ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
178 cm
Udziałowczyni w Wentworth Development / Prezenterka Telewizyjna w Vancouver
Awatar użytkownika
Skaza rodu Wentworth, utrapienie Campbella, życiowa pomyłka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001
Ceremonia pogrzebowa Alistaira była dokładnie taka, jak jego całe życie: wykalkulowana i na pokaz. Poppy tym razem nie założyła dżinsów — z szacunku do zmarłego ojca i samej siebie ubrała się skromnie, czarno i poprawnie. Siedziała w ławce z kamienną twarzą nie roniąc ani jednej łzy, podczas gdy matka i brat odgrywali swoje życiowe role przed obiektywami fotoreporterów. Była stonowana, cicha, wręcz niewidoczna.
A raczej chciała być niewidoczna… …ale nie była.Przez cały ten czas czuła na sobie jego spojrzenie.
Stał niedaleko i oczywiście ramię w ramię z jej bratem i matką. Poppy nawet nie patrzyła na niego wprost, raczej obserwowała go ukradkiem z bezpiecznej odległości, łapiąc tylko kątem oka profil jego szczęki czy ruch jego dłoni. Jakby bała się…
…jakby ją to bolało. I w sumie tak było, bo każde dłuższe zawieszenie na nim wzroku okazywało się bolesne. Gdy tylko patrzyła na Michaela w jej głowie odpalała się lawina wspomnień. Zapach kawy o świcie w ich kuchni, mrok korytarzy, w których ich drogi przecinały się, gdy Eleanor spała, a oni stawali się wspólnikami w zbrodni i wreszcie coś o czym tylko ona wiedziała — wyblakłe zdjęcie USG wetknięte za dowód osobisty. Sekret, który spalał ja od środka zmieszany z wyrzutami sumienia wobec zmarłej siostry był nieszczęśliwą kumulacją, która w Vancouver wydawała się przepracowana, ale teraz w obliczu spotkania z nim już nie była tego taka pewna.
Zamierzała ograniczyć kontakt z rodziną do minimum i tym samym, gdy tylko oficjalna stypa dobiegła końca - na szczęście! - Poppy nie miała najmniejszego zamiaru wracać do rodzinnego domu na posiedzenie. Plan był prosty: wpaść do willi tylko po to, by odebrać od nich klucze do starego domku nad jeziorem, który otrzymała w spadku. Chciała zaszyć się tam w kurzu, schować przed światem i jak najszybciej kupić bilet powrotny do Vancouver. Beatrice i Julian uparli się jednak, że przed wyjazdem muszą omówić coś n i e z w y k l e ważnego. Niechętnie podjechała więc pod rezydencje w Kingsway, którą niegdyś nazywała domem… choć nigdy nie czuła się w nim jak w domu. Zawsze było w nim za dużo miejsca, a za mało bliskości.
Przez ostatnie trzy lata w Vancouver naprawdę stanęła na nogi. Miała spokojna i stałą pracę, która ją uszczęśliwiła. Zyskała nowych znajomych, może nie było to zbyt szerokie grono, ale już od najmłodszych lat była bardzo świadoma tego, że więcej nie znaczy lepiej i tutaj ta zasada też działała.. Znalazła swoją rutynę biegając każdego dnia o świcie, pracując o stałych porach i obracając się wokół ludzi, którzy nie znali nazwiska Wentworth. przez moment chyba nawet wierzyła, że tamten wstyd, ból i poronienie zostawiła za sobą…
...ale wystarczyło znów stanąć na tym wysypanym żwirem podjeździe, by poczuć, że wszystko wraca ze zdwojoną siła.
Pchnęła ciężkie drzwi frontowe i weszła do holu. We wspomnieniach przemykały jej obrazy tych chwil, gdy z El biegały po tych schodach śmiejąc się radośnie i ukrywały się w wielkiej garderobie matki, która była miejscem ich paktów. Czuła, że jak nie ruszy z miejsca to pęknie, więc przełknęła wielka gulę rosnącą w gardle i ruszyła w stronę salonu, gdzie już siedziała ma matka z Julianem… oraz on.
Michael…? — w jej głosie dało się wyłapać lekkie zdziwienie. Opuściła to miejsce na trzy lata, ale nie była głupia i spodziewała się, że w dalszym ciągu będzie związany biznesowo z jej rodziną ale chyba nie przypuszczała, że do tego stopnia, by po wszystkim przesiadywać też tutaj.
Nie miała pojęcia, że za kilka chwil testament jej ojca rozszarpie ten idealny układ jako sobie wypracowali, gdy jej nie było.
Och, Poppy — znajome ciarki przemknęły przez jej ciało, gdy usłyszała głos matki. Mechanizmy obronne odpalały się na ten ton automatycznie, nie musiała nic robić, by spiąć się nagle jakby miała zaraz walczyć o przetrwanie. — Jak miło, że tym razem postanowiłaś uszanować powagę sytuacji i nie przebrałaś się za aktywistkę. Choć mogłaś przynajmniej ułożyć włosy… — Beatrice Wentworth tak właśnie miała, nie była głośna i wulgarna, ale chłodna i uszczypliwa w swojej uprzejmości.
Poppy nawet nie spojrzała na Michaela. Nie dlatego, że bardziej od pozostałych zasługiwał na ignorancję, ale dlatego, że jako jedyny z tej trójki był tym, który widział jak pęka, że bywa słaba, że potrafi się rozsypać. Skoro zrobiła to raz skąd mogła wiedzieć, że nie uczyni tego ponownie. Był jej słabym punktem w tym pomieszczeniu, to dlatego musiała ignorować go mocniej. Uśmiechnęła się więc kpiąco do brata, który już szykował jakąś cięta uwagę w jej kierunku. — Trzy lata milczenia, a ty zjawiasz się akurat na odczytanie testamentu ojca. Jakie to przewidywalne — prychnęła z niedowierzaniem. — Przypominam, że to wy mnie tutaj ściągnęliście, ja chcę tylko odebrać klucze i nic tu po mnie — oznajmiła obojętnie nawet nie wchodząc głębiej, a już na pewno nie zasiadając z nimi do stołu. — Usiądź, proszę — nalegała matka. — Nie stój tak w przejściu, przypominasz mi wtedy Eleanor, gdy była chora… uprzejmość matki zmieszana z komplementem, bo przecież porównała ja do El, było już ponad jej siły. Ten jeden raz spojrzała na Michaela jakby chciała wyłapać, czy też to słyszał, bo to było tak popieprzone, że wręcz zdawało się nierealne. Szybko jednak spojrzała na człowieka, który najwyraźniej miał im coś do przekazania. Prawnik? Nieważne. Zapewne, naprawdę chciała mieć już to z głowy…
Mężczyzna chrząknął cicho i poprawił okulary, po czym rozłożył przed sobą wielką teczkę i zaczął czytać monotonnym głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. Nie czarujmy się, to była nuda - przynajmniej dla Poppy, która czekała na koniec, klucze i rzucone niedbale do następnego razu, a raczej pewnie pogrzebu. Liczby, fundusze powiernicze, podział nieruchomości. Matka, brat i Michael siedzieli wyprostowani wyczekując najważniejszego, bo przecież oczywistym było, że skoro to oni przez ostatnie lata rządzili już firmą to tutaj raczej nic się nie zmieni. — Przechodząc do kluczowych aktywów spółki Wentworth Development — zaczął, a w salonie nastała taka cisza, że mogła usłyszeć tykanie zegara na jednej z półek. — Mój klient Alistair Wentworth, podjął decyzję o ostatecznym podziale swoich osobistych udziałów i zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, pakiet kontrolny akcji blokujących przechodzi w całości na jego młodszą córkę, Poppy Wentworth — telefon w sposób niekontrolowany wysunął się jej z rąk,a dźwięk uderzenia o posadzkę i tak zginął pod oburzeniem matki i krzyków brata. — To absurd, ojciec był niepoczytalny! — a ona stała tam jak wryta nie bardzo rozumiejąc w ogóle z czym to się wiąże. Krew odpłynęła jej z twarzy przez co naprawdę przypominała siostrę na łożu śmierci. Nie żyła firmą, nie interesowała się ojcem i zupełnie nie rozumiała tego co działo się w tle, bo jej huczało w głowie. Prawnik jeszcze chwile tłumaczył rodzicielce, że to niepodważalne i próbował rozmawiać z bratem, a ona jak stała tak stała. Jak wryta. — Jeszcze jedna kwestia — mężczyzna wstał i podszedł do niej, kiedy w tym osłupieniu próbowała trzymać się na nogach. — To klucze do posiadłości nad jeziorem oraz list. List od pani ojca, który zgodnie z jego wolą miał być przekazany wyłącznie do pani rąk — czuła jak pozostali przyglądają się jej wnikliwie, ale ona wbiła oczy w kopertę na której nabazgrane było tylko jedno słowo: Poppy.
Ja… — była w szoku. — Muszę się przewietrzyć — wydusiła bardziej do siebie, po czym wyszła przed rezydencję i nerwowo zaczęła odpalać papierosa, aż klucze wypadły jej z ręki.
Niczego nie rozumiała i chyba nawet nie chciała zrozumieć.
Nie wiedziała czy tak właściwie chce otwierać kopertę. Chciałaby być w Vancouver.

Michael Campbell
Winnie the Pooh ( dc: winniethepooh91 )
38 y/o
For good luck!
180 cm
udziałowiec w Wentworth Development
Awatar użytkownika
wciąż próbuje poskładać swoje życie do kupy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjizależy
czas narracjijak leży
postać
autor

001. | outfit

Pogrzeb to niesamowicie przykra okoliczność, w trakcie której można bez problemu okazać jak bardzo nam żal utraty tej bliskiej osoby. I faktycznie - Michaelowi był ciężko, skoro ten człowiek wręcz w pewnym momencie życia mężczyzny zastąpił mu własnego ojca. Który, notabene, pojawił się na ostatnim pożegnaniu swojego współpracownika, choć jednocześnie nie zamienił słowa z własnym synem, nie uścisnęli sobie dłoni - nawet nie wymienili spojrzeń, choć młodszy Campbell niejednokrotnie spojrzał w jego stronę. Mama za to uśmiechała się, widząc iż napięcie w tym kościele pomiędzy nimi jest niesamowicie napięte, niemo próbując przeprosić za ojca i za jego zachowanie. Nie przejął się tym w sumie. A raczej - przestał to robić, gdy nagle pojawiła się ona.
Poppy bez słowa przybyła i znalazła się niedaleko rodziny Wentworth, chociaż to on znajdował się koło jej brata, gdzie to ona powinna stać i wspierać bliskich. Mimo to - nie chciała chyba spoufalać się z nimi na siłę, co totalnie rozumiał - wiedząc że to nie jest w jej stylu. Widział jak zachowywali się Ci dwoje - nie pojmując po co ta cała szopka. Michael z całej tej trójki zachował powagę, nie rozmawiając po prostu z kimkolwiek, a później swoje przenikliwe spojrzenie chowając pod ciemnymi okularami; chcąc się oddzielić od wszystkich na tyle, na ile to było możliwe.
Prawie całe wydarzenie starał się obserwować nie żonę czy syna Wentwortha - a tą, która miała być czarną owcą rodziny z wyboru wszystkich i samej siebie. Poppy zachowywała się kompletnie inaczej, niż na pogrzebie swojej siostry, nie wiedząc czy to jeden z tych dobrych, a może złych znaków. Trzy lata to w końcu dużo dla każdego, a tym bardziej tak młodej kobiety, która w pełni weszła do dorosłego życia, musząc zapracować na samą siebie bez możliwości odezwania się do rodziców. I to nie dlatego, że rodzice by jej nie pomogli - domyślając się, że po prostu jej własna duma nie pozwoliłaby na zrobienie takiego kroku.
Ostatecznie pogrzeb zakończył się, ostatnie pożegnanie wykonane, a oni przeszli na stypę, gdzie próbował chciał nawiązać jakiś kontakt z kobietą. Bo co już namierzył ją samą i miał względną możliwość podejść do niej, to ktoś wchodził mu w drogę, a Poppy uciekała w inne miejsce. Widział też, jak jej rodzicielka podeszła i zainicjowała rozmowę, dostrzegając mocno niezadowoloną minę u blondynki. Uśmiechnął się pod nosem, a później dowiedział się od Juliana, że po stypie mają mieć od razu spotkanie z prawnikiem, na którym jego pożal się Boże siostra również ma do nich dołączyć.
Czy to będzie w końcu ta idealna okazja, aby móc z nią porozmawiać, choćby przez chwilę?
Trochę na to liczył, ale jednocześnie nie mógł sobie robić wielkich nadziei. W końcu - to była Poppy, a pamiętał że potrafi być mocno kapryśna, nie zważająca na cokolwiek - a tym bardziej na to, że coś by wypadało, a coś innego niekoniecznie.
Przez bliskie kontakty z państwem Wentworth, musiał zostać na wydarzeniu do samego końca, również przyjmując dalszą część kondolencji po stracie teścia, który tak naprawdę mocno ustawił jego przyszłość. Miał odpowiednie finanse, piękny dom, jaki kupili jeszcze z Eleanor, a na dodatek udziały w jego firmie, kiedy rodzony ojciec Mike’a nie chciał go widzieć w tej należącej do Campbellów. Po załatwieniu wszystkiego, pojechali do domostwa - obecnie tylko - Beatrice, gdzie miały być dopięte ostatnie sprawy, finalizujące wszystkie dotychczasowe rzeczy. W sumie - był ciekawy jak to będzie teraz wyglądało; szczególnie mając tu na myśli firmę i to, jaka będzie jego dalsza droga. Nie oczekiwał nie wiadomo czego, acz zarazem był pełni nadziei na to, iż pozostanie w tym samym miejscu, co dotychczas - że śmierć Alistaira niczego nie zmienia w tej kwestii.
Zasiadł ze wszystkimi w punkcie kulminacyjnym domu, gdzie zazwyczaj były prowadzone wewnętrzne sprawy firmy czy rodziny, a gdy Poppy pojawiła się w wejściu do pomieszczenia, od razu skierował na nią tęczówki, nie obawiając się obecnie intensywniejszego przyglądania się kobiecie. Szczególnie, gdy finalnie nawiązali kontakt wzrokowy, nawet jeśli to były dosłownie ułamki sekund. Nie odezwał się, gdy zszokowana wypowiedziała jego imię, nie ukrywając jeszcze przez moment zaskoczenia jego osobą w tym miejscu, niemniej sporo się zmieniło od jej wyjazdu - a Mike stał się znacznie bliższy Alistairowi, niż jak za życia Eleanor, co zdecydowanie było dla niego zaskakującą sytuacją i trochę… zabawną? Bo faktycznie, wyglądało to trochę tak, jakby zastąpił jej miejsce, stając się dzieckiem tego mężczyzny, pomimo nie noszenia ich nazwiska.
Beatrice wyrwała go z niejako transu, przenosząc na nią spojrzenie, a w międzyczasie nabierając głębokiego wdechu. Przerzucał po wszystkich spojrzeniem, nie chcąc wtrącać się w tą rodzinną pogawędkę, bo tak naprawdę co miał powiedzieć? Jak powinien zareagować? Jak zachować się, gdy tak naprawdę obecnie - i w dalszym ciągu - biło jego serce dla Poppy, choć powinno dla tej drugiej siostry?
Niemniej właśnie - gdy nagle padło porównanie jej do El, trochę go zmroziło, a szczęka widocznie mocniej się zacisnęła. Zerknął najpierw na adresatkę tych słów, by następnie przenieść spojrzenie na Poppy, nadal niczego nie mówiąc, choć na pewno zauważyła zmianę w jego wyrazie twarzy. Zdołała go poznać o wiele bardziej niż ktokolwiek z tego pomieszczenia, miała okazję go widzieć złego i szczęśliwego; smutnego, zrozpaczonego, zirytowanego, załamanego. Jak nikt nigdy wcześniej, pomijając jej własną siostrę, nie wiedział jakim człowiekiem jest Michael Campbell, ciągle przybierając maskę - bo choć na początku związku ze starszą Wentworth był totalnie sobą, mocno ambitnym i szalenie rządnym sukcesu chłopakiem, tak wiele sytuacji na przestrzeni tych wszystkich lat sprawiło, iż zmieniły się jego priorytety. Chciał rodziny, dziecka, chciał trochę więcej luzu oraz spokoju i… chciał jej. Nawet jeśli wiedział, iż Poppy nie była tym zbytnio zainteresowana.
Na całe szczęście prawnik w końcu się odezwał, a wszyscy zgromadzeni zainteresowali się jego słowami. Nie sądził, że to będzie tyle trwało, choć mocno ukrywał lekkie znużenie całością. To, co miało zostać komu przydzielone, nie było jego interesem; i tak nie dostanie czegokolwiek, a firma to jedyna rzecz, dla jakiej się tu pojawił. Chciał zwyczajnie wiedzieć, czy ma szukać nowej pracy, czy jednak Alistair dotrzyma danego słowa te parę lat temu, gdy rozmawiali w jego gabinecie.
Gdy finalnie przeszło do kwestii Wentworth Development, poprawił się na krześle i wyraźnie wyprostował. Prawnik zaczął mówić, a Michael z początku… zdurniał, tak zwyczajnie. Co prawda, dodał później prawnik informację, że Michael w dalszym ciągu jest udziałowcem, jak i Julian. Ale że dołączyła do ich składu Poppy, dając jej najważniejsze prawa do zarządzania firmą? Że to ona jest decyzyjna we wszystkim? I chociaż Beatrice oraz jej syn nie ukrywali oburzenia, zaczynając krzyczeć, tak on jedynie zwrócił uwagę na córkę Alistaira - chyba jako jedyny, póki przybyły mężczyzna nie zdecydował podejść, przekazując klucze oraz kopertę.
Zanim wyszła, zdołał się pod nosem roześmiać z tej patowej sytuacji, kręcąc na koniec głową z rozbawienia, jakie go ogarnęło na te wieści. Znaczy - patowej. Na pewno dla ich najbardziej niezadowolonych członków rodziny Wentworth; dla niego niekoniecznie, bo to wiązało się faktem, iż będzie musiała… zostać w Toronto. Dodał prędko dwa do dwóch, domyślając się iż Poppy nie zdecyduje się na wyjazd do miejsca, w którym dotychczas mieszkała. Co jak co, ale nie wydaje mu się, żeby miała się na wszystkich wypiąć i robić problemy.
A raczej - liczył, że tak będzie.
Ostatecznie wyszła, a on zerknął na pozostałą dwójkę. — Pójdę z nią porozmawiać — powiedział jedynie, wstał i wyszedł w ślad za nią.
Nie musiał daleko jej szukać, a fakt chęci przewietrzenia się dał mu do myślenia, że chciała wyjść całkiem z budynku. Powędrował więc na zewnątrz, zauważając jak próbuje odpalić papierosa, wręcz siłując się z zapalniczką. Po chwili dostrzegł też leżące klucze pod jej nogami, wiedząc iż to te jakie dostała chwilę wcześniej. Podniósł je, po czym niemo zasugerował, iż zabierze zapalniczkę i pomoże jej. Przejął i od razu pojawił się ogień, podstawiając aby zaciągnęła się papierosem, żeby ten zaczął się żarzyć. — Dalej palisz — rzeczywiście, świetny początek rozmowy po trzech latach nie widzenia się. Następująco wyciągnął fajkę dla siebie, również odpalając. Zdecydowanie było mu to potrzebne, bo cała ta sytuacja była mocno nerwowa. — Się porobiło, co? — trochę czuł się dziwnie - jakby zapominał języka w gębie, nie wiedząc jak powinien się zachować w tej sytuacji. Nie był na nią zły, jak reszta jej rodziny która nie rozumiała tego, co właśnie się wydarzyło, a po prostu nie wiedział co teraz blondynka planuje.


Poppy Wentworth
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
31 y/o
For good luck!
178 cm
Udziałowczyni w Wentworth Development / Prezenterka Telewizyjna w Vancouver
Awatar użytkownika
Skaza rodu Wentworth, utrapienie Campbella, życiowa pomyłka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cała ta stypa była dla niej drogą przez mękę i do końca chyba sama nie rozumiała co właściwie tutaj robi. Kryła się w najdalszych kątach i tych najmniej oświetlonych, raz po raz umykając ostrożnie na papierosa i robiąc to w sposób taki, by nikt nie widział. Była to pewnego rodzaju nowość, bo wcześniej lubiła zwracać uwagę i często wprowadzała zamęt. Teraz jednak pragnęła być niezauważona, jakby jednak jakieś wnioski wyciągnęła z tej trzyletniej terapii. Czuła się jak intruz, pośród tych wszystkich ludzi w idealnie skrojonych garniturach i garsonkach, którzy przemykali po lokalu. Dawni partnerzy biznesowi ojca, przyjaciele rodziny i cała ta toroncka śmietanka towarzyska — dla nich niby była niewidoczna, a jednak ich spojrzenia często uciekały w jej stronę. Jakby wszyscy czekali na jakiś nowy skandal w jej wydaniu. Słyszała jak niektórzy szeptali za jej plecami i jak mierzyli ją wzrokiem pełnym wyższości lub co gorsza — współczucia. Zwyczajnie czuła się pośród nich okropnie… samotna, a mimo to nie złamała się choć przez cały czas czuła na sobie jego wzrok. Polował na okazję, a ona mu umykała raz po raz instynktownie się ewakuując jak najdalej od niego, ponieważ samo patrzenie na niego z daleka rozdrapywało nie takie dawne rany. Nie przypuszczała, że los sobie z niej zadrwi, a jednak kiedy przyjechała do domu rodzinnego po klucze to tak właśnie się stało. Znów tam był, tak po prostu jako już nieodłączny element tej rodziny, a ona chyba nie była na to gotowa. W Vancouver było łatwiej, tam Michael mógł być tylko mężem Eleanor, tym od lat znoszącym jej rodzinę dla dobra swojej rodziny i kariery… Problem w tym, że El już nie było, a miała wrażenie, że przez te trzy lata jej nieobecności niewiele się zmieniło. Dlaczego został? Dlaczego w tym tkwił? Naprawdę nie widział to jak toksyczni i źli byli Wentworthowie? Jeśli już nie ma powodu dla którego musiał w tym tkwić to dlaczego to robił? Czy dla kariery było warto? Może była zbyt naiwna, ale naprawdę nie rozumiała. Nie potrafiła go rozgryźć. Człowieka, z którym dzieliła zakazany sekret, mężczyzny, którego dłonie wciąż bardzo dobrze pamiętała pośród mroku korytarzy… teraz siedział jakby nigdy nic u boku jej matki. Zastanawiała się czy on w ogóle pamięta jak to jest być sobą, czy zatracił się w tym idealnej masce zięcia i wspólnika? Jednak… czy to cokolwiek zmieni? Nie powinna sobie tym zaprzątać teraz głowy. Wiedziała, że musi to po prostu przetrzymać. Wejść, zachować kamienną twarz, odebrać przeklęte klucze i nie pozwolić na to, by ktokolwiek dostrzegł, że cokolwiek ją rusza.
Tylko, gdy testament został odczytany jej plan szlag trafił. Zachowanie kamiennej twarzy okazało się niemożliwe, więc po raz kolejny postanowiła uciec. Przed dom, na świeże powietrze ale to wciąż była ucieczka, która stała sięjej sposobem na rozwiązywanie trudnych spraw.
Nie radziła sobie z ogniem, a jej natura Zosi Samosi mocno zakorzeniona w ciele początkowo nie chciała oddać zapalniczki w jego dłonie. Wyciągnęła rękę odbierając od niego klucze. Prosty gest, a jednak ich palce złączyły się na ułamek sekundy, a wtedy Poppy poczuła jak dreszcz przeszył jej ciało. Ukrywając je w kieszeni płaszcza pozwoliła mu odpalić papierosa zaciągając się nim łapczywie jakby szukała w nim jakiegoś ukojenia, choć nałóg ten z uspokajaniem niewiele miał wspólnego.
Milczała.
Dalej palisz.
Się porobiło, co?

Miała ochotę się roześmiać, raczej wyszłoby histerycznie ale poważnie… Trzy lata. Trzy lata milczenia, ucieczki daleko stąd, ból, krew, próby przepracowania traum i nocne koszmary, a on stał przed nią, odpalał papierosa i rzucał tekstem jakby zagadywał do niej na stacji benzynowej albo lokalnym pubie. Jasne, o połowie tych rzeczy nie wiedział, ale wciąż wydawało się jej to co najmniej… dziwne?
Spojrzała na niego. Ostrożnie, wciąż niepewnie jakby bała się, że za bardzo się odsłoni, a przecież wtedy jest się najbardziej podatnym na zranienie. Się porobiło to dość delikatne określenie jak na to, że ojciec postanowił zabawić się w Boga zza grobu — i znów uciekła wzrokiem w stronę podjazdu zaciągając się po raz kolejny. — Brat chyba zaraz dostanie wylewu, a matka wkrótce po nim padnie na zawał i pewnie już obdzwoniła kilku najlepszych prawników w mieście — czy sobie kpiła? Może odrobinę, ale czuła delikatną satysfakcję z tego, że oni wariują za tymi drzwiami, kiedy to ona miała taką władzę. — A ty stoisz tutaj i mimo to wydajesz się dziwnie zadowolony z tego co się wydarzyło — zauważyła przelotnie na niego zerkając.
Mógł myśleć, że jest kapryśna, a może nawet obojętna, kiedy za wszelką cenę starała się robić uniki, ale on nie wiedział, że to tylko gra pozorów. Nie miał pojęcia, że nosiła jego cząstkę w sobie i że ją utraciła w samotności. Był zakazanym owocem, bolesnym wspomnieniem, a jednocześnie człowiekiem, który jako jedyny potrafił sprawić, że brakowało jej tchu. Zrobiła więc delikatny krok w tył, jakby bała się, że zmniejszający się między nimi dystans zbije ją z tropu.
Druga dłoń, ta ukryta głęboko w kieszeni płaszcza, kurczowo zaciskała się na białej kopercie od ojca. — Nie chcę tego, Michael — wypowiedziała te słowa cicho, niemal szeptem, zanim zdążyła włączyć którykolwiek ze swoich sarkastycznych filtrów obronnych. Głos jej drgnął, odkrywając całe przerażenie. — Nie przyjechałam tu po spadek, ani po cholerne rodzinne imperium ani po stołek w radzie. Chciałam tylko wziąć klucze, zaszyć się w domku nad jeziorem i zniknąć z rana — zanim Toronto znowu mnie zniszczy… pomyślała. Kończąc papierosa zdeptała go na podjeździe po czym podniosła i wetknęła do pierwszej lepszej donicy. Najchętniej rzuciłaby tym wszystkim i znów wyjechała, a bez niej byliby zablokowani.
Ojciec naprawdę jej nienawidził.

Znów ją tutaj ściągnął…
…a była już szczęśliwa, choć raczej próbowała być.
Michael Campbell
Winnie the Pooh ( dc: winniethepooh91 )
ODPOWIEDZ

Wróć do „#2”