Mark skinął jedynie głową, zgadzając na to, by kolejny raz oddać krew, bo nie widział w tym nic złego. Ciekawiło go, czy uda im się dogadać termin i spotkają się jeszcze w tym miesiącu, czy raczej zostanie to odwleczone w czasie. Zawsze istniało też prawdopodobieństwo: a) znalezienia kogoś, kto nada się lepiej; b) zapomnienia o tym, że Mark miał posłóżyć za obiekt, z którego miała zostać pobrana krew.
Rosenhall parsknął śmiechem, uważając tekst rzucany w żarcie o zabraniu dwóch cech za nawet całkiem zabawny.
- O, też masz rodzeństwo. Ja mam dwóch braci i siostrę. -podzielił się tą informacją, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że WCALE go o to nie pytała. No ale w sumie nie kazał jej tego faktu zapamiętywać, bardziej na zasadzie
zrobi z tym, co zechce. Po prostu uznał, że się podzieli i tyle. A! I żeby było jasne - jemu nie przeszkadzało, że Megan nie była tak towarzyska jak on. Nie mierzył każdego swoją miarą i nie wymagał, by każdy był jak on, bo
jak wszyscy są super, to nikt nie jest. Poza tym -zdaniem Marka - to właśnie kontrasty sprawiały, że ludzie dobrze się uzupełniali. Doskonale zdawał sobie sprawę z istnienia introwertyków i ekstrawertyków.
Mimo, że miał się nie przejmować, to jednak planował odkupić koleżance tego batona, bo tak chciał lub jeśli nie batona, to coś również proteinowego.
Rozumiał, co do niego mówiła, i odwrócił głowę, aby popatrzeć przez okno, bo on przecież… też miał hajs - a raczej jego familia. Też nie jeździł starym gratem, tylko Mercedesem i nie musiał martwić się o opłacanie rachunków. Także można było powiedzieć, że akurat w kwestii statusu finansowego trafił swój na swego.
- Cóż, są tego plusy. Możemy kupować dobre jedzenie i nie martwić się o komorników. - stwierdził, wzruszając ramionami, specjalnie zmieniając końcówkę na 1 os. liczby mnogiej, choć nie ukrywał, że korciło go poudawanie biedaka, aczkolwiek coś mu podpowiadało, iż dość szybko by poznała prawdę, bo wystarczyło wpisać nazwisko Rosenhall w internecie, by wiedzieć, kim byli. Kim był jego starszy brat, który brał udział w wyścigach. Poza tym, zdradzał go zegarek, markowe ciuchy i okulary przeciwsłoneczne Ray Ban.
- A przyznają per zamówienie czy per bajgiel? Bo jeśli per bajgiel, to powinnaś dostać dwie. - stwierdził, będąc zaskoczonym, że miejscówka posiadała coś w rodzaju wizytówek na których widniały miejsca, gdzie przyklejano naklejki.
- W sumie fajna akcja. Zachęca do kupowania. - bo kto by nie chciał darmowego bajgla? Jasne, wcześniej wyda się sporo, ale przecież w niejednej kawiarni było wręcz identycznie. Kup 5 a 6 będzie za darmo - choć czasami wymagana ilość zakupionych kaw była większa nić 5.
Słysząc zamówienie Megan, był pod wrażeniem, bo jego w porównaniu z jej był dość.. biedny.
- Albo wiesz co? Dla mnie będzie numer 5 z dodatkowym bekonem, piklami i papryką. - poprawił, dochodząc do wniosku, że przy następnej wizycie kupi sobie cynamonowego bajgla, bo naprawdę go kusił. Oczywiście uniósł brwi, gdy usłyszał
więcej ostrego wypowiedziane przez Megan.
- Nie zapominaj tylko o patrzeniu przed siebie, by przypadkiem nie wpaść na coś lub na kogoś. Dobrze Ci radzę. - odpowiedział pół żartem, pół serio - bo sam kiedyś zbyt długo patrzył w bok, gdyż jakiś banner zwrócił jego uwagę i skończyło się to uderzeniem z latarnią. Po dziś dzień pamiętał tego pamiętnego siniaka na czole, które instynktownie dotknął, jakby chcąc mieć pewność, iż już go tam nie ma.
Skoro ona pociągnęła przez słomkę, to uznał, iż zrobi tak samo, gdy tylko podsunęła w jego stronę swojego shake'a.
- O jaciee, pychota. Chyba serio będę tu wpadał o wiele częściej. - odparł, będąc wdzięcznym Finch za pokazanie oraz uświadomieniu mu o istnieniu takiej miejscówki.
- Zrozumiałe. Nie ma co w siebie na siłę wrzucać. - stwierdził, bo takie zjadanie na siłę byleby zjeść, mogło, ba! Zazwyczaj przynosiło niezbyt dobre skutki. Ogólnie Mark nie lubił uczucia bycia
full, czyli takiej pełnej sytości. Zwykle kończyło się to albo sennością - wtedy ratował się energolem lub kawą - albo potrzebą położenia się i przeczekania, aż chociaż organizm trochę strawi. Podobno spacer dobrze działał na przejedzenie, ale trochę ciężko było po lunchu między zajęciami nagle iść sobie na przechadzkę.
Dużo tych zabezpieczeń. pomyślał, widząc ile razy Megan musi przykladać swoją kartę, by dostać się do środka, ale z drugiej strony może to i dobrze? On też miał mieszkanie na monitorowanym osiedlu.
- Żołnierzem? Czyli codziennie zakładasz mundur? - spytał zaskoczony taką informacją o dziewczynie. Nie spodziewał się, choć wyobrażając ją we wspomnianym mundurze musiał przyznać, że wyglądałaby
hot ale zostawił to wyłącznie dla siebie i wolał zapić te myśli shakiem. Chyba była pierwszą kobietą jaką znał, będącą żołnierzem
A wydaje się taka...niepozorna.
- W takim razie, może pójdziemy kiedyś na strzelnicę? - zaproponował, bo czemu nie?
Mogłaby być fajna zabawa. A on lubił dobrą zabawę, dlatego chodził do klubów, rzucał dartami i jeździł na quadzie.
Po wejściu do mieszkania również zdjął buty - odstawił je obok tych należących do Megan - a następnie powiesił kurtkę za wszyty do tego uchwyt i podążył za blondynką (w czarnych skarpetkach), rozglądając się po ciepłym wnętrzu. Było naprawdę przytulnie.
- Luzik, i ej, nawet tak nie pomyślałem. - odparł zgodnie z prawdą, wzruszając ramionami.
- Twoje mieszkanie, Twój... artystyczny nieład. Wolnoć Tomku w swoim domku jak to mówią. - dodał zaraz, chociaż
chujtam go nawet rozbawiło, dlatego parsknął śmiechem.
Obserwował uważnie poczynania Finch, w międzyczasie siadając na kanapie. Słysząc pytanie, zastanowił się przez chwilę.
- Hmm... napiłbym się w sumie coli... a masz whiskey? Jak nie, to może być wino. - odpowiedział zgodnie z własną zachcianką. I tak właśnie wyglądało jego
więcej nie piję. No cóż... Nagle, jego uwagę przykuł jeden z obrazów - podobny do namalowanego przez Van Gogha.
Pani Żołnierz