29 y/o
For good luck!
186 cm
Escort Agent w Devil’s Heart
Awatar użytkownika
everyone has secrets, but not everyone can fool a man like that.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie przywiązywał się do ludzi. Nigdy. Za każdym razem, gdy udało mu się stworzyć bliższą relację... gdy otwierał serce na kogoś, gdy burzył mury, które budował wokół siebie latami, coś stawało na przeszkodzie albo coś najzwyczajniej się sypało, odsłaniając jego wrażliwe, niczemu niewinne serce, które przyjmowało kolejne uderzenia i kopnięcia z taką siłą, że ciało słabło, trudniej było mu się pozbierać... a samo podniesienie się, zbudowanie z powrotem tego wieloletniego, grubego muru, zajmowało mu miesiące.

z a u f a n i e

Zabawne słowo, które nie miało dla niego żadnego znaczenia. Lubił wzbudzać zaufanie u ludzi. Poza zimną powłoką, maską, w głębi krył się naprawdę przemiły, czuły chłopak. Okazywał uczucia, gesty, uwielbiał dawać innym ludziom fizyczność, jednak robił to bez odczuwania żadnych głębszych emocji. Bo gdy włączy emocje, gdy odczuje ten charakterystyczny ucisk, który miał rozbudzić w nim człowieczeństwo, wiedział, że już nie będzie odwrotu. Wiedział, że będzie mógł z tym uczuciem walczyć, a ono nieubłaganie będzie do niego wracało. Ostatnim razem czuł to w momencie, gdy stracił swojego mentora, który odszedł na jego oczach.To był ostatni raz, gdy jego serce biło zsynchronizowane z falami drugiego człowieka.

Już nigdy więcej.

Wmawiał sobie to każdego dnia, jak cholerną mantrę, którą powtarza się tak długo, aż w końcu zaczyna brzmieć jak prawda. I przez długi czas działało. Naprawdę działało. Aż do teraz. Aż do chwili, w której znalazł się w tym przeklętym klubie, dokładnie w tym samym czasie co ona. Gdy jego spojrzenie osiadło na jej twarzy, potem zeszło niżej, po linii ciała, jakby próbował zrozumieć, dlaczego właśnie ona tak brutalnie wytrąca go z równowagi. Gdy jej dotknął. Gdy na krótką, niemal ulotną chwilę złączył z nią usta, odbierając z nich kawałek cytryny, a mimo to miał wrażenie, jakby wydarzyło się coś o wiele większego niż tylko ten jeden, głupi gest. Nie potrafił powiedzieć, skąd brała się ta ciekawość. Dlaczego właśnie ona rozsadzała od środka wszystko to, co tak starannie w sobie poukładał. Kiedyś czytał o czerwonej nici. O tej absurdalnej, niewidzialnej sile, która podobno splata ze sobą ludzi na długo, zanim oni sami zdążą to zauważyć. O poczuciu, że trafiasz na kogoś dokładnie wtedy, kiedy powinieneś, jakby czas od początku prowadził was ku sobie bocznymi ulicami, przypadkami, spojrzeniami rzucanymi gdzieś mimochodem. I może ta osoba mijała cię już wcześniej. Może była gdzieś obok, w zasięgu wzroku, setki razy, ale pozostawała tylko rozmytym kształtem w tle. Aż przychodził ten jeden moment. Ten właściwy.I nagle widziałeś naprawdę.

Chyba za dużo wypił. Na pewno za dużo wypił. To nie działo się naprawdę. W jednej chwili się z nią drażnił, w drugiej ratował ją z opałów, w trzeciej tańczył blisko niej na parkiecie, dając się porwać chwili, a w czwartej niósł ją przez ramię, gdy waliła go w łopatki jak oszalała. Przewracając oczami, krzyknął, - Mocniej! Nic nie czuję! - Zaśmiał się pod nosem, a gdy usłyszał ten jej głupawy chichot, gdy tak zwisała z jego ramienia, musiał przyznać, że naprawdę jego samego też to rozbawiło i sam chichrał się pod nosem. - A dostanę okup?! - rzucił żartobliwie, przemierzając drogę na zewnątrz. Stawiając ją na nogi, ścisnął mocno jej dłoń, żeby mu nie uciekła. Uniósł brew, słuchając jej przemiłych komentarzy. - Mhm, z wzajemnością, kochanie - posłał jej buziaka w locie, po czym przysunął ją do siebie i podniósł rękę ku górze, lekko unosząc ją tym samym, zbliżając jej twarz do swojej. - To ty napanoszyłaś się na moją drogę! Sprzątam bałagan, który po sobie narobiłaś i robisz tą swoją głupotą i frywolnością! - Rzucił zirytowany, wpatrując się w jej oczy, a po chwili zsunął ją z powrotem na ziemię, luzując uścisk. Może to nie był za dobry pomysł, żeby spędzać z nią więcej czasu, ale wolał nie myśleć, co jeszcze mogłaby odwalić, gdyby faktycznie ją tutaj zostawił. Kącik ust uniósł mu się delikatnie i pokiwał głową z niedowierzania. - Mój strój jest zajebisty. Pannie Crawford się podobał. - uśmiechnął się do niej, chcąc jej przypomnieć, że zepsuła mu randkę. - Swoją drogą, przez ciebie będę musiał znowu się z nią spotkać. Mało co mi reputacji nie popsułaś. - Prychnął pod nosem, a kiedy wyciągnął telefon, by wpisać adres, nagle poczuł dziwne zderzenie z własną klatką piersiową.

Mrugnął kilka razy i zerknął w dół, zdając sobie sprawę, że się w niego wtuliła. Poczuł ciepło przechodzące przez jego klatkę. Zwykle to on decydował o następnych ruchach albo wiedział, czego może spodziewać się od innych na randkach, ale to? Ta spontaniczność... nie był do tego przyzwyczajony. Jej kolejne słowa przywróciły go do rzeczywistości, powodując, że parsknął pod nosem. Poklepał ją po główce jak jakiegoś pieska, po czym zsunął dłoń wzdłuż jej pleców, by po chwili zetknąć ich spojrzenia. - Alkohol? Coś się znajdzie, ale tobie na dzisiaj wystarczy. - spojrzał na nią wzrokiem typu listen to me, I’m not fucking around, a potem dodał. - Poza tym możemy zatrzymać się w sklepie koło mnie. Możemy kupić coś do jedzenia i szczoteczkę do zębów. Nie podzielę się swoją. - W sumie Arden lubił zawsze mieć dodatkowe szczoteczki i wszystkie inne potrzebne rzeczy dla swoich jednonocnych gości, jednak tym razem akurat nie miał już nic na stanie, więc przy okazji zrobiłby sobie mały stock up. Uniósł telefon do twarzy i wrzucił swój adres w apkę. - Dobra, za jakieś pięć minut będzie. Chodź, zmarzlaku.- Zmarszczył brwi i objął ją mocno ramionami, sprawiając, że wtuliła się w niego jeszcze mocniej. Było to dziwne uczucie... ale przyjemnie... n a t u r a l n e? You’re a bad idea
but a real good time
𝓶𝔂 𝓼𝓸𝓵𝓾𝓵𝓾
25 y/o
For good luck!
171 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie przywiązywała się do ludzi. Nigdy.


Przywiązanie było synonimem uwiązania, a ona… ceniła sobie wolność, która pozwalała nie czuć ciężaru cudzych oczekiwań. Skupiała się na zabawie - zabawa nie zadawała pytań i nie oczekiwała, że Eleanor zdejmie szpilki, zmyje makijaż i pokaże to, co kryło się pod spodem, bo pod spodem kryła się mała, przerażona dziewczynka, która nienawidziła wracać do pustego mieszkania. No i właśnie dlatego zamiast otworzyć przed kimś serce, otwierała kolejną butelkę szampana. Pojawiała się w czyimś życiu jak tornado, robiła spektakularny bałagan i znikała, zanim zdążył opaść kurz, bo nie bała się odrzucenia. Bała się pozostania. Bała się pokazać komuś swoją ciszę, która pojawiała się za każdym razem, gdy przestawała grać głośna muzyka, śmiech cichł i zostawało tylko okrutne uczucie pustki. Mocniej! Nic nie czuję! Zaśmiała się pod nosem i klepnęła swojego nowego przyjaciela w pośladek. - Zapamiętam - odparła uroczo, dalej wisząc na jego ramieniu jak worek ziemniaków. Miała nadzieję, że przynajmniej prezentowała się jak najpiękniejszy worek ziemniaków w Toronto i była wdzięczna brunetowi, że pomyślał o przytrzymaniu jej sukienki, żeby nie świeciła swoimi pięknymi pośladkami przed publicznością. Na szczęście już chwilkę później stała na własnych nogach i znów celowała w niego palcem. A dostanę okup?! - Prędzej ja dostanę syndrom sztokholmski - odpowiedziała ciszej, mrużąc oczy.

Jakby się tak zastanowić - to było bardzo przyjemne porwanie i nie czuła potrzeby ucieczki. Ba, po prostu już planowała przeniesienie zabawy gdzieś indziej. Była elastyczna i potrafiła dostosować się do nowych warunków z prędkością światła, a skoro parkiet został jej odebrany, zamierzała sobie stworzyć nową scenę. Tutaj. Urządzić scenę też potrafiła, a jakże, hold my torebka. - Skoro sprzątanie po mnie tak bardzo cię boli, to trzeba było zostać z panną Crawford. Ona pewnie nawet pije wodę zgodnie z instrukcją obsługi - mruknęła, przyglądając się z zainteresowaniem swoim paznokciom. A piękne miała te pazy, czekoladowy lakier i płatki złota, h o t. Zaraz jednak przeniosła wzrok na bruneta i przewróciła oczami, bo owszem, mogła być frywolna, ale była też bystra i spostrzegawcza. Zmrużyła oczy, nie uginając się pod ciężarem jego spojrzenia, co to, to nie. - Poza tym wyglądasz na kogoś, kto uwielbia bałagan. Spójrz na siebie. Wciąż tu jesteś. Niesiesz mnie, trzymasz za rękę i kłócisz się ze mną, jakby to była najlepsza zabawa, jaką miałeś od lat. Więc kto tu jest głupszy? Ja, bo robię bałagan, czy ty, bo nie potrafisz przestać go sprzątać? - zauważyła, po czym wzruszyła ramionami, jakby odpowiedź na to pytanie była co najmniej oczywista. Polubił ją. Była o tym przekonana, bo… sama też go polubiła. Gdyby miała szósty zmysł, na pewno widziałaby dookoła nich skrzące się iskierki. Iskry. Płomienie. Stanęła na palcach, żeby znaleźć się bliżej jego twarzy. - Zróbmy razem ba-ła-gan. Pierdol reputację - powiedziała cicho, jak jakiś chochlik albo inne złe sumienie, z leciutkim uśmiechem na twarzy. Opadła z powrotem na pięty i zaczęła kreślić ósemki we wnętrzu jego dłoni. Nie musiał być taki porządny. Nie musiał po niej sprzątać. Mógł razem z nią być cholernie niepoprawny.


Me and you
Me and you are fireproof


Ahh, potrzebowała takiego kompana, przy którym mogłaby poczuć się niezniszczalna... Ale, chwila, co? Nagle zmarszczyła brwi, jakby przypomniało jej się coś bardzo istotnego. Swoją drogą, przez ciebie będę musiał znowu się z nią spotkać. Tak chyba powiedział, nie? Co to miało znaczyć? Cóż, wystarczyło zapytać! - Chwila moment, jak to będziesz musiał znowu się z nią spotkać? Płacą ci za randki czy jak? Nie możesz jej po prostu spławić? - spytała, opierając podbródek o jego koszulę i zerkając w górę. Bardzo. Ładnie. Pachniał. Mmm. A jakie brzydkie rzeczy mówił! Że niby jej wystarczy już alkoholu?! No heloł, no jak niby?! - No chyba tobie dzisiaj wystarczy, ja się czuję świetnie, najwyżej kupię sobie martini w sklepie i mnie nie powstrzymasz - zaśmiała się krótko, dalej wlepiając w niego swoje orzechowe oczy i przyglądając się mu uważnie, gdy tak zamawiał taksówkę, a potem… objął ją ramionami. Yay... Win-win. - Nonareszciedziekujebardzo - wymruczała w jego koszulę z szerokim uśmiechem na twarzy. To było bardzo miłe, tak swoją drogą. Mieć u swojego boku kogoś, kto chciał pomóc. Kogoś, przy kim mogła poczuć się bezpiecznie. Kogoś, na kim mogłaby… polegać? Hm… Nie zastanawiała się dłużej, bo zaraz przyjechała taksówka. Podskoczyła w jego ramionach, po czym zaczęła zmierzać w stronę auta, nie wypuszczając go z objęć. Musiało to wyglądać komicznie, ale hej, raz się umierało, a każdego dnia się żyło. - Yaaaay, wycieczka! - ucieszyła się, gdy już znaleźli się w środku (jakimś cudem xD). Jakie to było cudowne uczucie! Niczym się nie przejmować, po prostu jechać w nieznane. W taksówce. Z facetem z klubu. YAY!


I just wanna be your muse…


Gdy kierowca ruszył, bezceremonialnie usadowiła się na kolanach bruneta i objęła go za szyję, a następnie, skoro i tak cały tył mieli dla siebie, wyciągnęła nogi na siedzeniu obok. Przyjrzała się twarzy swojego Sztywniaka i zbliżyła swój nos do jego nosa. No i znowu zachichotała. - Masz bardzo ładne oczy - powiedziała, przechylając głowę na bok. Seryjny zabójca nie mógł mieć takich pięknych, chmurnych oczu, prawda? A zresztą, kto by się tym przejmował? Najwyżej zostanie gwiazdą porannych gazet. Młoda prawniczka zamordowana w… taksówce? Piwnicy? Basenie? Tak naprawdę mógłby zabić ją gdziekolwiek chciał. - Ojeju, buty mnie obtarły, ale beznadzieja - wymruczała chwilę później, unosząc do góry nogę. Znów zmarszczyła brwi, przyglądając się swoim morderczym, wysokim szpilkom. No i decyzja zapadła w ułamku sekundy. Chwilę później szyba w Uberze zjechała w dół, wpuszczając do środka chłodne, nocne powietrze. Kochała czuć ten chłód na policzkach, ale teraz nie miała czasu, żeby się delektować, dobra? Jednym sprawnym ruchem zsunęła pierwszego buta z pięty i po prostu... wyrzuciła go przez okno. Sekundę później to samo stało się z drugim. Oparła bose stopy o skórzaną tapicerkę i znów wtuliła się w bruneta, zupełnie nie przejmując się faktem, że właśnie została boso w środku nocy z obcym facetem. Nawet nie znała jego imienia, lol. - Wolność i swoboda - wymamrotała w jego szyję, już planując złożyć na jego skórze pocałunek, kiedy… zatrzymali się pod jakimś budynkiem. A, dojechali na miejsce, no tak. Było ciemno, nic nie widziała... I nie miała butów. Ups. - No, to teraz będziesz musiał zanieść mnie na górę i dać mi plasterek - wymruczała, zawieszając wzrok na jego ustach, a potem powoli przenosząc go na jego oczy. Posłała mu najbardziej bezczelne, a zarazem rozbrajające spojrzenie, na jakie było ją stać.

Zachowywała się jak wariatka z jednego prostego powodu - skoro ledwo udało jej się uniknąć gwałtu, nie miała już nic do stracenia.

No i skoro i tak stała nad przepaścią, równie dobrze mogła tam zatańczyć, prawda?

𝑚𝑦 𝑑𝑒𝑙𝑢𝑙𝑢
29 y/o
For good luck!
186 cm
Escort Agent w Devil’s Heart
Awatar użytkownika
everyone has secrets, but not everyone can fool a man like that.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
bullying, trauma
Uwielbiał mieć wszystko pod kontrolą.

Odkąd wylądował w domu dziecka. Odkąd był przerzucany z jednego domu do drugiego. Odkąd słyszał z ust ludzi, którzy wtedy mieli być dla niego czymś w rodzaju opoki, wsparcia, namiastki domu, że jest nic niewarty. Że nie zna swojego miejsca. Że powinien być wdzięczny za cokolwiek, nawet jeśli to cokolwiek smakowało upokorzeniem.

₊˚ ✧ ━━━━⊱Trzynaście lat wcześniej⊰━━━━ ✧ ₊˚

Jakiś rok po odejściu Pilar, Finn został przygarnięty do domu zastępczego państwa Rosevelt. Z początku ta cała otoczka rodzinnego ciepła, którego wcześniej właściwie nigdy nie zaznał, wydawała się niemal nierealna. Jak coś, co ogląda się przez szybę w cudzym oknie, jednak nie jestes tego częścią. Tylko że to ciepło zniknęło z prędkością światła. Uczucie przynależności? Rozsypało się w ciągu siedmiu dni.
- Finnegan! Do cholery jasnej! Kolacja zaczęła się dwie minuty temu! - krzyknęła pani Rosevelt z dołu, z kuchni. Finn, który ledwo wrócił ze szkoły, zbiegł po schodach, czując, jak stres ściska mu żołądek. Nie chciał znowu czegoś zepsuć. Nie chciał znowu dać im powodu, żeby patrzyli na niego w ten sposób. Jak na problem. Jak na ciężar. Jak na kogoś, kogo trzeba tolerować tylko dlatego, że papierkologia już została podpisana. Pan Rosevelt siedział już przy stole. Wokół niego szóstka innych przybranych dzieci i dwójka biologicznych, którzy od pierwszego dnia patrzyli na Finna z tym cichym, złośliwym zadowoleniem ludzi pewnych, że ich miejsce w tym domu jest nietykalne. - Przepraszam, niedawno wróciłem ze szkoły. Już siadam - powiedział cicho, podchodząc do stołu. Dopiero wtedy zauważył, że jego krzesło było odstawione na drugi koniec kuchni, pod samą ścianę. Pani Rosevelt nawet na niego nie spojrzała. Wyprostowana, z włosami przerzuconymi przez ramię, chwyciła sztućce i rzuciła zimno, - Nie szanujesz naszego czasu, więc nie będziesz jadł z nami przy stole. Tam masz kolację. Na talerzu.

Arden przesunął wzrokiem po reszcie dzieciaków. Te biologiczne uśmiechały się złośliwie, bezczelnie, jakby właśnie dostały najlepsze przedstawienie tego wieczoru. Cała reszta patrzyła w talerze, śledząc wzrokiem groszek odbijający się od widelców. Westchnął cicho i podszedł do krzesła. Chwycił talerz, który na nim leżał, po czym usiadł. Dopiero teraz zobaczył, że na talerzu prawie nic nie było. Jakieś obślizgłe ochłapy, zimne, rozmazane, wyglądające bardziej jak coś, co miało wylądować w misce dla psa, a nie przed dzieckiem. Wzdrygnął się mimowolnie na sam widok. - I co? - rzucił pan Rosevelt, odkładając widelec z cichym stuknięciem. - Nie jesz, niewdzięczny szczylu? - Finn przełknął ślinę. - Nie jestem głodny. - Wstał z krzesła i odłożył talerz na blat. Chciał po prostu odejść. Wrócić na górę. Zniknąć. Przestać istnieć na kilka minut, może godzin, może na tyle długo, żeby nikt już nie pamiętał, że siedział tu sekundę wcześniej. Ale zanim zdążył się odwrócić, usłyszał pisk odsuwanego krzesła i ciężkie kroki zmierzające w jego stronę. - Nie będziesz znieważał ciężkiej pracy mojej żony. Głos mężczyzny był niski. Spokojny. I przez to jeszcze gorszy. W następnej sekundzie pan Rosevelt złapał Finnegana za kark i z całej siły przycisnął jego twarz do talerza, wprost w to ohydne jedzenie. Zimna, tłusta breja rozmazała się po jego policzku, nosie, ustach. Finn szarpnął się odruchowo, próbując wydostać z uścisku, ale wysoki, dorosły mężczyzna był od niego silniejszy. O wiele silniejszy. Wiercił się. Dusił. Czuł pieczenie w oczach i upokorzenie tak mocne, że prawie bolało fizycznie. Słyszał ciszę przy stole. Żaden widelec nie uderzył o talerz. Żadne dziecko się nie odezwało. Nikt nie drgnął. I właśnie wtedy coś w nim pękło.. a raczej skamieniało... To był jeden z tych momentów, w których przysiągł sobie, że już nigdy nie znajdzie się w takiej sytuacji. Nigdy więcej nie pozwoli nikomu tak się poniżyć. Nigdy więcej nie będzie błagał o miejsce przy stole, o łaskę, o ciepły kąt. Każda decyzja, każdy ruch, każde słowo wypowiedziane z jego ust miało od tej chwili należeć tylko do niego. Do nikogo innego. Będzie grał na swoich zasadach. Na jego. I tylko jego.

₊˚ ✧ ━━━━⊱teraźniejszość⊰━━━━ ✧ ₊˚

Teraz znajdując się przy niej… pierwszy raz od ponad dekady miał wrażenie, że jednak nie ma nad wszystkim kontroli. Mimo że tak cholernie się starał. Mimo że próbował nad nią zapanować każdym słowem, każdym spojrzeniem, każdym pozornie obojętnym gestem. Szczycił się tą swoją sekretną umiejętnością przewidywania cudzych ruchów. Panowania nad sytuacją. Kontrolowania rozmowy, zanim druga osoba w ogóle zorientowała się, że bierze udział w jakiejkolwiek grze. Ale ona? Ona miała gdzieś to, co robił. Miała gdzieś, co do niej mówił. Jakby wszystkie jego starannie wypracowane mechanizmy odbijały się od niej jak od ściany, a ona jeszcze, bezczelna, uśmiechała się przy tym pod nosem.

Irytowało go to.

Wzbudzało w nim emocje, które z każdym słowem wypowiedzianym jej ustami rozpalały się coraz mocniej w jego klatce piersiowej. Złość. Ciekawość. Intrygę. I tę obrzydliwą, niewygodną bezsilność, do której nie chciałby się przyznać nawet pod groźbą śmierci. Sam fakt, że potrafiła zbić go z tropu jednym zdaniem, dosłownie go rozbrajał. No bo która inna kobieta przyznałaby się do tego, że mogłaby dostać syndromu sztokholmskiego, kiedy ktoś wynosi ją siłą z klubu? No właśnie. Najwidoczniej tylko o n a....
Przewrócił oczami, przesuwając dłonią po twarzy, po czym prychnął pod nosem na jej tekst o pani Crawford, chociaż nawet teraz próbował trzymać się resztek profesjonalizmu. W sumie to, co mówiła, miało jakiś pokrętny sens. Gdyby ta cała sytuacja w żaden sposób go nie bawiła, gdyby nie wzbudzała w nim absolutnie niczego, to już dawno by go tu nie było, prawda? Ah, bullshit. Po prostu czuł się za nią w pewnym sensie odpowiedzialny po tym, jak zobaczył ją z tamtymi facetami w łazience. Prawda? Bullshit. Zwrócił na nią uwagę już wcześniej. Ah. Był tym wszystkim tak kurewsko wykończony, że aż miał ochotę zaśmiać się sam z siebie. - Jesteś niemożliwa, wiesz? - rzucił, kiedy przyglądała się swoim paznokietkom jak jakaś lalunia z Housewifes of whatever county tv show - Nie nazwałem cię głupią, to po pierwsze. A po drugie, skoro już wyniosłem cię na zewnątrz, to znaczy, że posprzątałem ten przysłowiowy bałagan przynajmniej w klubie, no nie? - Spojrzał jej prosto w oczy z miną w stylu...see? who’s a fool right now? Ale potem poczuł jej ciepło. Ten cholernie przyjemny dotyk, kiedy kreśliła jakieś leniwe wzorki wewnątrz jego dłoni, jakby nie miała pojęcia, co z nim robi. Albo, co gorsza, jakby doskonale wiedziała. Próbując przetrawić jej propozycję, wsunął dłoń w jej włosy i przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej. Zbyt mało rozsądnie jak na kogoś, kto podobno tak świetnie panował nad każdą sytuacją. Patrzył jej prosto w oczy. - Pozwól, że sam zdecyduję, czy chcę robić rozpierdol, czy nie

k o n t r o l a

Znowu próbowała mu ją zabrać. A on chciał decydować sam o sobie. O swoich ruchach. O swoich granicach. O tym, kiedy odpuści, a kiedy spali cały cholerny świat tylko dlatego, że ktoś ośmielił się dotknąć czegoś, co zaczynało wyglądać zbyt mocno jak jego p r o b l e m. Nie potrzebował jej do tego. Nie potrzebował nikogo… Zniżył usta do jej ucha. I tak już jej więcej nie zobaczy, no nie? Zwykle mówił tylko wybranym osobom, czym się zajmował. Nie rzucał tym na prawo i lewo, nie robił z tego wizytówki, nie podawał jak ciekawostki przy pierwszym lepszym spotkaniu. Ale może trochę się uspokoi, jeśli będzie wiedziała o nim coś więcej niż tylko to, że wyciągnął ją z klubu jak Fred Flintstone Wilmę. - Jestem jednym z najlepiej plasujących się escortów w Toronto, baby - rzucił, szepcząc jej prosto do ucha. Potem odsunął się minimalnie i pokręcił głową, jakby sam nie wierzył, że właśnie jej to powiedział. - Nic sobie nie kupisz, bo zostaniesz u mnie w mieszkaniu, a ja pójdę na zakupy. - Z początku wspólne zakupy miały sens. Teraz? O nie, nie, nie. Ta opcja właśnie spektakularnie wypadła z jakiejkolwiek możliwosci dyskusji. Przytulił ją mocniej do siebie, tak żeby schowała buzię w jego klatce i najlepiej nie odzywała się aż do przyjazdu taksówki. O tak. Cisza brzmiała teraz zajebiście... cisza była tym cudownym, mitycznym miejscem, do którego najwyraźniej nie było im dane dotrzeć.

Uśmiechnął się dopiero na widok podjeżdżającej taksówki. Tylko że sposób, w jaki ona zamierzała do niej podążać? Nie mógł się uwolnić. - Ejj... co ty... - zaczął, ale kiedy zorientował się, co ona właściwie robi, parsknął śmiechem. I tak, jakoś, doczłapali się do tej taksówki jak dwa sklejone pingwiny, które zgubiły instrukcję obsługi własnych nóg. - Dziękujemy za poczekanie! - krzyknął do taksówkarza, kiedy już jakimś cudem znaleźli się w aucie. Rozsiadł się, odchylając lekko do tyłu, żeby złapać pas, ale po chwili poczuł na sobie ciężar. Zmarszczył brwi i dopiero wtedy zorientował się, że siedziała mu na kolanach. Oczywiście, że siedziała mu na kolanach. Bo czemu miałaby robić cokolwiek normalnie? - Oi, tak nie wolno! Mandat dostaniemy! - rzucił taksówkarz, zerkając na nich w lusterku. - Przepraszam, ona trochę jest... nie ten... nie halo w głowie - rzucił Finn, zaciskając dłonie na jej biodrach. - Dam duży napiwek. - Uniósł głowę, żeby na nią spojrzeć, ale rudowłosa najwyraźniej już odgrywała jakiś plan w swojej małej, niebezpiecznej główce, bo ich nosy znalazły się dosłownie kilka milimetrów od siebie. Blisko.. eskimos całus blisko kinda thing...

Now you pull me close in the backseat...

Znowu to ciepło. To dziwne poczucie, że kontrola wymykała mu się spomiędzy palców z każdą sekundą, z każdym jej kolejnym słowem, z każdym ruchem. A teraz jeszcze z komplementem? - Um... dzięki? - rzucił, bo najwyraźniej tyle zostało z jego legendarnej elokwencji. Mógłby odpowiedzieć tym samym. Mógłby powiedzieć, że jej oczy też były cholernie ładne. Że te orzechowe tęczówki dziwnie błyszczały w różnym świetle, raz przechodząc w żółtawy brąz, innym razem w coś niemal zielonkawego. Mógłby powiedzieć, że ten ognisty kolor włosów sprawiał, że tracił resztki rozsądku. Że ten kilkusekundowy, nic nieznaczący pocałunek wcale nie był tak nic nieznaczący, skoro od tamtej chwili jego mózg wracał do niego z żenującą regularnością. Mógłby. Ale tego nie zrobił.
Przesunął tylko dłonią wzdłuż jej kręgosłupa, ale zanim zdążył cokolwiek przetrawić, ona znowu go zaskoczyła. Raz, dwa, trzy. Hop-siup. Buty za oknem. - Czyś ty zwariowała?! - wyrzucił z siebie, odwracając się szybko do tyłu. - Chcesz kogoś zabić?! - Zobaczył tylko, jak buty odbijają się gdzieś za nimi od asfaltu, a potem znikają w ciemności. - Nie wyrobię z tobą - prychnął, opadając z powrotem na siedzenie i przykładając dwa palce do skroni, dosłownie próbując fizycznie powstrzymać migrenę przed rozwinięciem pełnych skrzydeł. Próbował przetrawić, co ona mogłaby odpierdolić w jego mieszkaniu. Goddammit. What did I get myself into? Pomyślał przez moment, ale taksówkarz najwyraźniej miał inne plany i nie zamierzał dawać mu czasu na żadną autorefleksję, bo hey ho, byli już pod jego budynkiem. Finn zapłacił, dorzucił obiecany napiwek i przesunął ją na bok, na siedzenie. Wysiadł z samochodu, po czym nachylił się i przyciągnął ją do siebie tak, że kiedy ją podniósł, mogła opleść go nogami w pasie. - Trzymaj tylko głowę po jednej stronie, żebym widział, gdzie idę - mruknął, zaciskając dłonie na jej pośladkach. Uśmiechnął się zadziornie pod nosem. - To tak dla asekuracji - dodał nonszalancko. No bo co? Jaki normalny facet odmówiłby sobie złapania naprawdę zgrabnych pośladków, kiedy sytuacja sama tak pięknie podawała mu wymówkę na srebrnej tacy? bitch...please...
Po kilku minutach byli już u niego w mieszkaniu. Postawił ją ostrożnie na ziemi, po czym rozejrzał się krótko po wnętrzu, próbując ocenić, czy było tam coś, co mogłaby zniszczyć, podpalić, wyrzucić przez okno... ahh whatever - Dobra - powiedział w końcu, przeczesując włosy dłonią. - Rozgość się. Tylko błagam, w granicach zdrowego rozsądku. - Spojrzał na nią i rzucił - Mam ci coś przynieść ze sklepu?

𝓶𝔂 𝓼𝓸𝓵𝓾𝓵𝓾
25 y/o
For good luck!
171 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

On wyrwał się z piekła, by zbudować swój świat.
Ona uciekła z raju, by móc w końcu krzyczeć.


Nigdy nie musiała walczyć o miejsce przy stole, mogła spóźnić się kilka minut na kolację i nie była karana za plamy na sukience, bo... zwykle nikt ich nie widział. Jej dzieciństwo nie pachniało upokorzeniem, tylko świeżo parzoną kawą ojca i drogimi perfumami matki, która wpadała do pokoju tylko po to, by musnąć policzek Eli i zostawić na nim kolorowy ślad szminki przed wyjściem do pracy, na bankiet lub inne spotkanie towarzyskie nieuwzględniające obecności jej córki. Tak naprawdę rodziców widywała bardzo rzadko, a jak już zjawiali się w progu jej pokoju, przychodzili z długą listą oczekiwań. Miała być najlepsza, miała być ich wizytówką i miała być nieskazitelna - tak bardzo nieskazitelna, jak tylko nieskazitelne mogło być najpierw kilkuletnie, a potem nastoletnie dziecko. Jednak od czasu do czasu przychodziły momenty.

Raz na jakiś czas - długi czas, to wszystko zdarzało się bardzo, bardzo rzadko - tata wchodził do jej pokoju z dwoma kubkami gorącego, parującego kakao. Siadali wtedy na krawędzi łóżka, Ela zwykle była już w piżamie i szlafroczku, z puchatymi, białymi kapciami na nogach i patrzyła na tatę z uwielbieniem w orzechowych oczach. Kochała te wieczory - to były czasy podstawówki, tata czasem czytał jej bajkę, ale częściej wypytywał, jak minął jej dzień i czy babcia na pewno nie poczęstowała jej lodami, a ona uroczo kłamała mu prosto w oczy, że nie, że nie jadła dzisiaj żadnych lodów, mimo że zjadła aż trzy porcje. Innym razem zabierał całą rodzinę na piknik nad jezioro i nie krzyczał, kiedy Ela zdejmowała swoje lakierki i wchodziła do wody, a raz w roku jeździli też na luksusowe wakacje (najlepiej wspominała te na jachcie z prywatną kucharką Lucią, która codziennie rano przygotowywała naleśniki i gofry z owocami dla całej rodziny). Te momenty pojawiały się jednak coraz rzadziej, gdy poszła do liceum - tata przestał do niej przychodzić z kakao, a później przestali również jeździć na rodzinne wakacje. Być może wiązało się to z awansem ojca z adwokata na sędziego, być może kosztowało go to dużo stresu, ale od tamtej pory stał się jeszcze bardziej wymagający wobec swoich dzieci niż przedtem. Interesowały go tylko średnia ocen, kierunek studiów, zachowanie, opinia. Opinia innych ludzi o jego własnych dzieciach. No i wtedy się zaczęło.

Każdy jej krok był oceniany, a każde najmniejsze potknięcie kończyło się awanturą, która w wykonaniu sędziego O'Cahallana nie była krzykiem, o nie, on nie należał do ludzi agresywnych i porywczych. Jej ojciec słynął z chłodnych, morderczych tyrad o tym, jak bardzo Eleanor go rozczarowała, jak bardzo niewdzięczna była i jak bardzo brukała ich nazwisko, nawet jeśli chodziło tylko o ocenę dostateczną ze sprawdzianu. Nic więc dziwnego, że zaczęło się od drobnych kłamstw i urywania się z zajęć, żeby poczuć chociaż odrobinę kontroli nad swoim życiem. W końcu o to chodziło w tym wszystkim, od samego początku, prawda? O kontrolę, której Ela była pozbawiana od najmłodszych lat. Im była starsza, tym mniej kontroli nad własnym życiem posiadała. A jej ognisty charakter nie mógł tego znieść.

Właśnie dlatego teraz, gdy stała obok bruneta, chciała dyktować warunki. Chciała się pobawić, chciała przegiąć, chciała, żeby spróbował ją okiełznać i żeby mu się to nie udało. Chciała być dla niego zagadką, której nie da się rozwiązać, albo pożarem, którego nie da się ugasić, dopóki nie pożre całego tlenu w pomieszczeniu. Każde jego "nie" było dla niej wyzwaniem, a każdy rozkaz brzmiał jak kolejna zasada do złamania, ale... to wszystko było tylko na teraz. Tylko na tę jedną noc, która miała nie mieć żadnych konsekwencji, no bo jutro Ela miała wrócić. Wrócić do kancelarii, porządku, grzecznego pisania pism procesowych, idealnie skrojonej garsonki i przyciasnych butów, które powinna zwrócić, ale ciągle mówiła, że to prawdziwa skóra i się rozciągną. Zerknęła na chłopaka i również przewróciła oczami na jego słowa. - A myślisz, że ty jesteś możliwy? - spytała zadziornie, pozwalając mu na to strzelanie minami, bo w sumie to lubiła zabawnych gości, zwłaszcza, gdy byli tak przystojni jak ten tutaj. - Czyli teraz będziemy łapać się za słówka? Poza tym, to, że nie ma mnie tam, nie znaczy, że bałagan zniknął, meow - odparła, przejeżdżając swoimi paznokciami godnymi jednej z Housewifes of whatever county tv show po jego koszuli, tuż przed tym, jak przyciągnął ją do siebie i wplótł palce w jej włosy. Ahh, miał taką ciepłą dłoń, aż przeszedł ją dreszcz, bo naprawdę było jej zimno. Pozwól, że sam zdecyduję, czy chcę robić rozpierdol, czy nie. Okej, wyglądało na to, że po prostu potrzebował odpowiedniego zaproszenia. Niby nie chciała go namawiać, ale z drugiej strony bardzo chętnie byłaby diabełkiem siedzącym na jego ramieniu. Zupełnie jakby brunet potrzebował solidnego kopniaka, żeby puścić hamulce. - Myślę, że potrafisz podjąć dobrą decyzję, tylko potrzebujesz zachęty - skwitowała, delektując się zapachem jego koszuli i szeptem tuż przy jej uchu. Miał taki miły głos, mogłaby go słuchać godzinami, jeju, przez chwilę do głowy wpadł jej szalony pomysł, żeby dać mu swój numer telefonu, ale nie, co się działo w klubie (i poza nim), zostawało w klubie (i poza nim).

A później powiedział coś takiego dziwnego. Taki dziwny zlepek słów. Jestem jednym z najlepiej plasujących się escortów w Toronto, baby. Odsunęła się od niego i posłała mu długie spojrzenie, bardzo długo przetwarzając informacje. Jasne, był przystojny. Nawet bardzo. Mogłaby gapić się na niego i słuchać niskiego głosu, od którego miękły jej kolana, godzinami, ale... żeby od razu za to wystawiać rachunek? Kurwa, cały czas myślała, że był jednym z tych facetów, którzy mieli zbyt dużo pieniędzy i zbyt mało rozrywek, a on po prostu był... do wynajęcia. A to oznaczało, że... ta cała panna Crawford go sobie kupiła. Buahaha, stara, bogata raszpla. - Mówisz mi to, bo mam ci teraz zapłacić za dzisiejszą eskortę? - spytała nagle, zaciskając usta w wąską kreskę, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Cóż, gdyby chciał, żeby zapłaciła, pewnie by to zrobiła. Dziś wszystkim głupim pomysłom mówiła "zdecydowanie tak". Nic sobie nie kupisz, bo zostaniesz u mnie w mieszkaniu, a ja pójdę na zakupy. - A to się jeszcze okaże, bo ja jestem prawnikiem - uśmiechnęła się do niego słodko, bo w głowie już układała plan ucieczki przez okno i pobiegnięcie za nim do sklepu, ale wtedy jeszcze nie wiedziała, że zdecyduje się na wyrzucenie swoich drogich szpilek przez okno, przez co pomysł będzie niemożliwy do zrealizowania. No i właśnie dlatego panna O'Cahallan nie układała zbyt wielu planów na przyszłość, bo jej najlepiej zaplanowana przyszłość działa się jedynie 5 sekund później.

Potem śmignęli taksóweczką, przejażdżka trwała zapewne kilkanaście minut, ale Eli czas minął jak z bicza strzelił. Nawet kiedy przystojniak powiedział "Przepraszam, ona trochę jest... nie ten... nie halo w głowie" to zaśmiała się uroczo w jego szyję, bo zdecydowanie wolała mieć nie halo w głowie niż kij w dupie. Zresztą, "nie halo w głowie" było mega delikatnym określeniem. Nie obraziłaby się, gdyby powiedział, że była pierdolnięta. No bo była, to nie było żadne kłamstwo, no która kobieta wskakiwała na kolana chłopaka, którego imienia nie znała, w taksówce, jadąc do domu wyżej wymienionego, chichotała mu do ucha i prężyła się jak kotka, gdy przejeżdżał dłonią po jej kręgosłupie? Kurwa, gdyby Camelia dowiedziała się o tym wszystkim, to przecież by ją zajebała. Chociaż nie wiedziała, co byłoby według Cammy gorsze, przejażdżka z nieznajomym do jego mieszkania czy wyrzucenie Louboutinów przez okno? Czyś ty zwariowała?! Chcesz kogoś zabić?! Nie wyrobię z tobą. - Przynajmniej ktoś znajdzie bardzo drogi prezent na środku drogi - odpowiedziała, unosząc jedną stopę na moment do góry. Zapewne chciała ocenić, jak prezentują się jej nogi bez szpilek, no i oględziny przeszły pomyślnie. - Zamiast narzekać, lepiej pomyśl o tym, że właśnie zafundowałam ci najbardziej emocjonujące pięć minut w tym miesiącu. Za darmo! - zaśmiała się, dalej nie mogąc uwierzyć, że taki przystojniak wolał się sprzedawać niż... niż... niż co? Nagle to całe bycie prawnikiem w kancelarii wydało jej się przeraźliwie nudne. Może też powinna zmienić profesję? Tylko kto chciałby jej płacić za jej towarzystwo? Nawet Camelia by nie chciała, pff. No i pomysł tak samo szybko się pojawił, jak zniknął, ups. Na szczęście, dojechali na miejsce, przystojniak zapłacił, po czym podniósł ją tak, że oplotła go nogami w pasie. Wtuliła się w niego i ułożyła głowę na jego ramieniu, a nawet na chwilę przymknęła oczy, totalnie płynąc z sytuacją. Znaczy, z prądem. W sensie, miała flow, taki sytuacyjny. Trzymaj tylko głowę po jednej stronie, żebym widział, gdzie idę. - Mhmm... - wymruczała. A kiedy ułożył swoje dłonie na jej pośladkach? Dla asekuracji? - Asekuracja, taaa... Jasne. Jesteś tak profesjonalny - wymruczała z szerokim uśmiechem na ustach, którego na pewno nie mógł zobaczyć, ale mógł usłyszeć, bo chwilę później cichutko się zaśmiała. Nie wyrwała się z jego objęć, bo... no, podobało jej się. Zapowiadała się długa, ciekawa noc. Sytuacja z chwili na chwilę stawała się bardziej absurdalna i ekscytująca, a ona kochała ekscytujące sytuacje. I jego dłonie na swoich pośladkach też zaczynała lubić.

W takim koalowym uścisku wniósł ją do budynku, wszedł z nią po schodach, potem jakoś znalazł klucze i znaleźli się w jego mieszkaniu. Wypuścił Elę z objęć, a ona od razu oparła się o ścianę jak grzeczna dziewczynka i przechyliła głowę na bok, nawet nie rozglądając się po wnętrzu, bo jej oczy ciągle były wpatrzone w niego. Dobra. Rozgość się. Tylko błagam, w granicach zdrowego rozsądku. Mam ci coś przynieść ze sklepu? Uśmiechnęła się pod nosem. - Zaskocz mnie - odparła bardzo uprzejmie jak na siebie, a grzeczny uśmiech nie znikał z jej twarzy. Już myślała, że jej nowy przyjaciel nie odważy się zostawić jej samej, ale - dziękujmy niebiosom - chwilę później zamknął za sobą drzwi i została sama.

Odczekała dokładnie trzy sekundy od zamknięcia drzwi, zanim oderwała się od ściany. Grzeczna dziewczynka? Dobre sobie. Po prostu chciała, żeby jak najszybciej wyszedł, bo pierwszy cel był oczywisty - alkohol. Nie miała w sobie za grosz poczucia wstydu, bo bez żadnych skrupułów zaczęła myszkować po jego mieszkaniu. Przetrząsnęła barek, szafki w kuchni, zajrzała nawet do lodówki, ale nic. Żadnego. Alkoholu. - No nie wierzę, co za nudziarz - jęknęła. Żadnej whisky, żadnego otwieram wino ze swoją dziewczyną, nawet zakurzonego likieru od babci nie znalazła. Zrezygnowana, podreptała do jego sypialni, żeby otworzyć szafę - niektórzy chowali butelki między ubraniami, ale nie ten Sztywniak. Były tam tylko równiutko poskładane koszulki. Nagle w jej rączki wpadła jedna z nich - miękka, pachniała nim i, co najważniejsze, była na tyle duża, że sięgała jej do połowy ud, no idealna. Niewiele myśląc, zrzuciła z siebie sukienkę, zostawiła ją na podłodze i nałożyła na siebie jego czerwoną koszulkę. Na pewno wyglądała w niej hot, a przy tym czuła się o wiele bardziej swobodnie niż w swojej obcisłej sukience.

Potem odezwało się burczenie w brzuchu, dlatego powędrowała do kuchni, ale znalazła tylko ostatnie opakowanie płatków śniadaniowych. A jak powszechnie wiadomo, płatki śniadaniowe najlepiej smakują z mlekiem, jednak w lodówce mleka nie znalazła - jeju, alkoholu nie, mleka nie, czy on coś w ogóle jadł i pił? Przekręciła oczami, chwyciła pudełko z płatkami i ruszyła w kierunku salonowego okna tanecznym krokiem, po czym otworzyła okno i wskoczyła na parapet. No i chłodne, zimowe powietrze owiało jej twarz, a ona jadła sobie suche płatki prosto z opakowania, i czuła się jak Królowa Życia. Wyciągnęła telefon, włączyła piosenkę, no i zaczęła machać bosymi stopami w powietrzu, totalnie uprawiając vibing muzyczny. No i chwila beztroski nie potrwała długo, bo już chwilę później usłyszała dźwięk otwieranych drzwi frontowych i nie, wcale nie zeszła z parapetu i nie puściła się biegiem, wręcz przeciwnie, poczekała, aż chłopak wejdzie do salonu, no i dopiero gdy ją zauważył, zeskoczyła zwinnie na podłogę i do niego podbiegła, szeleszcząc paczką płatków, które dalej wcinała. Widzicie? Miała klasę. - Wróciłeeeś! - zawołała, zatrzymując się tuż przed nim i opierając się nonszalancko o framugę drzwi. - Wiesz, masz bardzo przytulną szafę, ale twoja kuchnia to jakaś totalna porażka. Musiałam ratować się suchym prowiantem, bo w lodówce naprawdę nic nie masz - powiedziała, dalej chrupiąc płatki. - Ale za to koszulka... - tu przerwała, żeby złapać za końcówkę materiału w okolicy ud. Miała nadzieję, że nie będzie kazał jej się rozbierać, chociaż... jakby się tak zastanowić, nie brzmiało to źle? - ... jest ekstra. Co mi kupiłeś, bohaterze? - urwała w końcu i wlepiła w niego swoje orzechowe oczy, no i jakoś tak przypadkiem jej wzrok zjechał na jego usta, bo w sumie bohater mógłby przynieść jej buziaka, a pewnie przyniósł masło orzechowe i dżem :ohnoi:

If I could write you a song to make you fall in love
I would already have you up under my arms
I used up all of my tricks
I hope that you like this
But you probably won't


𝑚𝑦 𝑑𝑒𝑙𝑢𝑙𝑢
29 y/o
For good luck!
186 cm
Escort Agent w Devil’s Heart
Awatar użytkownika
everyone has secrets, but not everyone can fool a man like that.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i hold my breath when you're talking...
my soul dissipates...


A myślisz, że ty jesteś możliwy?

No jasne. Oczywiście, że musiała odbić piłeczkę. Nie mogła po prostu przyjąć do wiadomości, że była absolutnie nieprzewidywalna, pijana, bezczelna i potencjalnie niebezpieczna dla otoczenia, tylko od razu musiała wyciągnąć te swoje pazurki w jego stronę. Do tego te jej paznokcie przesuwające się po materiale jego koszuli, powoli, leniwie, wcale a to wcale nie udając, że robiła to całkiem ''przypadkiem''. - Ja? - spytał, unosząc brew.- Babygirl, ja jestem definicją rozsądku. Ty jesteś tą częścią wieczoru, którą rozsadni ludzie opisują terapeucie podczas wizyty. - Powinien odsunąć jej rękę. Powinien przypomnieć jej, że nie byli w żadnej grze. Że nie miała pojęcia, z kim się bawiła. Że ten cały jej m e o w i paznokcie po koszuli mogłyby się skończyć dużo gorzej, gdyby trafiła na kogoś mniej opanowanego. Ale zamiast tego po prostu patrzył, jak przeciąga ten swój mały teatrzyk, i czuł, jak w środku odpala mu się ta sama irytująca c i e k a w o ś ć.

Wplótł palce w jej włosy i przyciągnął ją do siebie, bardziej stanowczo, niż wypadało. Zdecydowanie bardziej, niż w tamtym momencie to było rozsądne. Poczuł, jak zadrżała od chłodu albo od niego, nie był pewien i zdecydowanie nie powinno go interesować rozróżnienie. Tylko że cholernie go to interesowało. A na jej komentarz o zachęcie... Finn tylko prychnął pod nosem, ale uśmiech, który wpełzł mu na usta, był już mniej kontrolowany. - Uważaj, kotku - mruknął jej prosto do ucha. - bo jeszcze spodoba mi się twoje towarzystwo i będzie z tego problem.

p r o b l e m

On już go miał. W kobiecej wersji... był wysoki, rudy, pijany, w drogich butach i z oczami, które patrzyły na niego tak, jakby chciały sprawdzić, ile masek zdoła z niego zerwać, zanim zacznie się naprawdę bronić. Więc powiedział jej prawdę. A przynajmniej jedną z wersji prawdy, bo Finn Arden nigdy nie rozdawał informacji o sobie za darmo. Musiał mieć z tego jakiś zysk. Patrzył, jak jej twarz się zmienia. Jak przez moment przetwarza to zdanie. Jak jej spojrzenie prześlizguje się po nim, już inaczej, jakby nagle dokładała do układanki element, którego wcześniej nie brała pod uwagę. Był przyzwyczajony do różnych reakcji. Zaskoczenia. Pogardy. Ciekawości. Pożądania. Tej obrzydliwej, społecznej hipokryzji, w której wszyscy chcieli kupować bliskość, ale nikt nie chciał przyznać, że ktoś może być za nią uczciwie opłacany. Ale ona? Ona zapytała, czy ma mu teraz zapłacić za dzisiejszą eskortę. Finn na sekundę zamarł. A potem parsknął śmiechem. Krótkim i możnaby powiedzieć troszkeczkę niedowierzającym. - Chryste, ty naprawdę masz w głowie przeciąg z brokatem - rzucił, kręcąc głową. - Nie, nie musisz mi płacić. To nie jest randka z fakturą. Bardziej akcja ratunkowa, która wymknęła się spod kontroli. - rzucił beztrosko, ale gdzieś głęboko, pod tą ironią, poczuł coś dziwnego. Może ulgę. Może rozbawienie. Może to, że nie spojrzała na niego z obrzydzeniem, tylko jak na kolejny absurd tej nocy, który należało skomentować możliwie najgłupiej. To nie powinno mieć znaczenia. Ale kurwa miało...

''...bo ja jestem prawnikiem''

Zmierzył ją wzrokiem. Od czubka rudych włosów po buty. - Prawnikiem? - powtórzył, unosząc brew. - To wiele wyjaśnia. Ten brak instynktu samozachowawczego. Potrzeba wykłócania się o wszystko. Przekonanie, że każde “nie” jest tylko zaproszeniem do negocjacji. - Nachylił się trochę bliżej. - Ale w moim mieszkaniu obowiązuje mój regulamin. Punkt pierwszy... nie uciekasz. Punkt drugi... nie zgonujesz. Punkt trzeci... nie próbujesz przedrzeźniać się ze mną tylko dlatego, że masz ładne oczy i dyplom. - cholera jasna, czyżby Ardenowi wymsknął się komplement?! Miał nadzieję, że tego nie zauważy...

A potem, oczywiście, sytuacja zaczęła się staczać szybciej niż jego cierpliwość. W taksówce siedziała mu na kolanach, jak jakaś księżniczka z piekłarodem. Musiał jakoś wytłumaczyć jej zachowanie kierowcy... oczekiwał bulwersu... a zamiast tego... usłyszał jej śmiech przy swojej szyi... który goddamit... był cholernie słodki i uroczy. I przez sekundę naprawdę miał ochotę przewrócić oczami tak mocno, żeby zobaczyć własny mózg. Bo czy ona chociaż próbowała ułatwiać mu życie? Nie. Oczywiście, że nie. Siedziała mu na kolanach, chichotała mu do ucha, pachniała alkoholem, perfumami i czymś słodkim, a on miał się zachowywać jak człowiek, który miał kontrolę... choć tak naprawdę z każdą pieprzoną sekundą ją tracił. - nie wiem skąd się wyrwałaś... - powiedział cicho, a potem przesunął dłonią wzdłuż jej kręgosłupa, bo uznał, że musi ją przytrzymać. Technicznie. Praktycznie. Dla bezpieczeństwa rzecz jasna!! Tylko że sposób, w jaki prężyła się pod jego dotykiem jak zadowolona kotka, absolutnie nie pomagał tej narracji. Potem ta akcja z rzutem butów przez okno i cholerka jasna... no nie miał na nią słów! Na zawał z nią zaraz zejdzie... Spojrzał na nią zupełnie zrezygnowany i odpowiedział na jej słowa, - Najbardziej emocjonujące pięć minut w miesiącu? - powtórzył po niej z niedowierzaniem. - kotku, po pięciu minutach z tobą czuję się, jakbym przeżył jakiś pierdolony kataklizm.

Taksówkarz zatrzymał się pod jego budynkiem szybciej, niż Finn zdążył przygotować się psychicznie na to, że naprawdę zabiera ją do siebie. Zapłacił, dorzucił za duży napiwek, bo coś w nim nadal chciało zrekompensować temu biednemu człowiekowi udział w tym teatrzyku rodem wyjętym z SNL... a potem wysiadł i nachylił się po rudowłosą. Kiedy oplotła go nogami w pasie i wtuliła twarz w jego ramię, przez sekundę zrobiło się dziwnie cicho... za c i c h o. Trzymał ją pewnie, dłonie układając na jej pośladkach z pretekstem tak oczywistym, że nawet on sam miał ochotę siebie za to wyśmiać. Jej cichy śmiech przy jego uchu, to przeciągnięte asekuracja, taaa... jasne. Jesteś tak profesjonalny, sprawiło, że prychnął pod nosem, wspinając się po schodach. - Jestem profesjonalny - odparł stanowczo - Gdybym nie był, już dawno upuściłbym cię na schodach dla dobra społeczeństwa. - Nie upuścił... nie zrobiłby tego. Trzymał ją mocno, może nawet za mocno, czując jej ciężar, ciepło, oddech przy szyi. I z każdym kolejnym stopniem coraz mocniej docierało do niego, jak absurdalnie intymna była ta sytuacja. Jak bardzo nie miała nic wspólnego z jego pracą. Z tą znajomą mu kontrolą i zasadami. To nie była klientka. Nie był na spotkaniu. Nie grał roli za ustaloną stawkę. Po prostu niósł pijaną prawniczkę bez butów do swojego mieszkania, bo coś w nim uznało, że nie może jej zostawić w tamtym klubie.

W O N D E R F U L

Po kilku minutach byli już u niego... a na jej zadziorne zaskocz mnie... Finn spojrzał na nią długo. Bardzo długo. Stała tam z tą jej słodką miną i oczami, które udawały niewinność tak nieudolnie… że brakowało mu słów. - mhm - mruknął w końcu, sięgając po klucze. Przy drzwiach odwrócił się jeszcze. - Nie podpal niczego. Nie wyrzucaj niczego przez okno. Nie grzeb mi w rzeczach. - Zawiesił wzrok na jej twarzy. - Dobra, to ostatnie i tak zrobisz. Po prostu nie udawaj później, że szukałaś Biblii lub jakichś porno magazynków. - Wyszedł. I dopiero na korytarzu, kiedy zamknął drzwi, zrozumiał skalę własnej głupoty. Zostawił ją s a m ą. Kobietę, która przed chwilą wyrzuciła buty przez okno jadącej taksówki, siedziała mu na kolanach i zachowywała się jak jakaś rozwydrzona gówniara... - Kurwa mać - mruknął pod nosem, schodząc po schodach. - ty idioto… - Na zewnątrz zimne powietrze uderzyło go w twarz. Wsunął dłonie w kieszenie płaszcza i ruszył w stronę najbliższego sklepu, ale myśli miał cały czas przy mieszkaniu. Przy niej. Przy tym, co mogła tam właśnie robić. Przetrząsać szafki. Spaść z kanapy. Znaleźć noże. Znaleźć okno. OKNO. Na samą myśl przyspieszył kroku. Nie martwił się. Absolutnie nie. To było czysto praktyczne. Nie chciał tylko wrócić i zobaczyć rudowłosej prawniczki wiszącej z parapetu... Nie chciał się tłumaczyć policji.. tak to o to chodziło, tylko o to.

W sklepie wziął koszyk i zaczął wrzucać do niego rzeczy, które wydawały mu się najwazniejsze. Szczoteczka do zębów. Pasta. Butelki wody. Elektrolity. Sok pomarańczowy. Cola. Jakieś chipsy. Żelki. Dwa batoniki. Chusteczki nawilżane. Zatrzymał się przy półce z kosmetykami i spojrzał na mały zestaw gumek do włosów. Nie. Nie będzie jej kupował gumek. To byłoby chore. Minęły trzy sekundy. Wrzucił gumki do koszyka. - To praktyczne - mruknął do siebie. - Jak zacznie rzygać, nie będzie miała włosów w twarzy.- ma to sens. Przy kasie sprzedawca przesunął wzrokiem po zakupach, potem po Finnie, potem znowu po zakupach. Finn uniósł brew. - Długa noc - rzucił tylko. Sprzedawca nie zapytał o nic więcej. Mądry człowiek. Po wyjściu ze sklepu już chciał iść prosto do mieszkania, ale zatrzymał się przy Wendy’s, a chwilkę później wszedł do środka. Zamówił dwa burgery, duże frytki, nuggetsów, kilka sosów i jeszcze dodatkową wodę. Czekając na jedzenie, oparł się bokiem o ścianę i spojrzał na ekran telefonu, który wybił późną godzinę. Wyobraził sobie ją w swoim mieszkaniu. Jak grzebie po szafie. Jak otwiera szafki. Jak znajduje b r a k alkoholu i obraża go w myślach... Kiedy odebrał jedzenie, ruszył z powrotem szybciej, niż zamierzał. Nie biegł. Nie. Po prostu szedł energicznie. Bo jedzenie stygło. Bo było zimno. Bo nie chciał, żeby ona zdążyła zdemolować mu mieszkanie. Bo bał się, co zastanie po powrocie. To ostatnie przyszło mu do głowy tak nagle, że aż zacisnął szczękę. Bał się. Nie o mieszkanie. O nią. O to, czy nie zemdlała. Czy nie zasnęła na podłodze. Czy nie wyszła boso na korytarz. Czy nie otworzyła okna i nie uznała, że Toronto nocą wygląda tak pięknie, że warto wychylić się odrobinę za bardzo. - fuckin disaster - warknął pod nosem, wchodząc do budynku.

Kiedy otworzył drzwi mieszkania, najpierw usłyszał muzykę. Potem chrupanie. Potem poczuł zimne powietrze. Finn zamarł w progu. Otwarte okno. Oczywiście. Wszedł do salonu i zobaczył ją na parapecie. W jego czerwonej koszulce. Z gołymi nogami machającymi w powietrzu. Z pudełkiem płatków w ręce. Z telefonem grającym jakąś piosenkę, jakby urządziła sobie prywatny teledysk o upadku klasy wyższej i suchej diecie śniadaniowej. Przez chwilę nie powiedział nic. Tylko ją zmierzył wzrokiem. Od rudych włosów, przez jego koszulkę, która sięgała jej do połowy ud, po bose stopy. Potem z powrotem. Bardzo powoli. Zbyt powoli. Była cała. Żyła. Nie rozwaliła sobie głowy. Dopiero wtedy poczuł, jak napięcie schodzi mu z karku. I dopiero wtedy pozwolił sobie prychnąć. - Spodziewałem się, że będziesz się u mnie rządzić, jakbyś była u siebie - rzucił, unosząc brew, a kiedy zeskoczyła z parapetu i podbiegła do niego, szeleszcząc płatkami i śpiewnie oznajmiając, że wrócił, spojrzał na nią jak na bardzo ładny problem. - Niestety - odparł. - Wróciłem, zanim zdążyłaś zmienić zamki. - Słuchał, jak oznajmia, że jego szafa jest przytulna, kuchnia to porażka, a koszulka jest ekstra. Oczywiście, że była ekstra. Na nim była zwykłą koszulką. Na niej wyglądała jak problem. Jak bardzo konkretny, długi, rudy problem z gołymi udami... wyglądała cute. eh. Finn spuścił wzrok na materiał, który złapała przy udach. Na sekundę. Może dwie. Za długo. Potem wrócił spojrzeniem do jej twarzy. - rzadko tu bywam - Przesunął torbę z jedzeniem w górę, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, po co ją trzyma. - A koszulka… - zawiesił głos, mierząc ją jeszcze raz wzrokiem. - możesz ją zatrzymać. - rzucił nonszalancko choć w głębi serca czuł, że wyglądała cholernie uroczo. Wysunął jedną torbę w jej stronę, ale zanim zdążyła ją przejąć, złapał ją za rękę. Delikatnie, ale stanowczo. - Chodź - mruknął i pociągnął ją w stronę kanapy pośrodku salonu, posadził ją na niej bez większych ceremonii i rzucił torbę z Wendy’s na stolik. Sam usiadł obok, sięgnął po pilota i odpalił telewizor. Przeklikał kilka rzeczy, aż znalazł The Traitors, pierwszy odcinek nowego sezonu, i włączył od początku. - Będziemy oglądać ludzi, którzy kłamią gorzej ode mnie i dramatyzują prawie tak dobrze jak ty - oznajmił, rozpakowując własnego burgera. - Edukacyjne. - Wyciągnął drugiego burgera, paczkę frytek i rzucił torbę w jej kierunku tak, żeby wylądowała obok niej na kanapie. - Jedz - prychnął. - Szybciej wytrzeźwiejesz. - Ugryzł swojego burgera, patrząc na ekran, ale oczywiście kątem oka sprawdzał, czy faktycznie je. Bo jeśli nie, to będzie musiał jej to wcisnąć prawie siłą, a ta wizja wydawała się męcząca. - Kupiłem ci wodę, elektrolity, sok, colę, szczoteczkę, pastę, żelki, batoniki i gumki do włosów - powiedział po chwili, starając się brzmieć obojętnie. Zerknął na nią. - A gumki są na wypadek, gdybyś postanowiła zwymiotować.

Wstał na moment, podszedł do okna i zamknął je. - Jeśli jeszcze raz zobaczę cię na parapecie to.. - złapię cię w pasie tak mocno i przyciągne do siebie, że już nie będziesz miała drogi ucieczki.. chcial to powiedzieć, a wyrzucił - nic.. zachowuj się po prostu. - Wrócił na kanapę, usiadł ciężko i podsunął jej butelkę wody. Przez chwilę patrzył na ekran, żując powoli, ale myśli dalej wracały do tego samego. Jak on się tu znalazł? Jak od klubu, łazienki, jej paznokci na koszuli, tekstu o syndromie sztokholmskim, taksówki, butów za oknem i jej nóg oplatających go w pasie doszło do tego, że siedział na swojej kanapie obok kobiety w jego koszulce i karmił ją Wendy’s, żeby wytrzeźwiała? To brzmiało jak początek bardzo złej anegdoty. Spojrzał na nią z ukosa. - I jeszcze jedno - mruknął. - Finnegan Arden jestem. - rzucił beztrosko, a następnie tak jakby od niechcenia zapytał... - a ty? - przejechał wzrokiem po jej nagich nogach... tułowiu... aż zatrzymał się na jej twarzy... no i na ustach... tych cholernie słodkich ustach.

𝓶𝔂 𝓼𝓸𝓵𝓾𝓵𝓾
25 y/o
For good luck!
171 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Got me in my head again
Kinda wanna call you out
Said you wanna be alone
Feel like driving


Babygirl. Kolana jej miękły, gdy zwracał się do niej w ten sposób, zupełnie jakby była stereotypową nastolatką z Bravo, Girl i znowu czytała jakieś beznadziejne romanse pod kołdrą. Z każdą kolejną chwilą spędzoną w towarzystwie bruneta czuła, że traci grunt pod nogami - coś ją do niego niesamowicie przyciągało i nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, co to było? To pochmurne spojrzenie, ten niski głos, a może po prostu... całokształt? Stał tak pewnie, odwdzięczał się trafnymi ripostami i tak cudnie wplątywał palce w jej włosy, że aż miękły jej kolana! Nie rozumiała tego, że brunet po prostu... był. Sztywny i irytujący, ale niósł ją, bez butów, prosto do swojego mieszkania. Tak swoją drogą, dalej twierdziła, że miała nad tym wszystkim jakąkolwiek kontrolę - zapewne bagatelizowała jego możliwości, ale jak zwykle, wolała przekonać się o tym na swojej własnej skórze. Gdy wyszedł do sklepu, oparła się o drzwi jego sypialni - pomiędzy jednym myszkowaniem w szafkach a drugim - i przymknęła na moment oczy. Przypomniała sobie, gdy nazwał ją kotkiem, a potem dodał, żeby uważała, bo jeszcze spodoba mu się jej towarzystwo i będzie z tego problem. Przygryzła wargę na samo wspomnienie, dobra? Tak samo jak na punkt pierwszy regulaminu pobytu w jego mieszkaniu - nie uciekasz. Szczerze? Nie zamierzała uciekać. Chciała tu zostać, zostawić mu błyszczyk pod poduszką i czekać na jego telefon dwa dni później, ewentualnie już jutro, jeśli nie był stereotypowym facetem, który wolał kazać dziewczynie poczekać przed pierwszą wiadomością. Poza tym sam przyznał, że po pięciu minutach z nią czuł się, jakby przeżył jakiś pierdolony kataklizm, więc istniała taka możliwość, że również mu się spodobała. No i - argument numer jeden! - nie zaprosiłby jej do swojego mieszkania, gdyby miał ją gdzieś.

Boże, nienawidziła czekać. Cierpliwość była dla niej terminem równie obcym, co pokora. Chciała, żeby Sztywniak już wrócił, żeby poświęcił jej całą swoją uwagę i żeby znów mogła posyłać mu zadziorne spojrzenia. Poza tym, o co ją prosił przed wyjściem? Nie podpal niczego. Nie wyrzucaj niczego przez okno. Nie grzeb mi w rzeczach. Dobra, to ostatnie i tak zrobisz. Po prostu nie udawaj później, że szukałaś Biblii lub jakichś porno magazynków. Miał stuprocentową rację, zamierzała grzebać mu w rzeczach, ale porno magazynki? Miał takie? Przeglądając szafę pełną jego ubrań, owszem, szukała głównie alkoholu, ale gdyby natknęła się na jakieś świerszczyki, oczywiście, że wyciągnęłaby je na stół i zaczęła przeglądać, porównując się do modelek z okładki. Na (nie)szczęście, żadnych gazetek nie znalazła, więc ewentualne fetysze chłopaka były bezpieczne, a szkoda, bo może sprawiłaby mu jakąś niespodziankę.

No i siedziała sobie teraz na parapecie, chrupiąc suche płatki... i przyszło jej do głowy, że nie chciałaby, żeby ta znajomość skończyła się na dzisiejszym wieczorze, bo, na litość boską, Eleanor O'Cahallan tak bardzo potrzebowała w swoim życiu kogoś, kto nie będzie tylko i wyłącznie jej potakiwał. A brunet nie tylko nie uciekał, ale jeszcze rzucał jej wyzwania tym swoim seksownym głosem. Nic dziwnego, że chciała go rozgryźć i sprawdzić, co się stanie, gdy maska Sztywniaka opadnie, bo była pewna, że pod spodem kryło się coś fascynującego. Chryste, potrzebowała bodźców, intensywności, igrania z ogniem i niebezpieczeństwem, zanim wymknie się stąd rano przed jego porannym budzikiem. Aż nagle...


W r ó c i ł.


Serce przyspieszyło jej na sam dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Kilka chwil później już opierała się o framugę i obserwowała spokojnie jego reakcję na jej własny monolog i nawet się uśmiechnęła, gdy zlustrował wzrokiem jej nową koszulkę i... uda. Jakoś tak przeczuwała, że widok mu się spodoba - zresztą, któremu facetowi by się nie spodobał? Spodziewałem się, że będziesz się u mnie rządzić, jakbyś była u siebie. - Powiedziałeś, że mogę się rozgościć - zauważyła trafnie, wsypując sobie kilka kolejnych płatków do buzi. Wróciłem, zanim zdążyłaś zmienić zamki. Zaśmiała się, odchylając głowę do tyłu, żeby oprzeć ją o framugę i przymknąć na moment oczy. - Doceniam twój optymizm, ale wymiana zamków to zajęcie na jutro. Dzisiaj miałam ciekawsze rzeczy do roboty, na przykład sprawdzanie, czy twoje łóżko jest tak samo wygodne jak ta koszulka - skłamała, bo wcale nie wskoczyła do jego łóżka, ale czego się nie robiło dla jawnego droczenia się? Poza tym pomysł - już wypowiedziany - wcale nie brzmiał tak źle... Rzadko tu bywam. - Dlaczego? - spytała od razu, z bezczelnym uśmiechem na ustach. A koszulka… możesz ją zatrzymać. Posłała mu słodki uśmiech, bo mimo że nie zamierzała mu już oddawać tej koszulki, to było to cholernie urocze, że chciał ją jej podarować. Cholera, o co chodziło z tym chłopakiem? Dlaczego zapominała słów, zanim zdążyła je wypowiedzieć? A teraz... o kurczę, złapał ją za rękę i pociągnął na kanapę, ohh maaj, porzuciła pudełko płatków na stoliku i posłusznie udała się za nim, nie potrafiła mu odmówić. Jednak zamiast ją pocałować przytulić wygłosić przemowę yyy... sięgnął po pilota i... włączył telewizor?! A potem zobaczyła, co właściwie włączył. The Traitors. Jej ulubiony program! OMÓJBOŻE! Będziemy oglądać ludzi, którzy kłamią gorzej ode mnie i dramatyzują prawie tak dobrze jak ty. - Och, uwielbiam ten program! - zawołała, po czym złapała w locie torbę, którą rzucił w jej stronę i wyjęła z niej burgera. - Wendy's też uwielbiam... cholera, jakbyś czytał mi w myślach - dodała, rozpakowując kanapkę z papieru. Wgryzła się w burgera i oparła głowę o jego ramię, pomijając ten tekst o szybszym wytrzeźwieniu. Nah, już była trzeźwa, wszystko zwróciła w toalecie, potem baaardzo długo tutaj jechali, potem baaardzo długo na niego czekała, a później już nie pozwolił jej na znalezienie alkoholu w jego własnym mieszkaniu, żeby mogła poprawić swój stan, nah.


So what do you want from me? What do you need?
Can you say something? Say something
I'm trying to work it out before you leave
Then say something, say something


Nagle zaczął wyliczać, co dla niej kupił. Aż uniosła brwi do góry ze zdziwienia, gdy tak wymieniał, że kupił jej wodę, elektrolity, sok, colę, szczoteczkę, pastę, żelki, batoniki i gumki do włosów. Gumki. Do. Włosów. Odsunęła się od niego na niewielką odległość, żeby spojrzeć w jego oczy, z burgerem przy ustach. Zamrugała kilka razy oczami, jakby właśnie obwieścił, że jest Marsjaninem, a nie że wrócił z Seven Eleven, czy innego tam osiedlowego sklepiku. - Nikt mi nigdy nie kupił gumek do włosów, faceci zwykle wybierają kwiaty - parsknęła, mimo że to było cholernie urocze, że kupił jej te gumki do włosów! - Ewentualnie stawiają cholernie drogie drinki, żeby zaciągnąć mnie do łóżka - dodała, przekręcając oczami. No i patrzyła na te gumki, jakby były co najmniej diamentami od Tiffany’ego. Musiała wszystko opowiedzieć Camelor, jak tylko brunet pójdzie smacznie spać. Kurczę. Zakup tych gumek do włosów był taki... słodki, absurdalny i intymny jednocześnie. - Nie wiem, czy mam cię za to pocałować, czy uciekać stąd, póki jeszcze pamiętam, jak się nazywam - zaśmiała się po chwili, z powrotem przenosząc wzrok na ekran telewizora. Uczestnicy dopiero jechali pociągiem na miejsce... No i Ela też miała wrażenie, jakby właśnie wsiadła do pociągu, z tym cholernym przystojniakiem u boku, i nie mogła się doczekać, jakie zadania będą czekać na nich oboje, bo miała dziwne wrażenie, że na tej jednej nocy się nie skończy. Fuck.

Jeśli jeszcze raz zobaczę cię na parapecie to... - To co? - odpowiedziała automatycznie, ale brunet tylko dodał "nic... zachowuj się po prostu". Przekręciła oczami. - Zachowuj się po prostu? - powtórzyła za nim i zmrużyła oczy. - Błagam, litości, brzmisz jak mój ojciec - skomentowała i westchnęła na samo wspomnienie Aidana O'Cahallana, bo był ostatnią osobą, o której chciała teraz myśleć, bo przez niego spędziła prawie całe życie, próbując być odpowiednią. No i nie chciała więcej zachowywać się odpowiednio. Chciała siedzieć na parapecie, machać nogami, szaleć i tańczyć. A jeśli spadnie... to będzie tylko i wyłącznie jej wina i odpowiedzialność.

I jeszcze jedno. Zerknęła na niego, dalej szamiąc burgera, no i już uniosła do góry jedną brew, spodziewając się jakiegoś kazania albo innego moralizatorskiego monologu, ale on... po prostu się przedstawił. Finnegan Arden jestem. A ty? Oczy jej rozbłysły, przełknęła burgera, rzuciła jeszcze jedno spojrzenie na prowadzącą The Traitors, po czym... - Wooow, Finn, cześć - zaczęła, zawijając resztę burgera w papierek (zjadła ponad połowę!!!) i odkładając go na stolik. - Pasuje do ciebie - dodała, przechylając głowę na bok. Zarzuciła nogi na jego uda i złapała go za ramię. - Eleanor O'Cahallan - przedstawiła się grzecznie, wtulając się w jego rękaw. - Dla przyjaciół Ela, ale dla ciebie mogę być kotkiem - zażartowała, nawiązując do ich wcześniejszej rozmowy. Nazwał tak ją już przynajmniej kilka razy, więc... równie dobrze mógł nie przestawać, prawda? Znowu zerknęła na ekran, uwielbiała Traitors, ale miała wrażenie, że właśnie ma przed sobą jednego z uczestników i chciała go lepiej poznać, okej? Zwłaszcza, że sam przejechał wzrokiem po jej nogach, biodrach, twarzy... Teraz chyba zerknął na jej usta, więc ona też zerknęła na te jego. Finnegan. Finn. To nagłe przedstawienie się uświadomiło jej, że do tej pory w ogóle nie przeszkadzał jej fakt, że nie znała jego imienia, ba, tak w sumie to było na swój sposób fascynujące, ale teraz, skoro już znała jego imię, to...

... postanowiła przejąć inicjatywę. Jednym zwinnym ruchem, nie dbając o to, że jej koszulka podjechała niebezpiecznie wysoko, przesunęła się i usiadła na nim okrakiem. Jej nagie kolana wylądowały po obu stronach jego bioder, a dłońmi oparła się o jego ramiona, zmuszając go, by patrzył jej prosto w oczy z bardzo bliskiej odległości. - Skoro już wiemy, jak mamy na imię, to może przejdziemy do konkretów, Finn? - mruknęła z diabelskim uśmiechem na ustach. Zżerała ją ciekawość. Przechyliła głowę, a pasmo włosów opadło jej na twarz. - Zagrajmy w coś. Zasada jest prosta. Zadaję pytanie, ty odpowiadasz. Szczerze. A potem ty pytasz mnie - zaproponowała zadziornie, po czym odwróciła się na moment do tyłu, bo prowadząca właśnie wybierała Zdrajców. No i Elce przyszło do głowy, że byłaby zajebistym Zdrajcą, ale nevermind. - Wiedziałam, że ta w niebieskiej koszulce będzie Zdrajcą - wtrąciła, zanim odwróciła się z powrotem do Finna. - Okej, ja zaczynam. Skąd pomysł na eskortę? - spytała i przejechała kciukiem wzdłuż jego szczęki. Ciekawe, o czym pomyśli sobie Arden? Że pytanie było zbyt bezpośrednie i bezczelne, żeby zasłużyła na odpowiedź? Cóż, jeśli nie będzie chciał odpowiedzieć, Ela chętnie wymyśli mu jakieś wyzwanie, to nie był problem, miała bujną wyobraźnię, ale... naprawdę cholernie chciała wiedzieć, co taki przystojny chłopak miał w głowie, że umawiał się ze starszymi, bogatymi paniami na spotkania. Well, najwyżej ją z siebie zrzuci.

Not enough time, not enough time, never enough
Not enough time, not enough time, not enough
Not enough time, not enough time, never enough
Not enough time, not enough time, not enough
𝑚𝑦 𝑑𝑒𝑙𝑢𝑙𝑢
29 y/o
For good luck!
186 cm
Escort Agent w Devil’s Heart
Awatar użytkownika
everyone has secrets, but not everyone can fool a man like that.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

there she goes
there she goes again
racin' through my brain


Nie doświadczył nigdy czegoś takiego. Oburzenia zachowaniem drugiej osoby i jednocześnie zainteresowania tym, co będzie robiła dalej. Jaki krok podejmie. Co zrobi za moment. Był nią zaintrygowany, choć bardzo walczył w głębi swojego serca, żeby jednak tak nie było. No bo jak można czuć tyle zmieszanych uczuć wobec osoby, którą na dobrą sprawę poznało się dopiero kilka godzin wcześniej? Pomimo tak krótkiej osi czasu ich znajomości naprawdę czuł, że przeżył z nią więcej doświadczeń niż z jakimś znajomym, z którym widział się może raz czy dwa razy do roku. Jak szufladkować znajomości i oceniać, czy powinny być traktowane poważniej? Przez pryzmat tego, jak się czujemy? Emocji, jakie wywierają na nas te osoby? Czy przez logikę, która krzyczy na nas, że powinniśmy się ogarnąć i jednak nie dawać się ponieść tym cholernym uczuciom, które na koniec dnia wprowadzą nas w jakieś pieprzone bagno? No Finnegan był totalnie rozdarty tym wszystkim, bo ona wepchnęła się w jego życie najpierw tymi rudawymi włosami, a chwilę później wysokimi obcasami, które notabene wyrzuciła przez szybę wcześniej w taksówce. Anyways, musiał się ogarnąć i nie zaprzątać sobie nią głowy. To było zupełnie nie w jego stylu.

Przyglądając się jej nagim nogom i komentując jej taktowne przeszukanie mieszkania, nie mógł powstrzymać delikatnie wygiętego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy, gdy od razu wycelowała w niego i uderzyła jego własnymi słowami z wcześniej. Uniósł dłonie do góry w formie obrony i odparł, - No dobrze, cieszę się, że wszystko się udało - zaśmiał się i rozejrzał po mieszkaniu, zanim dodał, - Ale widzę, że mojej nagiej sesji nie udało ci się znaleźć.- Nie było żadnej nagiej sesji. To znaczy była, ale miał wszystkie pliki na komputerze, jednak ona nie musiała o tym wiedzieć. Może następnym razem bardziej się postara. Następnym? O czym ty pierdolisz, człowieku? Przeklął się w myślach i natychmiast wrócił do rozmowy. I znowu… spojrzał na nią o kilka momentów za długo. Teraz zbliżył się delikatnie za bardzo i mógł przyjrzeć się jej rzęsom, które były długie. Cholernie długie. Fuck. Skończ z tym. Odsunął się i przewrócił oczami, dodając, - I co, wygodne? - zerknął na nią. - Uprzedzam, że jestem wygodniejszy niż łóżko, ale how sad, że nie będziesz mogła tego sprawdzić. - Przysunął dłoń do oka i udał, że odgarnia z niego niewidoczną łezkę. No tak, bo było mu bardzo smutno z tego powodu, chociaż po części coraz częściej łapał się na tym, że przyglądał jej się bardziej, a jego myśli dążyły właśnie w kierunku sypialni zamiast w stronę zamówienia dla niej taksówki, żeby wróciła do siebie. Ah, cholera. She’s gonna be the death of me for real. Pomyślał, zanim odparł, - Mam dużo zleceń - odpowiedział, nie kłamiąc. Był rozchwytywany. Dzień wolny w ciągu miesiąca był dla niego luksusem. Miał bardzo dużo rezerwacji od klientów i nie chciał ich zawieść, chociaż większość z nich była zupełnie nowymi ludźmi, przez których często czuł się jak skończona kupa gówna. Szmata, którą można tylko wytrzeć podłogę. Ale przynajmniej nie musiał się zgadzać na kolejne spotkanie, no nie?

No ale dobra, teraz były sprawy ważne i ważniejsze, a miał ochotę upewnić się, że ta złośnica wytrzeźwieje, da mu chwilę, by odetchnąć i wyluzować. Włączając swój ulubiony serial i rzucając w jej kierunku Wendy’s oraz drobiazgi, które kupił w sklepie, nie spodziewał się aż takiej reakcji. Szczerej. p o d e ks c y t o w a n e j. Spojrzał na nią zaskoczony, nawet nie zdając sobie sprawy, kiedy właściwie sam się do siebie uśmiechnął. Urocza. Przemknęło mu przez myśl, gdy ugryzł kawałek swojego burgera, który swoją drogą został wszamany może w trzy gryzy. Był cholernie głodny. Przyglądał się jej, jak jadła i zaglądała do reklamówki. Przez chwilę wystraszył się, że może jednak ją obraził tymi gumkami, ale zaraz zaczął słuchać tego, co miała do powiedzenia, zanim szybko odparł, - babygirl, na kwiaty to trzeba sobie zasłużyć - rzucił, opierając się wygodniej o kanapę. Już nie pamiętał, kiedy kupił jakiejś kobiecie kwiaty, która nie była jego klientką. Chyba nigdy? Ah, nie był pewien. Jednak po chwili znowu poczuł ciepło rozchodzące się nie tylko w sercu, ale i w lędźwiach, i spojrzał na nią. - Dobremu pocałunkowi nigdy nie odmówię - wzruszył ramionami niby nonszalancko, ale myślał o jej ustach od momentu, gdy złączyli się, odbierając cytrynę spomiędzy warg. Był ciekawy, jak całowała. Tak naprawdę. Czy byłaby w stanie nadążyć za nim. Czy byłaby w stanie mu sprostać. No ale zanim zdążył już sobie pobujać w obłokach, że może jednak będą mieli konwersację na bazie flirtu i nie wiem… relaksu, to musiała rzucić tym tekstem o ojcu. - Tatuś chyba nie bardzo cię pilnuje, skoro zachowujesz się jak rozwydrzony bachor - rzucił tak po prostu, bo nic o niej nie wiedział, a sposób, w jaki się do niego odezwała, delikatnie go zirytował. Jednak po chwili dodał szybko, - Po prostu nie chcę, żeby stała ci się przy mnie krzywda. P-przepraszam.- Ajjj, kuło to słówko w jego gardełku. Nawet nie wiedział, czy był w stanie do końca je z siebie wydusić i miał nadzieję, że ona nie rzuci się na niego z tymi długimi pazurkami jak kotka, bo nie był pewien, czy by to przeżył. Uniósł brew, gdy zawinęła połowę burgera i odłożyła go na bok. Zaśmiał się, kiedy się z nim przywitała, po czym dodał, - Eleanor - powtórzył, a po chwili pokręcił głową. - Do ciebie też pasuje. A to nazwisko… irlandzkie? - Zapytał zaciekawiony, bo nie zdarzało mu się natrafić na tak unikalne nazwiska. Po chwili prychnął na jej preferencje dotyczące zwracania się do siebie. - Dobrze, kotku - dodał, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Jakby zwracał się do niej tak od zawsze. No bo na dobrą sprawę, tak było. Pomimo wielu przezwisk i słów, którymi ją nazywał, to ognik i kotek siedziały mu w głowie najbardziej.

And I just can't contain
This feelin' that remains

Jego wzrok podążył za jej ciałem, które poruszyło się tak gwałtownie i nagle znalazło się na nim. Odruchowo wysunął dłonie i ułożył je na jej pośladkach, które tym razem nie miały na sobie żadnego materiału. Przejechał palcami po jej nagiej, miękkiej skórze i uniósł brew, przyglądając się jej uważnie. - Do konkretów? - zapytał, zaciskając mocniej palce na jej pośladkach. Wiele myśli przemknęło przez jego głowę. Dosłownie mógłby zrobić z nią w tym momencie cokolwiek, czego by chciał. Ona również była na tyle skłonna, by ciągle przysuwać się do niego bliżej, by czuć tę fizyczność, ten kontakt, tę bliskość. Nie był głupi. Ale… nie był jeszcze pewien, czy był skłonny to zrobić. Zwłaszcza po tym, co stało się wcześniej. No świetnie, Arden, cockblockujesz sam siebie. Przewrócił oczami na samego siebie w myślach. Wysunął dłoń i odgarnął pasemko włosów przykrywające jej, swoją drogą, śliczną buźkę, a potem zgarnął je za jej ucho. Zatrzymał dłoń przy nim kilka chwil dłużej, po czym zsunął opuszkami palców wzdłuż jej szyi, aż w końcu jego ręka spoczęła tym razem na jej biodrze.
Chwilę później zaproponowała zabawę. Oczywiście. No jak mogłoby to być coś innego? Ten ognik z piekła rodem uwielbiał gry i wszystko, co nie kategoryzowało się jako poważny temat. Westchnął głośno i spojrzał na nią, przytakując głową z miną typu - ‘welp, I’ve got no way out, do I?’, a po chwili parsknął śmiechem na jej komentarz o programie. Przechylił się delikatnie, zaciskając dłonie na jej ciele, i zerknął na telewizor. - A ten typek? Za bardzo pewny siebie. Pewnie odpadnie przy drugim roundtable - pokiwał głową i zaśmiał się pod nosem. - Założę się, że przetrwałbym co najmniej pięć takich, gdyby wybrali mnie na zdrajcę. - Dodał to pewny siebie. W końcu lubił przybierać różne role na potrzeby swojej profesji, więc udawanie czegoś przed grupą ‘faithfuls’, ludzi, których swoją drogą nawet nie znał, nie wyglądało na coś szczególnie trudnego, no nie?

Dobra, ale teraz nie miał czasu, żeby się nad tym rozwodzić i błądzić głową w chmurach. Musiał skupić się na tej ognistowłosej, szalonejj kobiecie i jej następnym pytaniu. Uniósł głowę i spojrzał w jej tęczówki, które teraz wyglądały już normalniej, choć w tym samym momencie, gdy przejechała kciukiem wzdłuż jego szczęki, poczuł ciepło rozchodzące się po jego klatce piersiowej. Na moment dopłynęło aż do jego gardła, dosłownie je wysuszając, bo nagle nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Jeszcze chwilę temu przełykał ślinę bezwiednie, a teraz czuł, jakby naprawdę musiał się napić. A to wszystko przez ten nic nieznaczący dotyk. Zastanowił się, czy powinien odpowiedzieć. Swoją drogą, nikt nie znał szczegółów jego profesji, a był pewien, że tej złośnicy już nigdy więcej na swojej drodze nie spotka, więc może jej powie? Why the fuck not, eh? Uśmiechnął się szerzej, przejeżdżając dłońmi wzdłuż jej pleców, zanim znowu zjechał w dół, na jej biodra, potem pośladki, i przysunął ją jeszcze mocniej do siebie. - Dlaczego eskorta? - zmrużył oczy, zastanawiając się, jak ubrać słowa w zdanie, ale po chwili stwierdził, fuck it. Po prostu powie jej pierwsze myśli, które przyjdą mu do głowy. - Do osiemnastego roku życia byłem przerzucany z jednego domu zastępczego do drugiego, O’Callaghan - odparł, starając się wypowiedzieć jej nazwisko poprawnie, chociaż był to niezły tongue twister. - Nie ufam ludziom, ich zamiarom ani słowom, które rzucają na wiatr. - Spojrzał jej w oczy. - Jak skończyłem osiemnaście lat, dostałem socjalne mieszkanie od państwa. Takie, wiesz, wynagrodzenie za to, że nie było się chcianym przez całe swoje życie - parsknął pod nosem. - Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, więc zacząłem spotykać się z mężczyznami i kobietami za pieniądze. - Przyglądał się jej twarzy, chcąc zobaczyć jej reakcję, po czym kontynuował, - A potem napisał do mnie menadżer firmy, dla której teraz pracuję, i tak oto stałem się jednym z najbardziej rozchwytywanych gości do wynajęcia. Oferuję różne usługi. Od towarzystwa na weselu, w klubie, przy różnych przedsięwzięciach, po udawanie, że jestem czyimś chłopakiem, mężem, partnerem, bratem… aż po fizyczny kontakt w każdej formie. - Wysunął dłoń ku górze, kładąc ją na jej szyi, a potem podjechał nią wyżej, wplatając palce w jej włosy. Przysunął jej twarz bliżej swojej i trącił nosem jej nos. - Brzydzisz się mnie, teraz? - zapytał całkiem poważnie. Wiedział, że nie była to profesja, która mu schlebiała. Ani taka, która podchodziła wielu ludziom. I pomimo tego, że wmawiał sobie, że nie chciał jej już nigdy więcej widzieć, to tak jak wtedy w klubie, w momencie, w którym ją ujrzał, coś w jego lodowatej posturze, w sercu ubitym z lodu i kamienia, zaczęło roztapiać coś, do czego dawno nie zaglądał. Potrzebę bliskości. Takiej w całości wysuniętej z jego strony, a nie tylko wtedy, gdy dostawał czek za udzielenie serwisu. Przechylił głowę delikatnie i musnął jej usta w krótkim pocałunku, by upewnić się, czy go nie odepchnie, a po chwili zapytał, - A ty? Prawniczka? - uniósł brew. - Za dnia porządna pracownica, a nocą queen of the dancefloor?

𝓀♡𝓉𝑒𝓀
25 y/o
For good luck!
171 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Patiently I was waiting,
just waiting for this day to come


To było absolutnie niedorzeczne.

Gdyby ktoś rano powiedział jej, że spędzi noc w koszulce nowopoznanego faceta, jedząc z nim burgera i oglądając Zdrajców na kanapie przed telewizorem, wyśmiałaby go i kazałaby puknąć się w czoło. Zdrowy rozsądek bił na alarm, że właśnie pakowała się właśnie w jakieś pieprzone bagno - bo jak inaczej można była nazwać fascynację facetem, którego profesją było udawanie emocji na zawołanie? Logika podpowiadała jej, że Finn Arden był chodzącym red flagiem i jedyną słuszną definicją kłopotów, od których powinna trzymać się z daleka, jeśli nie chciała skończyć z poturbowanym ego, bo na złamane serce było zdecydowanie zbyt wcześnie. Tyle że im bardziej racjonalna część jej mózgu krzyczała, że powinna się ogarnąć, wyjść z jego mieszkania i wrócić do swojego poukładanego życia, tym mocniej miała ochotę zrobić na przekór. Jak zwykle, Eleanor O'Cahallan chodziła swoimi, niezrozumiałymi nawet dla niej, ścieżkami.

Przyglądała mu teraz się od niechcenia i mimowolnie jej myśli zaczynały błądzić w bardzo grzeszne zakamarki jej umysłu, gdy usłyszała słowo-klucz, przez które jej orzechowe oczy rozbłysły. Ale widzę, że mojej nagiej sesji nie udało ci się znaleźć. - Nagiej... sesji? - powtórzyła powoli, a jej myśli zaczęły... yyy... myśleć z prędkością światła. Jakiej nagiej sesji? Kto ją robił? Gdzie? Kiedy? Jaka sceneria? Jak dawno? Czy były rekwizyty? Kurczę, nawet ona nigdy nie miała nagiej sesji, a przez to wyznanie bardzo zaczęła chcieć taką mieć. Jednak, hola, hola, najpierw musiała trochę ostudzić entuzjazm, żeby Arden nie wziął jej za desperatkę. Bardzo nie chciała być uznana za desperatkę, lol. Pewnie dlatego zamknęła usta, które otworzyła chwilę wcześniej w niemym zachwycie, po czym skrzyżowała ręce na piersi i puściła mu perskie oko. Cool, cool, cool. - Po co mi zdjęcia, skoro mam przed sobą oryginał w skali jeden do jednego? - rzuciła pod nosem i starała się brzmieć najbardziej nonszalancko, jak potrafiła, mimo że nie potrafiła przestać lustrować go od stóp do głów i wyobrażać sobie efektów nagiej sesji. Fuck. Całą swoją odwagę wrzuciła w to wyznanie, była gotowa na wszystkie konsekwencje. Nawet nie zauważyła, w którym momencie włączyła flirt mode. I co, wygodne? Uprzedzam, że jestem wygodniejszy niż łóżko, ale how sad, że nie będziesz mogła tego sprawdzić. Słucham? Po tym wszystkim, co dziś z nią przeżył, dalej uważał, że Ela nie będzie mogła czegoś zrobić? I jeszcze odgarnął niewidoczną łezkę spod oka?! Oh, hell, no! Jeszcze chwila, a rzuciłaby w niego burgerem, serio! Zamiast tego jednak uśmiechnęła się do niego uroczo i trąciła stopą jego kolano na znak protestu, bo ręce miała umazane sosem. - Jeśli będę chciała sprawdzić, jak bardzo jesteś wygodny, to po prostu to zrobię, a ty nawet nie zauważysz momentu, w którym sam będziesz tego chciał - wypaliła bezmyślnie, byle tylko mu się odgryźć. Gdzieś w środku czuła jednak, że ta gierka i zwykła fascynacja niebezpiecznie zaczynały ewoluować w pożądanie, a ona powoli traciła pewność, czy miała nad tym jakąkolwiek kontrolę, ups. I jeszcze te kwiaty. Damn! Babygirl, na kwiaty to trzeba sobie zasłużyć. Kurczę, Finn igrał z ogniem. Kurczę, Eleanor uwielbiała pożary. Kurczę? To wszystko zaczynało samo pięknie składać się w jedną całość. DESTINY. - Powiedz mi w takim razie, co taka niegrzeczna dziewczynka jak ja musi zrobić, żeby zasłużyć na coś więcej niż tylko gumki do włosów i suchy prowiant? - spytała zaczepnie, gdy już odłożyła resztę burgera na stolik obok i dokładnie wytarła ręce.


I feel like I died and went to heaven
I think I could fly, I'll take you with me


Zerknęła przelotnie na usta przystojniaka akurat w momencie, gdy kontynuował jej zaczepkę o pocałunku. Dobremu pocałunkowi nigdy nie odmówię. Oho, Arden chyba nie wiedział, jakie zaproszenie właśnie jej wręczył. Uśmiechnęła się zadziornie. Nie musiał powtarzać jej dwa razy, zawsze potrafiła wykorzystać okazję. - Ryzykowne stwierdzenie - stwierdziła krótko, zanim oplotła go swoimi biodrami i wplotła palce w jego włosy tylko po to, aby chwilę później przesunąć palcami po jego karku. Nachyliła się nad nim, jakby przymierzała się do pocałunku, ale zamiast tego złapała zębami jego dolną wargę i bezczelnie, prowokująco ją przygryzła. Tym razem nie dzieliła ich cytryna... Ani żaden inny owoc. Zaraz jednak odsunęła się - w samą porę, aby wysłuchać kolejnych słów Finna z bezpiecznej odległości. Tatuś chyba nie bardzo cię pilnuje, skoro zachowujesz się jak rozwydrzony bachor. Och, dlaczego tak idealnie ją opisał po jednym spotkaniu? Nawet się nie oburzyła, ba, po prostu cicho się zaśmiała pod nosem, znów wracając palcami do jego włosów. Finn trafił w samo sedno, choć nie miał pojęcia, jak skomplikowaną anatomię miało to jego idealne podsumowanie. - Poprawka. Zachowuję się jak rozwydrzony bachor, bo tatuś mnie nie pilnuje - odparła, przechylając głowę na bok. Nie zamierzała się na niego wkurwiać o to, że powiedział prawdę. No bo prawda była taka, że Aidan - jej ojciec - kontrolował tylko to, co działo się w obrębie jego domu, a Ela mistrzowsko grała w jego grę. Przed ojcem i jego prawniczym środowiskiem grała córkę idealną, a gdy tylko tatusia nie było w pobliżu, lądowała w mieszkaniu nieznajomego mężczyzny i właziła mu na kolana tuż po tym, jak kupił jej burgera... Kurwa, to nie brzmiało dobrze, ale hej - przynajmniej będzie miała co wspominać? Po prostu nie chcę, żeby stała ci się przy mnie krzywda. P-przepraszam. - Potrafię o siebie zadbać, kocie, nie musisz się o mnie martwić, już ci to mówiłam - przypomniała mu, kątem oka zerkając na telewizor, no bo jeszcze nie zaczęła oglądać tego sezonu Zdrajców i nie chciała, żeby umknęły jej jakieś istotne szczegóły. A nazwisko... irlandzkie? Odwróciła się z powrotem do Finna. Był nie tylko przystojny, ale też spostrzegawczy, jeju, jeszcze chwila, a będzie chciała spotkać się z nim ponownie. Ciekawe, czy skoro już znała jego nazwisko, łatwiej byłoby jej go znaleźć w Internecie? Może w tej aplikacji dla bogaczy? Mogłaby założyć tam konto i umówić się z nim na spotkanie... - Tak, moi dziadkowie wyemigrowali z Irlandii w latach siedemdziesiątych - przytaknęła, tym razem przenosząc dłonie na kraniec jego koszuli, bo... cholernie ją interesowało, co kryło się pod spodem. - Wiesz, zamiłowanie do dobrej awantury mamy we krwi - dodała szeptem wprost do jego ucha. Nie mogła przestać się uśmiechać, zupełnie jakby Arden rzucił na nią jakieś zaklęcie. A może naprawdę rzucił? Hmm...

No i jej umysł dalej wypełniałyby grzeszne myśli, gdyby znów jednocześnie nie zerknęli na telewizor. A ten typek? Za bardzo pewny siebie. Pewnie odpadnie przy drugim roundtable. Założę się, że przetrwałbym co najmniej pięć takich, gdyby wybrali mnie na zdrajcę. Ruda zaśmiała się pod nosem. - Po pierwsze, tak, ten typek to totalny amator i zgadzam się, odpadnie na bank, bo ma wypisane na twarzy, że kombinuje, ale po drugie... pięć rund jako zdrajca? Ty? Błagam cię! - zachichotała, po czym bezceremonialnie, wykorzystując, że byli w środku dyskusji, rozpięła dwa górne guziki jego koszuli. Finn pewnie nawet tego nie zauważy, prawda? Przecież byli pochłonięci rozmową. - Przecież ty byś nawet nie chciał uczestniczyć w takim programie... A szkoda - dodała, po czym przechyliła głowę na bok, a jej opuszki palców musnęły odsłoniętą skórę na jego obojczyku. - Bo wiesz, myślałam, żeby się zgłosić do obecnej edycji, ale nie chciałam iść sama - zawiesiła głos i zaczęła się zastanawiać, czy Finn był na tyle bystry, aby wyłapać przynętę lub nawet... dać się na nią złapać? Kurczę, oczami wyobraźni już widziała ich przebojowe duo na roundtable, mimo że znała go od kilku godzin. Zawrócił jej w głowie chyba odrobinę za bardzo. Jednak Ela też zwykle była taka za bardzo, więc... pasowali do siebie idealnie.

Jednak wraz z kolejnym pytaniem Elki rozmowa stała się poważniejsza. Dlaczego eskorta? Słuchała w milczeniu wszystkich jego słów, mimo że w międzyczasie cholernie ją rozpraszał - najpierw przejechał dłońmi po jej plecach, potem złapał ją za biodra, a ostatecznie umieścił dłonie na jej pośladkach i przyciągnął mocno do siebie, przez co sama sobie przygryzła dolną wargę, kurwa. Nawet gdy źle wypowiedział jej nazwisko, O’Callaghan, wyjątkowo nie śmiała go poprawić. Wstrzymała oddech, gdy przesunął palcami po jej szyi, a potem wplótł je w jej włosy. I jeszcze trącił nosem jej nos... Był tak blisko niej... Znowu... Cholera. Mimo że wcześniej sama igrała z ogniem, teraz nie potrafiła opanować rumieńców pojawiających się na jej twarzy. Brzydzisz się mnie teraz? - Brzydzę? - spytała zaskoczona, gdy skończył swój wywód. Była prawnikiem, mało istniało rzeczy, które mogły ją obrzydzić, a sprzedawanie swojego czasu i ciała nie było jedną z nich, dlatego musiała mu to teraz wyperswadować. Ujęła jego twarz w obie dłonie i tym samym zmusiła go delikatnie, żeby na nią spojrzał. - Ty nikogo nie krzywdzisz. Dajesz im dokładnie to, za co płacą. Iluzję, bliskość, bezpieczeństwo. Co w tym obrzydliwego? - spytała, patrząc mu prosto w oczy. Kurczę, nie musiał się z nią dzielić swoją historią, a jednak to zrobił. O ile nie kłamał, bardzo mu współczuła. Poprawka, nawet jeśli kłamał, i tak bardzo mu współczuła. Sierociniec, domy zastępcze, bycie niechcianym przez całe życie... Nie doświadczyła nic z tego, co przeżył - pewnie właśnie dlatego nie wiedziała, jak skomentować jego wyznanie, bo ona sama miała względnie szczęśliwe dzieciństwo. Fuck. Mimo że wcześniej nie mogła oprzeć się wrażeniu, że byli do siebie cholernie podobni, tak teraz nie mogła oprzeć się myśli, że byli jak ogień i woda. No i właśnie dlatego Ela stwierdziła, że odciągnięcie uwagi od negatywnych myśli Finna będzie najlepszym sposobem na resztę nocy, więc mimochodem odpięła trzeci guzik jego koszuli. W tym była najlepsza - w odwracaniu uwagi. - Fascynujesz mnie bardziej niż ktokolwiek, kogo dziś spotkałam. A jeśli chodzi o te twoje usługi... - mruknęła, odwzajemniając jego krótki pocałunek, którym właśnie ją obdarował. - ...to przypominam, że ja ci dzisiaj nie płacę, więc wszystko, co dziś zrobisz, to dlatego, że chcesz, a nie musisz - podkreśliła dobitnie ostatnie słowa, zabierając się za czwarty guzik. Miał jeszcze szansę, żeby wysłać ją do diabła i wyrzucić z mieszkania, ale do tej pory nie usłyszała żadnego protestu, więc kontynuowała z piątym guzikiem. A ty? Prawniczka? Za dnia porządna pracownica, a nocą queen of the dancefloor? - Raczej queen of disaster - skwitowała krótko, a w jej oczach pojawiła się ta sama niebezpieczna iskra co w klubie. Teoretycznie mogła mu opowiedzieć, kim była, co robiła... No ale to wszystko wydawało jej się cholernie nudne, a nie chciała, żeby było nudno. Właśnie dlatego rozpięła ostatni guzik jego koszuli i przesunęła dłonią po jego torsie, zanim w ogóle zdążyłby to skomentować. A potem go pocałowała, delikatnie, niemal ostrożnie, jakby po tych wszystkich wyznaniach chciała najpierw zbadać grunt - tak samo, jak on wcześniej. Jej usta z miękkim, leniwym naciskiem musnęły jego wargi - raz... drugi... trzeci. Jedną dłoń ułożyła na jego nagiej klatce piersiowej, a drugą wplotła w jego ciemne włosy, zaciskając na nich palce nieco mocniej. Oddech jej przyspieszył, serce zaczęło walić jak szalone - uwielbiała tę adrenalinę i jeszcze bardziej uwielbiała ten jeden moment, gdy ktoś zaczynał jej pragnąć.

No i miała nadzieję, że to był też ten moment, o którym powiedziała mu wcześniej - że nawet nie zauważy, kiedy sam również będzie chciał doświadczyć tego wszystkiego razem z nią.

I'll take you with me,
I'll take you with me


ℎ𝑎𝑛𝑑𝑠𝑜𝑚𝑒
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Fifth Social Club”