Popłynęła z tym pytaniem.
Zdecydowanie pozwoliła sobie zadać pytanie wielkiego kalibru, nie wiedząc jednak ostatecznie czy Hunter był na tyle gotowy, żeby odpowiadać na nie zgodnie z tym, co myślał i czy w ogóle będzie chciał udzielić jej odpowiedzi na takiego typu pytanie.
Jakby nie patrzeć, uderzyła w mocne punkty, wykorzystując zdobytą wiedzę na przestrzeni tych wszystkich spotkań - czy tych w gabinecie czy tych bardziej prywatnych, nawet jeśli tych drugich zdecydowanie było mniej niż mogłoby to wybrzmieć. Ale niestety czasem trzeba było poruszyć takie sprawy, dotknąć czułego punktu, zobaczyć co najbardziej zapiecze i zaboli. Przekonać się, co dany człowiek będzie miał na myśli i na których aspektach najsilniej skupi swoją uwagę przy odpowiadaniu na pytanie.
Tak właśnie zrobił Hunter. Początkowo widząc jak się spiął, miała zamiar poprosić aby przemilczał i nie podejmował się dalszej rozmowy na ten temat, mogąc albo pomilczeć, albo podyskutować o czymś luźnym, żeby dać mu komfort. Niemniej w miejsce napięcia pojawiły się usłyszane słowa od mężczyzny, których się delikatnie nie spodziewała - choć nie oznacza to, że nie ucieszył ją ów fakt.
Nie sądziła jednak, że będzie aż tak poruszony tym, jak zadała to pytanie albo tym, że w ogóle ośmieliła się je zadać. Niemniej nie mogła… nie chciała mu przerywać, wcinając się w słowa. Zdecydowanie okazałaby mu brak szacunku w momencie próby uciszenia, żeby tylko nie usłyszeć czegoś, co mogłoby jej się zwyczajnie nie spodobać, a przecież terapie na tym polegają. Raz jest lepiej, a raz gorzej. Raz idzie gładko, raz jest pod górkę i prowadzi na szczyt mocno wyboista droga, a nie ma innej aby się zdecydować na kontynuowanie ów wycieczki. Westchnęła głęboko, próbując się przy tym jakoś uspokoić, choć to się na nic nie zdało - szczególnie, jak Hunter zerwał się gwałtownie z ławki, zaczynając spacerować przed nią. Nie wiedział co ze sobą zrobić i jak rozładować szalejące emocje oraz napięcie, jakie w nim się nagromadziło od momentu usłyszenia pytania. I nawet jeśli dał na początku upust swojej, jakby nie patrzeć, frustracji na to, co powiedziała, to wiedziała jedno - nie powiedział tego, co chciał. I nie wiedziała, czy ostatecznie dojdzie do tego dzisiaj, czy raczej nigdy nie będzie miała możliwości dowiedzenia się, co
było dalej.
— Nie neguję, że to jest Twój obowiązek. Bo tak, zobowiązałeś się, wobec kraju i ojczyzny, wybierając taką drogę, a nie inną. Ja też swoje zobowiązania podjęłam, decydując się na zostanie psychologiem, więc pomimo iż zajmujemy się czymś innym, to jednak rozumiem to w pełni, nawet jeśli możesz niezbyt wierzyć w to, iż rzeczywiście mam jakieś pojęcie w tej kwestii — zaczęła ostrożnie, aby przedstawić mu swój punkt widzenia. Tak, aby nie zrozumiał jej opacznie, co miała wrażenie że i tak już się zadziało. Jego słowa dobitnie o tym jej powiedziały.
— Ale to nie jest tylko sprawa związana z poczuciem obowiązku. Nie obowiązek z początku Cię popchał do pójścia do wojska… — czuła, że przekracza linię, a jednak drążyła. Nie miała pojęcia, czy przyniesie to oczekiwany skutek, a jednak… nie odpuściła, choć z tyłu głowy cichutki głosik mówił, żeby zwyczajnie przestała gadać.
Nie posłuchała się.
— Na pewno jest… — urwała w chwili usłyszenia tego, co mówił dalej. Popatrzyła na niego ostrożnie, acz badawczo. Obserwowała każdy jego ruch. Każde napięcie policzka, każde mocniejsze ściśnięcie warg czy żuchwy po tym, co z siebie wydusił. Widziała jednak jego oczy, tak najmniej i najbardziej jak się dało - nawet bardziej niż wtedy, gdy leżeli razem w łóżku. Z jednej strony źle oceniła, wspominając o ucieczce, a z drugiej strony dokonała poprawnej analizy, mówiąc o ojcu. Dostrzegając co było jego
słabością. Co go tak naprawdę trapiło w tym wszystkim. I chociaż nie miała zamiaru powiedzieć - jeszcze - o tym na głos, to jednak miała swoją wstępną
diagnozę. Nie przepracował utraty ojca; a że jest najstarszy, domyśleć się mogła więc iż poczuł się w obowiązku zastąpić rodziciela, aby był jakiś inny facet jako głowa rodziny. Ale czy to sprawiło, że poszedł do wojska, bo skoro jego tata poszedł, to i on powinien?
Tego nie wiedziała.
Zapytanie o to, w tej chwili, byłoby zwykłą głupotą i jednoczesnym wbiciem sobie gwoździa do trumny, nie mając już powrotu do życia Huntera. Czego by… no cóż, żałowała, lecz w takim przypadku zrozumiałaby w pełni.
Ba, nie wiedziała już teraz, czy jeszcze się zobaczą.
Bowiem po swoich słowach po prostu… odszedł. Odwrócił się na pięcie, nie dodając nic więcej, znikając w gąszczu dzieciaków, choć dostrzegając iż dociera do Matta. Może i był zły, ale nie zapomniał z kim tutaj był, po co i że ma obowiązek względem niego. Westchnęła przeciągle, przeczesując niedbale włosy za pomocą palców. Bardziej nie w formie poprawienia wyglądu, a dla rozładowania wewnętrznego wybuchu złości… na samą siebie. Że pozwoliła na zagalopowanie się aż tak daleko w tym wszystkim.
Nie patrząc na to, co teraz się dzieje, jakoś dwie minuty po odejściu Huntera w nieznane, postawiła wstać z ławki i powrócić do domu. Tak po prostu. Co miała tu robić? Czekać na niego, aż zdecyduje się jednak do niej powrócić, bo sobie przypomni o pozostawieniu jej na tej ławeczce przy placu zabaw, na której odbyli chyba najbardziej merytoryczną i zarazem najtrudniejszą rozmowę, odkąd otworzył się przed nią?
A co jeśli zamknie się na nowo?
A co jeśli… przekaże przełożonym, iż chce dokonać zmiany psychoterapeuty?
Szczerze - nie wiedziała. I nie chciała wiedzieć. Nie chciała myśleć. Po prostu powróciła do swojego gabinetu, wzięła stamtąd potrzebne papiery. Zamknęła mieszkanie, wyszła z kamienicy. Wsiadła do auta i pojechała do siebie - tam zając się papierkową robotą tak, jak planowała od początku.
Z tym, że papierkowa robota miała być lekka i przyjemna - a nie pełna rozmyślań o pewnym facecie i tym, czy powinna mu napisać wiadomość z przeprosinami.
[ z tematu x2 ]
Hunter Wright