Skłamałaby, gdyby powiedziała, że od czasu ich pierwszego spotkania nie myślała o nim ani trochę. Nie była romantyczką, więc nie roztaczała przed sobą wizji przyszłości ani nie rozpamiętywała każdego szczegółu czy gestu, ale coś kazało jej sądzić, że do kolejnego spotkania dojdzie znacznie szybciej, niż oboje by się tego spodziewali. Była mile zaskoczona własną postawą i tym, że otworzyła się na nową sytuację i znajomość i czuła się przez to jakoś lżej. Wszystko zmieniło się, gdy poznała prawdziwą tożsamość
Johna.
Doktora Warda.
Jej nowego ordynatora.
Zaskoczenie wzięło górę i w pierwszych sekundach trudno było jej się odnaleźć, a pierwsze słowa, które wyrwały się z jego ust sprawiły, że zarumieniła się jeszcze bardziej i zamrugała zaskoczona. Modliła się w duchu, by żadna z krzątających się obok pielęgniarek nie usłyszała, jak ją nazwał, inaczej szpitalna pula plotek powiększyłaby się znacznie po dzisiejszym dyżurze.
-
Doktorze Ward - skinęła mu głową i uciekła wzrokiem, bo nie miała więcej śmiałości by dać mu znać, że od teraz wszystko się zmieniało.
Było to ironiczne, niemalże śmieszne, bo na dobrą sprawę nie spędzili ze sobą wiele czasu, a jednak poznali się prywatnie, a teraz musieli przestawić się na całkowicie służbowe ustawienia. Dopiero co rodząca się znajomość zmieniła dynamikę szybciej, niż każde z nich byłoby w stanie powiedzieć
neurofibromatoza.
Serena musiała się skupić, bo nie chciała już pierwszego dnia pokazać się ze złej strony; wiedziała na co ją stać, znała swoje mocne strony i praca pod presją była jedną z nich. Dotychczas nie miała jednak na oddziale rozpraszaczy w postaci duchów z przeszłości.
-
Miał. Podałam - potwierdziła, nie dodając nic więcej, chociaż chciała zapewnić go, że zawsze zleca komplet badań.
Przeczuwała jednak, że zjednać go do siebie mogła tylko czynami - skoro on także był podopiecznym Khana i swoje już przeżył, puste słowa na pewno nie robiły na nim wrażenia. Nie ważne jak ceniona była na oddziale, Serena musiała od nowa udowodnić, że nadaje się do tej pracy - i potraktowała to jako wyzwanie.
-
Obstawiałam, że jest kolarzem, ale może łyżwiarz to nie jest zły trop - zastanowiła się, przejmując z powrotem tablet.
Nie umknęło jej, że ich dłonie się zetknęły, ale nie mogła tego teraz roztrząsać.
Natychmiast zanotowała jego zalecenia i poleciła pielęgniarzowi kolejne pobranie krwii. Czuła satysfakcję, że Ward podążył jej tropem diagnozy, że zaufał jej zamiast negować każdą sugestię. Dawało to nadzieję na początek naprawdę dobrej współpracy.
Okazja do jej kontynuacji pojawiła się już chwilę później, gdy ogłoszono przybycie helikoptera, a Almendarez nie musiała zastanawiać się dwa razy i natychmiast podążyła za ordynatorem.
Działali jak dobry tandem, mimo iż zdarzyło im się pracować ze sobą po raz pierwszy. On podał jej rękawiczki, ona zawiązała mu szybko czysty fartuch jednorazowy, który chwyciła przed wejściem do windy. Palce tylko trochę jej drżały, gdy słupłała materiał w okolicach jego karku.
-
Saturacja 82% i spada, może to infekcja, może problem neurologiczny. Nie intubowałam jeszcze tak małego dziecka, ale co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj. Jestem gotowa - zapewniła, a później rzuciła mu jeszcze ostatnie spojrzenie przed wyjściem na lądowisko, gdzie natychmiast dobiegli do nich ratownicy z noworodkiem.
W takich sytuacjach dla Sereny nie istniało nic innego, tylko dobro pacjenta. Potrafiła się skupić, potrafiła robić kilka rzeczy na raz i myśleć o kolejnych - była świetna w swojej pracy i adrenalina zawsze brała górę. Błyskawicznie oceniła, że zdrowie i samopoczucie matki mogą poczekać, priorytetem była jej córka.
-
Intubacja, teraz. Przygotuj rurkę trójkę, ambu w pogotowiu. Sprawdzić ciśnienie, gazometrię, RTG klatki piersiowej - natychmiast rzuciła się do pomocy dziecku -
Musimy ją ustabilizować i przewieźć na OIOM.
Za noszami podążali zrozpaczeni rodzice, których obecność, choć zrozumiała, mogła narobić więcej szkody, niż pożytku.
-
Zapytasz ojca o przebieg porodu? Czym była karmiona, mlekiem matki czy modyfikowanym? - zapytała jeszcze Warda, a później chwyciła intubator i rozpoczęła akcję ratunkową, licząc na przywrócenie dziecku poprawnego oddechu.
Choć to on znajdował się w hierarchii znacznie wyżej, niż ona, przejęła ten przypadek w pełni świadomie i odpowiedzialnie. Nie było czasu na uprzejmości i upewnienie się, czy taki podział ról na pewno mu odpowiada. Mógł ją zbesztać za to później, teraz liczyło się życie dziecka.
Zjechali windą na oddział i natychmiast zajęli jedną z wolnych sal, lecz parametry dziecka nie poprawiły się. Serena zerkała to na jej niewinną twarzyczkę, to na monitor i w dalszym ciągu intubowała małe ciałko, zastanawiając się nad dodatkowym wyjściem z sytuacji.
Matka, uspokojona lekami, opadła na krzesło pod ścianą, ale rozgoryczony ojciec coraz śmielej podchodził do lekarzy.
-
Ward - Ren syknęła cicho i ostrzegawczo, bo ordynator znajdował się niebezpiecznie blisko mężczyzny, który za wszelką cenę chciał znaleźć się blisko córki.
Wyatt J. Ward