
The Globe and Mail
Kobieta, która odarła scenę z bezpieczeństwa
Toronto od wielu lat cierpi na osobliwą przypadłość estetycznego bezpieczeństwa. Tutejsze sceny teatralne, choć niewątpliwie imponujące rozmachem budżetów i nazwiskami sponsorów, coraz częściej przypominają sterylne galerie próżności – miejsca, w których sztuka nie ma prowokować do myślenia, lecz gwarantować wygodę odbioru. Publiczność przychodzi więc obejrzeć spektakl podobny do poprzedniego, krytycy piszą podobne recenzje, a aktorzy uczą się płakać dokładnie w tych samych momentach. Właśnie dlatego pojawienie się Francesci de Villiers wywołało w środowisku coś na podobieństwo kontrolowanego skandalu.
Wchodziła do foyer Meridian Arts Centre z analogowym aparatem przewieszonym przez ramię, w ręcznie szytym płaszczu przypominającym kostium wyciągnięty z francuskiego kina lat sześćdziesiątych, i sprawiała wrażenie osoby, która przez przypadek znalazła się w czasach przesadnie nowoczesnych. Nie próbowała zdobywać sympatii branży. Nie zabiegała o popularność. Nie flirtowała z dziennikarzami ani sponsorami. A mimo tego – albo właśnie dlatego – Toronto zaczęło mówić o niej szybciej, niż życzyliby sobie starsi reżyserzy miejscowej sceny.
Być może wyczuwano w niej coś niebezpiecznego: autentyczność.
Ukończenie Conservatoire national supérieur d'art dramatique w Paryżu nie było dla Francesci jedynie akademickim sukcesem. Francja przylgnęła do niej jak zapach starego papieru i dymu papierosowego do aksamitnych kurtyn niewielkich teatrów nad Sekwaną. Pięć lat spędzonych pośród brutalnej dyscypliny europejskiej sztuki scenicznej odcisnęły na niej ślad widoczny niemal w każdym geście. W przeciwieństwie do wielu młodych twórców nowego pokolenia nie traktowała teatru jako przestrzeni autopromocji. Dla niej scena pozostawała miejscem operacji emocjonalnej – precyzyjnej, niekiedy wręcz okrutnej wobec widza. Jej pierwsze spektakle w Toronto spotkały się z reakcją osobliwie spolaryzowaną. Jedni zarzucali jej pretensjonalność, inni oskarżali o artystyczny chłód. Pojawiały się nawet głosy, iż francuska maniera pani de Villiers nie pasuje do kanadyjskiej publiczności przywykłej do bardziej bezpośrednich form narracji. Problem polega jednak na tym, że de Villiers zdaje się podobnymi opiniami żywić. Im bardziej krytykowano jej obsesję detalu, ciszy i niewygodnej symboliki, tym odważniej konstruowała kolejne realizacje.
W teatrze mówi się czasem, że reżysera można poznać po tym, jak traktuje światło. Francesca traktuje je jak skalpel. Scenografie powstałe pod jej okiem, nigdy nie wydają się przypadkowe. Każdy materiał, każda faktura i każde przesunięcie cienia sprawiają wrażenie części większego organizmu. Trudno zresztą się dziwić – znaczną część kostiumów przygotowuje samodzielnie, obsesyjnie poprawiając szwy jeszcze na kilka godzin przed premierą. Aktorzy pracujący z nią wspominają o perfekcjonizmie graniczącym z destrukcją; podobno potrafi przez czterdzieści minut dyskutować wyłącznie o sposobie, w jaki bohater powinien zapinać rękawy koszuli w drugiej scenie trzeciego aktu. A jednak nikt rozsądny nie odmawia jej efektów.
Francesca de Villiers nie tworzy spektakli „ładnych”. Tworzy przedstawienia, które pozostają pod skórą jak zadrapania. Najbardziej fascynujące wydaje się jednak coś zupełnie innego – ostentacyjne odrzucenie współczesnego pośpiechu. W epoce cyfrowej natychmiastowości Francesca nadal słucha muzyki na starym walkmanie znalezionym w paryskim antykwariacie. Fotografuje wyłącznie analogowo. Kolekcjonuje przedmioty noszące ślady czasu, jakby panicznie bała się sterylności nowych rzeczy. W pewnym sensie podobnie pracuje z ludźmi: nie interesuje jej perfekcja, lecz pęknięcia.
Może właśnie dlatego młode pokolenie artystów tak gwałtownie ciągnie dziś ku jej nazwisku. Dla jednych staje się ikoną artystycznej bezkompromisowości; dla innych – niepokojącym dowodem, że sztuka wciąż może wymagać od człowieka więcej, niż ten chciałby jej oddać.
A Toronto? Toronto obserwuje ją obecnie z mieszaniną fascynacji i dyskomfortu. Zupełnie słusznie. Francesca de Villiers przypomina bowiem, że prawdziwy teatr nigdy nie powinien być wygodny.
Napisała: Penelope S. Schwab
Data wydania: 24 maja 2024 r.
◈ Przykładnie reprezentuje nazwisko rodziców, odgradzając kwestie zawodowe od własnej prywatności szczelnie. Pośród wewnętrznych rozłamów na tle błędów i potknięć, interweniuje przy najbardziej niebezpiecznych sytuacjach.
◈ Walczy z dolegliwościami (Tinnitus) polegająca na odbieraniu dźwięków – takich jak dzwonienie, szum, buczenie lub gwizdanie – bez obecności zewnętrznego źródła. Negatywnie tym samym wpływając na postrzeganie otoczenia i niekiedy swoisty lęk.
◈ Chociaż posiada samochód, najczęściej bywa spotykana na swoim retro jednośladzie, CCM Chainguard z lat 80., pieszczotliwie nazywany Cherry. Sama przemalowała go najbardziej iskrzącą czerwienią w słońcu, chociaż tak korzysta z podwózek partnera.
◈ Przejęła zamiłowanie do palenia od Francuskich przyjaciół ze szkoły, niekiedy ubolewając nad tym faktem. Jednakoż coś melancholijnego bywa pośród deszczowych dni, które przesiaduje na parapecie pośród łuny dymu.