzroku. A przynajmniej nie TAK szybko.
Skinął głową, przyjmując wypowiedziane przez Covington słowa i w sumie to chyba nawet planował tę informację... zapamiętać.
Dobrze, że nie było jej przy moich rozmowach z klientami... bo czasami, żeby coś sprzedać, musiał trochę podkoloryzować rzeczywistość. Rzecz jasna robił to, kiedy naprawdę wymagała tego sytuacja, a on stał pod przysłowiową ścianą, ponieważ klienci lub klientki byli bardzo… uparci. Sprzedaż traktował trochę jak grę albo teatr - wiadomo, że na rynku było wielu deweloperów, ale on MUSIAŁ przekonać ludzi, że ICH mieszkania/domy są po prostu N A J L E P S Z E, a pracując w tej branży tyle czasu, przychodziło mu to całkowicie naturalnie.
- Też nie jestem jego wielkim fanem. - odparł poważnym tonem oraz spojrzeniem, które utkwił na oczach Adeline, podtrzymując z nią kontakt wzrokowy, jakby chciał się dowiedzieć o niej czegoś jeszcze. Rosenhall w rzeczywistości też wolał znać gorzką prawdę, aczkolwiek doskonale wiedział, jak działał dzisiejszy świat oraz że ludziom o wiele łatwiej przychodziło oszukiwanie niż bycie prawdomównym.
Chociaż może zawsze tak było? Chusteczka wie. Nie wiedział, bo nie mógł cofnąć się do przeszłości, by zrobić rekonesans - aczkolwiek, szczerze powiedziawszy, bardzo czasami chciał się cofnąć do takiego średniowiecza, by przeżyć sobie jeden dzień jako rycerz.
Zmarszczył brwi i musiał przyznać, że go zaskoczyła, gdyż totalnie nie spodziewał się odmowy na zaproponowany zakład. Był pewien, że Adeline pójdzie na taki układ, a on będzie mógł potem cieszyć się z masażu, a tu… K L O P S. Przez sekundę nawet można było zauważyć coś w rodzaju rozczarowania na jego twarzy. Przejechał nerwowo dłonią po włosach.
- Jak uważasz. - odparł, wzruszając lekko ramionami, bo tak, miała rację i doskonale rozumiał, co właśnie do niego mówiła. Wiedział, że jeżeli Adeline przypisze sobie lub po prostu jej zostanie przypisana CAŁA praca, to będzie faktycznie oszustwem, ponieważ pracować będą przy prezce razem - lub głównie on, ale już mniejsza. Mimo wszystko będzie czekał, bo tak łatwo nie odpuści tego masażu.
- Jakbyś jednak zmieniła zdanie, to daj znać. I myślę, że na pewno taka okazja pojawi się prędzej niż później. - dodał od siebie z lekkim uśmiechem. Trochę poczuł coś w rodzaju szczęścia pomieszanego z satysfakcją, gdyż uważał, że skoro Adeline tak powiedziała, to oznaczało, że nie zamykała
szlabanu ani nie stawiała kropki, by powiedzieć Markowi, by wsadził sobie te swoje zakłady tam, gdzie normalnie nie dochodziło słońce, albo inaczej, że dawała zielone światło na kolejny - prawdopodobnie taki sam (w sensie nagrody były takie same, o!) - zakładzik.
- Ja w niej pewnie JUŻ zagościłem, tylko nie chcesz tego przyznać. - stwierdził z łobuzerskim uśmiechm, poruszając brwiami, bo z jakiegoś powodu o tym wspomniała i z jakiegoś powodu, odebrała mu papierosa w TAKI a nie inny sposób. Nikt wcześniej… może poza jedną osobą w taki sposób nie zabrał od niego szluga.
- Wiesz… to, że mnie postawiłaś przed faktem dokonanym, to jedno; inna kwestia, że mógłbym polecenie zwyczajnie olać i o siedemnastej opuścić biuro. - stwierdził, szukając
drzwi ewakuacyjnych, by pokazać Adeline, iż pomimo przyparcia go do muru mógł wykonać dezercję.
- Mhm... - pamiętał, doskonale pamiętał spotkanie, które miało miejsce kilka minut temu.
- Powiedz mi tylko tak szczerze. Czy byłaś z siebie zadowolona? Czy czułaś, że powiedziałaś wszystko, co chciałaś? Co, twoim zdaniem, sugerowały miny słuchaczy? - spytał, bo był ciekaw, czy Covington nad tym, o co on zapytał, zastanawiała się. Czy w ogóle analizowała wyrazy twarzy osób obecnych na sali, którzy również słuchali i patrzyli na prezentację?
Uniósł brew, kiedy usłyszał kolejne słowa Adeline.
- Ach tak? - musiał przyznać, że zaintrygowała go i bardzo zaciekawiła, ponieważ nie miał zielonego pojęcia, o jakich słowach myślała lub jakie słowa chodziły jej po głowie. No ale zaraz przestał nad tym dewagować, ponieważ czuł perfumy Adeline i zdawał sobie sprawę z niewielkiej odległości, jaka ich dzieliła. Mark patrzył jej prosto w oczy, choć może na sekundę (lub dwie), zjechał wzrokiem ciut niżej... przełknął ślinę - jeszcze brakowało, by zaczął padać deszcz dla lepszego efektu. Przez chwilę ktoś stojący z boku mógł pomyśleć, że Rosenhall i Covington rywalizują ze sobą o to, kto dłużej wytrzyma i nie mrugnie - choć Mark zaczynał uważać, że Adeline miała... naprawdę ładne...
oczy.
- Tylko pamiętaj, by nie podchodzić zbyt blisko ognia… bo możesz się sparzyć, Covington. - odpowiedział, mrużąc nieco oczy i specjalnie używając metafory - a mówiąc o ogniu, mówił o.... sobie. Jakby chciał jej tym powiedzieć, że okej, szanuję, ale ja też tak łatwo nie oddaję.
Mark siedział przy swoim biurku, gdy nagle usłyszał kroki. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie i widząc godzinę 17:00, domyślał się, kto zaszczycił go swoją obecnością. Przejechał wzrokiem po kolejno dokładanych dokumentach i czuł, że zapowiada się
dobra zabawa.
A ponieważ nie było czasu do stracenia, wziął pierwszy dokument z góry i zaczął go analizować, a najważniejsze rzeczy zapisywał w Google Docu. Pracował w ciszy, czasami tylko coś mrucząc, że jakaś informacja jest bez sensu albo że nic nie wnosi albo jeszcze co innego. Nagle - całkowicie niespodziewanie - jego telefon zawibrował, ponieważ dzwonił pan dostawca jedzonka. Mark czym prędzej pobiegł odebrać zamówienie, a potem wrócił do biura, gdzie zaczął na biurku wykładać - po wcześniejszym przygotowaniu miejsca - zapakowane w jednorazowe opakowania dania.
- Tacosy, quasadille i burito. I cola do picia. - powiedział, wskazując po kolei każde pudełko, które także otwierał, bo bez tego nie wiedziałby co gdzie było.
- Tacosy są z wołowiną pieczoną z pomidorami i suszoną papryką. Ogólnie mega sosy dodają, bo mango chilli jest jednym, a drugi to sos ranchera i on jest ziołowy, o charakterystycznym smaku maślanki, majonezu, czosnku i koperku. - powiedział zgodnie z tym, co pamiętał. Wziął sobie jednego tacosa i wszystko byłoby super, gdyby jeden z sosów, nie wylądował na jego spodniach. Na udzie. Obok rozporka. Westchnął głośno, widząc to, wziął serwetkę i sprawnym ruchem zgarnął ten sos, a widząc buzię Adeline, uniósł kąciki ust, odwrócił serwetkę na drugą stronę, a następnie odłożył swojego tacosa na papierowy talerz (który miał przed sobą) i wykonał kilka kroków, by znów stanąć naprzeciwko niej. Gdy był już wystarczająco blisko, wyciągnął rękę, aby wytrzeć jeden z jej kącików ust. Zrobił to lekko, z gracją. I mimo, że buzia Adeline była już czysta, to jakoś tak nie wrócił od razu na swoje miejsce, tylko stał chwilę bez słowa, patrząc jej prosto w oczy.
Adeline Covington