ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
I've been learning about letting go, how to do it without my claws scratching the surfaces
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor


I knew you were trouble when you walked in
So shame on me now


Tym, co natychmiast przychodziło Joe Grainer do głowy gdy - nawet całe miesiące, a nawet i lata później - wracała pamięcią do swojego pierwszego, prawdziwego (choć nadal studenckiego) dyżuru w szpitalu, wcale nie była satysfakcja, że oto właśnie spełnia się jej największe życiowe marzenie, ani też nerwy zżerające ją od środka ze względu na presję jaką czuła zarówno od innych studentów, jak i własnych profesorów. Pamiętała, przede wszystkim, zapach chlorheksydyny - tak ostry i namacalny, że wydawało jej się, że mogła go niemalże posmakować, obracając w ustach jak landrynkę.
Było to, zresztą, w jakimś sensie nawet pomocne, bo Joe naprawdę wolała skupiać się na tej gryzącej woni, niż na świadomości, że jej własne serce próbuje wyskoczyć jej z piersi, bijąc tak głośno, że wcale by się nie zdziwiła, gdyby opiekun jej praktyk podniósł zaraz wzrok znad dokumentacji i powiedział: Grainier, jeśli nie przestaniesz panikować, wrócisz na teorię. A to byłoby przecież jeszcze gorsze, niż gdyby na praktyki miała nie dostać się wcale.

Joe nie znosiła, i nie potrafiła przegrywać, te nieliczne akademickie porażki, które mogła zliczyć na palcach jednej dłoni, przypłaciwszy długimi tygodniami pełnymi rozżalenia, samokrytyki, i wstydu. Nie pomagał przy tym wcale fakt, że jej definicją klęski było otrzymanie oceny gorszej, niż piątka z plusem.
Gdyby ktoś ją o to zapytał, Joe zapierałaby się, że wcale nie jest chorobliwie ambitna, i że wcale nie szuka poklasku, sukcesy osiągając raczej z lęku przed zawiedzeniem własnych nadziei, niż narcystycznej chęci by chwalono ją i podziwiano. Niezależnie od jej wewnętrznej motywacji, efekt był i tak dokładnie ten sam: Joe rywalizowała bez przerwy, i głównie z samą sobą. Na dyżurach pojawiała się długo przed ich planowym rozpoczęciem, zawsze w nieskazitelnym, świeżo wykrochmalonym kitlu, w którym jej drobna sylwetka tonęła jak w oceanie. Na odprawach stała zbyt prosto i sztywno; wszystko notowała obsesyjnie; na pytania prowadzących odpowiadała za szybko, cudze diagnozy poprawiając w myślach z taką precyzją i pewnością, jakby była co najmniej rezydentką, a nie studentką ledwie drugiego roku medycyny.
Wśród rówieśników, swoją postawą wcale nie zdobywała sobie zbyt wielu przyjaciół, powszechnie uważana za nadgorliwą kujonkę, którą inni studenci zwykle interesowali się wyłącznie na parę tygodni przed sesją, gdy nagle okazywało się, że Grainier jest najlepszym z możliwych źródeł notatek i ściąg na egzaminy. Profesorowie i superwizorzy żywili jednak do Joe jakiś rodzaj pobłażliwej sympatii, dodatkowe zadania i szczególnie ciężkie przypadki do opracowania zlecając jej chyba z litości.
Przecież wiedzieli, że kto, jak kto, ale Joan Grainier nie odmówi okazji, by nauczyć się czegoś nowego, przy okazji popisawszy się wiedzą nabytą niedawno na zajęciach. A jeśli oznaczało to zostanie na dyżurze nieco dłużej, i użeranie się ze specyfiką pacjentów trafiających na izbę przyjęć tuż po północy w piątek wieczór? Joe nie byłaby w stanie odmówić i takiej propozycji.

Dziś wcale nie było inaczej, i Joe - wypiwszy właśnie swoją czwartą kawę, i zapełniwszy chwilowo pustkę w żołądku połówką czekoladowego batonika - wmawiała sobie, że jest gotowa na przyjęcie kolejnych pacjentów, którym - pod nieco rozproszonym okiem przełożonego - miała za zadanie udzielać dziś podstawowej pomocy medycznej. Oznaczało to głównie opatrywanie drobnych ran, mierzenie ciśnienia i temperatury, oraz wysłuchiwanie najróżniejszych ludzkich skarg i tragedii, których Joe dopiero uczyła się nie traktować personalnie. Miała za sobą już osiem krótkich konsultacji, i przynajmniej drugie tyle przed sobą. I nawet kawa nie pomagała z faktem, że zmierzając ku poczekalni, Joe Grainier walczyła z pchającym jej się na wargi ziewnięciem. Zanim otworzyła drzwi dzielące korytarz od poczekalni, rzuciła okiem na listę pacjentów, odnajdując na niej pierwszą z osób, które miała przyjąć do gabinetu.

Colton Jay Lewis. DOB: 26.03.1997. Godzina przyjęcia: 22:33.


Nie mówiło jej to nic oprócz tego, że mężczyzna -
chłopak musiał czekać na przyjęcie niespełna dwie godziny. Miał szczęście. O tej porze często czas oczekiwania rozciągał się i do sześciu.
- Pan Lewis? Zapraszam do gabinetu - Zaczęła, dopiero teraz unosząc wzrok znad notatki, i jakimś cudem nagle wiedziała, że to musi być on tak szybko, jak jej wzrok napotkał jego sylwetkę.

Colton Lewis
28 y/o
For good luck!
187 cm
bad boy, diler, złodziejaszek on street, bro
Awatar użytkownika
urodził się tu, jako bobas wyruszył do Ottawy, a stamtąd znów do Toronto, nie wie że ma blizniaka, szuka wartości pieniądza i szybko biega przed policją.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Toronto stało się dla niego nowym-starym domem. Chociaż obiecywał sobie perspektywę nowego startu w życiu oraz nowej niepisanej czystej kartki to rzeczywistość szybko weryfikowała życie. Stare przyzwyczajenia oraz brak innej perspektywy, problemy i nadmuchany obraz tego, że wyszedł z dołka. To wszystko nie było takie łatwe i proste, gdy raz wchodzi się w ciemny świat oraz w te niezbyt dobre biznesy, potem jest już tylko gorzej. Problemy, które zostawił za sobą były wierzchołkiem tego co zapoczątkowało dalej jego los. Porzucone studia i marzenia, ambicje stające się jedynie wspomnieniem oraz brutalność życia, jakie zaczął wieść. Chciał wtedy zarobić szybki pieniądz, nie w głowie miał aby samemu brać ten syf, jeden towar i felerna noc. Ktoś w Ottawie opłakiwał stratę młodej dziewczyny, której serce nie wytrzymało naporu białego proszku na organizm. On sam spękał, uciekł w popłochu i nie oglądał się za siebie. Toronto go nie znało, nie musiał się tutaj o nic bać ani oglądać się za siebie. A mimo to wiódł dalej beznadziejna życie, ukrywał się za dnia w kołdrze, gdzieś na dnie społeczeństwa w klitce z kiblem w jednym pomieszczeniu z sypialnią. Odżywał jedynie nocą, próbując dopasować się do tego nurtu, to w nocy najwięcej się działo i najwięcej można było osiągnąć. Skoro już sam siebie spisał na straty, na stanie się marginesem - to dlaczego nie zacząć na nowo to samo?
Prochy i nielegalne sprawy dawały najszybszy sposób na zarobek, bez oczekiwania do danego dnia miesiąca na wypłatę, na wypruwanie żył na prostym etacie, bez wysiłku. To z kolei zakrawało z kolei o to co moralne i bezpieczne, o to jaka adrenalina potrafi zadziałać na człowieka. On sam nie był za używkami, może i spróbował kilka razy ale finalnie odciął się od tego. Z kolei to nie przeszkodziło mu w tym aby sprzedawać prochy innym, bawić się tym jak łatwo zdobyć kontakty, jak studenci są nagrzani na biały proch. To z kolei dodawało mu kolejną sferę do ataku - bogaci i ich imprezy, srogo zakrapiane i bez opamiętania. To tam od czasu do czasu potrafił coś ukraść albo obserwować kto czym się chwali. Tak mógł coś zarobić dodatkowo, bez wysiłku ale z dreszczykiem emocji na karku.

Polubił znacznie to co robił, a przecież miał wyjść na prostą i odsunąć się od tego ciemnego świata. Przymus jednak biedy oraz brak funduszy na życie w Toronto, zmusiły go do tego ruchu, tak jakby ktoś przystawiał mu nóż do gardła czy broń do skroni. Doskonale wiedział jak niebezpieczne mogą być pewne ruchy, gdy przesadzi i weźmie za dużo aby sprzedać i spieniężyć. Wiedział doskonale, że ludzie nie będą pytać tylko użyją siły i zrobią przedstawienie aby zapamiętał na następny raz dobrze sytuację i obrót spraw w TYM towarzystwie. Był głupi myśląc, że tak łatwo obróci ten towar, w końcu nie znał jeszcze tak dobrze miasta i nie miał siatki kontaktów, które by pomogły. Był chciwy jednak na szybki zarobek, którego potrzebował jak ryba potrzebuje wody, niestety. Ten wieczór zapowiedział się słabo gdy nadjechał jego szef swoim czarnym Cadillaciem na dużym i szerokich kołach. To był jedynie łącznik pomiędzy inną grubą rybą, która obracała różnymi biznesami w mieście. Na jego nieszczęście przekaz był jasny - dokopać mu na tyle aby pamiętał z kim 'tańczy'. Po wszystkim Colton leżał na chodniku próbując dojść do siebie, bolał go brzuch ale i skroń. Z łuku brwiowego lała się krew jakby właśnie zarżnięto świniaka, a warga również ucierpiała, dając metaliczny posmak w ustach krwi, która powoli zasychała. Trochę mu zajęło aby się zebrać, ktoś pomógł się wpakować do zwykłej taksówki, z zaleceniem jednego kierunku - szpital.
Na miejscu padł jak kłoda na krzesło po paru wypełnionych kartkach, które podpisał i które wręcz przesiąkły jego krwią. Tłumaczył, że to zwykłe pobicie i nic mu nie będzie ale coś dla świętego spokoju został na miejscu...

Obudziło go jego nazwisko, które ktoś wołał kilka razy, jego mięśnie były jak z waty, a on sam czuł jak ciężka jest jego głowa. Potrzebował opatrzenia i szycia na początek, może pobrania krwi do badań, trochę oceny brzucha i tego co z nim po tych kilku ciosach. Z daleko wręcz krzyczało, że ma za sobą bójkę - nie pierwszą i nie ostatnią. Poczłapał więc do gabinetu bez słowa kiwając głową, na znak że Lewis, Colton Lewis to właśnie on. Nie odzywał się póki co więcej, tak jakby każdy ruch wargi miał boleć. Krew zdążyła niby zaschnąć ale wciąż potrzebował chociaż małych oględzin, których sam sobie być nie zrobił. Olałby sprawę. - Ten drugi wygląda gorzej..- rzucił trochę w ramach chwalenia się albo zapewnienia, że twardy z niego zawodnik i takie rany wojene jak te to nic, akurat.


joe grainier
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”