Wcześniej to obecność Margo była dla niego ciągłym przypomnieniem o tym, że gdzieś między nimi zawieszona była klepsydra, w której z każdą chwilą przesypywało się coraz więcej piasku. Teraz, gdy nie było między nimi sekretów, ucieczka przestała być czymś, po co sięgał samotnie. Stawała się czymś, co robili w s p ó l n i e.
A w ten sposób rzeczywistość z trudem próbowała ich dogonić.
Najpierw zostawili ją za sobą wraz z jego mieszkaniem - wraz z aktami Morettiego i już mniej niż tygodniem, który pozostał mu na wyciągnięcie mężczyzny z więzienia. Aktami leżącymi na jego stole w kuchni, które trudno było mu ignorować gdy przebywał w domu, a które pozostały wyłącznie nieprzyjemnym wspomnieniem gdy znaleźli się na stacji benzynowej kilkadziesiąt kilometrów od Toronto.
Później zastąpili ją hotelem, który Margo im zorganizowała, z wszystkimi wchodzącymi w pakiet udogodnieniami leżącymi nieco poza spektrum ich zainteresowań. Świadomość tego, jakie problemy zostawili za sobą w mieście kompletnie wyparowała w chwili, w której dostrzegł jej czerwoną od wstydu twarz, samemu zanosząc się od śmiechu.
A wreszcie rzeczywistość ugrzęzła gdzieś pod osłoną nocy, w innym, prawdziwym hotelu, który znalazł on. Kameralnym, położonym może nie nad rzeką, ale też na granicach miasta, a przy tym posiadającym wannę, której nie towarzyszył żaden k r z y ż.
Byli w ciągłym ruchu, w którym problemy nie były w stanie ich dogonić.
Może dlatego tkwienie w miejscu było dla niego n i e z n o ś n e.
Patrzył, jak znikała w drzwiach jakiegoś bloku mieszkalnego w jednej z dzielnic Ottawy, samemu
Nie wiedział ile czasu minęło nim wyszedł z samochodu. Oparł się plecami o maskę, obracając w dłoni telefon. Wystarczyło jedno połączenie ze znajomym na komisariacie by dowiedział się wszystkiego. Wystarczyło inne - skierowane na telefon Mercer - by dowiedział się c h o c i a ż, czy nadal żyła. Jego wzrok wodził po oknach, usiłując dojrzeć za firankami ludzkie sylwetki.
Był już w trakcie wybierania jednego z numerów gdy drzwi otworzyły się, wypuszczając ją na zewnątrz. Mimo wszystko, mimo jego pewności w jej umiejętności i zaufania, którym decydował się ją obdarzyć, odetchnął lekko - coś w jego klatce piersiowej, co tkwiło ściśnięte cały ten czas, wreszcie się rozluźniło.
- Masz to, po co chciałaś tu przyjechać? - spytał krótko, niemal siłą zmuszając się do niewyrażania swojej ciekawości i niepokoju. Odwrócił się, uchylając jej drzwi głównie dlatego, że to o nie się opierał, tkwiąc dzięki temu bliżej drzwi do mieszkania.
margo mercer