ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Felix "Puppy" Carlson
Yunho Jeong
homeprofilebiopermits
Obrazek
data i miejsce urodzenia
14 lutego 2000 roku, Gyeongju, Korea Południowa
zaimki
he/him
zawód
analityk kryminalistyczny, programista
miejsce pracy
Toronto Police Service
orientacja
panseksualny
dzielnica mieszkalna
Malvern
pobyt w toronto
Od dwudziestu lat
umiejętności
Potrafi szybko łączyć ze sobą fakty, analizując szczegółowo elementy układanek. Ma bardzo dobrą pamięć, co wykorzystuje w pracy. Programowanie nigdy nie sprawiało mu problemów, podobnie jak gry. Jest pogodnie nastawiony do życia, starając się wyciągnąć z niego jak najwięcej.
słabości
Nie czuje się komfortowo w ciemnych ani ciasnych pomieszczeniach. Nijak nie posiada instynktu samozachowawczego w życiu realnym, często ściągając na siebie kłopoty. Samoobrona nie jest jego mocną stroną, za to gadatliwość, która niektórych drażni, już owszem. Gubi poczucie czasu zwłaszcza, kiedy siedzi przed komputerem grając lub za bardzo się nad czymś skupia w pracy. Momentami naiwny i łatwowierny, co nie raz zostało wykorzystane przeciwko niemu.
Dzisiaj, siedząc nad albumem ze zdjęciami, z kubkiem parującej herbaty na stoliku obok, chciałbym opowiedzieć wam moją historię. Czy będzie warta waszego czasu? To już musicie ocenić sami.
Niewiele wiem o swoich rodzicach biologicznych. Często wyobrażam sobie, że poznali się na jakimś spotkaniu biznesowym, może na bankiecie czy zwyczajnie poprzez swoich znajomych. Z pewnością się kochali, a owocem ich miłości byłem ja. Mieszkaliśmy w ładnym domu, kochali mnie.
Tak, to był idealny scenariusz, który warto było zachować w pamięci. Nawet, jeśli mógł się mijać z prawdą.
Wiem, że zginęli w wypadku samochodowym gdzieś pod Seulem, a ja trafiłem do adopcji. Nie miałem innej bliższej rodziny; przynajmniej takiej, która by mnie chciała.
W sierocińcu spędziłem dwa lata, ostatecznie trafiając na listę adopcji międzynarodowych. Tak wylądowałem w domu obecnych rodziców.
Jestem im wdzięczny, że mnie przygarnęli. Są wspaniali i nigdy nie dali mi odczuć, że nie jestem ich rodzonym synem. Co innego, mój starszy brat, ale on od zawsze był dziwny i nie do końca mnie akceptował. Niby go rozumiem, zabrałem mu miano dziecka jedynego, ale z drugiej mógłby się postawić na moim miejscu.
Ale wracając.
Dzieckiem byłem raczej spokojnym i niczym nie wyróżniającym się. No, może poza tym, że serce szwankowało mi odkąd pamiętam. To mnie nie zniechęcało, chociaż w przyszłości znacznie pogorszyłem swój stan.
Miałem swoje za uszami, jak to stereotypowy brzdąc. A tu coś stłukłem, a tu napchałem sobie ziemi do buzi uznając, że z pewnością jest smaczna skoro ptaki tak ochoczo w niej dłubią. Szybko okazało się jak bardzo się myliłem, ale ostatecznie przecież człowiek uczy się na błędach? A ja zdecydowanie uwielbiałem odkrywać świat i dowiadywać się o nim jak najwięcej. Nerdowski umysł zapewne odziedziczyłem po koreańskich przodkach.
W szkole radziłem sobie całkiem dobrze. Nie byłem kujonem i nie miałem samych najlepszych ocen ze wszystkiego. Skupiałem uwagę na tym, co mnie interesowało, a najlepiej radziłem sobie, trochę paradoksalnie, z informatyką i sportem, zderzając ze sobą w życiu codziennym dwa odmienne światy.
Sport mi się podobał, dostarczał odpowiedniej dawki adrenaliny, jak również pozwalał zapomnieć o problemach dnia codziennego. A uwierzcie mi, jako nastolatek miałem ich wiele, tak przynajmniej mi się wtedy wydawało. Dodatkowo nie chciałem być inny, słaby. A tak mnie postrzegano z powodu wady. Forsowałem siebie, ku przerażeniu rodziców i swojego lekarza.
Komputery za to pozwalały mi analizować i zgłębiać problem, rozwijać logiczne myślenie, łączyć ze sobą poszczególne kawałki układanki, z której miało powstać coś pięknego. Ot, taki trening dla szarych komórek, by umysł nie odstawał od mięśni.
To właśnie w szkole średniej poznałem swojego najlepszego przyjaciela - Briana. Było w nim coś, co sprawiło, że po prostu chciałem być blisko niego. Może to emanujący od niego spokój, a może umiejętność improwizowania oraz wysoce rozwinięty zmysł spontaniczności. A być może zwyczajnie ciągnęło mnie do niego, bo potrafił się odezwać i był, jak to określiła moja koleżanka, rasowym badassem. Sam nie wiem, ale przywiązałem się do niego. A może on do mnie? Nie umiem powiedzieć dokładnie.
Szybko okazało się, że łączy nas wspólne zainteresowanie - wspinanie po górach, zdobywanie szczytów, nawet tych najmniejszych. Pociągało nas to, co było niezbadane i nieprzewidywalnie naturalne. Wyzbywanie się słabości, badanie granic wytrzymałości.
Za namową Briana zapisałem się do klubu wspinaczkowego, nie przyznając się, że nie powinienem. Długo ukrywałem to również przed rodzicami, którzy nigdy nie wyraziliby zgody na coś tak dla mnie ekstremalnego.
Szybko przestały interesować nas niewielkie szczyty. Zdawały się być dla amatorów. Chciałem osiągnąć coś więcej. Coś, co dla innych zdawało się być dalekie i realne jedynie w snach. Chciałem zapisać się na kartach historii nie tylko jako spec od komputerów. Jasne, pisanie programów zdawało się być przyszłościowe, ale byłem pewien, że za kilkanaście lat będzie to potrafił każdy, a pionierem już nie zostanę.
Zdobywanie szczytów to co innego.
Z planami poczekałem do rozpoczęcia studiów. Wtedy nikt nie mógł mi niczego zakazać. Nie potrzebowałem pisemnych zgód na wyprawy.
Nikogo nie zdziwiło, że postawiłem ostatecznie studiować informatykę. To było pod względem finansowym bardziej przyszłościowe i opłacalne. Na dodatek gdzieś w środku wiedziałem, że kiedy tylko serce praktycznie w całości odmówi mi posłuszeństwa, będę mógł zapomnieć o jakichkolwiek wyjazdach.
Brian wybrał sport, ale to nie przeszkodziło nam w dalszym realizowaniu marzeń. Taki miał na mnie wpływ, nie pozwalał bym chociaż na chwilę zapomniał o nim i o tym, co nas połączyło i zbliżyło bardziej.
Zdawać by się mogło, że nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Byłem tam, gdzie powinienem być. Miałem wszystko, czego potrzebowałem do szczęścia. Przede mną całe życie, bez niepowodzeń. A w tym wszystkim miał mi towarzyszyć właśnie on.
Naiwny byłem myśląc, że jesteśmy nieśmiertelni.
Życie potrafi być przewrotne, przekonałem się o tym szybciej, niż pragnąłem.
Zaczęło się niewinnie. Dostaliśmy szansę, aby uczestniczyć w wyprawie na Aconcagua. Wyjazd trzymałem w tajemnicy, nie myśląc o konsekwencjach zdrowotnych. Nie miałem zamiaru wyjść na słabego w oczach Briana.
Wszystko dość szybko się posypało. Brian nie miał okazji uczestniczyć w tej wyprawie. A wszystko przeze mnie.
Myśląc o zdobyciu niemal siedmiu tysięcznej góry zorganizowaliśmy wyjście na coś mniejszego, jednak nadal równie niebezpiecznego. Wszystko szło po naszej myśli do czasu, aż nie zaskoczyła nas pogoda. To nie mogło się udać, Brian o tym wiedział. Ale ja się uparłem. Przekonywałem go, że w innych, wyższych miejscach będzie jeszcze gorzej. Byłem nabuzowany adrenaliną i nie myślałem trzeźwo.
A powinienem.
Początkowo wiatr nie był taki straszny. Upierdliwy, ale nie na tyle, byśmy nie mogli sobie z nim poradzić. To jednak była cisza przed burzą.
Nadeszła szybko, nie mieliśmy czasu się schować, ani pomyśleć. A po niej nadeszła lawina.
Obudziłem się w szpitalu, ledwo uchodząc z życiem. Moi rodzice wpadli w furię, to przekrzykując się, to płacząc. Było mi wstyd - wiedziałem, że mogłem zginąć, pozbawiając ich dziecka, o które tak walczyli podczas adopcji.
Szybko dowiedziałem się, że Briana nie udało się znaleźć pomimo prób ratowników. Czułem się tak, jakby połowa mnie umarła. Żyłem naiwnie nadzieją, ale w głębi wiedziałem, że nie mógł tego przeżyć. Inaczej leżałby tu ze mną.
Po tym wszystko się zmieniło. Zupełnie zrezygnowałem ze wspinaczek, wybierając najmniej oczekiwaną ze wszystkich ścieżek karierę - zostałem analitykiem kryminalistycznym.
Bardzo długo nie pozwoliłem się nikomu do siebie zbliżyć. Czułem, że serce nie zniesie kolejnej straty kogoś, do kogo tak bardzo się przywiążę. Nie było sensu, skoro tak łatwo było zabrać to, co się kochało.
Może nadal nie potrafię, pchając się w ramiona osób, które zostają tylko na chwilę. Nie umiem całkiem otworzyć serca, które po wypadku jest w jeszcze gorszym stanie - fizycznym i emocjonalnym.
Jednak patrzę na życie inaczej. Nie skupiam się na przyszłości, nie rozmyślam o przeszłości, chcąc żyć chwilą.
Tak jest po prostu łatwiej.


Ciekawostki
- uwielbia pisać listy; może to trochę staroświeckie, jednak jego zdaniem ma to w sobie pewne nostalgiczne elementy. Dlatego właśnie w taki sposób kontaktuje się ze swoimi rodzicami
- zna trzy języki - angielski, szwedzki oraz koreański
- najlepsze lody to pistacjowe oraz słony karmel
- ma uczulenie na truskawki; a przecież są takie pyszne!
- kocha zwierzęta wszelkiej maści, jednak jego ulubionymi są koty - ma dwa imieniem Ruby oraz Lazarus
- kocha jeść; na całe szczęście jego metabolizm jest na tyle szybki, że nie musi myśleć o startowaniu w zawodach sumo
- jego ulubionym napojem jest kawa flat white bez cukru
- wielki fan ciasta marchewkowego oraz wszelkiego rodzaju serników; daj mu jakiś, a stanie się twoim najwierniejszym kompanem
- utrzymuje nikłe kontakty ze swoim starszym bratem; kilka lat temu ich drogi życiowe, jak również światopoglądy mocno się rozminęły
- ma tendencje do zakochiwania się w badassach, co kończy się złamanym serduchem
- najlepiej się czuje w świecie wirtualnym, nie zawsze potrafiąc się odnaleźć w tym rzeczywistym
- ma problemy z sercem - kardiomiopatia rozstrzeniowa pozdrawia
- pomimo łatki totalnego nerda, uwielbia podróżować; co prawda zawsze zabiera ze sobą laptopa, ale nadal nie przeszkadza mu to w aktywnym zwiedzaniu - kosztem snu
- z natury pogodny i do rany przyłóż, jednak kiedy coś poważnie go zdenerwuje wpada w niekontrolowany szał, niszcząc rzeczy na około - w taki sposób stracił już całkiem sporo naczyń i drobnego sprzętu
- nałogowe oglądanie NCIS sprawiło, że ostatecznie został technikiem kryminalistyki
zgoda na powielanie imienia
nie
zgoda na powielanie pseudonimu
tak
Zgody MG
poziom ingerencji
wysoki
zgoda na śmierć postaci
nie
zgoda na trwałe okaleczenie
tak
zgoda na nieuleczalną chorobę postaci
tak
zgoda na uleczalne urazy postaci
tak
zgoda na utratę majątku postaci
tak
zgoda na utratę posady postaci
nie
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Maple Hearts Można działać ze sprawdzaniem :hopsa:
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „w budowie”