A raczej chciała być niewidoczna… …ale nie była.Przez cały ten czas czuła na sobie jego spojrzenie.
Stał niedaleko i oczywiście ramię w ramię z jej bratem i matką. Poppy nawet nie patrzyła na niego wprost, raczej obserwowała go ukradkiem z bezpiecznej odległości, łapiąc tylko kątem oka profil jego szczęki czy ruch jego dłoni. Jakby bała się…
…jakby ją to bolało. I w sumie tak było, bo każde dłuższe zawieszenie na nim wzroku okazywało się bolesne. Gdy tylko patrzyła na Michaela w jej głowie odpalała się lawina wspomnień. Zapach kawy o świcie w ich kuchni, mrok korytarzy, w których ich drogi przecinały się, gdy Eleanor spała, a oni stawali się wspólnikami w zbrodni i wreszcie coś o czym tylko ona wiedziała — wyblakłe zdjęcie USG wetknięte za dowód osobisty. Sekret, który spalał ja od środka zmieszany z wyrzutami sumienia wobec zmarłej siostry był nieszczęśliwą kumulacją, która w Vancouver wydawała się przepracowana, ale teraz w obliczu spotkania z nim już nie była tego taka pewna.
Zamierzała ograniczyć kontakt z rodziną do minimum i tym samym, gdy tylko oficjalna stypa dobiegła końca - na szczęście! - Poppy nie miała najmniejszego zamiaru wracać do rodzinnego domu na posiedzenie. Plan był prosty: wpaść do willi tylko po to, by odebrać od nich klucze do starego domku nad jeziorem, który otrzymała w spadku. Chciała zaszyć się tam w kurzu, schować przed światem i jak najszybciej kupić bilet powrotny do Vancouver. Beatrice i Julian uparli się jednak, że przed wyjazdem muszą omówić coś n i e z w y k l e ważnego. Niechętnie podjechała więc pod rezydencje w Kingsway, którą niegdyś nazywała domem… choć nigdy nie czuła się w nim jak w domu. Zawsze było w nim za dużo miejsca, a za mało bliskości.
Przez ostatnie trzy lata w Vancouver naprawdę stanęła na nogi. Miała spokojna i stałą pracę, która ją uszczęśliwiła. Zyskała nowych znajomych, może nie było to zbyt szerokie grono, ale już od najmłodszych lat była bardzo świadoma tego, że więcej nie znaczy lepiej i tutaj ta zasada też działała.. Znalazła swoją rutynę biegając każdego dnia o świcie, pracując o stałych porach i obracając się wokół ludzi, którzy nie znali nazwiska Wentworth. przez moment chyba nawet wierzyła, że tamten wstyd, ból i poronienie zostawiła za sobą…
...ale wystarczyło znów stanąć na tym wysypanym żwirem podjeździe, by poczuć, że wszystko wraca ze zdwojoną siła.
Pchnęła ciężkie drzwi frontowe i weszła do holu. We wspomnieniach przemykały jej obrazy tych chwil, gdy z El biegały po tych schodach śmiejąc się radośnie i ukrywały się w wielkiej garderobie matki, która była miejscem ich paktów. Czuła, że jak nie ruszy z miejsca to pęknie, więc przełknęła wielka gulę rosnącą w gardle i ruszyła w stronę salonu, gdzie już siedziała ma matka z Julianem… oraz on.
— Michael…? — w jej głosie dało się wyłapać lekkie zdziwienie. Opuściła to miejsce na trzy lata, ale nie była głupia i spodziewała się, że w dalszym ciągu będzie związany biznesowo z jej rodziną ale chyba nie przypuszczała, że do tego stopnia, by po wszystkim przesiadywać też tutaj.
Nie miała pojęcia, że za kilka chwil testament jej ojca rozszarpie ten idealny układ jako sobie wypracowali, gdy jej nie było.
— Och, Poppy — znajome ciarki przemknęły przez jej ciało, gdy usłyszała głos matki. Mechanizmy obronne odpalały się na ten ton automatycznie, nie musiała nic robić, by spiąć się nagle jakby miała zaraz walczyć o przetrwanie. — Jak miło, że tym razem postanowiłaś uszanować powagę sytuacji i nie przebrałaś się za aktywistkę. Choć mogłaś przynajmniej ułożyć włosy… — Beatrice Wentworth tak właśnie miała, nie była głośna i wulgarna, ale chłodna i uszczypliwa w swojej uprzejmości.
Poppy nawet nie spojrzała na Michaela. Nie dlatego, że bardziej od pozostałych zasługiwał na ignorancję, ale dlatego, że jako jedyny z tej trójki był tym, który widział jak pęka, że bywa słaba, że potrafi się rozsypać. Skoro zrobiła to raz skąd mogła wiedzieć, że nie uczyni tego ponownie. Był jej słabym punktem w tym pomieszczeniu, to dlatego musiała ignorować go mocniej. Uśmiechnęła się więc kpiąco do brata, który już szykował jakąś cięta uwagę w jej kierunku. — Trzy lata milczenia, a ty zjawiasz się akurat na odczytanie testamentu ojca. Jakie to przewidywalne — prychnęła z niedowierzaniem. — Przypominam, że to wy mnie tutaj ściągnęliście, ja chcę tylko odebrać klucze i nic tu po mnie — oznajmiła obojętnie nawet nie wchodząc głębiej, a już na pewno nie zasiadając z nimi do stołu. — Usiądź, proszę — nalegała matka. — Nie stój tak w przejściu, przypominasz mi wtedy Eleanor, gdy była chora… — uprzejmość matki zmieszana z komplementem, bo przecież porównała ja do El, było już ponad jej siły. Ten jeden raz spojrzała na Michaela jakby chciała wyłapać, czy też to słyszał, bo to było tak popieprzone, że wręcz zdawało się nierealne. Szybko jednak spojrzała na człowieka, który najwyraźniej miał im coś do przekazania. Prawnik? Nieważne. Zapewne, naprawdę chciała mieć już to z głowy…
Mężczyzna chrząknął cicho i poprawił okulary, po czym rozłożył przed sobą wielką teczkę i zaczął czytać monotonnym głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. Nie czarujmy się, to była nuda - przynajmniej dla Poppy, która czekała na koniec, klucze i rzucone niedbale do następnego razu, a raczej pewnie pogrzebu. Liczby, fundusze powiernicze, podział nieruchomości. Matka, brat i Michael siedzieli wyprostowani wyczekując najważniejszego, bo przecież oczywistym było, że skoro to oni przez ostatnie lata rządzili już firmą to tutaj raczej nic się nie zmieni. — Przechodząc do kluczowych aktywów spółki Wentworth Development — zaczął, a w salonie nastała taka cisza, że mogła usłyszeć tykanie zegara na jednej z półek. — Mój klient Alistair Wentworth, podjął decyzję o ostatecznym podziale swoich osobistych udziałów i zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, pakiet kontrolny akcji blokujących przechodzi w całości na jego młodszą córkę, Poppy Wentworth — telefon w sposób niekontrolowany wysunął się jej z rąk,a dźwięk uderzenia o posadzkę i tak zginął pod oburzeniem matki i krzyków brata. — To absurd, ojciec był niepoczytalny! — a ona stała tam jak wryta nie bardzo rozumiejąc w ogóle z czym to się wiąże. Krew odpłynęła jej z twarzy przez co naprawdę przypominała siostrę na łożu śmierci. Nie żyła firmą, nie interesowała się ojcem i zupełnie nie rozumiała tego co działo się w tle, bo jej huczało w głowie. Prawnik jeszcze chwile tłumaczył rodzicielce, że to niepodważalne i próbował rozmawiać z bratem, a ona jak stała tak stała. Jak wryta. — Jeszcze jedna kwestia — mężczyzna wstał i podszedł do niej, kiedy w tym osłupieniu próbowała trzymać się na nogach. — To klucze do posiadłości nad jeziorem oraz list. List od pani ojca, który zgodnie z jego wolą miał być przekazany wyłącznie do pani rąk — czuła jak pozostali przyglądają się jej wnikliwie, ale ona wbiła oczy w kopertę na której nabazgrane było tylko jedno słowo: Poppy.
— Ja… — była w szoku. — Muszę się przewietrzyć — wydusiła bardziej do siebie, po czym wyszła przed rezydencję i nerwowo zaczęła odpalać papierosa, aż klucze wypadły jej z ręki.
Niczego nie rozumiała i chyba nawet nie chciała zrozumieć.
Nie wiedziała czy tak właściwie chce otwierać kopertę. Chciałaby być w Vancouver.
Michael Campbell
