-
and this line ties me to this place
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
so don't kid yourself
Wir treningów, spotkań, walk na lodzie i potu przechwytywał codzienność Dallasa do takiego stopnia, że ledwo miał czas, żeby wyjść i spotkać się z kumplami. Nie tylko tymi z zespołu, ale też tymi, z którymi trzymał się od lat poza treningami, w prywatnym życiu. Miał wrażenie, że do teraz leczył się z tego cholernego kaca po wieczorze, podczas którego z ziomkami pili cholera wie jak starą whisky i gadali o kobietach, z którymi się spotykali. Jensen nie miał szczęścia do kobiet ostatnimi czasy. Nie angażował się emocjonalnie, bo żadna z kobiet, które stanęły na ścieżce jego życia, nie była gotowa zrozumieć, jak ważny był dla niego hokej. Wydoroślał. Zmienił się. Zmienił też perspektywę, z jaką patrzył na życie, ale wiedział jedno - nie mógłby skończyć z własną pasją na rzecz innej osoby. Takiego ultimatum nie potrafiłby zaakceptować. Aczkolwiek wiedział też, że gdyby na swojej drodze poznał kogoś naprawdę i otworzył swoje serce na bliższą relację, postarałby się bardziej. Tym razem pamiętałby o potrzebach drugiej osoby. O tym, żeby była równie mocno celebrowana, co jego zwycięstwa na lodzie.
Wychodząc z treningu, skierował się w stronę Parkdale. Pogoda była zajebiście przyjemna. Delikatny wiatr muskał jego twarz, a Dallas podążał spokojnym spacerem do swojej ulubionej knajpki, żeby usiąść, odetchnąć i po prostu reset himself. Po drodze zatrzymało go paru młodszych chłopaków. Chcieli chwilę pogadać, poprosili o autograf i zdjęcie. Zawsze lubił, kiedy rozpoznawali go fani, a przy wielu tatuażach zdobiących jego ciało bycie incognito nie należało do najprostszych rzeczy. Nie przeszkadzało mu to. Wręcz przeciwnie. Po jakichś dziesięciu minutach pogawędki ruszył dalej, z przewieszoną przez ramię torbą treningową, przecinając kolejne uliczki, gdy nagle usłyszał głośny pisk. Kobiecy? Dobiegający z alejki... Serce od razu podskoczyło mu do gardła, bo przez ułamek sekundy pomyślał, że może ktoś jest atakowany. W tej okolicy kręciło się wystarczająco dużo bezdomnych, typów naćpanych crackiem albo chuj wie czym jeszcze, żeby wcale nie zdziwił się, gdyby ktoś faktycznie znalazł się w opałach. Zerknął w alejkę i dość szybko zorientował się, że ta dziewczyna nie była atakowana przez nikogo. A przynajmniej nie przez żadnego żula. Uniosł brew, przyglądając się jej, jak krzyczała i wymachiwała rękami w powietrzu. No nic. Może ona też coś wzięła? Jakieś magiczne grzybki albo cholera wie co?
Przez moment naprawdę rozważał, czy powinien się w to mieszać, ale ciekawość zaczęła go zżerać wystarczająco mocno, żeby podszedł bliżej. I wtedy, chwiejąc się lekko z jednej nogi na drugą, mógłby przysiąc, że dostrzegł cholernie ogromnego pająka zwisającego z jej przepięknych blond włosów. - Shit - rzucił pod nosem, bo sam też nie przepadał za tym robactwem. Ale w końcu trzeba było się przemóc i pomóc komuś w potrzebie, no nie? Rycerz na białym koniu od siedmiu boleści. A może coś bardziej na bazie Flynna i Roszpunki. Czemu do cholery myślisz o bajkach Disneya, Jenny? - pomyślał, przewracając oczami. - Whoa, whoa, czekaj! - rzucił szybko, podchodząc do niej i łapiąc ją za ramiona. Zacisnął palce mocniej, żeby przestała się szarpać. - Nic ci nie zrobię, czekaj. - Spojrzał na jej przerażoną twarz i na krótką sekundę naprawdę zrobiło mu się jej szkoda. Puścił jedno ramię, wysunął dłoń w kierunku jej włosów i zgarnął pająka, który zwisał na cienkiej pajęczynie tuż przy jasnych kosmykach. Szybko zrzucił go gdzieś na bok, a potem zmiażdżył butem. Nie wiedział, czy nie był deadly, okay?! - Dobra, jak zaraz zacznie padać, to będzie na ciebie - rzucił, uśmiechając się pod nosem, po czym odsunął się dwa kroki do tyłu i uniósł dłonie w geście niewinności. - Jesteś okej?
rapunzel
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Don't punish yourself
Ten rok zdecydowanie nie należał do Cory. Od samego początku był intensywny, pełen upadków, ciężkich decyzji, kryzysowych sytuacji i napięcia. Dotychczas jej życie było dalekie od dramatu, bo tego unikała uważając, że szkoda czasu na złość i kłótnie. Po co, skoro świat był taki piękny i pełen możliwości? Mogła podróżować, zwiedzać różne zakątki, poznawać ciekawych ludzi i bawić się na festiwalach. Kochała życie. Kochała ludzi.
Aż nadszedł okres, kiedy oni zaczęli ją zawodzić. Jedno po drugim. Odchodzili, wykorzystywali, oszukiwali, wyzywali, napastowali, a nawet usuwali ją ze swojego życia. Atak i próba zgwałcenia przez Daniela przytłoczyło ją totalnie. Prawdopodobnie gdyby nie obecność Prince’a, tamta sytuacja mogłaby się zakończyć znacznie gorzej. Jednak i tak jej sfera intymna została naruszona, a poczucie własnej wartości całkowicie zniszczone w najbardziej możliwy okrutny sposób, bo skoro wciąż uważała, że to ona i jej zbyt krótka sukienka były temu winne, o czym to mogło świadczyć?
Jednak nie zdążyła tego przepracować, bo kolejna nowina ją już całkowicie zmiażdżyła - wyniki krwi jej i ojca. Nie była jego córką. Nie była Marshall. Błąd matki sprzed lat kosztował ją tym, że mężczyzna , którego uważała przez całe życie za swojego rodzica, z dnia na dzień bez mrugnięcia okiem wydziedziczył ją i pozbawił dachu nad głową, a jej siostra jeszcze postanowiła mu oddać część swojej wątroby. Nie oceniała decyzji Cherry, ale czuła że, czara goryczy w jej życiu się przelewa.
Na szczęście wraz z urodzinami przyszedł promyk nadziei od rodzeństwa i mamy - nowe mieszkanie. Znacznie mniejsze niż poprzednie, w mniej prestiżowej dzielnicy i budynku, ale nie narzekała. Doceniała ten gest i była wdzięczna, że ma swoje własne miejsce, które może urządzić po swojemu. Nigdy nie stawiała też na cenę - nie wszystko musiała mieć najdroższe i markowe. Płyt winylowych szukała na pchlim targu i tak samo było z ubraniami. Teraz tym bardziej miała ograniczone zasoby finansowe, więc postanowiła przejść się trochę po okolicy w poszukiwaniu jakiś perełek do mieszkania. Może w końcu będzie miała szczęście ?
Była pewna, że tak właśnie było, gdy szła ulicami Toronto trzymając w ręku piękną lampkę z materiałowym kloszem w stylu vintage. Po pewnym czasie poczuła delikatne łaskotanie po szyi, więc instynktownie dotknęła to miejsce i wtedy poczuła coś dziwnego pod palcami. - Co to?- spytała sama z siebie próbując to coś strzepnąć. Tym czymś się okazał paskudnie ogromny pająk, który wylądował na jej piersi i zaczął się kierować w stronę włosów. - O nie nie nie!- pisnęła i zaczęła się szamotać lądując w jakimś zaułku. Nie patrzyła tak naprawdę, gdzie trafiają jej nogi, a skupiła się na dłoniach próbując zrzucić napastnika. Lampa już dawno leżała potłuczona na ziemi, a ona piszcząc ile sił miała w płucach próbowała na ślepo trafić w to robactwo. Nienawidziła pająków chyba bardziej od facetów. Bała się ich. Chociaż bała się i jednych i drugich. Dlatego kiedy nagle poczuła czyjeś silne męskie dłonie na ramieniu, spięła się jeszcze bardziej mając flashbacki sprzed tygodni. To jeszcze bardziej ją przeraziło zwiększając jej pisk i szamotanie. - Zostaw mnie!- wrzasnęła czując jak jej serce wprost zamarło. Ciało walczyło, znacznie bardziej niż wtedy, ale serce nie biło. Ono zamarło ze strachu. Lecz głos, kojący i spokojny głos mężczyzny dotarł do niej jakby z oddali. W jakiś sposób podział na nią, że i ciało w końcu zastygło. Spojrzała na niego wzrokiem pełnym przerażenia, ale i błagania. - Zabij go, błagam - pisnęła cicho jakby nagle jej głos miał sprawić, że pająk zaatakuje ją jeszcze bardziej. Zamknęła oczy i pozwoliła mężczyźnie działać. Dłonie i oczy zacisnęła starając się nie myśleć, że właśnie paskudny pająk oraz jakiś obcy koleś ją dotykają. Działał w jej obronie - to sobie powtarzała. Otworzyła oczy słysząc jak rozdeptuje coś butem i wtedy się upewniła, że pozbył się potwora z jej włosów. - Może być i burza z piorunami, byleby tylko żadne paskudztwo już na mnie nie skoczyło- jej nie było do śmiechu i mówiła całkiem poważnie z tą burzą. Woda jej nie przeszkadzała, ale pająki już tak. Widok martwego jednego z nich ją tak uspokoił, że pomału jej serce zaczynało znowu bić, gdy właśnie nieznajomy jej zadał pytanie. - Chyba tak…. O ile to był jedyny pająk i nic już po mnie nie łazi- i mówiąc to zdała sobie sprawę z najgorszego. Momentalnie zakryła twarz dłońmi i znowu ją sparaliżowało. - O boziu, błagam powiedz, że to był jedyny i jestem czysta- bo co jeżeli gdzieś z tyłu jeszcze jakiś chodzi?! Może pająki się poruszają parami!
Dallas Jensen
-
and this line ties me to this place
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Po części próbował tłumić w sobie wybuch śmiechu, a z drugiej strony… tak po prawdzie, był trochę przerażony. Miał nadzieję, że uda mu się zrzucić z niej tego cholernego ośmionoga jak najszybciej, no bo co, jeśli jacyś fani zobaczą go w alejce z cholera wie jak bardzo niższą… uroczą blondynką, która woła o pomoc, krzyczy, żeby ten potwór ją zostawił, a on w tym samym momencie trzyma ją za ramię i drugą rękę wysuwa ku jej lśniącym, złotawym włosom? No zaraz ktoś zadzwoni po gliny i będzie musiał się tłumaczyć. Gwiazda Maple Leafs, Dallas ''Jenny'' Jensen, zatrzymany pod zarzutem ataku na młodą kobietę.
To by go zrujnowało. Więc szybko wyrzucił tę myśl na tył głowy, zrzucił pająka i zdeptał go mocno, upewniając się, że aby na pewno już nie powstanie, tylko pozostanie na jego podeszwie. - Już dobrze - parsknął śmiechem, spoglądając na nią, po czym odsunął się, żeby zachować bezpieczną przestrzeń i żeby przypadkiem nie pomyślała sobie, że przy okazji, nie daj Boże, próbował ją obmacać. Słysząc jej odpowiedź, podrapał się z tyłu głowy i zaśmiał cicho. - Na szczęście to już ci nie będzie groziło. - Po chwili nachylił się do niej, przymrużając oczy, i przesunął wzrokiem po jej uroczej twarzyczce oraz ciele. Niby pod pretekstem sprawdzania, czy aby na pewno nic już po niej nie chodziło, ale z drugiej strony… było na co popatrzeć. Jednak kiedy jego myśli zaczęły podążać w zdecydowanie innym kierunku, ocknął się szybko i spojrzał w jej tęczówki. - Już jesteś bezpieczna - uśmiechnął się i wyprostował. - Czysta niczym łza.
Chwilę później poczuł coś mokrego skapującego mu na czoło. - Ha! A nie mówiłem? - zerknął w górę. Błękitne niebo zmieniło się w szarość, a deszcz zaczął kapać coraz mocniej,- Słuchaj, chciałem coś wrzucić na ruszt po treningu. Może chcesz do mnie dołączyć? - spojrzał na nią i zrobił kilka kroków w kierunku wyjścia z alejki. - Mój treat… za to, że wiesz, prawie tutaj zeszłaś na zawał. - Dodał to niby nonszalancko, jakby wcale mu nie zależało, a jednak w jego głosie czaił się cień nadziei, że jednak się zgodzi. Nie miał szczęścia do kobiet. Nie spotykał ich w innych miejscach niż aplikacje randkowe, kluby albo mecze, więc poznanie kogoś nowego w zupełnie innych warunkach wydawało mu się czymś ekscytującym. Pewnego rodzaju rozrywką.
rapunzel
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Teraz jednak tej pozytywności jej brakowało. Nie widziała też wyższego celu, dlaczego w jej życiu dzieją się takie dramaty. Przynajmniej jeszcze tego nie dostrzegała. Weszła w tryb przetrwania próbując jakoś przeżyć, a może wystarczyło się rozejrzeć? Spojrzeć głębiej? Dostrzec, że wszystko ma swój sens, a sytuacje, które nas spotykają i ludzie, którzy trafiają na naszą drogę, mają nas czegoś nauczyć - miłości, cierpliwości, wyrozumiałości, otwartości, poszanowania własnej wartości… Nawet jeśli czasami jest to opatrzone łzami. Może nawet taki Daniel miał potrząsnąć Corą, aby w końcu przestała się dać wykorzystywać mężczyznom? Może nadejdzie kiedyś taki dzień, kiedy to wszystko do niej dotrze.
Na razie jednak blondynka toczyła walkę na śmierć i życie z pająkiem i to w jakimś zaułku w obcej dzielnicy. Gdyby jeszcze do tego doszedł napad przez jakiegoś wielkiego, wydziaranego gościa, to już w ogóle można by uznać, że pech się jej przyczepił na stałe. Wtedy też nagłówki w mediach mogłyby brzmieć jeszcze ciekawiej.
Albo tak
Ale na całe szczęście Cora uznała, że jednak mężczyzna przybył, żeby pozbyć się potwora z jej głowy , a nie żeby sam nim zostać. Przynajmniej na razie! W tym momencie był jej jedyną deską ratunku w tej nierównej walce i musiała wykorzystać szansę zrzuconą przez los. - Najpierw sprawdź, proszę- pisnęła stojąc z zakrytą twarzą, jakby z obawy na zobaczenie na jego twarzy przerażenie na widok kolejnego pająka na jej ciele. Mógł więc sobie ją pooglądać i ocenić do woli, chociaż teraz Cora nie gustowała już w ciuchach podkreślających sylwetkę. Starała się zakrywać jak najwięcej po całej sytuacji z Danielem. Słysząc jednak, że jest wszystko w porządku, zabrała swoje dłonie i zerknęła już spokojniej na swojego wybawcę. Cały na czarno i do tego wydzierany nie wyglądał ani trochę jakby miał być jej Aniołem Stróżem albo Księciem na białym koniu, ale przecież blondynka nigdy nie oceniała ludzi po wyglądzie. Lubiła tatuaże, były ekspresyjne na swój niepowtarzalny, permanentny sposób, a do tego jego oczy były… Ciepłe. Czy oczy nie były zwierciadłem duszy? Głos również był kojący. Głos, który zapewniał ją, że jej nic nie zrobi, a jedynie , albo aż , jej pomoże. Głos, który obiecywał, że jest czysta jak łza. Blondynka teraz stała przed nim szybko kalkulując swój kolejny ruch. To już było do niej niepodobne, bo dotychczas najpierw działała, a potem myślała, ale w przypadku stanięcia twarzą w twarz z obcym mężczyzną? Za dużo złych wspomnień, które odbiły na niej już swoje piętno, dlatego analizowała czy zaufać swojemu przeczuciu i kontynuować rozmowę czy może jednak na wszelki wypadek zacząć teraz uciekać?
- Dzięki- rzuciła pod nosem patrząc na niego spod byka zanim podjęła decyzję. Najwyraźniej usta i nogi, które wciąż były niczym przytwierdzone do podłoża, zdecydowały za nią. A deszcz, który właśnie zaczął na nich padać… wywołał na jej twarzy lekki uśmiech. Skubany miał rację!
- Widziałeś tego bydlaka?- spytała wskazując palcem na czarną plamę przy jego bucie, żeby było wiadomo o którym bydlaku mówi (
Kiedy zajęli stolik w środku, od razu zajrzała do karty i zmarszczyła nos zdając sobie sprawę z jednej, ważnej kwestii. - Dobra, nie będę dusigroszem i deser też możesz wybrać. Przecież nie można obojętnie obok churros- to byłby istny grzech! Mówiąc to zerknęła na niego przelotem z niepewnym uśmiechem na twarzy, jakby wstydziła się okazywać mu jakiekolwiek zainteresowanie jego osobą. Nawet jeśli wszystko przemawiało na jego korzyść - wygląd fizyczny i zachowanie. Był przystojny z ciepłym spojrzeniem w oczach i z kompleksem superbohatera, a jednak Cora się nieco … wstydziła w jego towarzystwie. A nawet nie wiedziała, że to gwiazda sportu!
bydlak
-
and this line ties me to this place
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie, to było za proste. Ładne były te wszystkie idealnie wystylizowane influencerki, które pojawiały się na afterach po meczach i mówiły mu, że ''nie oglądają hokeja, ale dla niego mogłyby zacząć'', po czym pytały, czy może oznaczyć je na Insta. Ona była… No właśnie. Jeszcze nawet nie wiedział, jak miała na imię, ale pasowałoby do niej coś rodem z bajki Disneya. Fuck. Serio, Jensen? To co chwilę później zrodziło się jego głowie... well... no właśnie. Jednak nie byłby sobą, gdyby w jego głowie nie pojawił się jakiś kompletnie porypany pomysł. Dlatego odblokował telefon i zerknął w kalendarz. Miał tydzień wolnego do następnego meczu. Treningi na siłowni mógł robić właściwie skądkolwiek. No więc… - Dobra, deser też biorę na siebie. - Stuknął palcem w kartę, po czym uniósł wzrok na blondynkę. - Ale taki, który zjesz tylko na Hawajach. - Spojrzał na nią z rozbawieniem, po czym odłożył menu na bok. - A tak poza tym… - uśmiechnął się szeroko, zanim dodał, - Dallas jestem... I mówię serio. - Oparł łokcie na stole i nachylił się odrobinę do przodu, ale nie za bardzo. Nie na tyle, żeby ją osaczyć. Dziwne, że w ogóle o tym myślał. Zwykle po prostu wchodził w przestrzeń innych ludzi, nie przejmując się co ktoś inny pomyśli... - Chcesz wyjechać ze mną na miniwakacje? - zapytał, unosząc brew. - Oczywiście mój treat. - Podrapał się po głowie, a chwilę później wybuchnął śmiechem, bo nawet on sam nie wiedział, co właśnie odpierdalał. Nie wiedział, o co mu chodziło. Nie wiedział, dlaczego w ogóle to zaproponował. Wiedział tylko jedno. Miał przed sobą kobietę wyjętą dosłownie z bajki i musiał zrobić wszystko, żeby zatrzymać ją przy sobie trochę dłużej. Nawet jeżeli oznaczało to totalne ośmieszenie się przy pierwszym wspólnym posiłku... po tym jak odegrał suberbohatera od siedmiu boleści.
księżniczka ⋆
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zatopiła wzrok w menu licząc na to, że to nie będzie takie trudne. Oddziela ich stolik, zjedzą, pożegnają się i ich drogie się rozejdą. Ale wtedy powiedział coś , co ją rozczuliło, a raczej sposób w jaki to powiedział. Spoglądając na nią znad karty i wodząc wzrokiem między szybą, a nią, jakby był nieco zawstydzony swoimi słowami. To wywołało w niej delikatny uśmiech na twarzy. Był w tym wszystkim taki uroczy, że przyglądała się mu teraz uważnie jakby poszukiwała wszelkich znaków co jest z nim nie tak albo znaków potwierdzających, dlaczego wywołuje w niej takie wrażenia. Był ogromny, a jego prawie całe ciało było pokryte tatuażami, a ona pierwsze co o nim myślała, to to że jest tak uroczy, że mogłaby sobie wyobrazić jak się w niego wtula. - Ale to on rozpętał burzę- a kto lubi deszcz?! - Chociaż to podobno ja, bo kazałam go zabić- uśmiechnęła się zadziornie nie spuszczając z niego wzroku. Przez ten ułamek chwili przedzierała się w tym spojrzeniu ta szalona Cora, która nie bała się krzyczeć, sięgać po marzenia i podejmować wyzwania. Tęskniła za tą wersją, która nie bała się żyć. Tak jak teraz, gdy przez krótką chwilę się czuła jakby dawała mu wyzwanie w formie zagadki, czy może specjalnie nie wywołała deszczu, aby mogli tutaj zostać na chwilę?
Lecz wraz z jego kolejnymi słowami, ta zadziorność znowu z niej ulatywała. Uciekała znacznie szybciej, niż się pojawiła. - Cora…- rzuciła w środku jego wypowiedzi, nie będąc pewna czy w ogóle ją słyszy. - Słucham??- sama nie była pewna czy go dobrze słyszy, więc nawet instynktownie zbliżyła się w jego kierunku kładąc dłonie na stoliku, lecz po trzech sekundach jego słowa do niej dotarły, a do rozumu dotarło jak blisko się go znajdowała. W ułamku sekundy zabrała dłonie cofając się na krześle od niego. Jej twarz momentalnie pobladła i wyrażała szok wymieszany z przerażeniem oraz złością. - Chyba ochujałeś jeśli sądzisz, że pojadę z Tobą na jakiekolwiek wakacje- powiedziała to zadziwiająco spokojnym głosem, ale zaraz pokręciła głową. To było bardziej dla samej siebie, aniżeli dla niego. - To jest istne szaleństwo. Za kogo mnie masz?? Nie znam Cię, ani Ty mnie. Nigdzie z Tobą nie lecę- jednak dalej kręciła głową przekonując wciąż siebie i jego. Gdyby wpadła na niego dwa miesiące temu i wywołałby w niej to samo, co piętnaście minut temu, to podjęłaby to ryzyko i wyleciała z nim na wakacje. Z nim czy bez niego, pewnie bawiłaby się świetnie. Ale teraz? Nie wyobrażała sobie nawet zostania z nim sam na sam w jakimś zamkniętym pomieszczeniu, a co dopiero wspólne wakacje. Nie była na to gotowa. Może nigdy już nie będzie. Teraz nagle Dallas nie był uroczy, a był szalony. Czy właśnie popełniała największy błąd życia nie zgadzając się na jego propozycję? Możliwe, ale wiedziała jedno - takie szaleństwa nie były dla niej. Nawet jeśli mężczyzna siedzący przed nią był cholernie przystojny. Nawet jeśli jego spojrzenie i głos były niczym latarnia na wzburzonym morzu, wskazując jej kierunek bezpiecznej przystani. Gdzieś podskórnie chciała się zgodzić, ale nie mogła. Nie teraz i może już nigdy nie.
Wewnętrzna siła kazała jej się zgodzić. Kazała zostać przy tym stoliku. Jego entuzjazm i te iskierki bijące z oczu trafiały w nią rozgrzewając ją od środka. Był taki szalony w tej swojej propozycji, że to mogło być uznane za kolejny uroczy aspekt, ale to było dla niej zdecydowanie za duże szaleństwo. Czuła jak ponownie traci grunt pod nogami. Unikała facetów jak ognia w ostatnim czasie i wszystko było w porządku. Teraz wystarczyła chwila z nieznajomym, a już miała zaserwowany rollercoaster emocjonalny. - Dobra, ten obiad to był zły pomysł. Dzięki za uratowanie życia i sorry za deszcz, ale muszę już lecieć - chwyciła nerkę przewieszoną przez krzesło i odsunęła krzesło wstając od stolika oraz ruszając szybkim tempem do wyjścia wprost w deszcz. Czemu ona miała takiego pecha i trafiała na samych szaleńców?! Jej życie było szalone i może spacer w deszczu otrzeźwi nieco jej umysł.
kotek