ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
171 cm
logistics data analyst at Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
I wonder what will happen
to my heart, starving for love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

It takes fire to find weakness

Życie w Toronto powoli zaczynało podobać jej się coraz bardziej. Z początku to ogromne miasto sprawiało, że chowała się we własnej skorupie, przerażona samą myślą o wyrażaniu własnego zdania czy opinii, ale z czasem zaczęło otwierać przed nią zupełnie nowe możliwości. Była na swojej pierwszej randce, skradła pierwszy pocałunek z - jak się okazało - kolegą z pracy, chodziła na spotkania ze swoją nową kumpelą Marą, szajbuską, która nie miała absolutnie żadnego filtra, a przy tym analizowała każdy ruch i zachowanie wszystkich ludzi wokół nich. Do tego mieszkanie ze współlokatorką uświadomiło jej, że chyba naprawdę pora zacząć korzystać z tych ostatnich miesięcy wolności najlepiej, jak tylko się da. Później będzie mogła wrócić do bycia porządną, ułożoną córką... ale do tamtego momentu? Mogła przecież trochę zaszaleć, co nie?
Więc po długim zastanawianiu się... zrobiła to. Jako swoją pierwszą zwariowaną rzecz, którą zainicjowała całkowicie sama od siebie, wybrała... uwaga... wynajęcie sali na miesiąc po godzinach na uczelni. No po prostu życie na krawędzi, co nie? Ale właśnie tak to wyglądało dla Syd. Nawet najmniejsza ludzka interakcja była dla niej niczym jazda rollercoasterem. Niezbyt dobrze wyłapywała social cues, zdarzało jej się zaśmiać z czegoś, co dla drugiej strony miało być poważne, bo była przekonana, że to żart. Innym razem ktoś używał sarkazmu, a ona albo go łapała, albo nie - nigdy nie było wiadomo. I jeszcze to, że mówiła wszystko prosto z mostu, kompletnie nie zastanawiając się, czy coś przypadkiem nie będzie nie na miejscu. Tyle że robiła to w tak przemiły sposób, że naprawdę trudno było się na nią gniewać. No... przez większość czasu.

Pędząc na uczelnię po pracy, zatrzymała się jeszcze w domu, żeby przebrać się w takie ciuchy, których nie będzie jej szkoda ubrudzić farbą, gdyby zaszła taka potrzeba. Bo kiedy wpadała w swój zone, naprawdę nie przejmowała się już niczym dookoła. Gdy w końcu dotarła na miejsce, przywitała się z koordynatorem, który zaprowadził ją do odpowiedniego pomieszczenia. Na szczęście opłaciła już z góry fee, dzięki czemu mogła korzystać z przyborów artystycznych tamtejszych studentów sztuk pięknych, więc tylko uśmiechnęła się do mężczyzny, podziękowała mu i od razu zabrała się do roboty. Podeszła do wieży stereo stojącej pod ścianą, podłączyła do niej telefon, a chwilę później muzyka wypełniła całą salę.

''all we ever had on paper was a wild imagination''

Zaczęła mieszać farby na palecie, tańcząc lekko w miejscu przed przeogromnym płótnem. Łączyła kolory, a chwilę później zanurzyła pędzel w barwnej cieczy i płynnym ruchem przeniosła go na płótno, zupełnie pochłonięta muzyką i malowaniem. Cicho nuciła pod nosem tekst piosenki, będąc w końcu naprawdę szczęśliwa. Wolna. Na obrazie zaczęły pojawiać się kontury dwóch postaci. Z początku nie miała żadnej konkretnej wizji, ale z każdym kolejnym ruchem pędzla dochodziła do wniosku, że musi to być coś w rodzaju spotkania dwojga nieznajomych. Jeszcze nie wiedziała, czy to spotkanie będzie czymś dobrym, czy wręcz przeciwnie, ale tylko wzruszyła ramionami, lekko marszcząc nos, po czym wróciła do swoich kocich, tanecznych ruchów. Wytarła pędzel o spodnie, po chwili wsunęła jego końcówkę do ust i w zamyśleniu wpatrywała się w obraz. A potem tak po prostu stwierdziła, że zrobi obrót. I właśnie wtedy zamarła, z oczami rozszerzonymi ze zdumienia, bo w przejściu ktoś stał. I to nie byle kto, ale naprawdę atrakcyjny mężczyzna. - Umm... - Wydusiła z siebie tylko tyle, pędzelek upadł na ziemię... po czym szybko pobiegła do telefonu i zatrzymała piosenkę. Spojrzała na niego z rumieńcem rozlewającym się po twarzy. - Syd Ashford. Zarezerwowałam tę salę do dwudziestej pierwszej, więc... czy mogę panu... ci... w czymś pomóc? - Ugh... muszę się ogarnąć. Dlaczego w takich sytuacjach zawsze przedstawiam się pełnym imieniem?! Wyrzuciła to do siebie w myślach i wymusiła lekki uśmiech, czekając na jego odpowiedź.

old horizons fall to pieces...

pan? on? nieznajomy??
21 y/o
For good luck!
185 cm
student, sprzedawca uniwersytet toronto, cukiernia
Awatar użytkownika
W deszczu zawsze jest coś, co przypomina nam o tym, jak kruche jest życie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

01.

All we ever had to wager was my wild human nature...


Wciąż nie potrafił przywyknąć do Toronto. Tęsknił za gorącym powietrzem Luizjany, za wschodami słońca nad rzeką Missisipi i klimatem Orleanu. Mieszkał tam tylko trzy lata, choć jemu wydawało się, że spędził tam pół życia. Niecały miesiąc temu przemieszczał się wąskimi uliczkami wykładanymi jasną kostką, wzdłuż których rozciągało się pasmo budynków mieszkalnych wybudowanych w stylu hiszpańskim, francuskim i kreolskim. Lubił patrzeć na te kolorowe budynki, które przypominały mu, że nawet jeśli jego życie traciło kolory, to na świecie wciąż istniało ich wiele, a ludzie potrafili być szczęśliwi. Rain rozumiał, że czas, nawet jeśli zatrzymywał się dla niego i tracił na wartości, dla innych wciąż był wyznacznikiem radosnych chwil. Nie był stworzony do odbierania światu jego kolorów. I nie życzył sobie, by ktokolwiek próbował je dla niego odzyskać. Pierwszego dnia pobytu w Toronto, przyłapał się na nerwowości. Czuł spięcie wszystkich mięśni i nie potrafił opanować myśli splatających się w czarne supły. Ciężko znosił pożegnania i przeprowadzki. Poprzednie miejsce zamieszkania udało mu się poznać niemal na wylot. Wiedział, którymi trasami chodzić, by było względnie bezpiecznie, gdzie warto się zatrzymać, żeby zjeść coś dobrego. Toronto nie przypominało Nowego Orleanu. Klimat był zupełnie inny, bardziej chłodny, choć niektórzy zarzekali się, że te temperatury sprzyjały dobremu samopoczuciu. Powietrze pachniało wilgocią i mrozem — mimo rozpoczynającej się wiosny, tutaj wciąż wyczuwał obecność zimy. Zawisła nad miastem jak mroźny obłok i nie chciała ustąpić miejsca przyjaznemu zefirkowi. Pierwszy dzień był najtrudniejszy. Drugi minął szybciej. Trzeciego poszedł na pierwszy wykład. Czas zaczął płynąć jakby szybciej, uniemożliwiając mu nadmierne zamartwianie się i przeżywanie wewnętrznego kryzysu. Pocieszała go myśl, że nie był sam. Przeniósł się tutaj wraz z najbliższą rodziną — ta świadomość podnosiła go na duchu i wzmacniała poczucie bezpieczeństwa.

Powoli przyzwyczajał się do nowego miejsca, choć z cichą tęsknotą, która nie dawała o sobie zapomnieć, wciąż wracał myślami do swojej przyjaciółki. Coraz częściej zastanawiał się, czy powinien się do niej odezwać. A może rozsądniej byłoby zepchnąć to uczucie na samo dno serca, by nie rozdzierać w sobie na nowo tej straty? Pożegnania i upadki były sobie pokrewne; jedno i drugie bolało tak samo mocno. Pożegnanie łamało ducha, upadek kości. Obydwa nieprzyjemne i tak samo przytłaczające.

W uszach chłopaka rozbrzmiewały głośne, ostre dźwięki gitar i perkusji. Wokalista śpiewał o nienawiści zżerającej go od środka i stracie, którą porównywał do spadających jesienią liści. Szedł przez siebie z plecakiem przerzuconym przez jedno ramię. Przemierzając korytarze uniwersytetu, odnosił wrażenie, że wrócił do czasów licealnych. Zgadzałoby się, gdyby nie fakt, że zamiast szkolnego mundurka, miał na sobie czerwoną bluzę z głębokimi kieszeniami i kapturem, który na spokojnie mógłby przysłonić całą jego twarz, gdyby Rain zechciał odciąć się od świata. Korytarz pachniał drewnem, mieszaniną przeróżnych perfum i środkami do czyszczenia podłóg. Za oknem rozciągał się widok na dziedziniec obsadzony drzewkami, które dopiero obrastały liśćmi. Wewnątrz cały ten uniwersytet prezentował się dobrze, lecz Raina urzekł budynek z zewnątrz i przynależące do niego tereny zielone. Wyglądając przez jedno z okien, miał wrażenie, że patrzy na scenę wyjętą wprost z książki i osadzoną w rzeczywistości. Podobał mu się ten widok. Wciąż miał trochę czasu do powrotnego autobusu — nie udało mu się dorobić samochodu. Trochę liczył na to, że dzięki zastrzykowi gotówki, uda mu się w końcu odłożyć trochę pieniędzy. Miał plany. Poza planami potrzebował motywacji, bo chęci, które miał, szybko go opuszczały.

Teraz szedł do swojej ulubionej sali, w której z reguły czekał na autobus.
Znajdywała się na uboczu i z reguły była otwarta. Podejrzewał, że nie tylko on lubił się w niej zaszywać, choć jak dotąd nikogo wcześniej tam nie spotkał. Zamknięty w swoim świecie, ze słuchawkami w uszach i odcięty od dźwięków dobiegających z zewnątrz głośnym muzycznym basem. Otwierając drzwi, nie słyszał dźwięków płynących z wieży. Dopiero po przesunięciu wzrokiem po sylwetce kobiety, która siedziała odwrócona do niego plecami przed sztalugą, dotarło do niego, że tym razem nie był sam. Przyglądał się przez chwilę, oparty bokiem o framugę drzwi, jej tanecznym ruchom. Wyciągnął jedną słuchawkę i zatrzymał muzykę, chcąc usłyszeć piosenkę, do której tańczyła, trzymając między palcami pędzel malarski. Kąciki ust chłopaka uniosły się w delikatnym uśmiechu. Uznał, że to dość urocze. Zsunął plecak z ramienia, przesuwając go nogą po podłodze i zostawił pod ścianą. Gdy się odwróciła, podłapał jej spojrzenie — była zmieszana i zaskoczona. Wątpił, by zamarła z wrażenia na jego widok. Pędzel upadł z niegłośnym trzaskiem na podłogę. Urocza. Cholernie urocza. — pomyślał, przyglądając się jej w bezruchu. Dostrzegł te lekko zaróżowione policzki i był pewien, że poczuł się podobnie, jak ona. Poczuł to lekkie ciepło, zmieszanie, jakby właśnie sobie uświadomił, że nie powinien się tak bezczelnie w nią wpatrywać. I nieważne, że była najsłodszą istotą, jaką przyszło mu zobaczyć. Zmieszany odwrócił wzrok, wbijając go w sufit.
— Mi? Nie. Ja tylko... Po prostu nie wiedziałem, że ktoś tu jest. Często czekam tutaj po zajęciach i na ogół jestem... — urwał, przeczesując włosy w geście, który zdradzał więcej zmieszania, niż chciałby przyznać. Spojrzał na nią kątem oka, z tym nieśmiałym błyskiem, który łatwo było przeoczyć, ale jeśli już się go dostrzegło, trudno było go nie uznać za uroczy. — Sam. Poza tym mów mi Rain. Mogę po prostu usiąść z boku? Nawet nie będę cię zagadywał... — miał wprawę w milczeniu, przynajmniej większą niż w mówieniu. Ruchem podbródka wskazał miejsce pod ścianą, które planował zająć. Znajdywało się tuż obok plecaka. Poza oddychaniem nie miałby jak zwracać na siebie uwagi — i nie sądził, by w ten sposób miał jej przeszkadzać.

little hurricane
Donmachler
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
26 y/o
For good luck!
171 cm
logistics data analyst at Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
I wonder what will happen
to my heart, starving for love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stała przed nim, przyglądając mu się uważnie. Był o wiele wyższy od niej, a te niebieskie oczy… mogłaby przysiąc, że potrafiły prześwietlić jej całe ciało, z duszą włącznie. Słuchała go, starając się wyłapać najważniejsze informacje. Rain... Miał na imię Rain. Deszcz. Oryginalnie. - Rain. I like it. - uśmiechnęła się lekko. - Czy to znaczy, że lubisz deszcz, czy raczej go unikasz? - wyrzuciła z siebie na głos, choć mogłaby przysiąc, że powiedziała to tylko w myślach. Rozszerzyła oczy w akcie szoku i od razu machnęła ręką. - To znaczy, nie musisz odpowiadać! - dodała szybko, po czym odwróciła się na pięcie, żeby uniknąć dalszego upokorzenia własną osobą. - Tak, siadaj… nie ma sprawy! - Podeszła do sztalugi, wyciągając z pojemniczka nowy pędzelek, i stanęła tam jeszcze przez chwilę, przyglądając się obrazowi. Czuła dziwną presję. Może tremę? Jakby nagle fakt, że ktoś miał się przyglądać temu, co robiła, odebrał jej całą naturalność. Zazwyczaj malowanie było dla niej formą azylu. Izolowaniem się od tego, co działo się w domu. Od ojca fanatyka, który narzucał jej styl życia, który sam sobie wybrał, jednocześnie odbierając jej możliwość wyboru i decydowania za siebie. Sam fakt, że mogła teraz żyć w Toronto, sięgać po życie, po chwile, po własne doświadczenia, był dla niej czymś, za co była przeokropnie wdzięczna swojej matce. Za to, że w ogóle zdołała go namówić. Świadomość jednak, że de facto za jakieś osiem miesięcy będzie skazana na ślub z kimś zupełnie obcym, wcale jej nie pocieszała. Ale była tu i teraz. Na uczelni. Przed płótnem. Malując obraz, który na dobrą sprawę przypominał w pewnym sensie ich spotkanie z Rainem. Jakby ściągnęła go myślami, zanim jeszcze zdążyła nałożyć pierwszą warstwę farby na płótno. Zabawne.

Usłyszała jego kroki i odsuwające się krzesło, ale nawet nie śmiała spojrzeć w jego kierunku. No i co ty odwalasz, Syd? Zamiast zagadać, poznać nową osobę, to zachowujesz się jak tchórz! Beształa samą siebie w myślach, choć zaraz stwierdziła, że może on sam wcale nie miał ochoty na rozmowę. W końcu przychodził tutaj tylko po to, żeby poczekać na coś. Pewnie w ciszy też. I sam powiedział, że nie będzie jej zagadywał. Więc nie chciał rozmawiać. Tak, właśnie o to chodziło. Miało to sens. Tak... Odwróciła się do niego plecami i ruszyła w stronę wieży, żeby wybrać kolejną piosenkę. Może muzyka odciągnęłaby ją od świadomości, że faktycznie miała widownię. Włączyła następny utwór, a gdy melodia znów zaczęła wypełniać ściany pracowni, cicho zanuciła pod nosem, - And you’re too coool… - Odwróciła się z powrotem do płótna, zerkając na niego kątem oka, po czym zanurzyła pędzelek w farbie i chwilę później przeniosła kolor na płótno. Poruszyła biodrami, kołysząc się lekko do muzyki, ale ciągle… ciągle miała wrażenie, że nie korzysta z życia i tej ulotnej szansy tak, jak powinna. Przygryzając dolną wargę, odłożyła paletkę, przy okazji przypadkiem mażąc sobie palce farbą, po czym podeszła do niego. Wyciągnęła dłoń, chwyciła go za przedramię, zacisnęła na nim palce i rzuciła, - Chodź, pomożesz mi to dokończyć. - Pociągnęła go za sobą, wyrywając z miejsca, nawet przez sekundę nie zastanawiając się nad tym, czy miał na to ochotę. Miała problem z wychwytywaniem social cues, co zwykle doprowadzało do niezręcznych sytuacji, ale docierało do niej dopiero po spotkaniach. Cudownie. Klasyczna Syd. Puściła jego ramię, odwróciła się i chwyciła dwa pędzle, po czym jeden podała jemu. W drugiej dłoni trzymała paletkę, a kiedy zerknęła na jego przedramię, zorientowała się, że dosłownie zostawiła na nim ślad farby. - O nie, przepraszam! - jęknęła od razu. - Ja to zaraz wytrę. Albo możesz mi oddać, nie będę zła! - Przysunęła się do niego bliżej, po czym odchyliła głowę i obróciła policzek w prawą stronę. - Tutaj, o. Też mogę robić za canvas - parsknęła pod nosem, tańcząc lekko w miejscu, kompletnie nieświadoma, że ta jej nagła bezpośredniość mogła właśnie zmieszać go bardziej, niż jakakolwiek plama farby na rękawie.

𝐫𝐚𝐢𝐧
21 y/o
For good luck!
185 cm
student, sprzedawca uniwersytet toronto, cukiernia
Awatar użytkownika
W deszczu zawsze jest coś, co przypomina nam o tym, jak kruche jest życie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Powtarzano mu kiedyś, że swoim spojrzeniem prześwietlał duszę — uznawał to za żart. Nie miał rentgena w oczach, lecz intensywny błękit jego oczu, podkreślany przez światło, faktycznie mógł być odbierany w ten sposób. Załamanie światła sprawiało, że jego oczy błyszczały mocniej niż zazwyczaj, a kolor wydawał się jakby głębszy. Chyba rozumiał, skąd brało się to zmieszanie u drugiej osoby, gdy zbyt długo podtrzymywał kontakt wzrokowy. Zazwyczaj tego nie robił z dość wiadomych przyczyn — nie należał do zbyt pewnych siebie, raczej nieśmiałych. O czym przekonała się również Syd, gdy uciekł wzrokiem od jej twarzy i chwilę później zerknął na nią z ukosa. Prawdopodobnie nie zrobiłby tego, gdyby nie planował odpowiedzieć, czy zagadać. Słysząc pytanie o deszcz, mimowolnie się uśmiechnął. Zrobił to dość delikatnie, bez eksponowania zębów — ot, kąciki jego ust delikatnie drgnęły. Nic ponad nic poniżej. Nie był ani poważny, ani rozbawiony. Zachowywał się normalnie, bez zbędnej ekspresji.
— Lubię deszcz. Jak tak sobie pomyślę.... To moja ulubiona pogoda — przyznał, osuwając się po ścianie i zajął miejsce tuż obok swojego plecaka. Zamierzał zająć się sobą. Obydwoje nie spodziewali się gości i nie chciał wprawiać Syd w poczucie dyskomfortu.
Wyciągnął z plecaka jedną z książek, którą zaczął czytać na nudnym wykładzie — wykładowca prowadzący zajęcia z filozofii był człowiekiem starej daty. Mężczyzna mówił monotonnym tonem, prostolinijnym i niemal usypiającym. W sali już i tak było duszno, a żółtawe światło męczyło wzrok. Studenci siedzieli cicho, lecz trudno było określić, czy ich ciszę spowodowało to, że byli zaintrygowani tematem, czy raczej ogólna senna, która ich dopadała. Rain naprawdę próbował skupić się na słowach mężczyzny. Starał się notować najważniejsze rzeczy, ale fakty były takie, że nieważne jak się starał, ostatecznie i tak kończył na czytaniu ciekawszej lektury. Książka nosiła tytuł kataklizm dusz, autorstwa Davida Baldacci i początkowo kupił ją ze względu na ładną okładkę. Fabularnie okazała się dużo ciekawsza, niż z początku myślał, że będzie. Próbował skupić się na czytaniu, ale obecność Syd i obraz, który malowała, odciągał jego uwagę od treści książki. Musiał czytać jedną linijkę po kilka razy, żeby zrozumieć przesłanie. Ostatecznie po prostu westchnął, odkładając ją ponownie do plecaka.
Skupił spojrzenie na obrazie malowanym przez Syd — na delikatnych, spokojnych ruchach jej ręki i pędzlu zostawiającym ślady na płótnie. Odczuwał dziwny spokój, gdy siedzieli tak w ciszy, a on mógł skupić się na tym, co przedstawiał obraz, albo raczej temu, jakich kształtów nabierał. Pochylając się nieco, zmrużył oczy i wytężył wzrok, próbując dostrzec coś ponadto, co dopiero się wyłaniało. Wydawało mu się, że widział dwie osoby. Nie potrafił określić jeszcze scenerii, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Podobały mu się linie, krzywizna kształtów odbijających się na płótnie i technika malarska Syd. Nie znał się na malarstwie, ale szkicował. Czytał też trochę o różnych technikach malarskich, bo przez chwilę złapał zajawkę, ale to szkicownik bardziej go przekonywał. Przyznać musiał, że Syd miała t a l e n t. Mogli trwać w tej ciszy przerywanej dźwiękiem piosenki, którą włączyła. Wewnątrz unosił się zapach farb; nieco ostry, nieco chemiczny, ale na swój sposób zaskakująco przyjemny. Dziwnie czuł się z faktem, że choć obserwował jej plecy, to dochodził do wniosku, że wyglądała dobrze, niemal mistycznie na tle okna. Światło przebijające się przez szyby, podświetlały ciemne włosy połyskujące kasztanowym odcieniem. Promienie odbijały się również od drewnianej podłogi. Widok ten zapierał dech w piersiach i szczerze, gdy tak na nią patrzył, zaczynał rozumieć, że anioły nie były tylko mitem.

Istniały naprawdę, chodziły między ludźmi, ale nie każdemu było dane je spotkać.

Jemu ten anioł objawił się pod postacią ciemnowłosej utalentowanej dziewczyny...

o uroczych piegach

i rozkosznej nieśmiałości.


Podłapał jej spojrzenie, gdy zerknęła w jego stronę i uniósł kciuk do góry. Dobra robota, Syd, zdawał się mówić jego gest.
Można by rzec, że wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany — jego zdziwienie, gdy odłożyła pędzel i wstała, by do niego podejść, było... Bardzo szczere. Spojrzał na nią z pewnym niedowierzaniem, gdy zacisnęła drobną dłoń na jego przedramieniu, brudząc farbą miękką bluzę. Nawet nie próbował oponować. Zaakceptował sytuację taką, jaką była i czując szarpnięcie, po prostu podniósł się z miejsca. Z początku nie dostrzegł nawet śladu na bluzie. — Mam ci pomóc? Nie jestem wybitny, wierz mi. Zniszczę ci obraz — zaśmiał się cicho, kręcąc głową ze szczerym rozbawieniem. Preferował samotny tryb życia, ale nie miał w ostatnim czasie problemów z nawiązywaniem relacji. Przychodziło mu to łatwiej niż kilka miesięcy temu. Może ze względu na terapię, która p o m a g a ł a mu odnaleźć się w tym świecie. Podszedł do sztalugi, zwiedziony urokiem propozycją dziewczyny. Przejął od niej pędzel, zatrzymując się przed płótnem. Z tej perspektywy obraz wyglądał dużo lepiej. Był bardziej szczegółowy.

Zwrócił uwagę na plamę, dopiero gdy Syd zaczęła p a n i k o w a ć — Rain po prostu chwycił między dwa palce materiał bluzy i przesunął go w swoją stronę, by lepiej widzieć zabrudzenie. Po jego minie nietrudno było wywnioskować, że kompletnie nic sobie z tego zabrudzenia nie robił. Zachował obojętny wyraz twarzy i podwinął rękawy, machając na to ostatecznie dłonią. Dużo większe wrażenie zrobiła na nim bliskość dziewczyny. Odsunął się nieco, dbając o swoją — jak i o jej — przestrzeń. — Daj spokój, Syd — powiedział łagodnie. — To tylko zabrudzenie, ale jeśli chcesz... — zerknął w stronę farb, przejmując od niej pędzej. Cień nieco łobuzerskiego uśmiechu przemknął przez jego twarz, gdy po zmoczeniu pędzla w czerwonej farbie, dotknął nim policzka Syd. Podtrzymał nieco podbródek dziewczyny, tworząc swoje arcydzieło na jej skórze. Odsunął się od niej po kilku chwilach, zostawiając po sobie ślad w postaci namalowanego, słodkiego japońskiego kotka.
— Ciekawe czy namalowane maneki-neko też przynoszą szczęście — zażartował, odsuwając się od ciemnowłosej. Nie zasiadł przed płótnem. Stanął obok krzesełka. W końcu nie chciał zabierać Syd miejsca pracy.
— I co ja mam namalować? — jęknął przeciągle, przeczesując palcami włosy.

Angel from an art studio
Donmachler
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
26 y/o
For good luck!
171 cm
logistics data analyst at Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
I wonder what will happen
to my heart, starving for love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mogła przestać się uśmiechać, nawet jeżeli wymienili ze sobą tylko kilka słów. Może takich, które dla innej osoby nie znaczyłyby nic nadzwyczajnego, jednak dla Syd znaczyły naprawdę wiele. Sam fakt, że lubił deszcz… że nie rzucił banalnej odpowiedzi o słońcu, gorącej pogodzie i bezchmurnym niebie, tylko pochwalił stan atmosferyczny, którym większość ludzi raczej gardziła… sprawił, że coś ciepłego poruszyło się w jej klatce piersiowej. Nosił to imię. r a i n. A do tego, przynajmniej taką pierwszą myśl miała w głowie, może odnajdywał w deszczu to samo co ona? Pewien spokój, piękno... Coś, co nie musiało być jasne, ciepłe i oczywiste, żeby mogło być czymś dobrym. - Musimy kiedyś zatańczyć w deszczu. - Chciała to powiedzieć. Tak bardzo, że aż musiała przygryźć wnętrze policzka, żeby przypadkiem nie wyrzucić tego na głos. Nie mogła być przecież zbyt bezpośrednia, prawda? Mógłby uznać ją za jakieś totalne weirdo, więc tylko posłała mu uśmiech, zanim wróciła do malowania i skupiła się na płótnie. Albo przynajmniej próbowała. Bo on siedział tam, czytał swoją książkę i wypełniał całe pomieszczenie swoimi perfumami. Co wcale, a wcale jej nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Tylko odrobinkę rozpraszało.

Momentami zerkała na niego przez dłuższą chwilę, jednak kiedy zauważała - może nawet nieświadomie - że jego spojrzenie tkwiło na niej troszkę dłużej niż spojrzenia innych osób, zaczynała czuć, jak policzki spowija jej różowiutka warstwa zawstydzenia. - Sztuka to improwizacja, Rain. Trust me - rzuciła, tłumiąc w sobie tę nagłą nieśmiałość. Po prostu coś jej mówiło, że musiała z nim rozmawiać. Musiała mieć z nim jakąś interakcję. Coś, cokolwiek, co sprawi, że zapamięta ją na dłużej. Dotychczas tego typu spotkania widziała tylko na dużym ekranie albo czytała o nich w książkach. To było coś w rodzaju spotkania drugiej osoby, z którą automatycznie czuło się więź, której nie dało się wyjaśnić w żaden logiczny sposób. Można by to porównać do długiego biegu za autobusem w nadziei, że zdąży się do niego wsiąść. Biegnąc, człowiek tak naprawdę nie ma świadomości, czy kierowca się zatrzyma, żeby pozwolić mu wejść i odjechać w jakieś zupełnie inne miejsce, czy drzwi zatrzasną się tuż przed jego nosem, a autobus ruszy dalej, zostawiając go samego na pastwę losu. Tak właśnie czuła się przy nim. Mogło coś rozwinąć się z tej znajomości. Albo mogli już nigdy więcej się nie spotkać. It was that easy, right? Podając mu pędzel, uśmiechnęła się, kiedy go chwycił i zatrzymał przed płótnem. Jednak w tym samym momencie zauważyła również, że ubrudziła mu bluzę. O zgrozo. No i nici z przejażdżki autobusem. NIE W TYM SENSIE, rzecz jasna.

Zamarła w środku, czując, jak coś zaciska się wokół jej płuc. Myślała, że zaraz się tam zapowietrzy ze wstydu. Była niemal pewna, że będzie na nią zły, podniesie głos albo przynajmniej przewróci oczami. A on… tylko machnął ręką? Wyprostowała się, mrugając kilkakrotnie. - Czekaj, serio? - zapytała z niedowierzaniem, a po chwili uśmiechnęła się szerzej. Chciała mu się jakoś odwdzięczyć, naprawdę, ale kiedy zobaczyła, że faktycznie zamoczył pędzel w farbie, przymknęła oczy, zachichrała cicho pod nosem. Chwilę później mokra ciecz dotknęła jej policzka, a przez jej ciało rozeszło się ciepło, gdy chwycił ją za podbródek. To nie było w jej stylu. Nigdy nie zachowywała się w ten sposób. Nigdy tak doszczętnie nie rujnowała czyjejś strefy osobistej... A jednak przychodziło jej to naturalnie. Bez żadnych dodatkowych myśli. Bez planowania czegokolwiek naprzód. O tym właśnie mówiła jej nowa przyjaciółka Mara. Że powinna po prostu iść w to. W cokolwiek. Żeby pożyć troszkę. I to właśnie miała zrobić. Choćby do końca roku chciała zaznać czegoś szalonego, zwariowanego, czegoś totalnie oderwanego od tej wersji siebie, którą znała do tej pory. Nawet jeśli miałaby zrobić to zupełnie sama. Albo, może… podzielić to z kimś. Chciała żyć.

Podeszła do telefonu i otworzyła przednią kamerę, przechylając policzek tak, żeby zobaczyć tego kjut kotka, którego jej namalował. Od razu wydusiła z siebie przeciągłe. - Awww, jest przesłodki… - Spojrzała na Raina i dodała, - Z pewnością przyniesie! Jak ja mam teraz to dzisiaj zmyć? Będę tak wracała do domu komunikacją miejską, żeby wszyscy mogli podziwiać! - Parsknęła śmiechem, a chwilę później, kiedy zobaczyła, że odsunął się, żeby dać jej przestrzeń, odłożyła telefon z powrotem na blat i podeszła do sztalugi. Stanęła za nią i ustawiła ją tak, żeby mogli stać obok siebie i malować. - Okej, jesteś gotowy, tak? - uśmiechnęła się. Stanęła obok niego, położyła swoją dłoń na jego dłoni i przysunęła pędzel do płótna, delikatnie prowadząc go wzdłuż linii cieni postaci, które wcześniej namalowała. - Widzisz, jak robimy to teraz z delikatnością, linie są cieńsze… - uśmiechnęła się, zerkając na niego. Następnie zsunęła jego dłoń niżej, żeby jeszcze raz zamoczyć pędzel w farbie, zanim uniosła go z powrotem i ścisnęła mocniej jego palce przy krawędzi obrazu. - A jak przyciśniemy, to linie będą grubsze… - Uniosła wzrok, żeby na niego spojrzeć. Na te niebiańskie tęczówki. Na pieprzyki rozlane na jego policzku niczym drobne krople farby. Na włosy, które naprawdę przypominały jej coś anielskiego. Te kręciołki były przeurocze. Przełknęła ślinę, znowu zerkając na obraz, po czym puściła jego dłoń i stanęła obok niego. Wciąż blisko. Zbyt blisko, może, ale nie na tyle, żeby chciała się odsunąć. Chwyciła gruby, szeroki pędzel i zamoczyła go w innej farbie. - Ale równie dobrze możesz zrobić też to… Uważaj! - Odsunęła się od niego i, wybuchając śmiechem, zamachnęła się mocno, żeby farba, która jeszcze przed chwilą tkwiła na pędzlu, rozprysnęła się kropelkami i plamami po obrazie. - I to nazywa się tak zwany abstrakt - oznajmiła, spoglądając na niego z dumą. Tak naprawdę nie chciała, żeby przejmował się tym, że zepsuje jej obraz. To było po prostu hobby. Wizja, którą chciała przelać na płótno w ramach relaksu. Nie chodziło tu o żadne wielkie dzieło sztuki, nie o perfekcję, nie o każdy cień ustawiony dokładnie tam, gdzie powinien być. Chodziło o zabawę. O to ciepłe, dziwne uczucie, które pojawiało się w klatce piersiowej, kiedy człowiek przestawał na chwilę myśleć o tym, czy robi coś dobrze, a zaczynał po prostu robić. I chciała, żeby Rain też tego doświadczył.

pretty art boy
21 y/o
For good luck!
185 cm
student, sprzedawca uniwersytet toronto, cukiernia
Awatar użytkownika
W deszczu zawsze jest coś, co przypomina nam o tym, jak kruche jest życie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Jedyny taniec, w deszczu, którego doświadczył, był dramatycznym tangiem rozgrywanym między słonymi łzami a kroplami deszczu spadającymi z nieba na śnieżnobiałą trumnę jego matki, gdy składano jej ciało do grobu. Czytywał też o tym w książkach, ale to był inny rodzaj doświadczenia — czytając, po prostu przenosił się do przedstawionego tam świata, łzy, żal i przemoczone ubrania odczuwał w sposób fizyczny. Te pierwsze spływały po policzkach i ustach, a ich słony posmak utrzymywał się jeszcze po pogrzebie. Ubrania, wilgotne i zimne, lepiły się do ciała, wywołując nieprzyjemny dreszcz. Deszcz przypominał mu o tragicznych momentach życia, ale było w nim coś kojącego i oczyszczającego. Czuł się szczęśliwy, gdy wychodził na zewnątrz w trakcie ulewy — w deszczu zawsze jest coś, co przypomina o kruchości życia. Może to dźwięk kropel rozbijających się o parapet, tak podobny do chwil, które istnieją tylko przez moment. A może to uczucie chłodu, które przenika przez ubranie mimo prób ukrycia się przed nim, jak świadomość, że nie nad wszystkim da się zapanować. Deszcz obnaża delikatność świata, rozmywa światła, ucisza ulice i zostawia człowieka sam na sam z myślą, że wszystko, nawet najpiękniejsze, potrafi przeminąć równie cicho, jak zaczęła się ulewa. Odnajdywał się w klimacie niepoprawnego romantyzmu, budując swój światopogląd na skrajnym werteryzmie, niemalże wyznając kult cierpienia — zwłaszcza wewnętrznego. Dostrzegałby w tym znikome piękno i choć wiedział, że światem rządziły różne filozofie, które mógłby poznać, tak nie miał ku temu okazji. Syd wydawała mu się nowością w tym świecie. Może trochę przypominała mu przyjaciółkę sprzed kilku lat. Tylko trochę, bo łączyło je — jak przypuszczał — pozytywne spojrzenie na świat. Dzieliła nieśmiałość. Syd miała w sobie dużo więcej uroku, co uważał po prostu za rozkoszne. Nic dziwnego, że przypominała mu anioła z błyszczącymi skrzydłami zesłanego na ten świat bólu i cierpienia, by przynosić radość nieszczęśnikom takim jak on..

Zgodziłby się na ten jeden taniec, chociażby tylko po to, żeby poczuć, czym naprawdę jest szczęście.

Syd była ciemnowłosą, śliczną dziewczyną o drobnej posturze, lecz Rain — siedząc pod ścianą, w teorii nieobecny — odnosił wrażenie, że wypełniała sobą całą przestrzeń. Przez zapach chemicznych farb, drewna i płótna, docierał do jego nozdrzy zapach słodkich perfum, może szamponu do włosów. Sztuka to improwizacja, lecz sztuką było również to nienazwane szaleństwo. Nie wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, choć słyszał o magicznym połączeniu z kimś zupełnie nieznajomym. Interesował się światem duchowym i chłonął wiedzę na ten temat. Kiedyś trafił na artykuł o wędrówce dusz, o tym, że każda dusza jest przeznaczona drugiej. Taka wędrówka mogła trwać latami, czasem nawet wiekami, ale w pewnym momencie zawsze na siebie natrafiały. Ciepło, które odczuwał, zerkając nieśmiało w stronę Syd było czymś, czego nie potrafił przypisać żadnej definicji. Rain był osobą zdystansowaną, kimś o kim mówiono wielokrotnie, lecz nikomu nie było spieszno, by poznać go bliżej i lepiej. Ot, prosty chłopak z biednej, rozbitej rodziny, którego ojciec siedział w więzieniu za rzekome morderstwo żony. Nie był przyzwyczajony do interakcji społecznych w zbyt dużej ilości, więc sam fakt, że rozmawiał z Syd tak... Łatwo, choć była mu zupełnie obcą osobą, napawał go niemałym zdumieniem. Wyczuwał w niej dobrą, niewinną duszę, o ile czyjąś duszę dało się wyczuć. Niektórzy roztaczali wokół siebie przyjemną, przyciągającą aurę i w ten sposób tłumaczył swoją fascynację kobietą, którą widział pierwszy raz na oczy i to przez niedługą chwilę. Gdyby znał ją dłużej, lepiej... Rzekłby, iż rzuciła na niego czar, spod którego mocy nie potrafił się uwolnić i chyba nawet nie chciałby się uwolnić, bo było mu naprawdę d o b r z e ze świadomością, że może w końcu... Uda mu się znaleźć bratnią duszę.
Nie myśl w ten sposób... Nie znasz jej. skarcił się prędko w myślach, próbując odzyskać rezon. Nadzieja była matką głupich, Rain. Przecież zawsze byłeś tylko na chwilę, bo gdybyś był godny przyjaźni i ciepłych uczuć, ktoś by cię pokochał i zaczął szanować za to, jaki jesteś. Nie każdemu przeznaczony był happy end. Rainem targała niska samoocena, która niszczyła mu plany i nadzieję na to, że kiedyś coś się poprawi. Dlatego wybrał resocjalizację. Nie chciał nikomu pomagać, chciał pomóc przede wszystkim sobie i zrozumieć, z czym musiał się zmierzyć, żeby osiągnąć stan eudajmonii. Dlaczego życie wiodło przez same trudności i wyboistą drogę? Dlaczego... Mógł zadawać wiele pytań i każde z nich mogło rozpoczynać się tym słowem, bo ilość niewiedzy i brak odpowiedzi na pytania, potrafiły być przytłaczające. A on lubił mieć jasne odpowiedzi.


Dlaczego chciała z nim rozmawiać, skoro nie był tego wart?
Dlaczego musiał skazywać tę uroczą istotę na swoją obecność i oddychanie tym samym powietrzem...

Dlaczego...

Dlaczego..

Dlaczego...

Czuł, że zapada się w sobie, gubiąc całą pewność siebie.


— Obawiam się, że w improwizację też nie jestem najlepszy... — mruknął nieco niepewnie, może bardziej do siebie niż do niej.

Chociaż czy aby właśnie nie improwizował? Rozmawiał i był nawet chętny do wspólnego spędzenia czasu. Nie chciał jej odmawiać, więc podciągnąwszy rękawy do góry, dał jej do zrozumienia, że pomysł przypadł mu do gustu. Rain, mimo zdystansowanej osobowości, potrafił emanować ciepłem i wzbudzać sympatię. Sam nie patrzył na siebie w ten sposób, nie potrafił odnaleźć w sobie pozytywnych cech. Być może, dlatego że nie próbował ich szukać. A jednak... Biło od niego ciepło. W delikatnym uśmiechu czaiła się dobroć, a w spojrzeniu, mimo chłodnego odcienia tęczówek, połyskiwało ciepło. Złości nie odczuwał zbyt często, przynajmniej nie na innych. Wolał złościć się na siebie. Panował nad emocjami na tyle, by nie wybuchać z byle powodu, a ubrudzona bluza — przy problemach, z którymi musiał się mierzyć na co dzień — była n i c z y m. Drobną plamką, która zniknie, albo i nie, po praniu. Zamiast złości, wolał okazać inną emocję — wyrozumiałość. Obrócenie tego w żart nie zanieczyszczało atmosfery, a raczej poprawiało nastroje. Wolał namalować słodkiego kotka, nawet jeśli ten nie do końca przypominał pierwowzór, bo Rain nie miał doświadczenia w malowaniu na skórze. Wykazał się delikatnością nawet wtedy, gdy podtrzymał jej podbródek. I starał się przy tym nie spalić ze wstydu, bo taka nagła bliskość... Choć przyjemna, nieco go przerażała. Nie chciał zostać negatywnie odebrany ani oskarżony o coś, czego NIE ZAMIERZAŁ. Syd okazała się jednak nie tylko cierpliwa, ale i wyrozumiała, co pozwoliło mu na trochę luzu.


Ucieszył się, gdy dostrzegł jej reakcję. Podrapał się po tylnej części głowy, ignorując zupełnie fakt, że pędzel wciąż wilgotny od farby, błądził gdzieś po kapturze bluzy i włosach. Bluza była w tym samym kolorze co farba, więc kolor nie odcinał się szczególnie mocno. Włosy, jak się okazało, były lekko posklejane, ale nie zamierzał wpadać z tego powodu w panikę. Tak naprawdę było mu wszystko jedno, jak wyglądały. Wiedział, jaki był powód ich sklejenia. Tak się zdarzało. Wolał stać i obserwować radość Syd, gdy przeglądała się w przedniej kamerce telefonu. W momencie, w którym się odwróciła, a on dostrzegł na ekranie swoją twarz, uniósł kciuk do góry, pokazując dziewczynie okejkę.
— Dobra, zmieniam zdanie. Aż tak beznadziejny nie jestem. Ten słodziak nawet przypomina kota. Tylko jak ludzie zaczną podziwiać i dopytywać o to dzieło sztuki, to powiedz od razu, kim był artysta — zasugerował. Wyglądała naprawdę uroczo, gdy była szczęśliwa. Zdecydowanie był gotów do dalszego artyzmu.
Bliskość Syd go zawstydzała. Przyłapał się na tym dziwnym uczuciu sięgającym aż do wnętrza żołądka. Dziwnym łaskotaniu, gdy z lekkością godną wiosennego obłoczka, stanęła tuż obok niego i sięgnęła po jego dłoń. Trzy sekundy. Odniósł wrażenie, że na trzy sekundy przestało bić jego serce. Przyjemne trzy sekundy, które mogły trwać dłużej. Słuchał tego, co mówiła, przyglądając się obrazowi, który właśnie tworzyła jego dłonią. Zgodnie z jej słowami, zwracał uwagę na każdą postawioną kreskę, każdy ślad, zapamiętując kształt i to, co wspólnymi siłami tworzyli. Fascynował go ten widok. Sposób, z jakim spokojem i dziecięcą ekscytacją w głosie o tym mówiła.

Mógłby jej słuchać przez kolejne dwadzieścia minut. Mogła opowiadać
C O K O L W I E K
byle tylko mówiła i czarowała go swoim głosem.

Naciskał na płótno zgodnie z jej wskazówkami, zadowolony z siebie i dumny, że przychodziło mu to z taką łatwością. Zerkając na nią kątem oka, zauważał pewne szczegóły; kolor jej oczu. Miała ciemne tęczówki, lecz bił od nich spokój. Połyskiwały radością. Kształt jej ust. Nie musiała nakładać balsamów czy pomadek, by podkreślać ich kolor. Wydawały się naturalnie miękkie i miały malinowy odcień. Dłonie Syd również były delikatne. Miała przyjemną w dotyku skórę, o czym zdążył się przekonać, gdy dotknął palcami zewnętrzną stronę jej dłoni.

Zmarszczył nieco brwi, słysząc ostrzeżenie i mimowolnie się cofnął. Dziewczyna zamachnęła się pędzlem, zostawiając na płótnie ślady po farbie. Zaśmiał się mimowolnie, przysłaniając rękoma twarz.
— To... Wygląda teraz jak deszcz. I to się nazywa abstrakcja, tak? Coś, co w teorii do niczego nie pasuje, ale w praktyce tworzy ciekawą kompozycję i każdy może w tym dostrzec to, co mu podpowiada wyobraźnia? — próbował to sobie przetłumaczyć, nachylając się w stronę płótna, by uważnie się temu przyjrzeć. Oparł dłonie o kolana. Bransoletka z rzemyczków, którą nosił na ręku, zsunęła się niżej, zatrzymując na nadgarstku. — Teraz ja! — tym razem to on dodał coś od siebie. Kilku kolorów, tak dokładnie dwóch. Z początku był to błękitny deszcz drobnych kropelek. Później nieco więcej zielonych. Obraz coraz mniej przypominał pierwotną formę. Wciąż widniały na nim dwie osoby, lecz tym razem nie były tak do końca nieznajome. Zmieszane ze sobą farby, stworzyły coś nowego — kolory dwóch postaci zaczęły się ze sobą mieszać, symbolicznie je ze sobą łącząc. W tym momencie nie byli sobie obcy — stali się sobie bliżsi, jakby cień pozostałych kolorów, stał się nicią splatającego ich przeznaczenia.
— Teraz chyba bardziej mi się podoba — przyznał szczerze, przecierając dłonią czoło, jakby próbował pozbyć się nieistniejących kropelek potu. — A ty co o tym myślisz? — zapytał, prostując się i zerknął pytająco na Syd.

Czy ten obraz miał stać się ich nicią przeznaczenia?

Czy może ślepym trafem, który ich spotkał?

Czy los w końcu uznał, że ześle anioła, który wyprowadzi zagubionego wędrowca z ciemnego lasu...?


beauty angel
Donmachler
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
26 y/o
For good luck!
171 cm
logistics data analyst at Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
I wonder what will happen
to my heart, starving for love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słysząc jego uwagę o tym, żeby koniecznie powiedziała ludziom, kim był artysta, Syd parsknęła śmiechem, od razu przykładając palce do policzka, jakby chciała sprawdzić, czy ten przesłodki, lekko pokraczny kotek nadal tam był. - Oczywiście. Będę chodzić po mieście i mówić wszystkim, że to limitowana kolekcja od tajemniczego artysty, który jeszcze przed chwilą twierdził, że nie umie improwizować - rzuciła z rozbawieniem, zerkając na niego spod rzęs, a chwilkę później uśmiechnęła się szerzej, ale ten uśmiech zaraz trochę zmiękł, kiedy zauważyła, że farba znalazła się nie tylko na jego bluzie, ale również gdzieś przy włosach. O nie. O nie, nie, nie. Przecież miała być artystyczną przewodniczką, a nie chodzącą katastrofą z pędzlem w dłoni. Chociaż, szczerze mówiąc, w jej wykonaniu te dwie rzeczy bardzo często szły ze sobą w parze. - Rain… - zaczęła cicho, próbując nie roześmiać się za bardzo, bo naprawdę nie chciała, żeby pomyślał, że się z niego nabija. - Masz farbę we włosach. - Uniosła dłoń, jakby chciała mu to pokazać, ale w połowie ruchu zawahała się. Bo przecież nie mogła tak po prostu dotykać jego włosów, prawda? Oh my God, Syd. Get a grip. - Znaczy… wygląda to całkiem artystycznie - dodała szybko, opuszczając rękę i udając, że wcale przez sekundę nie zastanawiała się, jak miękkie mogły być jego włosy.

Kiedy jednak stanęli obok siebie przy płótnie, a ona poprowadziła jego dłoń, poczuła to dziwne, ciepłe ukłucie gdzieś pod żebrami. Przez moment było jej trudno skupić się na tym, co właściwie chciała mu pokazać. Cieńsze linie. Grubsze linie. D e l i k a t n o ś ć. Tylko że jego dłoń była pod jej dłonią. I nagle nic nie było proste. Nie wiedziała, czy to kwestia jego spokoju, tego cichego skupienia, z jakim patrzył na obraz, czy tego, że naprawdę słuchał. Nie tylko kiwał głową, nie tylko czekał, aż skończy mówić. Słuchał. Jakby każde jej słowo miało jakąś wartość. Jakby ten mały, chaotyczny wykład o farbie, liniach i improwizacji był czymś, co faktycznie chciał zapamiętać. A Syd nie była do tego przyzwyczajona. Do bycia słuchaną w taki sposób. Dlatego, kiedy odsunęła się i rozpryskała farbę po płótnie, wybuchając śmiechem, zrobiła to trochę po to, żeby rozproszyć tę dziwną miękkość, która zaczynała osiadać między nimi. Jak m g ł a. Albo d e s z c z. Albo coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać. - Dokładnie! - zawołała, kiedy Rain zaczął tłumaczyć sobie abstrakcję. Jej oczy od razu rozbłysły, a ona spojrzała na niego z zaduma, - Właśnie o to chodzi. To nie musi pasować w taki oczywisty sposób. Nie wszystko musi mieć jedną definicję, jedno znaczenie, jeden poprawny sposób odczytania. Czasami coś wygląda jak chaos, a potem patrzysz na to trochę dłużej i nagle okazuje się, że ten chaos miał więcej sensu niż wszystko, co próbowałeś wcześniej kontrolować. - Zamilkła na chwilę. - Okej. To zabrzmiało trochę zbyt poważnie jak na rozmowę o chlapaniu farbą po obrazie. - Ale wtedy on powiedział ''Teraz ja!'' i zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zrobił dokładnie to, czego chciała. Puścił kontrolę. Choćby na chwilę. Zamoczył pędzel w farbie i pozwolił kroplom spaść na płótno. Najpierw błękit. Potem zieleń. Plamy rozlały się po obrazie w sposób, którego Syd nie zaplanowała i właśnie dlatego wyglądały tak dobrze. Przez moment po prostu patrzyła. Na płótno. Na dwie postacie, które wcześniej były osobne, trochę odległe, trochę zamknięte w swoich własnych konturach, a teraz zaczynały się ze sobą mieszać. Jakby deszcz nie niszczył ich kształtów, tylko je łączył. Jakby kolory znalazły drogę do siebie, zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć im, że to nie ma sensu.

Coś ścisnęło ją w gardle.

Bo to było głupie, prawda? To był tylko obraz. Kilka przypadkowych ruchów dłonią. A jednak Syd miała wrażenie, że patrzy na coś, co ktoś wyrwał prosto z jej klatki piersiowej i położył przed nimi na płótnie. - Myślę… - zaczęła cicho, prostując się powoli. Spojrzała na Raina. Na jego twarz. Na te jasne oczy, w których było coś melancholijnego, coś delikatnego, coś, czego nie chciała spłoszyć zbyt gwałtownym ruchem ani zbyt głośnym słowem. - Myślę, że teraz jest lepszy - przyznała szczerze. - Dużo lepszy. - Uśmiechnęła się delikatnie, zerkając z powrotem na obraz. Poczuła, jak policzki znowu zaczynają robić się ciepłe. Następnie zamoczyła pędzel w czarnej farbie i przez chwilę zawahała się nad płótnem. To było głupie... Totalnie nie w jej stylu. A jednocześnie… czy właśnie nie o to chodziło? O improwizację? O ten jeden mały moment odwagi, zanim mózg zdążył wejść do pokoju, zgasić światło i zapytać ją, czy aby na pewno przemyślała wszystkie możliwe konsekwencje? Więc napisała. Na krawędzi obrazu, drobnymi, trochę nierównymi cyframi, zostawiła swój numer telefonu. Serce waliło jej tak mocno, jakby właśnie popełniła przestępstwo artystyczne pierwszego stopnia.Spojrzała na niego i uśmiechnęła się nieśmiało. - To dla ciebie - powiedziała cicho, wskazując wzrokiem na obraz. Chwilę później znowu uniosła spojrzenie na jego niebiańskie tęczówki. I może gdyby pomyślała o tym dłużej, uciekłaby. Może zaczęłaby się tłumaczyć. Może zaśmiałaby się nerwowo i powiedziała, że to tylko żart, że nie musiał naprawdę pisać, że w ogóle może zapomnieć, że to się wydarzyło. Ale nie zrobiła tego. Zamiast tego wspięła się na palce, przybliżyła swoje usta do krawędzi jego warg i musnęła go pocałunkiem.
d e l i k a t n i e.. - Napisz do mnie kiedyś, Rain - wyszeptała, odsuwając się odrobinę. - Bardzo miło było mi cię poznać. - Uśmiechnęła się szerzej, chociaż policzki paliły ją niemiłosiernie. Potem wyprostowała się, odwróciła i podeszła do krzesła, żeby zgarnąć swoją kurtkę oraz telefon. I tak po prostu wyszła z sali. A przynajmniej próbowała zrobić to tak, jakby jej serce nie próbowało właśnie wyskoczyć z klatki piersiowej i wrócić do niego na własnych nogach. To spotkanie było czymś, czego w życiu się nie spodziewała. Czymś, co rozlewało się po jej klatce piersiowej niczym mokra farba na płótnie. Do takiego stopnia, że nie wiedziała zbyt dobrze, co powiedzieć. Co dalej zrobić. Jak zachować się przy kimś, kto onieśmielił ją samym sposobem, w jaki na nią patrzył?

k o n i e c


handsome art boy
ODPOWIEDZ

Wróć do „University of Toronto”