-
„Najbardziej bolesne nie jest odejście kobiety, lecz cisza, która zostaje w zdaniach.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Denver Fosterpoprawił teczkę i pchnął ciężkie, szklane drzwi szpitala. W środku śmierdziało jak wszędzie – miksem chloru, taniej kawy i strachu. Nie był tu, żeby leczyć rany, tylko żeby je opisywać. Jego nowa książka potrzebowała mięsa, a konkretnie chirurga-psychopaty, który tnie ludzi z takim samym spokojem, z jakim smaruje rano grzanki. Sekretariat dyrekcji wyglądał jak z katalogu drogich mebli. Cordelia LeBlanc siedziała za biurkiem, sztywna jakby kij połknęła. Od razu wyłożył kawę na ławę: chce popatrzeć, jak pracują, jak klną nad otwartą klatką piersiową i co robią z rękami, kiedy pacjent schodzi na stole. Cordelia patrzyła na niego przez chwilę, jakby oceniała, czy nie jest kolejnym świrem z obsesją na punkcie „Grey’s Anatomy”, ale w końcu machnęła ręką. Miał niczego nie dotykać, nie wchodzić nikomu w drogę, nosić identyfikator oraz miał zakaz wchodzenia na OIOM. Wymruczał podziękowania i wyszedł na korytarz, zanim zdążyła zmienić zdanie. Teraz musiał znaleźć drugą LeBlanc. Grace. Złapał jakąś pielęgniarkę przy automacie z batonikami.
– Szukam Grace LeBlanc. Podobno gdzieś tu krąży – rzucił, siląc się na luz. Dowiedział się od niej, że to wysoka, brunetka, która wygląda jakby nie spała od trzech dni. Cudownie. Ruszył schodami, bo musiał ją dorwać, zanim wejdzie na salę. Miał do niej listę pytań, od których normalnym ludziom robi się niedobrze. To mu idealnie pasowało do fabuły.
W końcu znalazł ją na zapleczu automatu z kawą. Kobieta stała tyłem, oparta czołem o zimną blachę maszyny. Kiedy usłyszała kroki, wyprostowała się tak gwałtownie, jakby raził ją prąd. Nie wyglądała na kogoś, kto ma ochotę na pogawędki o literaturze.
– Pani Grace LeBlanc? – zagaił, stając w bezpiecznej odległości.
Odwróciła się powoli. Mężczyzna stwierdził, że pielęgniarka przy automacie musiała być albo ślepa, albo wyjątkowo zawistna, bowiem pani LeBlanc miała w sobie ten rodzaj zjawiskowej urody, która nie potrzebuje makijażu ani dobrego światła – piękne rysy, hipnotyzujące oczy i sylwetkę, która nawet w niebieskim kitlu wyglądała elegancko. – Jestem Denver Foster, jestem pisarzem. Piszę książkę. Dyrektorka dała mi zielone światło na kręcenie się po oddziale i obserwację. Chciałem zadać parę pytań o… specyficzne zachowania chirurgów.
Grace LeBlanc
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Grace przychodząc na zmianę wcale nie myślała o tym, że czeka ją nic innego jak niańczenie jakiegoś faceta. Więc wchodząc do szpitala skierowała się prosto do szatni, podeszła do swojej szafki, wyjmując z niej czysty kitel, a stary oddała do wyprania. Kiedy wreszcie się przebrała ruszyła wprost na oddział, gdzie od razu lekarz prowadzący poprzednią zmianę, przekazał jej wszystkie informacje na temat tego, co działo się wcześniej na oddziale, zresztą ma jeszcze nad sobą lekarza prowadzącego, któremu wszystko przekazał. Ona kiwnęła tylko głową, po czym ruszyła na obchód. Co nie zawsze do końca lubiła, ponieważ niektórzy z pacjentów potrafili być bardzo wybredni.
Kiedy nareszcie miała dla siebie wolną chwilę podeszła do rejestracji wypełniając przy tym jedną z kart, ponieważ zdążyli już przyjąć kogoś nowego. Chcąc się nieco pobudzić ruszyła do automatu z kawą i wystukała mocną kawę z cukrem, wiedziała, że musi ją pobudzić, ponieważ to dopiero początek jej zmiany, a sporo jeszcze przed nią zostało. Było wcześnie rano, a chętnie by sobie jeszcze pospała, oparła się więc czekając na tą kawę, gdy nagle usłyszała swoje nazwisko, więc odwróciła się mimowolnie, jej oczom ukazał się mężczyzna, więc obcięła go jedynie od góry do dołu.
- To ja, a o co chodzi? - Spojrzała na niego krótko, zastanawiając się czego on od niej chcę. Nie przypominała sobie, żeby go leczyła, czy też kogoś z jego rodziny, praca w szpitalu nauczyła ją zapamiętywania twarzy.
- Tak? Pozwoliła? A to ciekawe, bo nic mi o tym nie wspominała. - Skwitowała biorąc do ręki kubek z kawą, po czym ruszyła przed siebie w stronę rejestracji aby móc dokończyć kartę pacjenta.
- No dobrze, ale co ja mam do tego? - Westchnęła, po czym usłyszała jego kolejne słowa, więc podchodząc do lady, wzięła do ręki kartę i długopis.
- Specyficzne, to znaczy jakie? - Po czym zaczęła wypełniać kartę.
Denver Foster
-
„Najbardziej bolesne nie jest odejście kobiety, lecz cisza, która zostaje w zdaniach.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Grace LeBlanc oderwała się od zimnej blachy automatu. Jej głos był chropowaty, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. Zmierzyła go wzrokiem – od czubków butów, przez skórzaną teczkę, aż po twarz. Denver natychmiast poczuł na sobie chłód tego spojrzenia.
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, zabrała kawę i odeszła, zostawiając go. Patrzył na jej oddalające się plecy, czując, jak w żyłach bije mu czysta, pisarska adrenalina. Ten jej nienaganny, niebieski kitel i chłodny, niemal mechaniczny chód idealnie pasowały do tła, które budował w głowie. Szpitalny korytarz nagle przestał być dla niego zbiorem nudnych ścian – stał się scenografią thrillera.
– Nie informuje pani o każdym kroku? – zapytał, gdy zrównał się z jej tempem. - Może nie zdążyła? Ale pozwoliła, inaczej nie miałbym przepustki, prawda? - odpowiedział pytaniami.
– Co ma pani do tego? – Denver powtórzył jej słowa, a na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny, drapieżny uśmiech. - Wszystko, doktor LeBlanc. Moja główna bohaterka ma pani twarz. Więc ma pani do tego tyle, że zamierzam chodzić za panią jak cień, dopóki nie dowiem się, gdzie kończy się u pani medycyna, a zaczyna czysta, techniczna obojętność na cudze cierpienie – dokończył cicho, rzucając jej otwarte wyzwanie.
– Specyficzne, to znaczy takie, o których nie mówi się na konferencjach medycznych – odpowiedział, przyciszając głos, by nie niósł się po korytarzu. Patrzył na czubek jej długopisu, który kreślił na papierze równe, ostre linie. Wypełniała kartę pacjenta z mechaniczną płynnością, ale czuł, że każde jego słowo dociera do niej z pełną mocą. – Na przykład: czy zapach krwi kojarzy się pani z żelazem, czy bardziej z porażką? – Denver rzucił to pytanie lekko, jakby pytał o pogodę, choć jego oczy uważnie śledziły każdy ruch jej dłoni. – Pytam o chirurgów, którzy celowo robią nacięcia o milimetr dłuższe, niż wymaga tego procedura, tylko po to, żeby zostawić na ciele pacjenta swój niewidoczny dla laika podpis – wymieniał, wodząc wzrokiem po jej skupionej twarzy. – Albo o takich, którzy kolekcjonują drobne rzeczy. Zużyte, tytanowe klipsy naczyniowe, usunięte odłamki kości, szwy. Noszą je w kieszeniach jak talizmany. Albo czy operuje pani tą samą ręką, w której trzyma kubek z kawą? Chcę wiedzieć, czy spotkała pani lekarza, który potrafi stać nad otwartą klatką piersiową i na kilka sekund celowo wstrzymać akcję mechaniczną, żeby poczuć absolutną władzę nad cudzym życiem? Albo takiego, który po udanej operacji wraca w nocy na salę pooperacyjną, tylko po to, żeby stać w ciemności nad nieprzytomnym pacjentem i patrzeć, jak tamten oddycha dzięki jego pracy? O takie specyficzne zachowania pytam, doktor LeBlanc. O mrok, który wchodzi pod skórę. Czy w tym szpitalu ktoś tak ma? Albo… czy pani tak ma?
Grace LeBlanc
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Nie, nie informuje... a dlaczego miałaby to robić? Ona jest dyrektorem szpitala, a ja jestem jak na razie rezydentką. Więc nie widzę powodu, dla którego miałaby mnie o czym kolwiek informować. Chociaż szczerze powiedziawszy, o takim czymś przydałoby się żeby poinformowała mnie o tym. - Wywróciła oczami odwracając wzrok. Grace miała tyle obowiązków, że dołożenie do nich jeszcze faceta, któremu musiaławiele rzeczy tłumaczyć było czymś masakrycznym. Słysząc jego kolejne słowa zmarszczyła brwi nieco zmartwiona tym wyznaniem. Bo zabrzmiało to trochę creepy. Więc spojrzała na niego odpowiadając szybko.
- Chwila, ma moją twarz? Brzmi to trochę niepokojąco... - Stała oparta o blat recepcji wypełniając dalej karty pacjentów, drugim uchem słysząc to co mówi mężczyzna, przerwała na chwilę aby mu odpowiedzieć.
- Krew kojarzy mi się z ludzkim życiem, z człowiekiem... coś co może mu uratować życie, bo bez niej kończy się ono... oczywiście jest dużo innych czynników, przez które możemy je zakończyć, ale nie wnikajmy do tego. - Po czym zaczęła wypełniać kolejną kartę spoglądając co trochę na mężczyznę, szczerze powiedziawszy to nigdy nie wnikała jak powstają książki znanych pisarzy, wybiera po prostu tę literaturę, którą lubi i która sprawia jej przyjemność.
- Jeżeli chodzi o pozostawianie podpisu na ciele człowieka, to jest to nieetyczne, to raz. A dwa musiałby się pan spytać chirurgów z większym doświadczeniem czy tak robią, ja pracując z nimi jeszcze się z tym nie spotkałam. - Spojrzała na niego tym razem wymieniając z nim dłuższe spojrzenie.- Nigdy nie kolekcjonuje narzędzi jako talizmany, a którą ręką? Bardziej dominującą, czyli będzie to lewa ręka, ale to chyba normalne. - Westchnęła, dodając.
- A jeżeli mają jakieś dziwne zachowania, to niech mi pan uwierzy, na pewno nie robią tego przy innych ludziach.
Denver Foster
-
„Najbardziej bolesne nie jest odejście kobiety, lecz cisza, która zostaje w zdaniach.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Może właśnie dlatego panią wybrała. Dyrektorzy rzadko robią coś bez wyraźnego powodu. Proszę mi powiedzieć Grace - celowo użył jej imienia, by sprawdzić jak zareaguje na nagłą zmianę w mniej formalny zwrot - czy czujesz się już pełnoprawnym chirurgiem? - zapytał, jednocześnie gmerając w swojej torbie, z której wyjął czarny, skórzany notes i długopis. Wolał na gorąco już zapisywać jakieś drobne szczegóły, by nic nie umknęło.
Oparł się obok dokładnie o ten sam blat nie przejmując się zbytnio tym, czy będzie jej przeszkadzał. Z zainteresowaniem patrzył jak wypełnia karty niemal automatycznie i sam zaznaczył w swoim notesie kilka słów.
- Dlaczego niepokojące? - zdziwił się, bo niemal każdy marzył, żeby zostać bohaterem książki, no chyba, że jest się jego byłą żoną, to wtedy absolutnie nie. Zawsze uważał to, że czyjeś nazwisko jak trafia do książki autora, to raczej zaszczyt niż niepokój. - Myślałem, że to raczej powinien być komplement. Z początku miał to być facet, ale jak cię zobaczyłem, uznałem, że bohaterka będzie kobietą - dodał, prostując się, wciąż nie odrywając wzroku od karty pacjenta. Był ciekawy co tam wpisuje, ale wiedział też, że nie może jej zaglądać przez ramię. Denver słuchał jej odpowiedzi z uwagą, kiedy wypowiedziała słowa o krwi niemal wyuczone z medycznej praktyki – poczuł ukłucie zawodu. Była tak bardzo poprawna, tak skupiona na swojej roli, że aż nudna. Liczył jednak, że trochę się rozkręci.
– To bardzo... chirurgiczne. Ale nie czuje pani tego? Tej ironii? Że krew, która jest symbolem życia, w pani rękach staje się też dowodem porażki, gdy nie udaje się jej zatrzymać? - uśmiechnął się delikatnie, widząc jak zerka na niego ukradkiem. Wiedział, że go zauważa, że jego obecności nie mogła dłużej ignorować, miał tylko nadzieję, że nie uzna go za natręta albo co gorsza, psychopatę.
- No tak, etyka. Przecież to logiczne, że żaden z nich nie przyzna się do tego typu rzeczy z obawy o swoją pracę, prawda? - Przyjął jej spojrzenie bez mrugnięcia okiem. Czuł, jak między nimi buduje się napięcie, ale fakt, że Grace nie odwróciła wzroku pierwsza, odebrał jako ciche przyzwolenie na to, by drążyć dalej.
- Czy kiedykolwiek, stojąc jako asystentka, widziała pani ten ułamek sekundy zawahania? Ten moment, w którym chirurg przestaje być narzędziem w służbie medycyny, a staje się... artystą? – Pochylił się nieco, ściszając głos do szeptu. – Czy naprawdę nigdy nie poczuła pani, że to nie nauka, a właśnie władza jest tym, co sprawia, że ludzie wracają do tej pracy każdego dnia? Władza nad życiem i śmiercią?
Jego uśmiech stał się nieco szerszy, choć wciąż pozostał niebezpiecznie bliski powagi. Jej odpowiedź była dla niego jak potwierdzenie, tego, czego szukał. Chirurdzy nie byli tacy niewinni na dzień, a za zamkniętymi drzwiami wychodziły z nich bestie.
– Właśnie o tym mówię – odparł cicho, niemal z nutą triumfu w głosie. – Ten moment, kiedy zamykają się drzwi sali operacyjnej, kiedy wyłącza się monitoring, kiedy zostaje tylko chirurg, nóż i ciało. - Był zafascynowany tym, jak sprawnie Grace unikała jednoznacznej odpowiedzi, jednocześnie nieświadomie potwierdzając jego podejrzenia.
– Uważa pani pewnie, że jestem natrętem, bo szukam tego mroku – kontynuował, obserwując, czy Grace w ogóle zareaguje, czy też znowu skupi się na swoich obowiązkach. – Ale czy to nie jest tak, że jako lekarz, pani też musi ten mrok oswajać? Przecież nie da się codziennie otwierać ludzkiego wnętrza i nie zostawić w nim kawałka swojej psychiki. - Zrobił krok w tył, dając jej odrobinę przestrzeni, ale nie spuszczając jej ze swoich oczu.
Grace LeBlanc
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Nie wiem dlaczego, może właśnie dlatego. Będę musiała ją o to zapytać, co z wielką chęcią zrobię, ponieważ przyznała mi pana bez żadnej wcześniej konsultacji ze mną. - Kiedy użył jej imienia spojrzała na niego jedynm kątem oka nieco niezadowolona z tego powodu po czym odpowiedziała na jego pytanie.
- Niestety, albo może i stety muszę pana rozczarować, ale nie...Nie jestem pełnoprawnym chirurgiem, do takiego brakuje mi jeszcze dwa lata, obecnie jestem na rezydenturze, jak już wcześniej wspominałam. - Po czym wróciła do ponownego wypełniania kart pacjentów, zastanawiała się w sumie co te pytania mają na celu? Nie są za bardzo związane z pracą lekarza albo z tym jak ona przebiega.
- Cóż, dlaczego niepokojące? Ponieważ chcę pan napisać książkę o mnie? Przynajmniej tak można wywnioskować to z pana słów. Więc musiał się pan mi przyglądać dużo wcześniej żeby wpaść na ten pomysł, a to trochę zahacza już o stalking. - Przez chwilę zastanawiała się nad jego słowami, skrzywiła nieco kącik ust i dodała szybko.
- Dla niektórych może i byłby to komplement, dla mnie jak już mówiłam wydaje się to trochę creepy, ale to tylko i wyłącznie moje zdanie.- Zastanowiła się głębiej nad jego słowami żeby odpowiednio ubrać to co chcę powiedzieć w słowa.
- Jest to swego rodzaju porażką, ponieważ kiedy umiera panu pacjent na stole, którego twoim zadanie było uratowanie go, to jest to twoją porażką. Pomimo to, że nie mamy na wszystko wpływu, ponieważ lekarze również mają swoje ograniczenia, my nie jesteśmy bogami, i to właśnie ma nam za zadanie uświadomić rezydentura, a najgorsze jest to kiedy musisz uświadomić rodzinę, co się właśnie stało. Bo tak, kiedy wychodzisz z bloku przypomina ci się, że ten człowiek, który właśnie umarł, również ma swoją historię, rodzinę, żonę, dzieci. - Na kolejne jego słowa potakiwała lub też kiwała po prostu głową nie mając za wiele do powiedzenia na ten temat.
- Co musimy oswajać, to jedynie świadomość tego, że mam w rękach czyjeś życie, i oczywiście, że tak jest. Dlatego też mamy również wizyty u kolegów psychiatrów czy też psychologów, którzy nawiasem mówiąc też mają swoich psychologów i psychiatrów, to taka napędzając się machina, która jest zależna od siebie nawzajem.
Denver Foster
-
„Najbardziej bolesne nie jest odejście kobiety, lecz cisza, która zostaje w zdaniach.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Proszę bardzo, niech pani pyta – powiedział z lekkim rozbawieniem, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie obawia się żadnych konsekwencji ze strony dyrektorki. – Ale podejrzewam, pani doktor, że pani Cordelia doskonale wie, co robi. Pewnie uznała, że potrzebuje pani kogoś, kto zada te niewygodne pytania, których sami lekarze boją się wypowiedzieć na głos.
Zrobił krótką pauzę, wciąż obserwując, czy Grace w ogóle przerywa swoje zajęcie. Przyglądał się jej z uwagą, zapisując w pamięci ten moment zawahania, zanim poprawiła go w kwestii tytułu. Nie umknęło mu, jak szybko wróciła do kart, szukając w nich ucieczki. Ujął swój notes w jedną rękę, a drugą zaczął lekko stukać palcami o blat, wybijając rytm, który zdawał się drażnić ciszę panującą między nimi.
– Zastanawia się pani pewnie, do czego zmierzam – rzucił nagle. – Nie piszę instrukcji obsługi szpitala, pani doktor. Szukam tego, co dzieje się, kiedy procedura się kończy, a zostaje człowiek. Czy te dwa lata, które pani zostały, przerażają panią, czy może czeka pani na nie z niecierpliwością, żeby w końcu przestać być „tylko” rezydentką?
Denver zaśmiał się krótko, ale tym razem w jego głosie zabrzmiała nuta szczerego rozbawienia. Nie poczuł się urażony oskarżeniem o stalking; przeciwnie, najwyraźniej spodobało mu się, że Grace wreszcie przestała być tak wycofana i zaczęła kontratakować. Wyprostował się, odsuwając na moment od blatu, ale nie spuszczał z niej wzroku, uważnie obserwując każdy jej grymas.
– Stalking to bardzo mocne słowo – odparł, krzyżując ręce na piersi. – Autorzy nie szukają swoich bohaterów w gazetach, szukamy ich w tłumie, w miejscach publicznych takich jak to. Czasami wystarczy jeden sposób, w jaki ktoś poprawia kołnierzyk albo jak zaciska usta, kiedy słyszy coś, co mu się nie podoba, żeby wiedzieć, że to właśnie ta osoba. Nie śledziłem pani w drodze do domu, jeśli o to się pani obawia. Po prostu pani sposób bycia sprawia, że mam ochotę nadać mojej bohaterce niektóre pani cechy. - Przechylił głowę, wyczekując jej reakcji, ciekaw, czy przyzna mu rację, czy spróbuje wymyślić kolejną wymijająca odpowiedź. Nie próbował się tłumaczyć, nie wycofywał się ze swojego stwierdzenia.
Słuchał uważnie, wpatrzony w nią niemal nieruchomo. Przestał już lekko stukać palcami o blat; cała jego uwaga skupiła się na tym, jak kobieta mówiła o śmierci. Nie było w tym już wyuczonej medycznej poprawności, o której myślał wcześniej, a kiedy skończyła, przez chwilę nie odzywał się.
– Czyli jednak – powiedział cicho, niemal do siebie. – To nie jest tylko kwestia techniki, to jest ciężar. - Podniósł na nią wzrok, przyglądając się jej uważnie, jakby szukał śladu zmęczenia pod jej oczami.
– Musi być ciężko nieść to przez całe życie – stwierdził tonem, który tym razem pozbawiony był kpin. – Wszyscy widzą w was bohaterów w fartuchach, a pani mówi mi o byciu człowiekiem, który musi patrzeć w oczy rodzinie kogoś, komu nie udało się pomóc. To... – zawahał się, szukając właściwego słowa, po czym machnął ręką – to brzmi jak coś, co prędzej czy później musi człowieka złamać albo zmienić w kogoś, kto przestaje czuć. Którą drogą pani idzie, złamania czy obojętności? - zapytał ze szczerym zainteresowaniem, bo dotychczas nie wyobrażał sobie lekarza w takim świetle.
Uśmiechnął się pod nosem, słysząc o lekarzach, którzy sami potrzebują pomocy. To było dokładnie to, czego szukał – dowód na to, że nawet ci, którzy naprawiają innych, sami są w pewnym stopniu „zepsuci” lub przynajmniej mocno nadwyrężeni.
- Czyli to taki obieg zamknięty – stwierdził, opierając się o blat. – Wy naprawiacie ludzi, oni naprawiają was, a jeszcze inni naprawiają ich. - Zrobił krótką pauzę, przyglądając się jej przez chwilę zanim podjął dalszy wątek. - Czy w tym systemie jest w ogóle miejsce na to, żeby lekarz po prostu usiadł w kącie i się popłakał, czy też wtedy natychmiast uznaje się go za kogoś, kto potrzebuje „wizyty u kolegów”? - kontynuował swoje pytania, bo chociaż otrzymał już część niektórych odpowiedzi, nadal to nie było do końca to, czego szukał.
Grace LeBlanc