-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
No i może przez to swoje gadulstwo nie potrafiła inaczej załatwiać spraw jak właśnie rozmową. Ciche dni byłyby dla niej najgorszą z możliwych kar i to do tego stopnia, że najprawdopodobniej by się udusiła albo w ekstremalnych sytuacjach, kiedy cisza między nią a Dante miałaby trwać dłużej niż kilka dni, odgryzłaby sobie język. Dlatego zarówno wczoraj jak i dzisiaj próbowała podjąć jakikolwiek dialog, coś co pomogłoby im znaleźć jakiś złoty środek, a przede wszystkim może także rozjaśnić sytuację w jakiej oboje się znaleźli. Bo czy byli parą? Czy może parą, która spotykała się ze sobą, bo tak było wygodnie i przyjemnie jeśli włączało się do tego wspólne pieszczoty.
— Dlaczego nie możesz nauczyć się patrzeć na telefon? Nie mówię, że masz z nim siedzieć i oczekiwać na moją wiadomość i szybciochem na nią odpisywać, ale… jak nie odpisywałeś przez kilka godzin to zaczęłam dzwonić i pewnie to przeze mnie padł ci telefon. No ale nawet jeśli by ten sms do mnie dotarł to nie byłeś ani przez chwilę ciekawy czy ci odpisałam? Czy nie życzyłam ci dobrej zabawy, czy nie zapytałam czy po pracy mogę do ciebie dołączyć? — Mogła brzmieć trochę jak nauczycielka, która próbowała wytłumaczyć uczniowi dlaczego został wezwany na dywanik za swoje zachowanie. Ale z nim tak często się czuła. Niefrasobliwość i życie chwilą było wpisane w jego egzystencję już w liceum. Nie myślał o konsekwencjach, a wnioski wyciągał zazwyczaj po fakcie, zdecydowanie za późno i zdecydowanie na zbyt krótki okres.
Słysząc, że nie musi się do niczego przyzwyczajać, mimowolnie uśmiechnęła się w duchu, jakby naprawdę uwierzyła w jego słowa, ale dosłownie te kolejne sprawiły, że na nowo przygasła. No tak. Nie mógł jej tego obiecać, ani dziś, ani najprawdopodobniej nigdy. I ktoś mógłby jej zaproponować, aby ukróciła to wszystko nim stało się naprawdę poważne, nim zdążyłaby się zaangażować w ich relacje całą sobą, bo przecież wiadome było, że z czasem takie zerwanie stałoby się tylko bardziej bolesne. Ale widząc, że on cały czas siedział i mimo cholernego kaca próbował z nią rozmawiać, naprawdę chciała wierzyć, że mu zależało! Bo przecież zawsze mógł wziąć psa pod pachę, buty w ręce i po prostu wyjść, uznając, że z wariatką nie będzie w ogóle dyskutował. A jednak nadal był na jej kanapie i z tym wzrokiem zbitego psa… no mógł nią manipulować niesamowicie.
Pozostawało więc jeszcze to cholerne zdjęcie. Pewnie im dłużej by się w nie wpatrywała tym sama doszłaby do wniosków, że wcale nic nadzwyczajnego nie łączyło Dantego i tej tajemniczej blondynki. Wczoraj była po prostu zła, że tak bardzo się zaangażowała w jego poszukiwania, że obdzwoniła chyba wszystkie szpitale w mieście i kilka poza nim, a on cały ten czas był dosłownie pod nosem. Była zła, że całą długą imprezę spędził w klubie, a przynajmniej jej ostatni dzień, i to z jakimś randomowym towarzystwem, a nie z nią. No i to zdjęcie było jej jedynym dowodem na to, że żył i się świetnie bawił. Niby powinna się z tego cieszyć, zwłaszcza z części, że żył, ale czy ktoś mógłby mieć do niej pretensje, że poczuła się tym nieco dotknięta? I może dlatego tak wybuchła wczorajszego popołudnia, insynuując mu, że się świetnie bawił, bajerując jakąś obcą laskę, zamiast spędzić ten czas chociażby z nią. Bo czy była aż tak nudna? Też potrafiła się przecież bawić, chodzić po barach, klubach, w końcu w jednym się spotkali pierwszy raz od kilku lat! Tylko nie robiła tego w środku tygodnia. I ciągiem przez trzy dni. Jakby nie patrzeć — pracowała, studiowała i zajmowała się psem. A ostatnio nawet dwoma.
— W porządku… w klubie było głośno, więc żebyście mogli słyszeć swoją rozmowę musieliście się nachylać do siebie. To raczej normalne. No a najwyraźniej ładnie razem wyglądaliście, więc klubowy fotograf pewnie uznał, że robi zdjęcie uroczej parze — odparła spokojnie, bez żadnych wyrzutów czy kolejnych insynuacji. Wierzyła w jego wersję, choć początkowe słowa o tym, że nawet nie pamiętał jej imienia nie brzmiały zbyt pocieszająco w zainstalowałem sytuacji.
Drgnęła w wyczekiwaniu, słysząc wypowiedziane przez niego "skoro". Wyłapała bowiem to zawahanie szybciej, niż on zdążyłby je ukryć.
Nie przerwała mu. Nie weszła mu w słowo. Po prostu patrzyła — uważnie, trochę zbyt uważnie — jakby właśnie w tej niedokończonej myśli było więcej prawdy niż w całej reszcie, którą mógłby powiedzieć. I kiedy postanowił zostawić ją w niepewności, zmieniając nieco temat i proponując, aby poznała prawdę od Erica, westchnęła cicho. Czy była zawiedziona? Była. Ale chyba więcej pretensji miała do siebie niż do niego, bo znów się głupia idiotka na coś nastawiała, a potem się dziwiła, że to jednak wyglądało zupełnie inaczej.
— A tak myślałam, żeby do niego dzwonić. Ale myślałam, że w środku tygodnia jest w robocie, a nie się z tobą szlaja… no i gdyby coś ci się stało przy nim to by chyba dał mi znać. — Uśmiechnęła się pod nosem. Chyba za dobrze oceniła Erica. Myślała, że to w miarę porządny i odpowiedzialny facet, a tu proszę. Taki sam chlejus jak Dante. Na dodatek, że też on mu nie podsunął pomysłu, aby spróbował się z nią skontaktować. Skoro przez te trzy dni imprezowali razem to chociaż on mógł się domyśleć, że Elsa odchodziła od zmysłów, nie mając kontaktu z Levasseurem. Chyba przez te wszystkie lata zdążył już ją poznać na tyle, aby dowiedzieć się, że w byciu największą panikarą zajmowała przynajmniej miejsce na podium. No ale najwyraźniej po facetach nie powinna się spodziewać jakiegokolwiek myślenia. O tym logicznym już nawet nie wspominając. A to podobno ich płeć była tą mądrą i dobrą w naukach ścisłych! Najwyraźniej tych dwoje przespało lekcje z łączenia kropek.
Gładziła liście kwiatów, jakby chciała pozbyć się z nich niewidzialnego kurzu. Wpatrywała się w tę piękne złociste płatki, zastanawiając się czy w tym momencie ich rozmowa się skończyła. Czy doszli do jakichś wniosków, czy powinni może ustalić jakiś plan działania na przyszłość? Bo nie zamierzała zabraniać mu imprezować. To było jego życie, jego styl bycia i nie miała prawa się w to wtrącać. Po prostu…
Zadrżała lekko, czując jak obejmuje ją od tyłu. Nie spodziewała się takiego gestu z jego strony. Słyszała jak otwierał buteleczkę i wypijał jej zawartość, więc myślała, że swoje kroki kieruje raczej do śmietnika, aby wyrzucić opróżnione opakowanie, a tu jednak ona była jego celem. A to było… naprawdę miłe. Uśmiechnęła się mimowolnie, wtulając lekko plecy w jego tors. Ale kiedy złapał ją za dłoń i przejechał palcami po śladach jej zębów, poczuła nagły wstyd. Chyba nie chciała, aby to widział, jednak nie miała siły kolejny raz się wyrywać.
— Ale to nie tylko słoneczniki… kupiłam jeszcze brownie w malinami. Ogromny kawałek. Pokroisz? Myślę, że taka dawka słodkiego też dobrze ci zrobi… i gdybyś mógł jeszcze zaparzyć herbatę. Jaśminowa będzie w porządku? Kawę chyba sobie odpuszczę — zapytała, przymykając powieki, aby faktycznie dać sobie chwilę na takie błogie lenistwo. Oczywiście, że zasłużyła na porządne spanie. Tylko czy po tak długiej drzemce byłaby w stanie spać także w nocy?
— Ale przed spaniem jeszcze by się przydał długi spacer z psami. Muszą się wybiegać… Murphy polubił ganianie za gumowym ringiem. W parku jest taka duża przestrzeń, gdzie o tej godzinie o dziwo nikogo nie ma i… — Ziewnęła cicho i zaraz odwróciła się do niego przodem, aby w następnej chwili mocno się do niego przytulić. — Dante… kupiłam ci małego powerbanka… dosłownie mała kostka, co nawet nie zauważysz jej w kieszeni, ale starcza na trzy ładowania… — wymamrotała cicho. Oj nie wiedziała co sobie myślała, kiedy go kupowała jeszcze przed udaniem się do kwiaciarni. Że nie będzie miał już wymówki? Że rozładowany telefon przestanie być wrogiem w budowaniu… no właśnie. Czego?
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Chyba po prostu najpierw uznałem, że nie masz czasu odpisać, a później… – krótkie westchnięcie i dość wymowne wzruszenie ramion musiało najwyraźniej wystarczyć za dalszą część zdania. Później najpewniej dość szybko zdążył zająć się po prostu zabawą, kompletnie zapominając o telefonie i przestając zwracać na niego uwagę. Zdecydowanie daleko było mu do tych osób, które natychmiast sprawdzały każde powiadomienie i praktycznie nie wypuszczały telefonu z ręki… Co zresztą tylko w niewielkim stopniu zmieniało się, kiedy faktycznie był trzeźwy.
Kiedy jednak zdążył przetrawić dalszą część jej wypowiedzi, momentalnie podniósł na nią spojrzenie, pozwalając sobie nawet na coś, co przy odrobinie dobrej woli pewnie dałoby się nazwać uśmiechem. Ot, ledwie minimalne uniesienie kącików ust, ale możliwe, że na więcej naprawdę chwilowo nie było go stać.
– A chciałabyś dołączyć, jakbyś faktycznie dostała tę wiadomość? – i czy on chciałby, żeby dołączyła do tej kompletnie nieplanowanej imprezy…? Nad tym chyba akurat nie musiał się nawet zbyt długo zastanawiać, by dojść do wniosku, że na podobne pytanie musiałby odpowiedzieć twierdząco. Jasne, zdawał sobie sprawę z tego, że w takim wypadku cała ta impreza pewnie nie potrwałaby trzech dni, ale… chyba nawet niespecjalnie by mu to przeszkadzało. I może przynajmniej nie zdychałby aktualnie na jej kanapie, a zamiast tego mógłby zająć się czymkolwiek przyjemniejszym…
A skoro również temat tej nieszczęsnej blondynki zdawał się pozostawać wyjaśniony… chyba powinien być jej wdzięczny, że najwyraźniej miała do niego przynajmniej tyle zaufania, żeby nie podważać tych jego niezbyt składnych wyjaśnień. Choć mimo wszystko nie mogłoby obejść się bez mimowolnego skrzywienia się z jego strony, kiedy Elsa zasugerowała, że ktokolwiek miałby uznać jego i tę dość przypadkową dziewczynę za parę.
– W sumie… nie mam pewności, czy on dalej żyje. Więc może warto byłoby zadzwonić mimo wszystko, tak na wszelki wypadek… – żartobliwa nuta zawarta w wypowiedzi tyczącej się jego przyjaciela, była wprawdzie nieco przygasła, ale pewnie możliwa do wychwycenia nawet mimo tego. I… nieco później chyba rzeczywiście powinien przynajmniej upewnić się, że Eric wciąż był wśród żywych i że w razie czego w przyszłości nie zabraknie mu towarzystwa do picia, czy wcielania w życie jakichś durnych pomysłów. Albo połączenia tych dwóch opcji…
Podchodząc do niej, przez krótką chwilę obawiał się, że mogłaby znów chcieć się odsunąć. Dlatego też wyraźnie odetchnął, kiedy tego nie zrobiła, jednocześnie przytulając ją do siebie odrobinę mocniej. I przy okazji czując kolejne wyrzuty do samego siebie, widząc ponownie te ślady na jej dłoniach. Powinien prawdopodobnie powiedzieć cokolwiek na ten temat. Tylko… po raz kolejny nie tylko nie wiedział co, ale też doszedł najwyraźniej do wniosku, że w takim wypadku może lepiej będzie więc nie mówić nic…
– Mhm – mruknął, zgadzając się na pokrojenie kupionego przez nią ciasta i zaparzenie herbaty. Chociaż chyba niespecjalnie zamierzał zabierać się za to w tej chwili, póki co nie planując się od niej odsuwać, a zamiast tego opierając głowę na jej ramieniu i krótko cmokając ją w ten odkryty fragment skóry, który akurat znalazł się w zasięgu. Herbata zdecydowanie mogła jeszcze chwilę poczekać. Brownie tym bardziej. Zwłaszcza, że jakoś nie do końca był przekonany, czy wspomniana przez nią dawka słodkiego faktycznie miałaby dobrze na niego podziałać, czy może jednak podzielić los biednego bajgla i pójść w odstawkę po ledwie kilku kęsach.
– Lubi też kopanie w twoim ogródku, więc pewnie już się tym zajął… – co w zasadzie było bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę to, że rzeczywiście Murphy od dłuższego czasu szalał gdzieś w ogrodzie. Niewykluczone więc, że postanowił sprytnie wykorzystać okazję, że nikt nie zamierzał wtrącać się w jego wizję tego, jak powinien wyglądać trawnik… – Później z nimi wyjdę. Może nic im nie będzie, jak ten jeden raz wybiegają się… trochę mniej intensywnie.
Choć może powinien zastanowić się również nad tym, czy faktycznie jakkolwiek nadawał się aktualnie do tego, by próbować wyprowadzać psy… Jasne, chciał, żeby Elsa mogła trochę odpocząć i pewnie byłby w stanie zmusić się do tego mniej intensywnego spaceru, tylko… ostatnim razem, gdy postanowił wyprowadzić Murphy’ego będąc w równie beznadziejnym stanie, skończyło się to zerwaniem się psa ze smyczy, bezmyślnym władowaniem się Dantego pod samochód i niezbyt przyjemnym pobytem w szpitalu. Może lepiej byłoby podobnych atrakcji nie powtarzać…
Zanim jednak w jego głowie mogłaby pojawić się jakaś refleksja na ten temat, Elsa całkiem skutecznie przekierowała jego myśli na nieco inny tor. Powerbank. Na domiar tego wszystkiego, kupiła mu jeszcze powerbanka, żeby… no właśnie – żeby co…? Nie wypuszczając jej z ramion, odsunął się odrobinę, by móc przyjrzeć się jej twarzy i przez dłuższą chwilę chyba nie do końca wiedząc, jak właściwie powinien na to zareagować. Ostatecznie… zaśmiał się krótko, w kolejnej chwili nachylając się na moment, żeby ją pocałować.
– Jesteś niemożliwa… – bo wciąż przecież powinna mieć zdecydowanie więcej powodów, żeby zwyczajnie się na niego wściekać, zamiast… kupować mu powerbanka. – Ale niech będzie, skoro widocznie nie mam już wyboru, będę bardziej pilnować telefonu.
Zakładając, że miałby pamiętać również o tym, żeby powerbank też stale był naładowany, czy żeby faktycznie miał go nosić przy sobie… Ale o tym może nie było potrzeby wspominać na głos, może też nie musieli się tym martwić akurat teraz.
Odsunął się od niej, po drodze zgarniając z blatu pudełko z ciastem i podchodząc do stojaka na noże. I chociaż nie planował powtarzać jej błędu sięgając po ten nieszczęsny tasak, a całkiem przeciętny, nadający się do krojenia brownie nóż, to… chyba nie przewidział, że w tym przypadku też coś mogłoby pójść nie tak. Dokładnie w momencie, kiedy ten wyślizgnął mu się lekko z ręki, a on dość bezmyślnie postanowił go złapać – w efekcie chwytając za ostrze i rozcinając sobie wewnętrzną część dłoni.
– Kurwa… – pewnie nie było to nic szczególnie poważnego, ale w pierwszej chwili i tak momentalnie spojrzał w stronę Elsy, całkiem nieźle pamiętając o tym, że na widok krwi nie reagowała zbyt dobrze. – Może… zanieś te słoneczniki gdzieś indziej… Albo sprawdź, jak się ma ogród po tych całych wykopaliskach Murphy’ego…?
Znalezienie jej choćby najbardziej idiotycznego zajęcia i pozbycie się jej z kuchni, wydawało się więc całkiem dobrym pomysłem. Sam tymczasem odłożył pudełko z powrotem na blat, nieuszkodzoną ręką sięgając po kuchenną ścierkę i poświęcając ją jako tymczasowy, prowizoryczny opatrunek. Co nadal wydawało się trochę lepszą opcją niż zakrwawienie połowy kuchni i późniejsza konieczność zajmowania się już nie tylko skaleczoną dłonią, ale dodatkowo spanikowaną Elsą…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Ale szybko wróciła do siebie. Zawsze wracała. Bo przecież od dziecka robiła wszystko, aby nie sprawiać innym problemów i przykrości.
Naprawdę nie wymagała, aby podczas wyjść ze znajomymi był ciągle na telefonie, bo to totalnie mijało się z celem takiego wyjścia. I w sumie zaczynała się zastanawiać czy ta jedna wiadomość raz na kilka godzin była aż takim obciążeniem? Czy wymagała za wiele i wychodziła na wielce kontrolującą? Bo już raz tak go kontrolowała… kiedy wychodził z Lexie. Wiedziała, co między nimi w przeszłości się działo i ciężko jej było ukryć miotającą nią od środka zazdrość, ale serio się starała!
Na pytanie o to czy chciałaby dołączyć do niego na tej imprezie, kiwnęła lekko głową, a z jej ust wyrwało się ciche westchnięcie. Oczywiste było, że raczej zaliczała się do tych mniej imprezowych osób z jego grona. Nie upijałaby się razem z nimi, nie brałaby udziału w konkursie na najszybciej wypitą deskę shotów, ani nie stałaby z nimi w kółeczku podczas przekazywania sobie jointa przyjaźni. Ale z chęcią poszłaby z nimi na parkiet albo brała udział w jakichś mniej ambitnych dyskusjach, bo przecież halo, mogła rozmawiać na wiele tematów, nie tylko tych dotyczących fizyki kwantowej czy ekonomicznej analizy prawa. W końcu, te kilka lat temu, znalazła z Dante wspólny język i tematy do rozmów, które nie mogły kręcić się tylko wokół szkoły, lekcji i korepetycji skoro wytrzymali ze sobą tak długo. Chociaż… wspomnienia korepetycji z całowania dalej wywoływały u niej przyjemny dreszcz.
— Normalnie bym ci zaproponowała, żebyś poszedł sprawdzić co u niego… ale mam obawy, że znów przepadniesz na kilka dni, więc nigdzie Cię nie puszczę — Wymruczała, gdy była już w jego ramionach. Skoro Stones był ulepiony z tej samej gliny co Dante to nie mogła liczyć na jego wsparcie. Oczywiście nie zamierzała im ograniczać kontaktu, co to to nigdy w życiu, ale skoro ten w końcu raczył pojawić się w domu to chociaż przez najbliższy czas chciała mieć go dla siebie. Bez konieczności dzielenia się z kumplami — starymi bądź tymi nowo poznanymi — używkami czy kacem. Chociaż z tym ostatnim na razie musiała silnie rywalizować i chyba póki co to przegrywała z kretesem.
Zagryzła mimowolnie dolną wargę, czując jego usta na swoim odkrytym ramieniu, które od razu pokryło się gęsią skórką. Mimowolnie też odchyliła lekko głowę, jakby chciała go zaprosić, aby kontynuował swoją wędrówkę także i po niej.
Była zmęczona jak jasna cholera, ale naprawdę nie widziała problemu w tym, aby na spacer wyszli całą czwórką. Świeże, coraz chłodniejsze powietrze z pewnością pozwoliłoby Dantemu na szybszy powrót do świata trzeźwych, a ona mogłaby jeszcze przez chwilę powydurniać się z psami zanim wróciliby do domu i padłaby jak kłoda do łóżka. Istniało bowiem spore prawdopodobieństwo, że Elsa nie miałaby siły także dotrzeć do łazienki, więc chyba musiałaby przed swoim zgonem poinstruować Dantego o tym, gdzie znajdował się płyn micelarny i waciki, aby zmył z niej makijaż, a także piżama, co by nie musiała spać w tym uniwersyteckim mundurku, który miała na sobie. Ale na ustalenie ostatecznego dalszego przebiegu dnia mieli jeszcze trochę czasu. Najpierw ciasto i herbata, na które czekała od chwili, gdy wykładowcy wpisali jej do indeksu piękne i w pełni zasłużone oceny.
Na jej ustach zagościł szeroki uśmiech, gdy ten zaśmiał się na wieść o tym niecodziennym prezencie. Myślała, że może raczej się zirytuje, że ta naprawdę zamierzała go kontrolować. No ale chyba lepsze było to niż zainstalowanie mu w telefonie aplikacji Gdzie moje dziecko? Chociaż w jego przypadku to śmiało można było zmienić nazwę na Gdzie mój gamoń. Ale jej uśmiech znikł, gdy uraczył ją pocałunkiem.
— Ughh… smakujesz jak butelka wódki… jutro wezmę sobie porządnego buziaka. — Skrzywiła się lekko, wytykając przy tym język, jakby od tego gestu miała pozbyć się posmaku, którym została uraczona.
Sama raczej przestała używać noży do czegokolwiek. Nawet podczas jedzenia buraczanych kotletów korzystała tylko z widelca, którego bok świetnie kroił miękkie wyroby. I pewnie gdyby miała to popołudnie spędzić sama to nawet przez myśl by jej nie przeszło, żeby kroić ciasto, a całość jadłaby po prostu łyżeczką prosto z opakowania. I może takie tez podanie trzeba było zaproponować… pudełko z brownie położyłoby się na środku stołu, a oni nachyleni nad nim, delektowaliby się jego słodyczą czekolady i kwasowością świeżych malin. Ale kto mógł przewidzieć, że tak to się skończy?
Niczego nieświadoma stała obok chłopaka i obserwowała jego ruchy z uśmiechem małej jubilatki, która nie mogła się doczekać na swój kawałek tortu. Patrzyła także jak nóż wyślizguje mu się z ręki, a potem z powrotem do niej trafia, ale już ostrzem przyłożonym do skóry.
I to był ten moment, kiedy ten szczery uśmiech kolejny raz w ciągu dnia po prostu znikł z jej twarzy. Tak jakby ktoś wziął szkolną gumkę i bezczelnie go wymazał, tak samo jak te szczęśliwe błyski w jej oczach, które rozszerzyły się, ale nie w dramatycznym szoku, a raczej czymś cichym i głębokim… co przyszło zdecydowanie za szybko.
Czerwona szrama na jego dłoni krzyczała, a ona ledwo, znalazła w sobie siłę, żeby wyszeptać:
— Przepraszam…
Potem uciekła. Niezdarnym krokiem ruszyła do ogrodu i usiadła tuż przy wejściu, opierając się plecami o chłodną szybę drzwi balkonowych. Robił wszystko, żeby nie zauważyła, ale jednak dostrzegła krew. Zbyt dużo.
Otworzyła usta, chcąc nabrać powietrza, które gwałtowanie zaatakowało jej płuca, doprowadzając ją do zachłyśnięcia się. Ręce zaczęły jej drżeć niemalże tak samo szybko jak waliło jej serce. Łzy pojawiły się momentalnie i bez jakiejkolwiek kontroli spływały jedna kropla po drugiej po zdecydowanie za bladych policzkach Elsy. O oddychaniu nie było już nawet mowy, ona dosłownie szarpała się z powietrzem, próbując zgarnąć dla siebie choćby odrobinę tlenu, ale przegrywała. Przegrywała też sama ze sobą… i dlatego zaraz uniosła prawą pięść do ust i zacisnęła na niej swoje zęby, błagając wszechświat, aby dał jej spokój i pozwolił na nowo wrócić do normalności.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Myślę, że sobie poradzi – stwierdził krótko, co do tego chyba rzeczywiście nie mając większych wątpliwości. Zwłaszcza, że w tej chwili naprawdę nie miał nic przeciwko temu, by nie puszczała go nigdzie i bez problemu mogąc zgodzić się na to, żeby zostać tutaj, tylko z nią. Właściwie… czując przy sobie ciepło jej ciała i widząc jak odchylała głowę, odsłaniając dla niego swoją szyję, mógł chyba całkiem poważnie zwątpić w to, jakim cudem był w stanie zostawić ją bez słowa na te cholerne trzy dni. Wciąż nie równało się to wprawdzie z nadal niepojętym pomysłem zostawienia jej na znacznie dłużej tych parę lat temu, ale… w tej chwili zdawało się być niemal tak samo absurdalne.
Z pewnym rozbawieniem wywrócił wymownie oczami, w odpowiedzi na jej słowa i skrzywioną minę. Choć pewnie faktycznie trudno byłoby odmówić jej racji. W końcu… w ciągu minionych trzech dni wlał w siebie chyba dostatecznie dużo alkoholu, by można było przypuszczać, że niezbyt przyjemny podczas trzeźwienia posmak mógł towarzyszyć mu przez dłuższy czas. Może więc faktycznie próba zabicia go smakiem ciasta z malinami, nie była wcale aż tak fatalnym pomysłem. Co pewnie mogłoby się nawet udać, gdyby nie… No właśnie.
Trudno byłoby powstrzymać się od kolejnego wymruczanego pod nosem przekleństwa. I kilku kolejnych, kiedy starając się prowizorycznie owinąć skaleczoną rękę ścierką, kątem oka zauważył ten chwiejny krok, jakim Elsa ewakuowała się z kuchni. Z kolei widząc ją osuwającą się plecami po szybie balkonowej, trudno byłoby nie domyślić się, że całe to zajęcie jej czymkolwiek innym jakoś niespecjalnie się udało…
Nie miał zbyt wiele czasu na zastanawianie się, czy w pierwszej kolejności powinien zająć się jakimś lepszym opatrywaniem tego cholernego rozcięcia, czy może jednak nią. Wybór był zresztą dość oczywisty. Rana na ręce nie wydawała się jakoś szczególnie poważna i prawdopodobnie mogła jeszcze nieco poczekać. Musiało więc wystarczyć szczelniejsze owinięcie dłoni ścierką i pobieżne upewnienie się, że ta nie zdążyła w tym krótkim czasie w żaden sposób przesiąknąć, kiedy pospiesznym krokiem zdecydował się przejść w stronę wyjścia do ogrodu.
– No dobra, nic się nie dzieje, oddychaj – ukucnął przed nią, nieuszkodzoną ręką sięgając po jej dłoń, chcąc odciągnąć ją od jej ust. – Powoli. Pamiętaj, że jesteś moją mądrą dziewczyną, która właśnie dostała dwie piątki z egzaminów i nie będzie panikować tylko dlatego, że jakiś kretyn nie potrafi nawet pokroić ciasta…
Czy właśnie nazwał ją swoją dziewczyną…? Możliwe. Raczej nie zwracał na to większej uwagi, skupiając się bardziej na tym, by po prostu mówić do niej spokojnym tonem, niezależnie od tego, jaka dokładnie miałaby być treść poszczególnych zdań. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcił też temu, by przytulić ją do siebie mocno, jednocześnie samemu starając się oddychać powoli, by mogła podchwycić ten rytm, dostosowując się do niego i na nowo odzyskując możliwość bezproblemowego zaczerpnięcia powietrza. A jednak nawet jeśli niekoniecznie zastanawiał się nad tym, co konkretnie do niej powiedział, nie oznaczało to wcale, że nie miałoby to być w żaden sposób zgodne z tym, co mógłby rzeczywiście myśleć. Po prostu… w tej chwili jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy pewne kwestie powinny być wypowiadane na głos, mogły zejść na dalszy plan, tym samym nie zakłócając w żadnym stopniu wypowiedzi i nie uniemożliwiając ich swobodnego dokończenia. Jak jeszcze tych kilka chwil temu.
Zaskakujące było to, że wciąż całkiem nieźle pamiętał ten pierwszy raz, kiedy przyszło mu zmierzyć się z jej atakiem paniki na widok – wydawać by się mogło – wcale nie aż tak bardzo imponującej ilości krwi. Doskonale pamiętał też, że w tamtym przypadku zadziałał raczej instynktownie, z trudem uspokajając ją i sporo wysiłku wkładając w to, by samemu zachować spokój, nie mając pojęcia co właściwie powinien zrobić, by mogło okazać się to skuteczne. Albo jakkolwiek pomocne. Po tamtym doświadczeniu nauczył się jednak przynajmniej tego, by rzeczywiście w razie potrzeby starać się trzymać ją z dala od trudnego dla niej widoku – co ewidentnie nie powiodło się tym razem… – a także tego, że nawet jeśli spokój niekoniecznie leżał w jego naturze, to w podobnych sytuacjach sprawdzał się całkiem nieźle.
Elsa Eriksen