-
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Głowa Inari odchyliła się lekko w bok. Nie gwałtownie, nie dramatycznie — bardziej jak reakcja ciała, które przyjmuje fakt, zanim umysł zdecyduje, co z nim zrobić. Przez ułamek sekundy wszystko się wyostrzyło. Światło odbijające się w złotych łączeniach ścian. Cień rzucony przez ramię Niamh. Zapach wiśni, który nagle stał się cięższy, bardziej lepki.
Ból przyszedł z opóźnieniem. Nie był nawet szczególnie dotkliwy — raczej irytujący. Ciepło rozlewające się po policzku, pulsujące pod skórą jak przypomnienie, że coś właśnie przekroczyło granicę, ale to nie to przykuło jej uwagę. Nie siła, nie gest, tylko fakt, że Niamh Kilroy straciła kontrolę. To nie pasowało. Nie od niej. Nie do tej wersji Niamh, którą Inari zdążyła rozłożyć na czynniki pierwsze — precyzyjnej, chłodnej, zamkniętej w rygorze własnych zasad. Każdy jej ruch był zwykle przemyślany, wyważony, podporządkowany funkcji. To? To był błąd. Pęknięcie w całości.
Nie zdążyła jednak rozwinąć tej myśli. Szarpnięcie za klapy marynarki było ostre, nagłe, nierówne. Palce Niamh zacisnęły się zbyt mocno, zbyt impulsywnie. Ból barku musiał ją przeszyć — Inari widziała to w mikronapięciu mięśni, w tym jednym, ledwie dostrzegalnym zawahaniu. A mimo to nie puściła. Zbliżyła się o wiele za blisko i wtedy...
Pocałunek?
Nieproszony. Nieprzemyślany. Brutalny w swojej szczerości. Nie było w nim miejsca na subtelność ani na grę. Żadnej kalkulacji. Żadnego „co dalej”. Był jak zderzenie — nagłe, twarde, pozbawione struktury — i właśnie dlatego Inari ani nie odpowiedziała, ani nie odsunęła się. Została dokładnie tam, gdzie była.
Ciało Nilsinger pozostawało napięte, ale stabilne. Dłoń z cygaretką uniesiona w tej samej pozycji, jakby czas zapomniał ją przesunąć. Wciągnęła płytko powietrze nosem — automatycznie, rejestrując wszystko: alkohol na ustach Niamh, przyspieszony oddech, drżenie mięśni, które nie miało nic wspólnego z agresją. To nie była próba dominacji, raczej zaprzecenia i to właśnie sprawiło, że Inari nie drgnęła. Z każdą sekundą coraz wyraźniej widziała, co się dzieje nie na powierzchni, lecz pod spodem. Ten pocałunek nie miał jej niczego udowodnić. Miał udowodnić coś Niamh, a to zmieniało wszystko.
Kiedy kontakt się urwał, przyszło odepchnięcie — gwałtowne, niemal paniczne. Inari cofnęła się o pół kroku, ciężar ciała przeniósł się płynnie, bez utraty równowagi. Ruch wyuczony, kontrolowany, zupełnie odwrotny do chaosu, który przed chwilą miała na sobie. Cygaretka przetrwała. Jej końcówka ukruszyła się pod naciskiem palców, rozsypując drobny popiół na ciemny blat. Małe, nieregularne fragmenty — jakby coś się rozpadło nie tam, gdzie powinno.
Cisza, która zapadła, była gęsta. Nie niezręczna, a paradoksalnie przepełniona.
Inari przez chwilę nic nie zrobiła. Stała. Patrzyła. Myślała. A potem — bardzo powoli — przechyliła dłoń i strząsnęła resztki popiołu. Drobinki rozsypały się szerzej, ale ona tylko przesunęła po nich palcami, zbierając je w jedno miejsce. Ruch był spokojny, niemal metodyczny, zbyt spokojny jak na to, co się wydarzyło, bo to nie był odruch sprzątania, tylko porządkowania. Na zewnątrz i w głowie.
Jeszcze raz.
Słowa Niamh. Jej spojrzenie przy czarce. To zawieszenie na ustach. Ten moment, w którym głos jej się załamał, zanim zdążyła to ukryć. I teraz... to. Zbyt spójne, żeby było przypadkiem. Zbyt intensywne, żeby było tylko alkoholem.
Kącik ust Inari drgnął. Coś w niej — ciche, chłodne, analityczne — układało już wnioski. Ale było też coś drugiego. Coś mniej wygodnego. Coś, co nie powinno się wtrącać właśnie teraz. To uczucie… że wygrała. Nie rozmowę. Nie sytuację. Tylko dostęp do czegoś, czego Niamh nie planowała pokazać ani teraz, ani wcześniej, ani na pewno nie późńiej. Podniosła wzrok powoli, bez maskowania. Jej spojrzenie było teraz inne — nie ostrzejsze, nie chłodniejsze. Bardziej świadome. Jakby patrzyła nie na to, co widać, tylko na to, co właśnie zostało odsłonięte.
Oparła się lekko biodrem o blat. Cygaretka nadal między palcami, choć już nierówna, ukruszona.
— Bijesz jak przedszkolak — powiedziała cicho, bez kpiny w głosie. Bez gniewu a jako fakt. Zatrzymała się na moment. Nie spuszczała z niej wzroku. Ten drobny, lisi uśmiech pojawił się dopiero teraz. Powoli. Jak coś, co dojrzewało przez ostatnie kilka sekund. — To na pewno tylko alkohol?
Nie naciskała. Nie musiała. Widziała zbyt dużo, żeby się mylić, a to, co dostrzegła… nie było już jednostronne. I to był moment, w którym coś w niej — coś, co zwykle trzymała pod kluczem — poruszyło się niepokojąco. Bo jeśli to nie był tylko alkohol... to znaczyło, że obie właśnie przekroczyły granicę. I żadna z nich nie zrobiła tego całkiem przypadkiem. Tylko Inari zdała sobie z tego już sprawę, nie nazywając nic po imieniu. Tak na dobrą sprawę — Niamh wcale nie musiała rozumieć, że kobieta przed nią dobrze się bawiła, choć nie cudzym kosztem.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie takiej reakcji oczekiwała. Spodziewała się złości, wybuchu, czegokolwiek, co uświadomiłoby jej samej, że zachowała się nieodpowiednio. I nie, nie chodziło o sam policzek, choć nie była zadowolona, że pozwoliła sobie na impuls, użycie siły. Ten pocałunek, który nic nie znaczył, a zarazem mówił tak wiele. To on był tym, co przerażało Kilroy najbardziej.
Nie znosiła jej od chwili, w której po raz pierwszy miała (nie)przyjemność stanąć z nią twarzą w twarz. Od tego dnia skrupulatnie pielęgnowała w sobie niechęć, szybko przeradzającą się w nienawiść. Odpowiadało jej to. W życiu Niamh nie było miejsca dla Inari Nilsinger. Wiedziała o tym, a mimo to pozwoliła sobie na wykonanie gestu, który miał jeszcze bardziej skomplikować ich relacje. Niestety Inari nie była typem osoby, która odpuściłaby i udała, że do niczego nie doszło. Niamh widziała to w jej spojrzeniu i tym cholernym lisim uśmiechu. Wiedziała też, że kobieta nie pozwoli jej zapomnieć ani o pocałunku, ani o wszystkich momentach, które od dawna zaczynały wymykać się poza granice czystego profesjonalizmu. I chyba właśnie to przerażało ją najbardziej. To, że wciąż czuła smak jej ust.
- Dobrze, że chociaż ty się dobrze bawisz - wychrypiała, a jej głos brzmiał poważniej niż zazwyczaj. Odsunęła się od kanapy i wykonała kilka kroków w tył, jakby obawiając się, że za sprawą kolejnego impulsu ponownie przyciągnie ją do siebie. Oczywiście nic podobnego nie miało mieć miejsca, a poprzedni pocałunek był tylko pijackim błędem, o którym obie powinny zapomnieć. - Wydaje mi się, czy to było podchwytliwe pytanie? - zdecydowała się zagrać w jej własną grę. Gdyby nie bolący bark oraz orteza, która mocno ograniczała jej ruchy, w tym momencie skrzyżowałaby ręce na piersiach, chcąc pokazać Nilsinger, że cała ta sytuacja aż tak bardzo nią nie wstrząsnęła. Nie było tak i gdyby nie fakt, że nie miała dokąd uciec, przez niefortunną pomyłkę podczas rezerwacji, pozostawiłaby kobietę z własnymi myślami. W zaistniałej sytuacji nie miało to najmniejszego sensu i jedyne co mogła uczynić, to pokazać, że nieplanowana bliskość nie była czymś wartym dyskusji. - Gdybym była tobą, potraktowałabym to jako komplement - uniosła podbródek, starając się nadać swojemu spojrzeniu dawną ostrość. Próbowała ponownie przejąć kontrolę, bo nie po to przez te wszystkie lata uparcie wyrabiała w sobie umiejętność oddzielania tego, co ludzkie, od tego, co konieczne, żeby teraz utracić to za sprawą jednego impulsu.
Zdrowym ramieniem podparła się o szklaną ścianę, a jej chłodny wzrok zatrzymał się na twarzy Inari. Była atrakcyjną kobietą, nie dało się tego ukryć. Cholera.
Inari Nilsinger
-
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Jeszcze chwilę temu wszystko było prostsze. Niamh była irytującą perfekcjonistką z manią kontroli, która reagowała spięciem na każdy jej komentarz. To miało sens. Konflikt był prosty. Bezpieczny. Stabilny. Można było się nim bawić lub stosować do reguł Sun Tzu. Teraz stała kilka kroków dalej, oparta o szkło, z lekko rozchylonymi ustami i spojrzeniem, które próbowało odzyskać dawną ostrość, choć wciąż drgało gdzieś pod nim coś znacznie bardziej niebezpiecznego. I cholera jasna — Inari to widziała. Widziała też cofnięcie się o kilka kroków. Słyszała ten ton. Ten sztucznie zebrany profesjonalizm. Tę desperacką próbę zamknięcia wszystkiego z powrotem w eleganckiej, szczelnej szufladzie z podpisem: "błąd pod wpływem alkoholu — za niedogodności przepraszamy."
To był właśnie problem z Niamh Kilroy. Im bardziej próbowała odzyskać kontrolę, tym wyraźniej było widać, że ją straciła.
Inari przesunęła kciukiem po ukruszonym filtrze, strącając powoli resztki tytoniu do popielniczki na czarnym blacie stojącego obok stolika. Spokojnie. Bez pośpiechu. Jakby naprawdę analizowała wyłącznie rozsypane okruszki, a nie kobietę stojącą naprzeciwko... lecz analizowała ją bezlitośnie. Każdy oddech i napięcie szczęki. Każde spojrzenie uciekające i wracające sekundę później, i gdzieś głęboko, pod warstwą sake, ironii oraz zawodowych masek, zaczynało do niej docierać coś jeszcze bardziej absurdalnego. Coś wygrała, lecz to nie negocjacje, projekty ani kolejna utarczka słowna. Wygrała ją. Nie całkowicie. Nie w sposób trwały, za to wystarczająco solidnie, by zobaczyć reakcję, której Niamh nie kontrolowała. Czystą. Instynktowną. Prawdziwą. Zaś Inari od zawsze miała słabość do momentów, w których ludzie przestawali być perfekcyjni.
Powoli uniosła wzrok. Najpierw na jej usta. Potem na oczy. Zatrzymała się tam odrobinę za długo zupełnie świadomie.
— Dobrze, że chociaż ty się dobrze bawisz — przedrzeźniła ją cicho, niemal leniwie, ale bez wcześniejszej złośliwości. Potem zrobiła krok bliżej. Nie na tyle, żeby ponownie naruszyć dystans. Wystarczająco, żeby Niamh musiała świadomie zdecydować, czy chce się odsunąć. — Było podchwytliwe — przyznała w końcu, potakując. — Ale nie sądziłam, że odpowiesz aż tak entuzjastycznie. — Kącik jej ust drgnął wyraźnie, a jednak coś było w tym uśmiechu innego. Mniej triumfalnego, bardziej... zaciekawionego. Inari przyglądała się jej jeszcze chwilę w ciszy, aż w końcu wypuściła powietrze nosem i zgasiła cygaretkę w popielniczce. — I chyba właśnie to jest najbardziej irytujące... — mruknęła bardziej do siebie niż do niej.
Na moment odwróciła wzrok. Krótko. Jakby sama potrzebowała sekundy przerwy od własnych myśli, bo to przecież nie miało sensu. Równanie przedstawiało się dotąd sensownie.
Po tym wszystkim wręcz wypadało, aby stała pozostała stałą, a mimo to nadal tu tkwiła i patrzyła na nią tak, jakby sama nie wiedziała, czy chce ją udusić, czy pocałować jeszcze raz.
Inari wróciła spojrzeniem do jej twarzy.
— Wiesz, Kilroy… — odezwała się ciszej niż wcześniej. — Im bardziej próbujesz udawać, że to nic nie znaczyło… tym jakoś mniej ci wierzę. — Po czym przechyliła lekko głowę i dodała już z tą swoją znajomą, prowokującą lekkością: — A "nie powinnam była tyle pić" brzmi zaskakująco słabo jak na kobietę, która zwykle ma przygotowaną lepszą linię obrony. W dodatku lepszą, niż, jak się okazuje, jej fizyczne argumenty. — Wymownie machnęła dłonią między nimi dwa razy, imitując wymierzonego lewego liścia sprzed chwili. Prychnęła rozbawiona. — Uznam to za brak wprawy w niedominującej ręce.
Niamh R. Kilroy