Jakby nie patrzeć, rozmowa była początkiem każdej relacji. To od niej zaczynały się znajomości, przyjaźnie, a czasem nawet historie, które później zmieniały całe życie. Każde spotkanie rozpoczynało się od wymiany słów - bez względu na to, czy ludzie znali się od lat, czy dopiero mieli się poznać. W końcu trudno było zbudować cokolwiek i jakąkolwiek więź bez rozmowy. To właśnie dzięki niej poznawało się drugiego człowieka, jego sposób myślenia, poczucie humoru, marzenia, obawy i wszystko to, co składało się na jego osobowość.
Rozmowa szła w parze ze słuchaniem - bo co z tego, że ktoś mówił, jeśli druga strona nie potrafiła go wysłuchać? Wymiana słów miała sens tylko wtedy, gdy obie osoby były naprawdę obecne i zainteresowane tym, co druga próbowała przekazać. Inaczej rozmowa stawała się pustym jak studnia bez wody monologiem. A monolog mógł prowadzić każdy. W swojej głowie, bez względu na to, gdzie się znajdował. Gorzej, gdy monolog zaczynał przybierać formę nadmiernego analizowania wszystkiego dookoła, krytycznego myślenia o sobie i nieustannego doszukiwania się własnych błędów. Wtedy zamiast pomagać uporządkować myśli, stawał się pułapką, w której człowiek się zamykał, niczym niedźwiedź po wejściu w pułapkę. Tak, Eric też niejednokrotnie w takiej pułapce się znajdował, będąc przekonanym, że przecież
inni są lepsi; jest mnóstwo dobrych informatyków, ja jestem nikim; może już nigdy… nikogo sobie nie znajdę? a wtedy pojawiła się ona.
Shereen Winfield.
Do której serce znowu zaczęło bić dokładnie tak, jak te kilka dobrych lat temu - albo nawet i bardziej, bo tęsknota także odcisnęła swoje piętno.
Wyglądało to tak, jakby ktoś odnalazł - wydawać by się mogło - zaginiony puzzel albo skleił porcelanowe naczynie, które zostało rozbite w momencie, gdy Sher znalazła chłopaka.
Chwili należącej wyłącznie do nich - tak wyjątkowej, że Eric najchętniej zatrzymałby ją na dłużej, nie pozwalając, by uciekła wraz z upływającym czasem. Przez te kilka godzin liczyli się tylko oni, odcięci od całego świata i wszystkich problemów czekających za drzwiami.
Słysząc pytanie o założenie wspomnianej czerwonej spódnicy do klubu, Stones westchnął, a następnie pokręcił głową, gdy zadała pytanie, czy nie powinna zakładać tej czerwonej jak mak spódnicy.
- Nie. Chyba, że chcesz żebym zamiast skupić się na tańczeniu, zabijał wzrokiem tych, którzy będą się na Ciebie patrzeć i kazał spierdalać, pokazując środkowego palca. - odpowiedział całkiem poważnie, automatycznie wyobrażając sobie taką scenę - oni Shereen tańczący w klubie, a dookoła napalone byczki… jego pięści automatycznie by się zacisnęły i miałby to gdzieś, że byli bardziej napakowani.
Wystarczyło wiedzieć, gdzie przywalić. i tyle. Czasem posiadanie siły o niczym nie świadczyło i Stones niejednokrotnie się o tym przekonał - co nie zmieniało faktu, iż od jakiegoś czasu starał się dbać o mięśnie, żeby jak komuś przywali, to by zabolało. Taktyka plus siła, wtedy miało to sens.
- Ciekawi mnie w sumie jedna rzecz… czy uważasz, że było warto? I… jakby nie patrzeć, to dobrze, że polubiłaś kierunek, który wybrałaś, bo przynajmniej nie masz albo raczej nie powinnaś mieć odczucia, że był to stracony czas. - dodał po chwili. W jego głosie nie było ani krzty złośliwości ani oceniania - zwyczajnie był ciekaw jej perspektywy. Poza tym doskonale wiedział, że niektórzy szli na studia wyłącznie dla papierka. Byli też tacy, którzy zmieniali kierunek kilka razy, bo poprzedni okazywał się nie tym, czego oczekiwali. Jeszcze inni rezygnowali całkowicie — czasami przez problemy z wykładowcami, a czasami dlatego, że wyobrażali sobie dany kierunek zupełnie inaczej, niż okazywał się w rzeczywistości.
On sam swoje studia wspominał raczej dobrze. Jasne, nie wszystkie zajęcia były fascynujące, a niektóre przedmioty wydawały się stworzone wyłącznie po to, by utrudnić studentom życie, ale mimo wszystko nie żałował swojego wyboru. Pod koniec coraz częściej łapał się jednak na tym, że bardziej niż kolejnych wykładów wyczekiwał możliwości zdobycia prawdziwego doświadczenia zawodowego. Doskonale pamiętał pierwsze tygodnie spędzone na helpdesku w CGI. Telefony, maile, zgłoszenia i niekończące się problemy użytkowników. Jedni zapominali haseł, inni przypadkowo coś usuwali, a jeszcze inni byli przekonani, że komputer zepsuł się sam z siebie i absolutnie nie miało to związku z tym, co zrobili kilka minut wcześniej. Bywało męcząco, ale właśnie wtedy miał wrażenie, że faktycznie zaczyna pracować w branży, a nie tylko uczyć się o niej z książek, wykładów czy ćwiczeń lub prezentacji wykonywanych na uczelni.
Zastygł na chwilę, bo choć doskonale usłyszał pytanie, tak odpowiedź na nie nie była wbrew pozorom taka prosta ze względu na… rodzinę i przyjaciół. Z drugiej strony była Shereen.
I właśnie dlatego zawahał się bardziej, niż początkowo przypuszczał. Bo prawda była taka, że stała się jedną z najważniejszych osób w jego życiu. Gdyby miała zniknąć z niego na dobre, serce bez wątpienia krzyczałoby głośno, niczym syrena alarmowa, której nie sposób wyłączyć ani zignorować. Nawet gdyby rozum próbował przekonać go, że poradzi sobie i bez niej. Czuł, że…
Nie
Poradziłby
Sobie.
Nagle skinął lekko głową.
- Nie po to Cię odzyskałem, by Cię tracić, Shereen. - zaczął, wykonując głęboki wdech. Znaczy, jasne, nie odzyskał jej, bo niczego sobie jeszcze nie deklarowali, lecz te pocałunki… to na nich oparł swoje słowa. No i chodziło mu o to, że odzyskał ją, ponieważ wróciła tu, do Toronto. I przyszła do niego. Choć przecież wcale nie musiała…
- Pewnie nie byłoby to łatwe, ale cóż… ludzie są zdolni do wielu poświęceń, gdy im na kimś cholernie zależy. - dokończył, głaszcząc Sher po policzku, a następnie pochylił się, by przypieczętować swoje słowa pocałunkiem.
- Właśnie. Prysznic. Chodźmy. - rzucił nagle i gdy Sher wstała z jego kolan, wziął ją za rękę i poszedł do łazienki, gdzie wspólnie stanęli pod prysznicem - gdzie najprawdopodobniej doszło do kolejnego złączenia ciał - a potem wylądowali na jego łóżku. Oczywiście odpalił z laptopa serial, objął Sher i nawet nie zauważył, kiedy powieki zaczęły być coraz cięższe. Najwyżej Sher mu streści, co się działo w serialu przy śniadaniu.
//ztx2
Shereen Winfield