Pokiwała głową, szczególnie w momencie usłyszenia iż to
ciężkie - jej druga praca, chociaż nie nazwałaby tego
robotą, a zwyczajnym ofiarowaniem pomocy tym, które najbardziej tego potrzebują. Nie będąc ocenianą i wytykają w jakikolwiek sposób palcami, bowiem dotychczasowe życie zbyt wiele razy to zrobiło - szczególnie ze strony swoich oprawców, ale czasem rodzin, przyjaciół, kogokolwiek kogo spotkają na drodze, uznając że wyolbrzymia bądź na siłę szuka
dziury w całym. Uśmiechnęła się na koniec swojego własnego przemyślenia blado, przechodząc znów uwagą na Huntera.
— Moja mama była i jest bardzo silna. Mimo, że nigdy nie mówiła o moim ojcu, ja też w sumie zbyt wiele razy o niego nie pytałam, to jednak czasem widziałam iż nie było jej najłatwiej. Mieszkałyśmy u dziadków, żeby ona mogła pogodzić dwa, niekiedy i nawet trzy etaty, bo bała się że nie zdoła zapracować na mnie tyle, ile powinna. Nigdy o nic się nie prosiłam, a jednak zbierała od samego początku na moje kształcenie… — urwała, trochę wyraźniej unosząc kąciki ust. Zwilżyła usta winem po tym, żeby móc kontynuować mówienie.
— Po dziś dzień ją podziwiam, każdego dnia jakby nie to, że jest już tym zmęczona, to bym jej dziękowała. Jest dla mnie niesamowitym wzorem do naśladowania. Dlatego też zdecydowałam się dołączyć do centrum pomocy dla kobiet, bo wiem że nie każda jest znaleźć w sobie taką siłę, jak moja mama. Próbuję tam pokazać im, że one też tak mogą, tylko muszą się przełamać i postarać się nie myśleć o tym, którego nazywają kochaniem, mężem, najlepszym co je rzekomo spotkało na swojej drodze — niestety, niektóre
przypadki, jeśli może je tak nazwać, pomimo ucieczki i szukania schronienia wraz ze swoimi dziećmi, nadal wielbią swoich oprawców, uważając iż nic złego tak naprawdę nie robił, a on się denerwuje bo to one sprowokowały niepotrzebnie do niektórych sytuacji. Nie jest to jeden czy dwa takie odosobnione przykłady, na jakie trafia w schronisku, niemniej nie poddaje się i próbuje w dalszym ciągu zrobić tyle, ile tylko to możliwe, żeby pomóc tym paniom.
Uśmiechnęła się, gdy przyznał na koniec, iż faktycznie nie uważał teraz, że tylko w tym jednym gabinecie spędza więcej czasu niż gdziekolwiek indziej, ale i tak miała wrażenie, że swoje zdanie miał już wyrobione po tym, co zdołał usłyszeć - a ona nie chciała na siłę zmieniać jego postrzegania, bo w sumie to i po co? Skoro Hunter Wright zazwyczaj i tak lepiej wiedział, niż reszta? Nie mówiąc już o tym, iż nie musiała się z czegokolwiek tłumaczyć, tak na sam początek tego wszystkiego. Po prostu ślina przynosiła jej na język co tylko wpadło jej na myśl, nie analizując - jak zawsze - wypowiedzianych kwestii. Alkohol zdecydowanie nie był jej sprzymierzeńcem w tej chwili. A tym bardziej, gdy mężczyzna w dalszym ciągu pozostawał bez koszulki. Co prawda, nie przeszkadzało jej to i nie robiła mu wywodu, iż powinien ją na siebie założyć i nic innego ją nie obchodziło, to… jednak w dalszym ciągu czuła się zwyczajnie dziwnie. Zupełnie jak wtedy, gdy spała z nim w jednym łóżku w jego domu. Jednocześnie to
dziwne uczucie nie było z tych kategorii
złe, choć powinno tak naprawdę.
Trochę się przebudziła z tych rozmyślań, na korzyść tego co wspomniał o psie. Ocuciło ją to, jak wspomniał o psiaku, jako kompanię do terapii, o czym wcześniej nie pomyślała. Znaczy - wiedziała, iż istnieją takie zajęcia. Że są nawet zajęcia z jogi ze szczeniętami, ale jakoś nie miała okazji rozważyć tego, żeby i u niej miało to zdać egzamin.
— W sumie…. Może to nie jest takie głupie? — zagaiła, nie ukrywając iż jest tym zły pomysł, bo i nie był tak naprawdę. O ile oczywiście po obudzeniu się o tym nie zapomni.
— Tym bardziej jak będziesz z nim wychodził — zaśmiała się na koniec, choć tak naprawdę nie mogłaby wykorzystywać go w taki sposób - to w końcu byłby jej zwierzak, więc i jej obowiązek, a nie osób postronnych, a już tym bardziej pacjentów, którzy przychodziliby po pomoc, a nie jeszcze dodatkowe zajęcie w postaci wyjścia z psiakiem, bo ten miał swoje potrzebny fizjologiczne w główniej mierze.
Szybko jednak ukróciło się ponownie myślenie o czymś innym, gdy wystrzelił wręcz jak z armaty stwierdzeniem na jej wspomnienie o facecie.
On by wytrzymał… Czy tylko tak powiedział, żeby podnieść ją na duchu, czy po prostu… Boże, nie. Alkohol dawał jej złe podpowiedzi - tak sądziła. Zdecydowanie odbiegała w głowie od tego, iż to był jej pacjent, trochę znajomy, trochę taki nieświadomie powiernik sekretów, o jakich nie mówiła nikomu wcześniej; tak jak właśnie o mamie i temu, dlaczego zdecydowała się na pracowanie w schronisku dla kobiet. Mało kto o tym wiedział, a jednak Hunter został zaproszony do tego niewielkiego, mocno wąskiego grona. Zamiast jednak coś powiedzieć, po prostu wypiła większy łyk wina - jakby to miało sprawić, że zapomni o tym, co usłyszała bądź lepiej przyjdzie jej przyswojenie tych słów.
Tak nie było, jeśli kogoś interesuje.
— Zwyczajnie zmieniałam im wodę co dwa dni i dosypywałam mieszankę wzmacniającą, aby mogły dłużej wytrzymać. Ale niedługo przyjdzie ich koniec — w końcu co innego kwiat doniczkowy, a inaczej żywy kwiat ścinany wsadzony do wazonu. I chociaż nie posiada ich zbyt wiele w swoim gabinecie, a nie mówiąc w domu, to zdołała dowiedzieć się o nich więcej, niż w sumie powinna jak na człowieka nie zajmujący się nimi na dłużej. Plus w ogrodniczym dowiedziała się jeszcze od ekspedientki co powinno pomóc w utrzymaniu na dłużej bukietu przy życiu, dzięki czemu mogła dłużej napatrzeć się widokiem prezentu od Wrighta. Który tym bardziej przypominał o tym, że po tej rozmowie przestał się do niej odzywać, a spotkanie skończyło się zdecydowanie nie tak, jak planowała.
Zamiast jednak zareagować jak speszona nastolatka, pokręciła głową i cicho zaśmiała na pytanie Huntera.
— Hej, to nie jest tak, że żaden nie jest godzien ze mną wytrzymać. To ja uznałam, że nie nadaję się ze swoim mocno napiętym grafikiem na zbudowanie związku — była tego świadoma i dlatego nie chciała żadnego nieszczęśnika skazywać na taki los. No i nie chciała też kończyć ze złamanym sercem, gdyby jegomość uznał, że ma zwyczajnie dość takiego życia, w którym jej nie ma, bo woli pracować.
— Nie wiem nawet, czy jakiegoś szukam… — przyznała, patrząc na niego dosyć pewnie jak na siebie.
— Ale po prostu chciałabym być zwyczajnie przez niego zrozumiana. Że rozumie moją chęć pracowania i niekiedy poświęcania się, bo nie robię tego tak naprawdę dla siebie — dodała, upijając wina ponownie, wzdychając lekko na koniec.
— Ale nikt nie lubi pracoholików — urwała nagle z rozbawieniem, które dosłownie znikąd się pojawiło, odstawiając kieliszek na stolik przy kanapie.
— Muszę do łazienki — przyznała po chwili, by prędko spróbować podnieść się na równe nogi. Cóż - życie i jej stan zweryfikowały biedną Prudence, bowiem zachwala się praktycznie natychmiastowo, trochę nieplanowo lądując… na nim. Nie jakoś całkowicie, ale zdecydowanie bliżej niż by tego chciała. Zaśmiała się z samej siebie, zerkając na Huntera.
— Przepraszam. Daj mi minutkę.
Hunter Wright