Nauczony pokory, nigdy nie traktował tego jako fatum.
Chętnie wsuwał w ciało skrzep nowych wspomnień, cierpliwie dążył do spełnienia kluczowych celów, a wraz z kolejnym wdechem ambicji zaciągał z przestrzeni wszystkie emocje, które wzbierające się w nim nieustannie, traktował jak s z a n s ę.
Powietrze dawało mu wiele, niczego mu przy tym nie zabierając.
Jeszcze do niedawna pamiętał również czasy, gdy płuca, napęczniałe od miłosnych westchnięć i romantycznych przeżyć, raz po raz miękko i swobodnie wypełniały szczeble kości. W sprężystości oddechu nie widać było jego kresu, ani daty przydatności. Tunel oddechu nie kończył się tuż za zakrętem. Pod powłoką miękkiej tkanki płuc, wciąż czuć było dynamizm istnienia, i wciąż także czuć było jak rośnie w nim – tj. we wciąż jeszcze młodym człowieku pełnym nadziei na udane życie – tlen. Powietrze krążyło w nim powoli, cyrkulowało w swoim tempie między zdrowymi komorami organów. Powtarzało przy tym bezpiecznie znany ludziom cykl.
Pozwalało mu dobrze żyć.
(powietrze było dla niego czułe, łaskawe)
Praca w policji pod przykrywką, pełna brutalnych prawd o życiu, wydarła z niego resztki energii, a małżeństwo zawarte lata temu rozpadło się, zanim jeszcze zorientował się, co jest przyczyną. I choć zrezygnował z frustrującej go pracy:
– pełnej wysiłku ponad normę
(i nierówno rozłożonych sił między jego przyzwoitością, a zepsuciem otoczenia);
w których jego komfort schodził na najdalszy plan,
(a on sam z dnia na dzień gasł coraz bardziej, mówiąc przy tym coraz mniej i mniej) –
nie jest w stanie załatać tego, co zabrało mu życie pod ciągłą presją.
Strzęp pozostałych w ciele tkanek, zawodzi. Ścianki organu, zwłókniałe i kruche od zawodu, są mu powłoką bardziej chłodną, niż zimnokrwista świadomość krótkiego – i zbyt brutalnego – życia. Są główną udręką i pułapką, z której nie zna wyjścia. Zafiskowany na punkcie tego, czego nie udało mu się osiągnąć,
nie potrafi wyjść do ludzi na tarczy. Zamiast tego czuje, że wykłada ją, tarczę właśnie – złożoną z powściągliwości i dystansu – przed siebie, traktując ją jak bufor. Pomimo mijających lat, nigdy nie pozbył się także uczucia r o z c z a r o w a n i a. (samym sobą?)
Emocje te – schowane głęboko w nim – przypominają mu skrawek połkniętej przez ciało gazy, wchłoniętej w ściankę płuc, nigdy nieodkrztuszonej. Osadzają się w rahitycznym worku narządu, by wydusić z niego upiorny oddech przygnębienia za każdym razem, gdy stara się wyrwać z siebie więcej. Uczucia, życia, czy ruchu.
Powietrze wokół niego gęstnieje bezustannie
(przydusza go do gleby)
A on może tylko patrzeć, jak skulony przez widmo czasu i demonów przeszłości, powoli zobojętnia się na życie; może tylko czerpać z otoczenia strach i miałkość bieżących relacji, którym nie pozwala wyjść na podium na własne życzenie.
...nie przypuszczałby, że w objęciu płuc skłębi się u niego kurz nieżycia i kurz przygnębienia tak silny, że zmiecie z planszy rozsądek decyzji;
...nie sądził, że drażnić go będzie korona cudzych spojrzeń – wetkniętych w jego życie z harpią zachłannością – gdy patrząc na niego (i nie znając go), widzą tylko pieniądze i sukces.
Nigdy wcześniej, jak teraz, nie był też pewien tego, że wewnętrznie niemal u m i e r a.