32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógł podziękować swojej matce tak naprawdę tylko i wyłącznie za to, że pozwoliła mu wybrać swoją własną drogę, jak bardzo kręta i pod górę by nie była. Obydwoje rodzice pochodzili z pieniędzy, o ile o stronie ojca wiele nie wiedział, o tyle ta matki była pełna wpływowych ludzi, lekarzy, profesorów, prawników i całej sielankowej reszty.. Stare pieniądze, które nigdzie się nie wybierały, nie potrzebowały hałasu, krzyku i z założenia pozwalały dzieciakom popełniać swoje błędy i odnajdywać swoje priorytety. Wiedział, że miał jej wsparcie i właściwie fakt, czy była czy nie była dobrą matką kiedy dorastał, nie miało znaczenia. Był wdzięczny za to, jak stawała za nim murem za każdym razem, gdy ojciec próbował go sobie podporządkować i sprowadzić do pionu; jedyne co mu się udało, to wzmocnić w Theo przekonanie, że te sztywne realia wcale nie były dla niego. Może po prostu podał się bardziej do norweskiej strony jego matki? Pewnie tak. Skinął głową w niemym podziękowaniu za te gratulacje, posyłając mu szeroki, ciepły uśmiech. Zwłaszcza kiedy wspomniał o dodatkowej pomocy finansowej, gdyby była taka potrzeba, na co Bachmann lekko pokręcił głową. - Naah, mam swoje oszczędności, jakkolwiek by pewnie nie były marne w porównaniu z twoimi... Ale zobaczymy. Dziękuję. - wiedział, że matka by go nie zawiodła, szansa też istniała, że ojciec mógłby dać się przekonać do wsparcia pomysłu pójścia w coś, co leżało obok medycyny.. Może. Wątpił, żeby mógł wspierać cokolwiek, co mocno opierało się o pracę fizyczną, w ciągłym biegu, stresie, w tej "bezinteresowności", której jego ojciec zdecydowanie nie rozumiał. Nie ważne. Nie potrzebował jego błogosławieństwa, nie lubił gościa tak czy srak.
Na moment musiał odstawić swoją szamkę, bo ten nagły atak wesołości wycisnął z kącików jego oczu łzy. Legitne małe łezki, które otarł, przecierając twarz dłońmi, nadal sporadycznie pozwalając sobie na mały chichot, kręcąc głową. Komedio-dramat, serio. - Nie, nie.. Dobra, może trochę jak debil, bo ciągniesz długo tą farsę, jakby miało się coś zmienić magicznie. - wywrócił lekko oczami, ale koniec końców nie mógł go oceniać. W życiu by mu nie wytknął gonienia za szczęściem, miłością czy ostatnimi z tej trójcy, marzeniami. Wspierał, nawet jeśli w gruncie rzeczy ten wybór wcale nie był moralny. Pieprzyć moralność. Życie było usiane w większości upadkami, nie wzlotami, więc jeśli znalazł coś, co go cieszyło, Theo mógł mieć tylko nadzieję, że złapie to coś mocno i nie pozwoli uciec. Zdradzał przy tym swoją narzeczoną i finalnie miał zerwać zaręczyny? Dobrze. Lepiej późno niż później, ślub łatwiej odwołać niż bujać się z rozwodem. - Leć i baw się dobrze. Wrap it before you tap it. Daj znać jak się przyda kanapa. - chyba mu dawał swoje błogosławieństwo właśnie? Tak, chyba tak. Rozbawiło go to po raz kolejny, wyrywając z klatki chichot. Hey, życie było całkiem super, nie? Tak, wyszedł ze związku jeszcze zanim dobrze w związek wszedł, a jego najlepszy przyjaciel zdradzał narzeczoną w poszukiwaniu własnego szczęścia i... A, jebać. Potykanie się w drodze do lepszego jutra było całkiem warte tych siniaków. - Prowadzę, więc głosuję za herbatą i słodkimi rzeczami. - gdyby kiedykolwiek odmówił słodyczy... Trzeba będzie dzwonić po lekarza. Albo egzorcystę. Ale tamten dzień nie był dniem egzorcyzmów i z jakiegoś powodu, prawdopodobnie przez ten wybuch rozbawienia, nastrój Theo obrócił się o 180'. Wszystko było zajebiście.

Charlie Marshall
LemonSpice
none
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

O tak, pieniądze lubią ciszę, ulica nie lubi szumu. W rodzinie Charliego nie było miejsca na przeciętność - ba, to była starannie dobrana galeria ludzi sukcesu! Ojciec, rekin biznesu, matka, której imię otwierało drogę do każdej fundacji w Toronto, wujek, który prowadził jedną z najbardziej prestiżowych kancelarii w kraju, kuzyni - lekarze z publikacjami naukowymi albo partnerzy w globalnych korporacjach... Nic dziwnego, że Charlie również stawiał sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Był przyzwyczajony, że na rodzinnej kolacji nikt nie pytał go "Co słychać?" tylko "WHAT'S NEXT, CHARLIE?". To po prostu była jego codzienność - albo zostawałeś kimś, albo stawałeś się czarną owcą rodziny i rozczarowaniem. No i Charlie bardzo nie chciał być tą czarną owcą. Naah, mam swoje oszczędności, jakkolwiek by pewnie nie były marne w porównaniu z twoimi... Ale zobaczymy. Dziękuję. Charlie pokiwał głową. - W razie czego, wiesz, jeden telefon - rzucił krótko i pokiwał głową. Nie wątpił, że przyjaciel sobie poradzi, ale chciał, żeby wiedział, że miał na kogo liczyć, jeśli wszystkie inne opcje zawiodą. Zaraz jednak westchnął, bo temat powrócił do Blair i Ivy - Charlie naprawdę nie chciał zamęczać Bachmanna swoimi rozterkami miłosnymi, ale... komuś musiał się wygadać, no i padło na Theo. Tylko jemu ufał bezgranicznie. Oparł głowę na łokciu i posłał przyjacielowi długie spojrzenie. Nie, nie.. Dobra, może trochę jak debil, bo ciągniesz długo tą farsę, jakby miało się coś zmienić magicznie. Westchnął. Theo miał rację, znowu, ale... - Nie chcę zranić żadnej z nich, Theo… a mam wrażenie, że nieważne co teraz zrobię, i tak zranię je obie - stwierdził i wzruszył ramionami. Zaczynał żałować tamtego dnia w windzie, ale jak mógł przyznać się do błędu, kiedy ten romans zabrnął już tak daleko? Poza tym słowa o ciągnięciu tej farsy były dobitne i trafiły w punkt. No i jeszcze sprawa Teneryfy... - Nie wiem, dlaczego zaproponowałem jej ten wyjazd, powoli zaczynam żałować, ale trudno, co będzie to będzie - dodał z kolejnym westchnieniem, nawiązując do zaproszenia Ivy na Teneryfę. Czyżby dopadła go trema? Lęk przed nieznanym? Wyrzuty sumienia? Wiedział, że było już za późno na odwołanie wyjazdu, zwłaszcza, że... należał do osób, które jeśli powiedziały A, mówiły też B. Nie rzucał słów na wiatr i nie zmieniał planów z dnia na dzień. Leć i baw się dobrze. Wrap it before you tap it. Daj znać jak się przyda kanapa. Parsknął. - Dam znać - skwitował. Prowadzę, więc głosuję za herbatą i słodkimi rzeczami. Pokiwał głową i zgarnął puste miski po ramenie na tacę. - No to herbata i deser - dodał, po czym oddał puste miski do okienka ze zwrotem naczyń i podszedł do lady, aby zamówić zieloną herbatę i talerz pełen japońskich słodkości. Tym razem miła starsza pani powiedziała, że doniesie im zamówienie do stoliczka. No i tak jak starsza pani powiedziała, tak zrobiła, bo już kilka minut później postawiła przed nimi parujące filiżanki i talerzyk z deserami. - Enjoy - rzucił z uśmiechem do Theo, lustrując wzrokiem desery. Yum. Sięgnął po jedno z wagashi, które wyglądało jak przepiękny kwiat wiśni i szybko się w nie wgryzł. - Mam taką myśl luźną, wiesz… Zdałem sobie sprawę, że ja właściwie tej dziewczyny w ogóle nie znam. Mówię o Ivy. Wiem, że pracuje w szpitalu i jest cholernie śliczna, ale to wszystko. A Blair znam od zawsze, wiem o niej wszystko, nie muszę nikogo przy niej udawać… - zawiesił głos na moment, żeby wziąć drugi gryz wagashi. - No i się zastanawiam, czy to takie chwilowe nakręcenie się na kogoś, kogo się ledwo zna? Nie wiem, czy chcę zostawić wszystko, co budowałem latami, dla kogoś, kto jest tylko fajną przygodą - dokończył, czując, że go nagle olśniło. To było to, sedno jego ostatnich rozterek.

theo
ODPOWIEDZ

Wróć do „Yorkdale Shopping Centre”