30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jazda samochodem zdecydowanie ograniczała jej możliwości prowadzenia takich rozmów. Nie mogła podejść bliżej, wsunąć się między jego ramiona ani złapać go za nadgarstek w uspokajającym geście, w którym opuszkami palców kreśliła kształty tam, gdzie jego tętno biło najmocniej.
Nie chciała tego robić, by łagodzić winę za plan ułożony częściowo za jego plecami. Tak po prostu wyglądała ich codzienność, gdzie nawet kłótnie były naznaczane bliskością, urywanymi dotknięciami i znaczącymi spojrzeniami.
Paradoksalnie niewielka przestrzeń chargera działała też na ich korzyść. Zamknięci w niej nie mogli pozwolić sobie na pełen wachlarz emocji; samochód tłumił podniesiony głos, odbierał miejsce na gwałtowne gesty i lodowate spojrzenia. Może właśnie dlatego Rhys jeszcze nie wybuchł. Może właśnie dlatego udało jej się zatrzymać ten konflikt na etapie napięcia, zanim przerodził się w coś, po czym musieliby z niechęcią się przepraszać.
Kompromisy nigdy nie stanowiły dla niej problemu. Potrafiła je proponować nawet wtedy, gdy druga strona wcale się ich nie domagała. Tym razem jednak wyczuwała, że on naprawdę potrzebował choć namiastki kontroli, która da mu spokój. - Nie pojadę tam dzisiaj - wyjaśniła, bo nie zaplanowała tego dobrze. Od chwili, w której pomysł pojawił się w jej głowie do momentu wyjazdu minęło zaledwie kilka godzin wypełnionych pracą, co skutecznie odrywało jej myśli na bok. Po prostu podjęła decyzję, że musi to zrobić, a reszta miała ułożyć się po drodze.
- Zrobimy to jutro - zaakcentowała pierwsze słowo, lekko ściskając jego dłoń. - Porozmawiam z nią s a m a, ale pojedziesz ze mną. Dobrze? - tym razem naprawdę nie chodziło o jego brak subtelności ani talent do zamieniania zwykłego przesłuchania w psychologiczne zastraszanie. Choć wielokrotnie wypominała mu, że był tragiczny w rozmowach wymagających cierpliwości i delikatności, teraz chodziło wyłącznie o nią. O to, że potrzebowała wejść tam sama.
Był za to stworzony do innych rzeczy. Do przyciskania ludzi do ściany, do wywoływania strachu, do łamania oporu samym tonem głosu. W tym byli swoimi przeciwieństwami, dlatego razem działali tak dobrze.
Jej westchnięcie rozlało się po wnętrzu samochodu chwilę po jego własnym. Miała ochotę skomentować to, co według niej było głupotą, ale przez ostatnie tygodnie nauczyła się gryźć w język. Nie wypowiadała już każdej myśli natychmiast, bo wiedziała, że w ich przypadku wystarczył jeden nieostrożny komentarz, by rozmowa zmieniła się w kilkugodzinną wojnę charakterów.
Na szczęście Ottawa pojawiła się przed nimi szybciej niż kolejna sprzeczka.
A raczej jej obrzeża, które z każdą kolejną minutą wyglądały coraz mniej zachęcająco.
Margo zmarszczyła brwi, spoglądając na nawigację, kiedy droga zaczęła się zwężać, latarnie znikały jedna po drugiej, a eleganckie zdjęcia hotelu, które oglądała na stacji, nijak nie pasowały do miejsca przypominającego scenerię z taniego horroru.
- To wygląda odrobinę inaczej niż w internecie - zmarszczyła nos w chwili, gdy minęli migający neon w kształcie serca. Jedna z liter nie działała, więc napis RIVER EMBRACE INN świecił obecnie jako R VER EMBR CE INN, co wcale nie poprawiało sytuacji.
Parking świecił pustkami, poza kilkoma luksusowymi samochodami stojącymi daleko od wejścia. Kiedy weszli do środka, uderzył ich ciężki zapach wanilii, muzyka sącząca się z głośników była stanowczo zbyt z m y s ł o w a jak na zwykły hotel, a recepcjonista - wysoki mężczyzna w bordowej koszuli rozpiętej o kilka guzików za nisko, uśmiechnął się do nich w sposób, który natychmiast wzbudził w niej niepokój.
- Rezerwacja dla państwa Madden? - zapytał przeciągle, przesuwając spojrzeniem między nimi. Była pewna, że zaznaczyła dwie osoby - z dwoma r ó ż n y m i nazwiskami. - Apartament dla par z pakietem premium. Doskonały wybór na… odbudowanie więzi - dodał tonem człowieka, który wiedział zdecydowanie za dużo.
Zamarła na sekundę, po czym bardzo powoli odwróciła głowę w stronę Rhysa. - Powiedz mi proszę, że przypadkiem nie zarezerwowałam hotelu dla swingersów - albo dla innych pomyleńców - co zostawiła już dla siebie.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wściekłość nadeszłaby, gdyby poznał detale.
Jego umiejętność ignorowania tego, co niewygodne, nie była jedynie bronią, którą obracał przeciw niej - była również sposobem, dzięki któremu ten wyjazd mógł być po prostu miły i przyjemny. Zdawał sobie sprawę, że pod jej oszczędnymi informacjami chowały się rzeczy, które mogły wyprowadzić go z równowagi - dlatego świadomie nie pytał, kim była kobieta, w jaki sposób była związana z Ventrescą i co Margo planowała z nią zrobić
Powinien. Ale nie był osobą, która robiła rzeczy bo powinno się je robić.
- Dobrze - odrzucił krótko, lakonicznie, bo najlepszym powrotem do nastroju, który mieli wcześniej było dla niego tymczasowe zamknięcie tego tematu. Skupienie się na czymś innym, co nie wywoływało dyskomfortu i nie nakręcało jego myśli.
Może byłoby lepiej gdyby pojechała tam już teraz, pomimo późnej pory. Gdyby mogli mieć to wszystko z głowy i skupić się na reszcie weekendu, podczas którego on, dla odmiany, pragnął desperacko uciec od spraw Ventresci i akt pozostawionych na jego stole.
Ponieważ gdy wjeżdżali na jakąś odosobnioną, ciemną drogę, mimo wszystko z tyłu jego głowy pozostały nurtujące pytania, których postanowił nie zadawać.
Jego brwi zmarszczyły się na widok hotelu, wzrok mimo wszystko przeniósł się na nawigację w poszukiwaniu potwierdzenia, że przypadkiem zjechał w złą ulicę. Gdy zamiast tego dostał informację o tym, że dojechali na miejsce, a twarz Margo na potwierdzenie tego okazała zmieszanie, w jego oczach błysnęło rozbawienie.
- Ja wiem, że znalezienie ładnego hotelu w Ottawie graniczy z niemożliwością... - rzucił z westchnieniem, zamykając za sobą drzwi gdy stanęli na chłodnym, wiosennym powietrzu. - Ale na pewno są jakieś odrobinę lepsze niż ten.
Zanotował w głowie drogie samochody zaparkowane na parkingu, zupełnie niewpasowujące się do tej zaszytej dziury. Gdy tylko wkroczyli do atrium, powoli, kawałek za kawałku, elementy układanki zaczynały wpadać na swoje miejsca, a na jego twarzy wpełzało coraz większe rozbawienie.
- Jak brzmiała oferta? - odrzucił, drocząc się z nią. - Kameralne miejsce dla zakochanych? - kontynuował, podczas gdy mężczyzna grzebał za czymś na recepcji. - Miejsce, w którym nikt nas nie znajdzie?
- Oczywiście, jeśli są państwo zainteresowani takimi usługami... - niski mężczyzna wreszcie znalazł to, czego szukał - małą zawieszkę na drzwi z wizerunkiem ananasa. - Możemy zaoferować taką zawieszkę. Umieszczają ją państwo na drzwiach by zadeklarować chęć partycypacji...
Wyciągnął zawieszkę w stronę Margo, która jako pierwsza wspomniała o jakimkolwiek swingu. Na jej widok, odchrząknął, maskując tym fakt własnego duszenia się od śmiechu. Odwrócił się, bokiem opierając o blat recepcji w wyraźnym braku zainteresowania wyjściem.
- Jesteś zainteresowana, pani Madden? - zapytał rzeczowo i odwrócił wzrok, nawiązując nić porozumienia z recepcjonistą. - Niesamowite, a mam wrażenie, że dopiero kupiliśmy pierścionek - westchnął, wskazując na ewidentnie plastikową biżuterię na jej palcu. - Sama wybierała - dodał pośpiesznie, podczas gdy mężczyzna przybrał fałszywy wyraz uznania.
- Bardzo piękny - skinął głową w ten sposób charakterystyczny dla pracowników, których zmusza się do uprzejmości. - Pasuje pani do oczu.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie pamiętała, kiedy ostatni raz czuła się a u t e n t y c z n i e zawstydzona.
Była elastyczna, odporna na niezręczność i zaskakująco niewiele rzeczy potrafiło wyprowadzić ją z równowagi - poza nim. Widziała już za dużo, słyszała za dużo i sama powiedziała zbyt wiele w swoim życiu, by czerwienić się z powodu głupich sugestii albo dwuznacznych żartów. A jednak teraz czuła pieczenie rozlewające się po policzkach tak intensywnie, że była pewna, iż nawet końcówki uszu przybrały kolor purpury.
Po wszystkim co dzisiaj się wydarzyło, po spontanicznej propozycji wyjazdu daleko od Toronto, po scenie na stacji benzynowej, po plastikowym pierścionku tkwiącym nadal na jej palcu i tych wszystkich idiotycznych komentarzach o smyczach, kagańcach i posłuszeństwie - trafili właśnie t u t a j.
Do hotelu ukrytego gdzieś pośrodku lasu, za drogą tak wąską, że miała wrażenie, iż prowadziła wyłącznie do miejsc, w których ludzie robili rzeczy, o których później nigdy nikomu nie opowiadali.
Mieli spędzić weekend nad wodą, w wannie, w p r z e s a d n i e romantycznym hotelu. Nie w pieprzonym przybytku dla ludzi realizujących swoje najbardziej podejrzane fantazje.
Najgorsze było jednak to, że Rhys wyglądał na kompletnie rozbawionego. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej siedział spięty za kierownicą, chłodny i zirytowany ich rozmową, a teraz w jego oczach błyszczało to p a s k u d n e rozbawienie, które zwiastowało, że nigdy nie pozwoli jej o tym zapomnieć.
Skrzywiła się wyraźnie, słysząc jego komentarz i naprawdę miała ochotę pokazać mu środkowy palec. Powstrzymywał ją wyłącznie recepcjonista stojący naprzeciw nich z malującym się na twarzy entuzjazmem człowieka oglądającego najlepszy serial świata na żywo.
- To przypadek - wymamrotała w ramach wyjaśnienia, choć brzmiało to mało przekonująco nawet dla niej samej. Nie była nawet pewna, czy faktycznie zarezerwowała ten hotel, który oglądała; mogła kliknąć nie ten link, wybrać nie ten pakiet albo zwyczajnie nie zauważyć wszystkich subtelnych sugestii ukrytych pomiędzy zdjęciami jacuzzi i świec.
Niestety sytuacja stawała się coraz gorsza, gdy nieświadomie wyciągnęła rękę po niewielką zawieszkę z ananasem, obracając ją między palcami wyłącznie dlatego, że całą swoją uwagę skupiała na Maddenie i desperackiej próbie uciszenia go spojrzeniem.
W tej samej chwili recepcjonista klasnął w dłonie z autentycznym zachwytem. - Doskonale! Dopiszę państwa do listy zainteresowanych - oznajmił zupełnie niezrażony, jakby robił to każdego dnia po kilka razy.
Margo zmarszczyła brwi, momentalnie odwracając głowę w jego stronę. - Słucham? - wyrwało się z jej ust. Zupełnie nie nadążała za tym co się działo. - Dam znać, kiedy znajdzie się druga para do wieczornego pakietu integracyjnego - kontynuował niewzruszony jej miną. - Apartament premium obejmuje pełny dostęp do czerwonego salonu, prywatnej strefy dla gości i oczywiście wyposażenia tematycznego znajdującego się w pokoju - recytował niemal z pamięci, a ona czuła przemożną potrzebę ucieczki. - Kajdanki są jednorazowe, natomiast uprzęże prosimy zostawić po wymeldowaniu - już miała powiedzieć, że kajdanki posiadali swoje, ale nie dała rady wbić się pomiędzy jedno a drugie zdanie mężczyzny.
- Proszę nie wciskać czerwonego przycisku przy łóżku bez potrzeby. Ostatnio mieliśmy przez to bardzo niezręczną sytuację z personelem - dodał konspiracyjnym tonem, przesuwając klucz po blacie w stronę Rhysa. - Och, i gratuluję zaręczyn. Pakiet dla świeżych narzeczonych obejmuje dodatkową butelkę prosecco oraz akcesoria dla początkujących - Margo była pewna, że umrze. N a t y c h m i a s t, kurwa.
I właśnie wtedy, ku własnemu przerażeniu, usłyszała swój głos. - Spełnimy twoje fantazje o obrożach i kagańcach - rzuciła sucho w stronę Maddena, przykładając kartę do terminala szybciej, niż zdążyła pomyśleć nad konsekwencjami, tym samym pieczętując ich los na najbliższe trzy dni.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedział co było w tym wszystkim najlepsze - fakt tego, że jej chęć wybrnięcia z sytuacji, w której pod pewnym pretekstem zawlokła go do Ottawy spotkała się z tak katastrofalnym rezultatem, czy ten kolor, który powoli pochłaniał całą jej twarz. Z rosnącym rozbawieniem patrzył na róż na jej policzkach, które wcale nienawykły do bycia zaróżowionymi ze wstydu - Mercer posiadała dystans do siebie, którego inne osoby mogłyby jej wyłącznie pozazdrościć.
Chyba nigdy wcześniej nie widział, by coś autentycznie odebrało jej mowę. Mógłby przysiąc, że nawet czubki jej uszu zrobiły się czerwone, na co patrzył niemal z fascynacją.
Nie zostałby w miłosnym hotelu sam z siebie. Nie czuł głębokiej potrzeby przebywania w miejscu, które przyciągało prawdopodobnie największych degeneratów - w dodatku degeneratów z Ottawy. Jednak teraz, widząc, jak zakłopotana była, nie mógł sobie odmówić uczestniczenia w tej farsie. Nic tak skutecznie nie odsuwało jego myśli od rozmowy, którą odbyli w samochodzie.
- Jasne - westchnął, tonem osoby kompletnie nieprzekonanej do jej przypadku. - Następnym razem powiedz wprost. Przecież wiesz, że możesz być ze mną s z c z e r a.
Maskując swoją wesołość, słuchał konkretnych wskazań i instrukcji recepcjonisty, pozwalając sobie nawet na żywe skinienie głową. Prędzej on u m r z e niż jakakolwiek inna para z listy znajdzie się w ich pokoju, ale widok czerwonej twarzy Mercer był dla niego wart zostania na taką listę wpisanym.
- Nie trzeba. Mamy swoje kajdanki - odrzucił mężczyźnie, nieświadom tego, że ta sama myśl przemknęła przez głowę pośpiesznie płacącej kartą kobiecie. - Teraz twoja kolej, kochanie.
Warunki, w których kajdanki ostatnim razem zostały zwrócone między nimi przeciwko sobie zdecydowanie nie sprzyjały temu, w jaki sposób wszystko potoczyło się później. Nie mógł sobie jednak odmówić udawanego zainteresowania, a gdy wreszcie zapłaciła i ruszyła w stronę wyjścia, on sam leniwie, nieśpiesznie odrywając od rejestracji.
- Cóż za zaangażowanie! - pochwalił ją mężczyzna, interpretując jej pośpiech i determinację w dostaniu się do pokoju za niecierpliwość. - Życzę państwu owocnej nocy.
Dogonił ją gdy była w połowie atrium, w którym na szczęście było pusto, ale od strony korytarza z windami docierały do nich odgłosy jakiejś pary i śmiech. Wnętrze hotelu miało czerwone dywany i przyciemnione, ciepłe światło lamp przypominające wnętrze burdelu.
- Nie wiedziałem, że kręcą cię takie rzeczy, Margo - westchnął, ostentacyjnie wypowiadając te słowa głośno. - Nie musieliśmy jechać do Ottawy. Jeśli naprawdę chciałaś spróbować czegoś nowego, mogliśmy zrobić to w Toronto.
Przy wyjściu do korytarza z windami tkwił stolik z ulotkami. Chwycił jedną z nich, z zainteresowaniem przeglądając ofertę przybytku i gwizdnął, udając, że dostrzegł w środku coś skandalicznego, choć pokoje, jak to bywało w tego typu miejscach, zaaranżowane były elegancko i niemal przytulnie, gdyby przymknąć oko na niestandardowe detale.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na równi pragnęła zapaść się pod ziemię, co zamordować go spojrzeniem, a później, dla pewności, również kilkoma bardzo wyszukanymi metodami.
Wiedziała, że to nie zostanie jej zapomniane nigdy. Ta historia była wręcz stworzona dla niego. Widziała już oczami wyobraźni jego rozbawiony uśmiech podczas kolacji, spotkań ze znajomymi albo zupełnie przypadkowych rozmów, w których nagle wspomniałby o ich romantycznym weekendzie w hotelu dla swingersów.
Posłała recepcjoniście słaby uśmiech, desperacko próbując zakończyć tę rozmowę zanim mężczyzna zaproponuje im coś jeszcze bardziej wyszukanego. Najgorsze było to, że nie miała nawet czym się bronić, sama wpakowała ich do tego miejsca.
- Nie, proszę go nie słuchać - rzuciła szybko, kręcąc głową i popychając Maddena przed siebie zdecydowanie mocniej niż było to konieczne. - Naprawdę już pójdziemy - dodała, nim recepcjonista zdążył poinformować ich o kolejnych atrakcjach.
Szła korytarzem kilka kroków przed nim, wyjątkowo mało zainteresowana otoczeniem. Normalnie chłonęłaby nowe miejsce z zaciekawieniem, rozglądała się, komentowała każdy detal i zadawała pytania. Tym razem miała tylko jeden cel - dotrzeć do pokoju, zamknąć drzwi i nigdy więcej nie spojrzeć temu człowiekowi w oczy. Najlepiej przez całe trzy dni.
- Zamknij się - syknęła jeszcze zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Spojrzenie, które mu posłała, mogło spokojnie uchodzić za próbę zabójstwa. - Boże, nie chcę tego słuchać, Rhys - wspięła się na palce i bezceremonialnie zakryła mu usta dłonią, zatrzymując go na środku korytarza. - Przysięgam, że cię zamorduję, jeśli wypowiesz choć jedno słowo więcej - zagroziła, choć drżenie w jej głosie zdradzało, że walczyła ze śmiechem.
Dopiero gdy drzwi pokoju zamknęły się za nimi, napięcie zaczęło powoli schodzić z jej ramion. Purpura na policzkach ustępowała miejsca normalnemu kolorowi skóry, a w oczach, mimo wszystko, błyszczało rozbawienie.
Pokój wyglądał dokładnie tak, jakby ktoś próbował stworzyć luksus wyłącznie na podstawie bardzo złych filmów erotycznych. Ciemnoczerwone światła sączyły się spod sufitu, ogromne lustro zajmowało połowę ściany naprzeciw łóżka, a ciężkie, czarne zasłony sprawiały, że wnętrze wydawało się duszne i przesadnie intymne. Pośrodku salonu stał wielki drewniany krzyż wyposażony w skórzane paski przy nadgarstkach i kostkach, jakby był zupełnie normalnym elementem wystroju. Na półkach poustawiano pejcze, kajdanki, świece i akcesoria, których przeznaczenia nawet nie chciała poznawać.
- Jeśli komukolwiek o tym powiesz, wrócimy tutaj, przypnę cię do tego cholerstwa - wskazała krzyż stojący pośrodku pokoju, mrużąc oczy. - I zrobię ci bardzo brzydkie rzeczy tym całym arsenałem - dodała z pełną powagą, choć widok kolorowych pudełek i czarnych skórzanych pasków skutecznie utrudniał utrzymanie tej groźnej miny.
Opadła plecami na ogromne łóżko przykryte bordową narzutą i sięgnęła po leżący obok pejcz, przecinając nim powietrze z teatralną powagą. - Nie wierzę w to, kurwa - mruknęła, śmiejąc się pod nosem, bo wreszcie nie wytrzymała. - Mój nastrój jest oficjalnie martwy - oznajmiła, odrzucając głowę do tyłu.
Najgorsze było to, że zza ściany dobiegały bardzo jednoznaczne dźwięki, odbierające resztki godności temu miejscu.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mogła być p e w n a, że o tym nie zapomni.
To wszystko było tak absurdalnie komiczne w kontekście do tego, jak zwykle spędzali czas, że połowę czasu zmuszał swoje usta do zamknięcia gdy wcale nie chciały się zamykać. Wyobrażał sobie w jaki sposób wyglądałoby to gdyby to on przypadkiem zamówił im taki hotel. Już w pierwszej chwili nazwałaby go okropnym zboczeńcem i posądziła o to, że zrobił to na poważnie i wyłącznie udawał, że tak naprawdę chodziło mu o coś innego.
Dlatego nawet nie próbował jej posłuchać gdy mknęła do przodu i gdy przystawiała mu dłoń do twarzy. Mogła wyczuć pod palcami jak jego usta rozciągnęły się w uśmiechu pod spodem gdy uniósł ulotkę, otwierając ją na konkretnej stronie, która wpadła mu w oko wcześniej.
- Mają kowbojską salę - powiedział, a raczej spróbował, bo w jej dłoni dźwięki zlewały się w kakofonię, z której trudno było usłyszeć choćby jedno słowo.
Wkraczając do wnętrza pokoju niemal od razu wyczuł, że absolutnie nie chciał w nim nocować. Dźwięki padające zza ściany wyłącznie utwierdziły go w tym przekonaniu. Świadomość odbywających się wszędzie wokół zakazanych kopulacji sprawiała, że niemal od razu zaproponował, by jednak wybrali inne miejsce.
Niemal.
Tak robiliby dorośli ludzie - zgodziliby się w tym, że zaszła pomyłka, przyznali, że żadne z nich nie chciało tutaj spędzać nocy i wybrali inne miejsce, akceptując stratę pieniędzy. Ale widząc jej wciąż zaróżowioną cerę i obrażone spojrzenie, słysząc jej upór w przekonywaniu go by nigdy o tym nie mówił, nie mógłby odmówić sobie tych drobnych przyjemności.
- A to mnie posądzałaś o perwersyjne upodobania - cmoknął, stając obok wątpliwego przeznaczenia mebla i wzrokiem obejmując całą kolekcję pejczy. - Mogłaś powiedzieć tak od razu, Margo. Przecież wiesz, że nie mógłbym cię oceniać.
Odrzucił ulotkę na krzyż - dbając przy tym o to, by niczego nie dotknąć - i podszedł do łóżka, na które ona już opadła nie zważając na potencjalnych pasażerów chowających się pod materacem. Tego typu miejsca zawsze budziły niepokojące skojarzenia.
- To kto otwiera szampana? - zagadnął, jak gdyby nigdy nic przyglądając jej się leżącej w komicznego koloru pościeli, która prawdopodobnie miała być powabna. - Widzę, że śpieszy ci się do łóżka, ale mamy całe trzy dni. Jeszcze zdążysz się rozgościć.
Złośliwy wyraz przemknął po jego twarzy gdy odwrócił się, ruszając do odstawionego na komodzie prosecco. Tkwiło na srebrnej tacy, obleczone jakiegoś rodzaju rzemieniem, który wyglądał, jakby zakładało się go na nadgarstki, a którego musiał się pozbyć przed dostaniem się do korka.
- Czarujące miejsce - westchnął, zdejmując uprząż ze szklanej butelki. Oparł się o komodę, na której tkwiły kieliszki i dość ostentacyjnie rozejrzał się po pomieszczeniu. - Wybierałaś hotel po zdjęciach? - dodał niewinnie, zatrzymując wzrok na krzyżu. - Faktycznie, nie rzuca się w oczy.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na poważnie rozważała, czy nie wolałaby jednak kłócić się z nim o ten cały podstęp i kilkaset kilometrów drogi, które pokonał wyłącznie dlatego, że spojrzała na niego w odpowiedni sposób i rzuciła kilka zdań, którym nigdy nie potrafił odmówić.
Najgorsze było to, że wyraźnie dobrze się bawił. Zazwyczaj oszczędnie dobierał słowa, ważył je z dokładnością, a kiedy coś przemilczał, potrafił robić to godzinami, doprowadzając ją tym do szaleństwa. Tymczasem tutaj, pośród czerwonych świateł, skórzanych pasków i dźwięków dochodzących zza ścian, nagle odkrył w sobie niespotykany talent do rozmów.
- Wydaje mi się, że nigdy wcześniej nie słyszałam, żebyś miał aż tyle do powiedzenia w jakimkolwiek temacie - rzuciła z uporem ignorując wszystko, czym ją zaczepiał. Mówiła swoje, dokładnie tak, jakby jego komentarze odbijały się od ścian tej przesyconej erotyzmem przestrzeni.
- Nigdy nie byłeś taki wygadany. Nawet wtedy, kiedy wypadało się z czegoś wytłumaczyć - dodała z przesadnie niewinną miną, choć oboje doskonale wiedzieli, ile różnych sytuacji ukrywało się za tym jednym zdaniem.
Dźwięki zza ściany nie cichły ani na moment. Wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że z każdą minutą robiło się ich więcej, jakby cały ten hotel żył wyłącznie jednym, bardzo k o n k r e t n y m rytmem. Gdzieś w oddali rozległ się kobiecy śmiech, później przeciągły jęk, a ona zacisnęła powieki z wyraźnym cierpieniem.
Nie zamierzała tutaj spać. Nie zamierzała dotykać połowy rzeczy znajdujących się w tym pokoju, siadać na podejrzanie aksamitnych fotelach ani tym bardziej pić szampana stojącego w srebrnym wiaderku. Wszystko w tym miejscu wyglądało tak, jakby było lepkie od cudzych grzechów.
- Zwariowałeś? - rzuciła natychmiast, kiedy tylko zauważyła, że sięga po butelkę. Podniosła się gwałtownie z łóżka, odebrała mu alkohol i odstawiła go stanowczym ruchem na drewniany krzyż tuż obok błyszczącej ulotki, którą niedbale tam rzucił.
- Wybierałam według twoich upodobań do obroży, smyczy i kagańców - odbiła piłeczkę, przechodząc na drugą stronę pomieszczenia. Problem polegał na tym, że nieważne, gdzie się znalazła, ten przeklęty krzyż i tak pozostawał centralnym punktem wszystkiego. Stał pomiędzy nimi niczym wyjątkowo złośliwy żart losu.
Przesunęła spojrzeniem po półkach zastawionych akcesoriami, aż w końcu, z wielką ostrożnością, sięgnęła po czarny pasek z ćwiekami. Podeszła do Maddena powoli, aż znalazła się niebezpiecznie blisko, tam gdzie granica ich przestrzeni osobistej przestawała istnieć. - Chcesz spróbować? - zapytała niewinnie, unosząc obrożę wyżej. Wyciągnęła ręce w jego stronę, przymierzając się do zapięcia jej wokół jego szyi, choć rozbawienie błyszczące w piwnych tęczówkach zdradzało, że bardziej interesowała ją jego reakcja niż samo wykonanie.
- W kogo zamierzasz się wcielać? - zadarła głowę, a złośliwy uśmiech powoli rozciągnął się na jej ustach. - Groźnego faceta z problemami z kontrolą? Czy może tego biednego, którego trzeba przypinać do mebli, żeby nie sprawiał problemów? - mimo całego zawstydzenia, mimo absurdu tego miejsca i własnych prób zachowania powagi, śmiech i tak drżał jej gdzieś tuż pod skórą.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie zamierzała tutaj nocować. Samo przebywanie w tym miejscu przy akompaniamencie jęków wydostających się z sąsiedniego pokoju było dla niej swojego rodzaju karą - i skłamałby mówiąc, że nie było karą dla niego.
Zdecydowanie wolałby w tym momencie tkwić z powrotem w swoim samochodzie, choćby mieli wracać przez pół nocy z powrotem do Toronto i ostatecznie wylądować w jego, lub w jej, łóżku. Ale zgodzenie się na to byłoby swojego rodzaju ustępstwem - natomiast zaproponowanie tego było wręcz p r z e g r a n ą.
Dlatego bawił się znakomicie sięgając po szampana jakby faktycznie zamierzał go w tej chwili wypić by uczcić ich z a r ę c z y n y w tym znakomitym hotelu, który przecież ONA specjalnie dla nich wybrała.
- Rozliczasz mnie z ilości wypowiadanych słów? - odparł rozluźniony, jakby im bardziej ona była napięta tym to napięcie ulatywało z jego ciała w perfekcyjnej synergii. A widział po jej barkach, że nieszczególnie przypadła jej do gustu kakofonia dźwięków wydobywających się zza ściany. - Najwyraźniej otwierasz mnie na nowe doznania.
Parsknął, obserwując, jak podchodzi do ściany z akcesoriami i przygląda się temu wszystkiemu. Jego brew mimowolnie uniosła się w górę gdy sięgnęła po obrożę. Choć nie kupował ani trochę tego, że chciałaby z czegokolwiek z tego pokoju skorzystać, jednocześnie nie dawała za wygraną i nie oferowała poddania się i ruszenia gdzieś indziej.
Kapitan tonął razem ze swoim statkiem - a w jej przypadku, statkiem był zorganizowany przez nią wyjazd do Ottawy, w której mieli nocować właśnie t u t a j.
Kąciki jego ust uniosły się w górę gdy wtargnęła do jego przestrzeni osobistej. W każdym innym przypadku jego odruchem byłoby odnalezienie jej ust własnymi, ale w tym miejscu ewidentnie zbyt wiele osób było zajętych pewnym r y t m e m, do którego chwilowo nie planował dołączać.
Jego dłoń odruchowo sięgnęła do obroży, chwytając przedmiot nim ten zbliżył się do jego szyi - być może w geście zbyt szybkim i gwałtownym by nie pasował do wspomnianego przez nią faceta z problemami z kontrolą, ale ruch ten był zaledwie rysą na jego masce zadowolenia związanego z przebywaniem w tym miejscu.
- A może to ciebie trzeba związać i zakneblować? - odrzucił nonszalancko, jego wzrok ześlizgnął się z jej oczu na usta, a z nich na szyję, jakby jakakolwiek cząstka jego umysłu w tej chwili to kontemplowała. Jego dłoń wciąż trzymała wyciągniętą przez nią obrożę, a przynajmniej tak długo, aż ona nie puściła jej pierwsza. Pochylił się, czując, jak kosmyki przydługich włosów opadają na jego czoło. - Po twojej akcji z samochodem o niczym innym nie marzę.
Gdy tylko umilkł, ponad jękami dobiegającymi z innego pokoju wybrzmiało głośne stukanie do ich drzwi.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była największą przegraną w tej sytuacji i była niemal pewna, że prędzej czy później to właśnie ona poprosi, by znaleźli c o k o l w i e k innego. Tani motel przy trasie albo nawet ciasne wnętrze chargera wydawały się nagle opcjami znacznie bardziej komfortowymi niż ten przesycony erotyzmem hotel.
Nie potrafiła jednak j e s z c z e się złamać. Powstrzymywało ją przed tym jego rozbawienie, bezczelna satysfakcja i ta lekkość, która pojawiała się w nim niezwykle rzadko. Właściwie nie przypominała sobie chwili, w której Rhys byłby tak prawdziwie czymś ucieszony. Może powinna była uznać to za niepokojące, bo najwyraźniej największą radość sprawiało mu jej spektakularne upokorzenie. A jednak pod warstwą zawstydzenia i irytacji, odkryła, że lubi patrzeć na niego tak rozluźnionego.
Odpowiedziała uśmiechem, gdy niemal wyrwał jej z dłoni obrożę, najwyraźniej nieskory do realizowania fantazji, które chwilę wcześniej sam jej przypisywał. I choć miał rację, nie zamierzała używać żadnej z tych zabawek, a pasek z ćwiekami był wyłącznie narzędziem prowokacji, nie planowała mu tego ułatwiać.
Spojrzała na niego dłużej niż powinna. Zupełnie mimowolnie wyciągnęła dłoń ku jego twarzy i poprawiła opadające na czoło włosy, które zrobiły się stanowczo za długie i które stanowczo za bardzo lubiła.
Dopiero później wróciła do swojej roli, unosząc lekko podbródek w prowokującym geście. - Spróbuj - rzuciła miękko, wyciągając szyję w jego stronę. - Nie krępuj się. To ja miałam wynagradzać ci niedogodności podróży - dodała z rozbawieniem, choć prawdopodobnie powstrzymałaby go w ostatniej chwili, gdyby naprawdę zamierzał pójść o krok dalej.
Nie musiała, bo pukanie do drzwi nie ustępowało. Spojrzała na niego z wyraźnym cierpieniem wymalowanym na twarzy, nim niechętnie ruszyła przez pokój i pociągnęła za klamkę.
Za drzwiami stała para mniej więcej w wieku Maddena. Kobieta była wysoka, szczupła i przesadnie atrakcyjna w ten bardzo konkretny sposób - z idealnie ułożonymi blond włosami, ustami pokrytymi błyszczykiem i w sukience opinającej ciało. Mężczyzna zaś po prostu był elegancki i mogła się założyć, że jedno z tych drogich aut na parkingu należało do niego.
Zanim Margo zdążyła powiedzieć choć jedno słowo, blondynka rozpromieniła się. - Och, cudownie! Wiedziałam, że to wy jesteście nowi - pochyliła się bez najmniejszego zawahania, całując ją w oba policzki, po czym wsunęła się do środka z taką swobodą, jakby odwiedzała starych znajomych.
A potem zobaczyła Rhysa i d o s ł o w n i e zamilkła na sekundę.
- O mój Boże - wyrwało jej się niemal bezwiednie, gdy przesunęła spojrzeniem po jego sylwetce. - Madeleine, proszę cię - westchnął jej mąż z wyraźnym zmęczeniem, ale było już zdecydowanie za późno. Blondynka podeszła prosto do Maddena z kieliszkiem w dłoni, kompletnie ignorując fakt, że Margo stała obok.
- Nie uprzedzili nas, że będziecie aż tak atrakcyjni - wymruczała z zachwytem, bezczelnie muskając dłonią jego ramię, zanim wspięła się lekko na palce i również jego pocałowała w policzek. Odrobinę za b l i s k o pieprzonych ust.
Mercer patrzyła na tę scenę w osłupieniu, a potem bardzo powoli odwróciła głowę w stronę Rhysa, posyłając mu j e d e n, znaczący uśmiech. Nie chciał tego; nie chciał sprawdzać, jak bardzo była zazdrosna i w jaką wariatkę potrafiła się zmienić.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedział, że nie mówiła tego na poważnie. Rzucała mu wyzwanie i, podobnie jak on, w ostatniej chwili zatrzymałaby go gdyby spróbował się go podjąć. Ale coś w sposobie, w jaki ostentacyjnie odsłoniła szyję, coś w prowokacyjnym błysku w jej oku sprawiało, że chciał spróbować. Choćby wyłącznie po to, by znów sięgnęła dłonią do jego zbyt długich kosmyków włosów, odsłaniając pod zawadiacką maską to, co chowała pod spodem.
- Jeśli chciałabyś mi to wynagrodzić, to mam parę pomysłów - odparł, tym samym, miękkim tonem, który w miejscu takim jak to powinien być z m y s ł o w y, a jednak przybytek tak przesycony erotyką jednocześnie w jego głowie był jej całkowicie wyzbyty.
Nie mógłby jednak powiedzieć, że skłamał. Miał wiele pomysłów - na przykład zejście do lobby i zebranie pocztówki, którą widział gdy przechodzili. Zagadnięcie recepcjonisty o kowbojską salę i przy okazji zmuszenie jej, by z pokerową twarzą spytała, czy mieli również w ofercie basen z kulkami.
To wszystko było tak skrajnie absurdalne, że nie mógł nawet cienia myśli poświęcać na akta Morettiego, na Carbone'a, na Ventrescę i wszystkie te macki, które oplątały go przez lata i teraz ich czubki sięgały ku niej. W tym kompletnym zadupiu na obrzeżach Ottawy, w pokoju z k r z y ż e m, nie potrafił patrzeć na to wszystko z powagą, z którą zwykle oceniał rzeczywistość wokół.
Póki ta powaga nie zapukała do ich drzwi.
Wyprostował się, natychmiast żałując obroży, która tkwiła w jego dłoniach gdy do środka znikąd wparowała dwójka osób. Powiódł spojrzeniem po mężczyźnie, z początku nie widząc zagrożenia w rozpromienionej blondynce. Jego rozbawienie nie zniknęło całkowicie, ale gdy odchrząknął, schowało się za tą maską, z którą konwersował z recepcjonistą. Był śmiertelnie ciekawy tego, w jaki sposób Margo zamierzała z tego wybrnąć.
Póki jego wzroku, wciąż wlepionego w brunetkę, nie zasłoniła Madeline, wspinając się na palce i składając na jego policzku pocałunek. Zesztywniał, na ułamek sekundy przed nim - gdy jej słodkie perfumy zaatakowały jego nos i gdy poczuł na swoim ramieniu dotyk jej dłoni. Ta absurdalna rzeczywistość nagle robiła się r e a l n a.
Odchrząknął dyplomatycznie, choć widok diabelskich ogników w oczach Margo niemal skusił go do braku reakcji. Odsunął się o pół kroku i uniósł ręce w dyplomatycznym geście.
- Może powinniście zaprosić nas do swojego pokoju - wybrnął, sięgając po pierwszy argument jaki tylko mógł przyjść mu do głowy. - Ten nam nie odpowiada. Proszę - dodał, sięgając po butelkę, którą Margo odstawiła na pieprzony krucyfiks. - Weźcie prosecco, zaraz do was dołączy...
- Och, mówiłam! Dokładnie ten pokój chcieliśmy - jęknęła Madeline, dopiero teraz dostrzegając krzyż tkwiący na środku pomieszczenia. Starając się złapać jej skupiony wzrok, Madden wyciągnął ku niej prosecco, prawie wsadzając jej szampana w dłoń.
I wtedy dostrzegł, jak mąż blondynki niebezpiecznie zbliża się do Mercer. Jego dłoń znalazła się na kobiecej talii i przesunęła po niej z sugestią, od której palce detektywa zgięły się i rozprostowały gwałtownie. Patrzył, jak ten przysuwa się, jak pochyla się by szepnąć jej coś do ucha.
- Jeśli chcesz... - zaoferował, wyłącznie do jej uszu. - Możesz mnie do niego przypiąć.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”