-
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie planował nie wiadomo jakiego świętowania, no cóż nie ma co ukrywać, sukcesu. Dla niego to było wiele, zostać kimś tak szczególnym, bo jednak stanie się kapitanem w jednostce straży pożarnej - i to tej głównej w mieście! - to naprawdę coś wspaniałego. Wyróżniającego. Jakby ktoś go bardziej docenił, niż on sam siebie. Tym bardziej cieszył się, że trafił właśnie tam, mogąc znów codziennie widywać się z Riley - jakby w sumie nie robili takich częstych spotkań w prywatnym życiu, co nie. Mimo wszystko wiele tych spraw nakładało się na jedno - zwyczajnie jest szczęśliwym człowiekiem. I to w dodatku niedługo mającym urodziny, te trzydzieste czwarte, jakie na pewno zapamięta na długo.
Spotkanie z Riley i dwoma kumplami, aby wybrać się do baru i uczcić awans mężczyzny przerodził się wypad o wiele większej grupy osób. No bo jak to nie zaproszą Thomasa? A już nie mówiąc o Maggie, z jego pierwszej jednostki, która swojego czasu też się trzymała z nim i Davis?! A nie mówiąc u Rupercie, który podobno szepnął kiedyś tam słowo w poprzedniej jednostce przełożonemu, żeby dać Jamiemu szansę, a na pewno chłopak się odwdzięczy.
Tak więc - małe wyjście na miasto stało się wielkim wydarzeniem, gdzie od razu ktoś wpadł na pomysł by położyć to z imprezą urodzinową mężczyzny - prosząc, aby nie przynosili żadnych prezentów, bo nie ma żadnych oczekiwań od kogokolwiek. Po prostu chciał się wybawić i dobrze poczuć, bo po weekendzie stawia się w pracy i staje się szanowanym kapitanem. No dobra, nie będzie sztywniakiem i rozstawiał kogokolwiek po kątach, nie wyobrażał siebie w taki sposób. Nie miał zamiaru dopuścić, aby wyższe stanowisko sprawiło, że mu odbije i zacznie się panoszyć jak nie wiadomo kto.
W każdym razie! Umówili się, że wszyscy przyjdą do lokalu na konkretną godzinę, nie ustalając konkretnego miejsca schadzki, żeby razem dotrzeć do lokalu. Docelowym punktem złapania się miał stanowić bar, gdzie James pojawił się, na to wygląda, jako pierwszy. Poprawił jeszcze tylko koszulkę, żeby nie wyglądała na nie wiadomo jak pogniecioną, bo jakoś nie miał czasu na wcześniejsze jej wyprasowanie, zamawiając piwo na czas oczekiwania na przybycie wszystkich.
Najpierw była Maggie, idąca pod rękę z Michaelem, na co aż podniósł brew do góry i uśmiechnął się do ów dwójki. — Nie wiedziałem, że Wy razem… — pokazał palcem to na jedno, to na drugie, po czym się zaśmiał. — No wiesz, to nie wybiera… — odparła Maggie, zerkając na swojego partnera, po czym powróciła do Jamesa spojrzeniem.
— Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i gratulacje nowego stanowiska — mówiąc to, odsunęła się od Mike’a, po czym przytuliła go delikatnie i wręczyła podarunek. — Co ja mówiłem o prezentach… — wysapał lekko zniesmaczony, ale jednocześnie wdzięczny, wymieniając następnie uścisk dłoni z kumplem. — Przestań, to mały drobiazg. Jesteśmy pierwsi? — zagaiła, rozglądając się po okolicy baru, nie widząc nikogo znajomego — Zaraz pewnie przyjdzie cała reszta. Zamówić Wam coś? — zaczynał się coraz bardziej obawiać faktu, jak wiele ludzi się pojawi.
Tak się odpaliła machina, a ludzie zaczęli się schodzić, z każdym się witając, przyjmując życzenia i gratulacje, niektórzy również pokusili się o małe podarki, na co za każdym razem wzdychał przeciągle. I tak można mówić oraz prosić, żeby nikt się nie wydurniał. Dobrze, że wziął plecak, to te paczuszki chował do środka, żeby nie walały się po lokalu bezpańskie, bo jeszcze by wyszło że nie okazuje przyjaciołom i znajomym szacunku.
W końcu jednak przyszedł - dla niego - gość honorowy, bo to w końcu ona - prócz rodziców - dawała mu najwięcej wsparcia w tym wszystkim. Tej cierpliwości, ale i kopniaków w tyłek, żeby się nie poddawał i zasuwał dalej, gdy ma taką szansę i nie może jej przejść koło nosa. Uśmiechnął się szeroko na widok Riley, przepraszając wszystkich i wychodząc jej naprzeciw. — A już się bałem, że nie przyjdziesz — rzucił z rozbawieniem na powitanie. — Tylko proszę Cię, nie szalej dzisiaj, nie chcę znów spędzić połowy nocy na trzymaniu Ci włosów… — musiał wyskoczyć z małym pstryczkiem w nos, na co się cwanie uśmiechnął. — Co Ci zamówić? Pewnie coś bezalkoholowego, żeby od razu Ci pomóc w tym powstrzymywaniu się — dodał rozbawiony. No dzisiaj miał zdecydowanie szampański wręcz humor, to nie ma się co dziwić, że tak wesoło zagaduje.
riley davis