Może nie miał postury Adonisa ani wzrostu godnego Goliata, ale wciąż na ulicach liczył się pokaz siły charakteru.
Najważniejsze to nie dygać. Taka mantra zaczęła przeświecać jemu ale pewnie szerzyła się wśród szemranego towarzystwa. Jego problemem było to, że często wtrącał się w to co nie powinien albo unosił za wysoko czubek nosa. Nie chciał wyjść na słabego lamusa, a po za tym pozer to zawsze ktoś kto ma większy szacunek niż zwykła pizda. No i dodatkowo powinien mieć chociażby kastet, cokolwiek co dodało by siły jego ciosom. Niestety przeliczył się z tym jak to wszystko wygląda w praktyce i ferworze walki - ale hej, to wciąż lepsze niż ucieczka i sprint przed walką, a jednak męski kodeks mówił swoje. Jeśli uciekasz lub spękasz to jesteś słaby, a tak? Przynajmniej miał renomę, że nie unika konfrontacji nawet jeśli w tym wszystkim spisany jest na straty przez liczebność wroga, przykre ale prawdziwe. Colton miałby większe szanse w walce 1vs1, ale wyszło jak wyszło i oto teraz był, zgarbiony przez ból w pokoju lekarskim, szukając pomocy. Sam pewnie dałby radę dotrwać do kolejnych dni, ale jednak wolał dmuchać na zimne - krwiomocz albo inny krwotok i byłoby po nim, nawet po paru dniach. Myślał wciąż trzeźwo i nad wyraz inteligentny był, nie to co pierwszy jeden łysol, który kreuje się na groźnego gdzieś w bramie. On w sumie też wyglądał teraz jak jeden z takich gdy nosił krótko ścięte włosy.
Obserwował w sumie najbardziej ściany i sufit pomieszczenia, jak zwykle sterylna przerażająca wręcz biel i ten zapach, specyficzny dla szpitali. Nie cierpiał takich miejsc i w sumie dziękował Bogu, że mało kiedy przyszło mu coś sobie zrobić poważnego. Unikał walk i złamanych rąk czy innych problemów, dziś jednak ból go pokonał a z racji braku jakiejkolwiek życzliwej osoby w Toronto, musiał z tej pomocy skorzystać. Przytaknął jej głową ale nie odezwał się, biorąc i kubek i tabletkę do ręki. Połknął i popił od razu, dopiero teraz zauważając jak spragnione są jego suche od krwi usta. No cóż, nie zdążył nawet przemyć twarzy tutaj w toalecie, zbyt zmęczony i pognieciony przez los. Dosłownie.
- A nie jestem nim od paru godzin? Prawie dałem radę w walce, cóż.. - zaśmianie się też nie wchodziło w grę, bo wtedy czułby każdy mięsień i jeszcze gorzej napierał ból. Dlatego krzywo się tylko uśmiechnął i słuchaj jej jak matki, która coś tłumaczy i karci dzieciaka.
- To takie ważne? Bójka to chwila i sekundy, nie pamiętał kto gdzie dokładnie uderzył czy kopnął. Mogę powiedzieć co boli i z czego lała się krew. Reszta to chyba w Pani roli? Nie wiem... - nie oczerniał jej zdolności czy całej sytuacji, sam nie pomagał w tym całym tłumaczeniu. Ale no jedyne co nie oberwało tak mocno to głowa, którą skrył za ramionami w pozycji obronnej podobnej do tej, którą uczą przy ataku na przykład agresywnego psa.
- Hmmm... możliwe, że było tak jak Pani mówi, najpierw dłonie a dopiero potem kop już w pozycji leżącej. Pasuje? - nie był opryskliwy w tym, ale trochę się dłużyła ta wizyta jemu i okropnie mocno chciał zwijać się do swojej nory, przeleżeć to wszystko dwa czy trzy dni aż się zagoi jak na psie, a potem na nowo wrócić do życia, może nawet przy odrobinie przeciwbólowych.
Nie oczekiwał pomocy przy zdejmowaniu ciuchów ale przyjął to z ulgą, choćby delikatną gdy kawałek materiału zadarł się w niekorzystnym miejscu. Dopiero te ruchy nasunęły mu jak cholerny czuje ból oraz jak ciosy wydawały się być słabsze a wyszły jak wyszły. Spoglądał chwile na nią, nie wiedząc co zrobić z dłońmi, dlatego ułożył je na kolanach, dając jej tym samym obraz zniszczeń na sobie. Mięśnie ramion, którymi się zakrył też nosiły jakieś tam ślady, siniaki po ciosach obronnych samej głowy.
Może nie wyglądał teraz najatrakcyjniej na świecie, ale widać było dalej mięśnie, lata treningów na lodzie i tego, że na poważnie myślał o hokeju. Chciał tej kariery i rozwoju przy okazji pasji, a wyszło jak wyszło. Ciało jednak dalej było jego wizytówką, więc starał się coś ćwiczyć i mieć się czym pochwalić przy okazji, tak po prostu także dla siebie i zdrowia.
- Kiepsko wyglądam? - zapytał zanim syknął pod pierwszym naciskiem jej palców i dłoni. Ból był oczywisty a odpowiedz miała wyraźną w jego spięciu czy samym odgłosie jaki z siebie wydał. Pokiwał jej głową na znak, że odczuwa dyskomfort. Na pewno jednak widać było znacznie, że to prawa strona dostała mocniej niż lewa i to po tamtej stronie widać było tkwiący w nim problem. Sam nie wiedział co to wszystko będzie oznaczało, ale przestraszył się po ludzku. Nie miał nawet ubezpieczenia, a rozmowa w kawiarni, w której potencjalnie miał pracować była dopiero przed nim - nie miał więc nic ogarnięte i dopiero teraz to sobie uświadomił. Chyba faktycznie najlepiej było przeczekać ból w mieszkaniu.
- Nie stać mnie na nic aktualnie, a rachunek będzie dla mnie jak gwóźdź do trumny, więc... Możemy kończyć? To chyba tylko siniak i nic więcej, nie chcę tutaj dłużej być. Nie wiem co wyjdzie i jak wyjdzie ale nie stać mnie na takie przyjemności, a już na pewno nie na nockę w szpitalnym łóżku. - wyznał i chyba z automatu sięgnął po swoje rzeczy, tak jakby faktycznie chciał się zawijać z gabinetu jak najszybciej. Dostał lek i jako tako się jeszcze czuł, ona swoją ocenę też zrobiła więc to mogło wystarczyć, chyba. Najwyżej padnie gdzieś po drodze ale wciąż zrobi to na własne życzenie.
- Mogę wyjść czy boi się Pani, że straci i pacjenta i licencję albo coś tam. Nie wiem nawet co powiedzieć.. - spuścił wzrok, mieląc w dłoniach ciuchy na drugą stronę, tak jakby jego słowa miały zaraz zamienić się w czyny, a więc na nowo miałby się ubrać i po chwili rozpłynąć w powietrzu równie szybko co się pojawił w szpitalu.
joe grainier