30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Każda rodzina miała własne pęknięcia. Ukryte pod warstwą codzienności, schowane za zamkniętymi drzwiami, wygłuszone śmiechem przy stole i rutyną powtarzanych od lat gestów. Nie istniał dom całkowicie wolny od niedopowiedzeń, pretensji, przemilczeń czy wspomnień, o których mówiło się wyłącznie półgłosem. Dorastanie nigdy nie było idealne, nawet tam, gdzie na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się uporządkowane.
W jej domu również zdarzały się trudniejsze dni. Ojciec wracający z pracy zmęczony bardziej psychicznie niż fizycznie, matka próbująca utrzymać równowagę pomiędzy czwórką dzieci a własnym życiem, wieczne napięcia wynikające z charakterów, ambicji i zbyt dużej liczby ludzi zamkniętych pod jednym dachem. Nie brakowało kłótni, trzaskania drzwiami, chwil ciszy przeciągniętej do granic możliwości.
A jednak nigdy nie znała s t r a c h u.
Nigdy nie nauczyła się nasłuchiwać kroków za ścianą. Nie musiała odczytywać nastroju dorosłych po sposobie zamykania szafek albo po tonie głosu wypowiadającego zwykłe pytania. Miała szczęście, może dopiero teraz rozumiała, jak wielkie.
Nawet jeśli dzisiejsza relacja z ojcem była daleka od ideału, nawet jeśli ich rozmowy coraz częściej kończyły się napięciem i wzajemnym uporem, potrafiła docenić spokój, w którym dorastała. Bezpieczne miejsce, do którego zawsze mogła wrócić.
- Jasne - odpowiedziała cicho, rozumiejąc dokładnie, jakim typem policjanta musiał być Ray. Takich ludzi nie znosiła. Nigdy nie potrafiła zaakceptować funkcjonariuszy, którzy odwracali wzrok tam, gdzie powinni reagować. Ludzi chowających tchórzostwo za wygodnym milczeniem. Znała podobnych z otoczenia własnego ojca - mężczyzn uśmiechających się zbyt szeroko, klepiących się po plecach, budujących koleżeństwo na przymykaniu oka na rzeczy, których nie należało ignorować.
Z wiekiem jej niechęć tylko rosła. Nie skomentowała tego jednak, choć Madden doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Zrobiła to wyłącznie z szacunku dla jego matki.
Słuchała za to kolejnych historii o nim, obserwując starszą kobietę z uwagą, dostrzegając w jej spojrzeniu tę szczególną miękkość, która pojawiała się wyłącznie przy opowiadaniu o dziecku, niezależnie od tego ile lat miało dziś. - Na przestrzeni lat chyba niewiele się zmieniło - powiedziała, zanim zdążyła zatrzymać słowa.
Uniosła spojrzenie. Nie ku Lauren, ku niemu. - Nadal się ze mną kłóci. Czasem mam wrażenie, że robi to wyłącznie dla zasady, żeby postawić na swoim - nie odwróciła wzroku. Brązowe tęczówki zatrzymały się na jego zielonych, a w ich głębi pojawiło się coś znajomego - błysk, który znał aż za dobrze. Nie ten złośliwy, nie prowokacyjny. Ten d a w n y.
Dopiero jego parsknięcie wyrwało ją z tego krótkiego zawieszenia. Wywróciła oczami z rozbawieniem. - Nie sądzę, żeby moja mama się z panią zgodziła - rozluźniła się jeszcze bardziej, pozwalając wspomnieniom wrócić naturalnie. - Mam trzech starszych braci. Przez większość dzieciństwa próbowałam robić dokładnie to samo co oni. Chciałam być taka sama, więc wspinałam się tam, gdzie nie powinnam, wdawałam się w bójki i wracałam do domu z kolejnymi siniakami - na jej twarz wypłynął pełniejszy uśmiech. - Bardzo szybko nauczyłam się unikać odpowiedzialności. Jeśli coś przeskrobałam, winny zawsze był któryś z nich. Najczęściej wszyscy naraz - miała za uszami całkiem sporo i potrafiła przyznać to na głos.
- Jak tylko mogli się wyprowadzić, uciekli jak najdalej ode mnie. K a ż d y bez wyjątku. Przez pierwsze miesiące żaden nie chciał, żebym wpadała z wizytą - Lauren pokręciła głową z rozbawieniem. - Nie wierzę w ani jedno twoje słowo. Mówisz to specjalnie, żeby ten chłopiec nie czuł się zawstydzony tym, jaki był nieznośny - czułym gestem klepnęła Rhysa po dłoni.
Margo uniosła brew, odruchowo przesuwając spojrzenie ku niemu. - Rhys na pewno z chęcią opowie swoją wersję - rzuciła lekko, opierając łokieć o stół. - Co myślisz, partnerze? Jestem grzeczna? Dobrze się sprawuję?
Wiedziała, że to pytanie było pułapką. I właśnie dlatego zadała je z takim spokojem.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego dom był d a l e k i od spokojnych.
Był sezonami oczekiwania i otwartej agresji. Z początku był strachem, który z czasem przerodził się w złość. Poczuciem bezsilności, które było dla niego doskonałym paliwem - paliwem potrzebnym do robienia rzeczy bezczelnych i niebezpiecznych, choć przecież matka zawsze prosiła go, by był cicho. By nie zwracał na siebie uwagi, by nie prowokował ojca, dla którego prowokacją było krzywe spojrzenie, a czasem oddech zaczerpnięty zbyt głośno.
Nie potrafił patrzeć na ten dom przez pryzmat inny niż koszmarów, które działy się w jego ścianach. Krzyków, bluzgów, rozbijanych butelek, cichego płaczu i jeszcze cichszych uderzeń. Własnych prób radzenia sobie z tą sytuacją, stawania w obronie matki, która z kolei nigdy nie potrafiła obronić ani siebie, ani jego. Jedna z blizn na jego plecach znalazła się tam znacznie wcześniej, nim on stał się policjantem.
Skupiał się na tym, co było obok. Na jej nodze, sporadycznie dotykającego jego kolana. Na ich wspólnej rozmowie, która ewidentnie przynosiła sporo radości jego zagadanej matce. Na spojrzeniu piwnych tęczówek, utkwionych w nim w trakcie tego wszystkiego.
- Nie - odpowiedział krótko, a w jego spojrzeniu rozbłysło to samo - cień tego, co było tam niegdyś, na jedną chwilę wracający na powierzchnię. - Jesteś nieznośna.
- Rhys - strofowała go natychmiast Lauren, pacnięciem w dłoń okazując niezadowolenie. - Nie tak się traktuję damę. Nauczyłam cię lepiej.
Ciche parsknięcie znów wydostało się z jego ust gdy odsuwał od siebie talerzyk, ale nie pozwalał się wciągać w tę gierki - więc nie powiedział tego, co przeszło mu przez myśl.
Z Margo była ż a d na dama.
- O wiem, co przyniosę - podekscytowała się Lauren, podnosząc z krzesła. Jej drżące dłonie chwyciły za talerzyki i filiżanki, odruchowo przenosząc je do zlewu nim zniknęła w przejściu, zostawiając ich na moment samych.
Wpatrywał się w siedzącą przy stole kobietę, w tę normalną scenę, która kompletnie nie powinna mieć miejsca. Nie dziś, nie po tym miesiącu i po poranku spędzonym na pielęgnowaniu ich wzajemnej niechęci.
- Dlaczego to robisz? - zapytał cicho, w tej krótkiej chwili, w której byli wyłącznie sami, a starsza kobieta krzątała się po salonie w poszukiwaniu rodzinnego albumu.
Chwilę później już weszła do środka, opadła na swoje krzesło i przysunęła je lekko do Margo, by mogły obie oglądać pamiątki, które udało jej się znaleźć.
- Zawsze lubię je oglądać - powiedziała, otwierając album na pierwszych, wczesnych zdjęciach z jego dzieciństwa. Nie musiał się nachylać by widzieć, co przedstawiały fotografie.
Młode dziecko o znajomym spojrzeniu, bawiące się w ogrodzie pełnym kwiatów. Siedzące przy biurku i odrabiające zadanie, z ich rodzinnym psem siedzącym na krześle obok. Pozujące przy kosiarce, jakby przymierzało się do koszenia pomimo swojego młodego wieku.
Napięcie znów powróciło, ze zdwojoną siłą tym razem gdy dostrzegł zdjęcie tej samej kuchni i j e g o, siedzącego na miejscu, na którym siedział Rhys. Jego ojciec miał mocne rysy, ciosaną twarz i ponure spojrzenie, jego usta nigdy nie rozchylały się w uśmiechu.
I w miarę, gdy Lauren pokazywała kolejne fotografie, dostrzegł, że i jego dziecięca twarz stawała się coraz mniej pogodna, uśmiech blednął w miarę upływu lat. W oczach pojawiło się pewnego rodzaju znużenie, zdjęcia były bardziej wymuszone, pozowane, uśmiech nieprzekonujący lub nie było go wcale.
- O, to moje ulubione - westchnęła, wskazując na starsze zdjęcie, które zawieruszyło się wśród tych nowych - dostrzegł na nim siebie, huśtającego się na zawieszonej na jabłoni huśtawce. - Mój mąż, świętej pamięci, sam zrobił tę huśtawkę. Bardzo ją lubiłeś, jak byłeś mały.
Pogardliwy wyraz twarzy na moment wpełzł na jego usta gdy kiwnął głową z politowaniem - ś w i ę t e j pamięci ojciec nie przyczynił się do zbyt wielkiego dobra w ich domu, ale jego matka lubiła udawać, że chwile takie jak ta uwieczniona na zdjęciu były u nich codziennością.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poczuła drugi impuls. Jesteś nieznośna.
Drgnięcie przyszło niespodziewanie - ciche, krótkie, niemal niezauważalne, a jednak wystarczająco silne, by na moment mur, który budowała wokół siebie od tygodni pękł. Dwa słowa wypowiedziane jego głosem, w tym charakterystycznym tonie, który znała lepiej niż własne myśli, przesunęły się po niej wolno, zostawiając za sobą znajome ciepło. Nie zdążyło rozlać się szerzej, nie dostało szansy, by osiąść głębiej, bo natychmiast przykryła je ostrożnością.
- Jestem miła. To nie gra - odpowiedziała cicho, wykorzystując krótką chwilę, w której zostali sami. - Gdybyś zapomniał, to właśnie tak zachowuję się normalnie - nie było w tych słowach zaczepki. Nie próbowała się tłumaczyć ani bronić. Wypowiedziała je spokojnie, bez napięcia, z tą prostą szczerością, która od zawsze była jej największą siłą i jednocześnie największą słabością.
Nigdy nie potrafiła być uprzejma na pokaz. Jeśli ktoś obdarzał ją życzliwością, odpowiadała tym samym odruchem, naturalnie, niemal instynktownie. Lauren budziła w niej coś miękkiego, może przez sposób w jaki mówiła, może przez ciepło, którego nie próbowała ukrywać, a może dlatego, że w jej obecności trudno było zachować chłód.
Gdy starsza kobieta wróciła z albumem, Margo uniosła wzrok i uśmiechnęła się automatycznie, lecz zaraz potem dostrzegła zmianę w Rhysie. Nie chodziło o wyraz twarzy - ten nadal pozostawał opanowany, niemal obojętny. Zdradziło go napięcie zbierające się przy szczęce, zbyt mocno zaciśnięte palce, spojrzenie zatrzymujące się o sekundę za długo na fotografiach. Wystarczyło kilka stron, kilka przypadkowych ujęć z dzieciństwa, by zrozumiała, że nie patrzył na nie tak, jak patrzy się na wspomnienia.
Nie widziała tam nostalgii. Widziała w a l k ę.
Powoli przesunęła nogę pod stołem, odnajdując jego kolano. Tym razem zrobiła to świadomie. Nie spojrzała na niego od razu. Nie chciała, by odebrał to jako litość albo próbę ratowania go przed czymś, czego nie chciał nazwać. Przerzuciła wzrok na zdjęcie przedstawiające chłopca o zbyt poważnych oczach. - Byłeś prawie uroczy - mruknęła, przechylając lekko głowę. - Można było się nabrać.
Lauren roześmiała się cicho, a Margo wykorzystała moment, wyciągając dłonie po album. - Mogę? - zapytała łagodnie, nie czekając długo na odpowiedź. Przewracała strony szybciej, z pozornym zainteresowaniem komentując pojedyncze fotografie, lecz w rzeczywistości robiła coś znacznie prostszego - skracała tę drogę. Odcinała go od obrazów, które coraz wyraźniej wbijały się w jego skórę. Nie chciała analizować tych zdjęć. Nie potrzebowała kolejnych historii. Wystarczyło jej to, co widziała na jego twarzy.
Po kilku chwilach zamknęła album ostrożnie i odłożyła go na bok.
- Nie chcę nadużywać pani gościnności - powiedziała, przesuwając dłoń na rękę Lauren. Ciepła, lekko pomarszczona skóra odpowiedziała natychmiastowym uściskiem. - Naprawdę bardzo się cieszę, że mogłam panią poznać - jej głos złagodniał jeszcze bardziej. - Mam nadzieję, że kiedyś się zrewanżuję. Może obiadem, bo niestety takich pysznych ciast nie potrafię upiec - starsza kobieta zaśmiała się serdecznie, a Margo odwzajemniła uśmiech bez najmniejszego wysiłku.
- Jeśli będzie pani kiedyś u Rhysa, proszę go namówić, żeby mnie zaprosił - rzuciła lekko, zerkając w jego stronę. - Sam z siebie raczej by na to nie wpadł - spojrzenie, które mu posłała było krótkie, ale znajome. Miało w sobie coś zaczepnego, coś miękkiego, coś z tamtej wersji ich samych, która nie musiała ważyć każdego słowa.
Lauren pokręciła głową z rozbawieniem. - Naprawdę? To ja już dopilnuję, żeby cię tam ściągnąć - odezwała się. - Może niebawem? Muszę tylko wiedzieć, kiedy wreszcie będziesz miał wolne, synku - w jej oczach pojawiło się światło - spokojne, ciepłe i prawdziwe. A przez krótką chwilę kuchnia wydawała się miejscem, w którym nic nie było złamane.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”