35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

and i could be tamed for a moment
then you'll walk over my grave where we lay and dream the weather away
Odwracanie spojrzenia nigdy nie było prostsze.
Wcześniej to obecność Margo była dla niego ciągłym przypomnieniem o tym, że gdzieś między nimi zawieszona była klepsydra, w której z każdą chwilą przesypywało się coraz więcej piasku. Teraz, gdy nie było między nimi sekretów, ucieczka przestała być czymś, po co sięgał samotnie. Stawała się czymś, co robili w s p ó l n i e.
A w ten sposób rzeczywistość z trudem próbowała ich dogonić.
Najpierw zostawili ją za sobą wraz z jego mieszkaniem - wraz z aktami Morettiego i już mniej niż tygodniem, który pozostał mu na wyciągnięcie mężczyzny z więzienia. Aktami leżącymi na jego stole w kuchni, które trudno było mu ignorować gdy przebywał w domu, a które pozostały wyłącznie nieprzyjemnym wspomnieniem gdy znaleźli się na stacji benzynowej kilkadziesiąt kilometrów od Toronto.
Później zastąpili ją hotelem, który Margo im zorganizowała, z wszystkimi wchodzącymi w pakiet udogodnieniami leżącymi nieco poza spektrum ich zainteresowań. Świadomość tego, jakie problemy zostawili za sobą w mieście kompletnie wyparowała w chwili, w której dostrzegł jej czerwoną od wstydu twarz, samemu zanosząc się od śmiechu.
A wreszcie rzeczywistość ugrzęzła gdzieś pod osłoną nocy, w innym, prawdziwym hotelu, który znalazł on. Kameralnym, położonym może nie nad rzeką, ale też na granicach miasta, a przy tym posiadającym wannę, której nie towarzyszył żaden k r z y ż.
Byli w ciągłym ruchu, w którym problemy nie były w stanie ich dogonić.
Może dlatego tkwienie w miejscu było dla niego n i e z n o ś n e.
Patrzył, jak znikała w drzwiach jakiegoś bloku mieszkalnego w jednej z dzielnic Ottawy, samemu posłusznie tkwiąc w samochodzie. Każda tkanka w jego ciele rwała się do jakiejkolwiek akcji - od ruszenia wraz z nią, przez sięgnięcie po telefon i poproszenie o sprawdzenie tego adresu. W myślach zastanawiał się, czy zna kogokolwiek powiązanego z Mimmo's, kto mieszkałby w tej okolicy - zadowolił się tym obracaniem w myślach twarzy i nazwisk, usiłując dopasować element układanki, jakim było spotkanie Margo z k i m ś obcym.
Nie wiedział ile czasu minęło nim wyszedł z samochodu. Oparł się plecami o maskę, obracając w dłoni telefon. Wystarczyło jedno połączenie ze znajomym na komisariacie by dowiedział się wszystkiego. Wystarczyło inne - skierowane na telefon Mercer - by dowiedział się c h o c i a ż, czy nadal żyła. Jego wzrok wodził po oknach, usiłując dojrzeć za firankami ludzkie sylwetki.
Był już w trakcie wybierania jednego z numerów gdy drzwi otworzyły się, wypuszczając ją na zewnątrz. Mimo wszystko, mimo jego pewności w jej umiejętności i zaufania, którym decydował się ją obdarzyć, odetchnął lekko - coś w jego klatce piersiowej, co tkwiło ściśnięte cały ten czas, wreszcie się rozluźniło.
- Masz to, po co chciałaś tu przyjechać? - spytał krótko, niemal siłą zmuszając się do niewyrażania swojej ciekawości i niepokoju. Odwrócił się, uchylając jej drzwi głównie dlatego, że to o nie się opierał, tkwiąc dzięki temu bliżej drzwi do mieszkania.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podenerwowanie towarzyszyło jej od samego rana, mimo że do tego nieumówionego spotkania pozostawało jeszcze kilka godzin. Nie potrafiła zmrużyć oka, kiedy obudziła się chwilę po czwartej nad ranem; leżenie bez ruchu wydawało się niemożliwe, kiedy każda myśl uparcie wracała do jednego miejsca. Nawet widok Rhysa śpiącego obok nie potrafił uciszyć tego napięcia rozlewającego się po jej ciele.
Podświadomie wiedziała. Obawiała się zarówno tego, że tamta kobieta odmówi rozmowy, jak i tego, że potwierdzi wszystko, co Margo zdołała już ułożyć sobie w głowie - że Ventresca wsadziła broń w ręce mężczyzny, zmuszając go do upozorowania samobójstwa Sophie wyłącznie po to, by na zawsze zamknąć Maddena w klatce zbudowanej z poczucia winy.
Jeszcze bardziej przerażała ją jednak myśl, że będzie musiała powiedzieć mu o tym. Niemal czuła ten ból zanim jeszcze się pojawił; wściekłość i żal, które rozszarpią go od środka, gdy wszystkie elementy układanki wskoczą na swoje miejsce. Byli ze sobą związani tak mocno, że emocje przestały należeć wyłącznie do jednej osoby. Ta nić, która początkowo przypominała cienki, niepewny sznurek z czasem zacisnęła się wokół nich tak silnie, że niemal odczuwała każdą emocję przepływającą przez jego ciało.
I bardzo chciała mu to odebrać. Zdjąć z jego barków każdy ciężar albo przynajmniej nieść go wspólnie. Tymczasem wszystko, co robiła próbując uwolnić ich od Sergio Carbone’a i od roli posłusznych psów na jego smyczy, prowadziło wyłącznie przez kolejne cierpienie.
Kiedy dotarli na miejsce jeszcze raz zapewniła go, że nic jej nie grozi, że ma jedynie porozmawiać z kobietą, która nie miała być ich wrogiem.
Nieznajoma otworzyła drzwi nieufnie - spięta i wyraźnie gotowa zakończyć spotkanie, zanim naprawdę się zaczęło. Margo musiała sprzedać jej historię Rhysa i Sophie - fragmenty wystarczająco prawdziwe, by tamta dostrzegła w niej nie policjantkę, a człowieka próbującego zrozumieć cudzą tragedię.
I to zadziałało; powoli, z oporem i widocznym bólem kobieta zaczęła mówić.
Przyznała, że jej mąż znał Sergio Carbone’a długo przed śmiercią Sophie. Opowiadała o tym, że próbowała odciągnąć go od tego wszystkiego, ale nie potrafiła. Ventresca miała na niego coś wystarczająco mocnego, by okazało się silniejsze od rozsądku.
I że śmierć Sophie n i g d y nie była przypadkiem.
Nic nim nie było. Ani miejsce, ani czas, ani obecność jej męża tamtego wieczoru. Wszystko zostało zaplanowane z wyprzedzeniem, rozpisane niemal co do sekundy przez Carbone’a.
Kiedy wyszła z budynku zauważyła go opartego o samochód, czekającego dokładnie tam, gdzie obiecał. Nie powiedziała ani słowa, podchodząc prosto do niego, ignorując otwierane przez niego drzwi samochodu i zamiast tego po prostu wtuliła się w niego mocno. Wspięła się lekko na palce, odnajdując jego usta w krótkim, ale r o z p a c z l i w i e czułym pocałunku.
- Dziękuję, że mi zaufałeś - wyszeptała cicho przy jego ustach, dopiero po chwili wsiadając do środka. Nie pozwoliła mu ruszyć od razu, widząc jak bardzo chciał wiedzieć, jak d e s p e r a c k o potrzebował poznać prawdę, ale jednocześnie szanował fakt, że ta rozmowa należała wyłącznie do niej.
Milczała przez chwilę, walcząc sama ze sobą. Wiedziała, że wypowiedzenie tego na głos rozpęta piekło. A jednak pojawił się ten impuls, gwałtowna potrzeba powiedzenia mu wszystkiego natychmiast, zanim zabraknie jej odwagi. - Ta kobieta, z którą rozmawiałam… to żona mordercy Sophie - odezwała się w końcu spokojnie, odwracając się w jego stronę dopiero wtedy, gdy usiadł za kierownicą. - Twierdzi, że znał Carbone’a na długo przed tym zanim to zrobił, Rhys - dodała ciszej.
Nie wiedziała czy od razu zrozumie, co próbowała mu przekazać. Czy połączy wszystkie elementy dokładnie w ten sam sposób co ona. Sama nadal nie potrafiła wypowiedzieć tego ostatniego wniosku na głos.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaufanie było podstępnym założeniem. W ich przypadku rzadko kiedy się opłacało.
Gdyby Margo nie ufała mu wcześniej, być może oszczędziliby sobie pewnej ilości cierpienia wynikającej z wlokących się za nim sekretów. Teraz wiedział, że był jej to w i n n y, powinien jej ufać, zdać się na jej osąd. Tkwić w aucie, w którym go zostawiła i pozwolić jej załatwić sprawy po swojemu. Mimo tego, mimo tej świadomości, nieustannie obracał telefon w dłoni, rozważając złamanie tej jednej obietnicy, którą jej złożył.
I choć w niej wytrwał, doszukiwał się konsekwencji. W spojrzeniu, którym go obdarzyła wychodząc z budynku. W sposobie, w jaki wspięła się na palce, składając na jego ustach rozpaczliwy pocałunek. Żaden z tych gestów nie był lekki, tak, jak zwykle bywały gdy między nimi było d o b r z e.
Każdy z nich był ostrzeżeniem, które mimo wszystko ściągały jego brwi i sprawiały, że napięcie zakradało się do jego ciała.
Posłusznie wrócił do wnętrza samochodu, choć jego żołądek ściśnięty był od słów, które miały nadejść. Czuł, że coś było nie tak, że absolutnie mu się nie spodoba powód, dla którego tu przyjechała. Czuł to całym, pieprzonym sobą gdy zapinała obok niego pasy, siedząc w fotelu pasażera jak na szpilkach.
Nie spodziewał się jednak t e g o.
Jego głowa odwróciła się gwałtownie w stronę kobiety tak, jak niedowierzanie wpełzło na jego twarz. Zamrugał, jakby oczekując, że zaraz okaże się, że się przesłyszał, że to wszystko było jakimś żartem z rodzaju tych, które zwykle robiła. Ale te zwykle były zabawne, a to tkwiło na przeciwległej stronie spektrum emocji, które powoli wydobywały się z jego wnętrza i sięgały ku powierzchni.
- Oszalałaś? - warknął gdy jako pierwsza dotarła na zewnątrz złość - złość, która niemal zawsze przychodziła mu z pomocą, przysłaniając wszystko to, co było trudniejsze do zniesienia. Strach o nią, strach o niego samego, zawód, że zdecydowała się podążyć tym śladem nie mówiąc mu o tym wcześniej.
Konsekwencje tego, co do niego mówiła, jeszcze do niego nie trafiały - jeszcze umykały pod złością na sam fakt tego, że postanowiła tutaj przyjechać - oraz przywiozła tutaj j e g o.
- Znalazłaś żonę człowieka, którego zamordowałem? - dłonie, które jeszcze wcześniej zaciskały się na kierownicy teraz opadły bezwładnie po obu stronach ciała, choć jakaś potrzeba z tyłu głowy usiłowała zmotywować go do uruchomienia silnika. Ta związana z kobietą, z którą spotkała się z Margo - ta, która pragnęła, by z n ó w uciekł z miejsca zbrodni. - I uznałaś za świetny pomysł przyjechanie tu ze mną i spotkanie się z nią?
Mógł się tego spodziewać. Mógł założyć, że cokolwiek wymyśliła, nie mogło być ani mądre, ani dobre - ponieważ Mercer każdego dnia w swojej pracy usiłowała znaleźć granicę swojej lekkomyślności, uparcie brnąc naprzód nie zważając na ż a d n e konsekwencje.
- Czy ty postradałaś zmysły? - dodał wściekle, wreszcie sięgając do stacyjki, uświadamiając sobie, że absolutnie nie powinni tutaj przebywać.
Niemal czując na sobie wzrok kobiety tkwiącej w oknie budynku, czując jego palenie na swojej skórze.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie chciała przyjeżdżać tutaj z nim.
Od początku planowała załatwić tę sprawę sama, dokładnie tak, jak robiła to wcześniej z wieloma innymi rzeczami zanim ich życia splątały się ze sobą tak mocno, że właściwie przestali funkcjonować osobno. Rhys jednak stale za nią podążał. Nawet wtedy, gdy uparcie twierdził, że wcale tego nie chciał. Nawet wtedy, gdy się wściekał, gdy zarzucał jej lekkomyślność albo wytykał kolejne błędy, nie przestawał stać tuż za jej plecami.
Nie mogła zrobić żadnego ruchu bez jego wiedzy. Zazwyczaj jej to odpowiadało, bo nienawidziła sekretów, jednak przed tym chciała go ochronić, tak długo jak tylko mogła. Przed konsekwencjami własnych działań, przed prawdą, która mogła rozedrzeć go od środka jeszcze mocniej niż wszystko wcześniej.
Droga do wolności była wyboista; potykali się o siebie i o własne decyzje na każdym kroku, bo nie mieli innego wyboru.
Musiała tutaj przyjechać. Musiała dowiedzieć się prawdy, bo pytanie pulsowało jej pod powiekami od chwili, w której pojawiło się po raz pierwszy - wielkimi, czerwonymi literami, od których nie potrafiła uciec.
Czy za śmiercią Sophie stał Sergio Carbone?
S t a ł. Nie pociągnął za spust osobiście, bo był człowiekiem, który nigdy nie brudził sobie rąk. Do tego wykorzystywał innych. W tym przypadku męża kobiety, która być może nadal obserwowała ich zza firanki, rozbita na nowo przez rozmowę wyciągającą na powierzchnię wszystko, co próbowała zakopać. W tej historii nie tylko Rhys stracił ukochaną osobę. Tamta kobieta również straciła człowieka, którego kochała. Mężczyznę, który być może dla niej był dobry, troskliwy i wystarczający zanim Ventresca zamieniła go w swojego pionka.
Siedząc obok, pozwoliła mu na złość bez żadnego protestu, wysłuchując każdego słowa w milczeniu i przytakując jedynie lekko głową, gdy wyrzucał z siebie kolejne emocje. Było dokładnie tak, jak przypuszczała - nie dostrzegał j e s z c z e tego, co widziała ona.
Zafiksował się na własnej tragedii. Na tym, że przyciągnęła go kilka godzin drogi od Toronto tylko po to, by stanąć twarzą w twarz z kobietą, której odebrał najważniejszego człowieka w życiu. Z jego perspektywy wyglądało to na szaleństwo, na rozdrapywanie ran, które nigdy nie miały się zagoić.
Nie potrafił spojrzeć na to z jej strony; nie rozumiał, że robiła to dla nich. Sięgała wszędzie, gdzie tylko mogła, chwytając się każdego tropu zdolnego kupić im trochę czasu. - Rhys - odezwała się spokojnie, kiedy w końcu zamilkł, wciąż patrząc na nią z wściekłością.
Normalnie wyciągnęłaby dłonie w jego stronę, złapała go za twarz i zmusiła dotykiem, żeby skupił się wyłącznie na niej. Teraz jednak siedziała nieruchomo na swoim miejscu, doskonale wiedząc, że jeśli jedno z nich płonęło gniewem, drugie musiało zachować spokój. - Sergio Carbone z n a ł tego mężczyznę - wypowiadała każde słowo powoli i wyraźnie, mimo że emocje również rozdzierały ją od środka. - Znał go wtedy, kiedy ją zabijał - patrzyła mu prosto w oczy, widząc kiedy brakujące elementy zaczynały przesuwać się w jego głowie.
- A później wmówił ci, że dopiero go znaleźli - kontynuowała ciszej. - Moretti zabrał cię tam, udając, że namierzyli go specjalnie dla ciebie - wiedziała, że w końcu to dostrzeże; że kiedy złość skierowana przeciwko niej choć trochę opadnie, z r o z u m i e, po co tutaj przyjechała i dlaczego tak desperacko potrzebowała usłyszeć tę prawdę osobiście.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Świadomość ciężaru, który niosły ze sobą jej słowa osadzała się we wnętrzu jego czaszki. Robiła to jednak niewystarczająco prędko. Naprzód gnały wszystkie potencjalne reperkusje decyzji, którą podjęła Margo - prosząc go o zaufanie, którego ewidentnie nie powinna otrzymać.
Kluczyk przekręcił się w stacyjce pośpiesznie, silnik warknął wściekle w reakcji na ten ruch. Samochód, który chwilę wcześniej był jego celą świątynią teraz obudził się do życia, spazmy krążącej benzyny wyczuwalne pod powierzchnią jak krew mknąca przez jego wypełnione adrenaliną żyły.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, co się stanie, jeśli ona zacznie w tym grzebać? - kontynuował, ignorując jej słowa, choć robił to w pół świadomie. Jego myśli wciąż mknęły w stronę kolejnych potencjalnych problemów, które mogły wyniknąć z ich wycieczki do Ottawy, która, jak szybko zrozumiał, wcale nie miała być dwuosobowa. - Jeśli dowie się, że mężczyzna, który zabił jej męża odwiedził jej adres w pieprzonej Ottawie?
Samochód wyjechał z miejsca parkingowego może zbyt gwałtownie by nie zwracać na siebie uwagi. Opony otarły się o czarny asfalt gdy wykręcił, zmuszając się do większej cierpliwości - do sprawiania pozorów, na wypadek, gdyby ktoś w tym momencie faktycznie patrzył z góry.
Ale jaką robiło to różnicę?
Jakaś osoba pojawiła się w progu mieszkania tej kobiety i wypytywała o jej bliskiego, który dwa lata temu zniknął bez słowa, zamordowany, pogrzebany w miejscu, w którym nikt nie miał go znaleźć. Nie wiedział, ile mogła na ten temat wiedzieć - wiedział tylko, że cała sprawa została zamieciona pod dywan bez jego ingerencji.
Wiedział też jak on by to zrobił.
- To jest twoje wielkie odkrycie? - warknął wściekle, przyśpieszając gdy samochód opuścił osiedlową drogę. Nie potrzebował nawigacji, na pozór jechał bez celu, choć jego umysł podświadomie śledził znaki prowadzące do wyjazdu z miasta. - Carbone zna pewnie każdą szumowinę w tym mieście. Oczywiście, że znał też skurwiela, który zamordował niewinną kobietę. Gdyby go nie znał, pewnie by go nie znalazł.
Właśnie dlatego nie chciał niczego jej mówić. Nie dlatego, że dochodziłaby do własnych wniosków, takich, które stawiałyby go w lepszym świetle. Nie dlatego, że nie mógł jej zaufać, ponieważ wpadłaby na pomysł zrobienia tego, co zrobiła teraz.
Dlatego, że wciągała go dokładnie do miejsca, w którym nie chciał przebywać.
Do wnętrza ciemnego baru, do desperackiego układu, który zawarł, do krwi pokrywającej jego dłonie i tej wściekłości, przy której obecna była zaledwie delikatnym płomykiem, w niczym nie przypominającej tamtej p o ż o g i.
- Nie wiem, jaką historię próbujesz sobie dopisać na podstawie jednej rozmowy z żoną jakiegoś gnoja - prychnął, wyprowadzając samochód na drogę szybkiego ruchu. - Ale nie chcę, żebyś to robiła. Nie chcę tego słuchać. Nie kazałem ci tutaj jechać, Margo i gdybym wiedział, co planujesz, nigdy bym się na to nie zgodził.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie patrzyła na to z jego perspektywy. Przed oczami miała wyłącznie jeden cel - uwolnić ich od obowiązku wobec Ventresci. Nie zastanawiała się nad potencjalnymi konsekwencjami, które mogły ich dosięgnąć, gdyby kobieta zdradziwszy jej tak niewiele, a jednocześnie tak niewyobrażalnie dużo, postanowiła drążyć temat dalej. Gdyby zapragnęła sprawdzić, dlaczego Margo pojawiła się pod jej drzwiami, po co zadawała te wszystkie pytania i jaki cel naprawdę za nimi stał.
W takich sytuacjach działała impulsywnie; gorąca głowa przejmowała kontrolę nad rozsądkiem, a potencjalne korzyści przyćmiewały każdy możliwy minus. To, co mogli dzięki temu zyskać wydawało jej się znacznie większe niż wszystko, co mogliby stracić.
Bo co właściwie mogło się jeszcze wydarzyć? Co mogło być gorsze od tego, że ktoś w końcu dowiedziałby się prawdy o Rhysie? Że jego występki wydostałyby się poza ciasne wnętrze tego samochodu i ciemną norę Carbone’a ukrytą gdzieś w dokach Toronto? Ta obroża na jego szyi i tak zaciskała się coraz mocniej. Prowadziła go nieuchronnie ku upadkowi, jeśli nie zrobią c z e g o k o l w i e k.
- Skąd miałaby się tego dowiedzieć? - miała ochotę nim potrząsnąć i wyłącznie resztkami cierpliwości powstrzymała ostentacyjne przewrócenie oczami. Jego ignorancja była momentami wręcz nieznośna. Nie patrzył tam, gdzie ona. Nie dostrzegał niczego poza własną złością i przekonaniem, że działała mu na przekór; że swoim uporem jedynie komplikowała sytuację jeszcze bardziej. - Jedyną osobą, która mogłaby jej cokolwiek powiedzieć, jest Carbone. A on nie może zagrozić ci bardziej niż robi to teraz - odpowiedziała spokojnie, uparcie próbując równoważyć jego emocje własnym opanowaniem.
Nie wymeldowali się nawet z hotelu, a Rhys kierował samochód ku wyjazdowi z miasta, jakby odległość mogła cokolwiek naprawić. Milczała dalej, obserwując tablicę żegnającą ich z Ottawą i wysokie budynki ustępujące miejsca drzewom rozmytym w zieleni późnej wiosny. - Nie próbujesz nawet zrozumieć tego, co ci mówię, Rhys - odezwała się w końcu cicho. Ignorowała jego wściekłość dokładnie tak samo, jak od początku ignorowała większość rzeczy, których od niej chciał.
Stracił prawo ż ą d a n i a, by zostawiła tę sprawę wyłącznie jemu w chwili, w której mimowolnie wciągnął ją w swoje piekło. Stracił je wtedy, gdy pozwolił jej siebie pokochać i gdy sam zakochał się w niej tak mocno, że przestali istnieć osobno. Nie chciał o tym myśleć, ale wiedziała, że zrobiłby dokładnie to samo. Szukałby wyjścia z każdej sytuacji, która mogłaby ją skrzywdzić.
- Ona twierdzi, że jej mąż miał dług wobec Ventresci - kontynuowała spokojnie. Zamknięci we wnętrzu samochodu byli skazani na słuchanie siebie nawzajem, niezależnie od tego czy któreś z nich miało na to ochotę. - I spłacił go, zabijając Sophie na zlecenie Carbone’a - wyrzuciła to z siebie szybko, niemal gwałtownie. Natychmiast spojrzała w jego stronę, była gotowa na wszystko - na wybuch gniewu, na uderzenie pięścią w kierownicę, na tę charakterystyczną ciszę, która pojawiała się u niego wyłącznie wtedy, gdy emocje stawały się zbyt ciężkie.
- To wszystko było zaplanowane - nie była pewna czy ostatnie słowa naprawdę do niego dotarły, bo dokładnie widziała moment, w którym jego spojrzenie zasnuło się czymś ciężkim, zabierając go gdzieś daleko.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Carbone zawsze mógł zagrozić im bardziej. Mógł przenieść wszystkie te zawoalowane sugestie i groźby, i podnieść je na wyższy poziom. Utrata jego wolności nie była w tym momencie najgorszym, co mogłoby go spotkać - nie gdy w jego życiu pojawiła się o n a.
Póki obok niego była Margo, Ventresca wciąż trzymała sznur owinięty wokół jego szyi.
Ponieważ mógł jej ufać, mógł wierzyć w jej umiejętności, mógł szanować jej zdanie w każdym, innym aspekcie ale w i e d z i a ł, że Carbone znalazłby sposób na dostanie się do niej. Że jeden gest nieposłuszeństwa wystarczyłby, by Mercer znalazła się w niebezpieczeństwie.
A on zrobiłby bardzo wiele by do tego nie dopuścić. Zrobiłby w s z y s t k o, byle tylko jej nie stracić.
Rozumiał jej słowa. Gdzieś z tyłu głowy, w tym sektorze jego analitycznego umysłu, który nieustannie pracował nawet, jeśli próbował odsunąć od siebie niechciane myśli. Rozumiał je ale nie chciał ich do siebie dopuścić.
Nie chciał nawet myśleć o tym, co o z n a c z a ł y.
Jakby mógł słuchać wypowiadanych przez nią zdań bez przyswajania sensu, który za nimi stał. Jakby mógł dalej funkcjonować w przekonaniu, że to wszystko było wyłącznie chorym zbiegiem okoliczności. Przypadkiem, który doprowadził mordercę w odpowiednie miejsce, w odpowiednim czasie. Tragedią, która spotkała go tak, jak mogła spotkać każdą, inną osobę. Tragedią, która znalazła te korzenie bezprawia schowane głęboko w jego sercu i pozwoliła im zakwitnąć, pchając go w kierunku Mimmo's, ciemnego wnętrza mafijnego centrum operacji.
Najgorsze jest to, że gdzieś z tyłu głowy to w i e d z i a ł.
Że niektóre elementy od samego początku wydawały się tkwić w niewłaściwych miejscach, niektóre sznurki urywały się zamiast prowadzić do kłębka. Wszystkie podszepty jego intuicji chowały się za grubą zasłoną emocji, które nie pozwalały mu wycofać się na tyle daleko, by racjonalnie spojrzeć na sytuację.
Widział ją dopiero teraz, nakreślaną jej słowami, głosem, który nie powinien nigdy wypowiadać takich rzeczy, powinien wyłącznie opowiadać o przyszłości zamiast sięgać w stronę tego, co było.
Sytuację, w której Carbone wdarł się do jego życia jeszcze zanim pierwszy raz zobaczył go twarzą w twarz. W którym zabrał mu to, co było dla niego najważniejsze i wycofał się, pozwalając rozpaczy zagnieździć się w jego sercu i przekształcić w desperację. Który zaoferował odpowiedzi, za odpowiednią cenę - jakby nie był mu ich winny za wszystko, do czego doprowadził. Który stał z daleka, prowadząc wściekłego psa w stronę wytypowanej przez niego ofiary, a później zaoferował mu łaskę uniewinnienia gdy świat zaszedł szkarłatem krwi.
Przekształcił go w marionetkę, w pionka, który przesuwał na własnoręcznie układanej planszy, odbierając mu możliwość decydowania.
Reperkusje jej słów odbijały się echem w jego głowie, uzewnętrzniały się w jego napiętych mięśniach. W sposobie, w którym jego ciało zesztywniało, palce zacisnęły się na kierownicy do granicy pobielałych knykci, głowa spoglądała naprzód, zza zaciśniętych ust nie wydobywało się ani słowo. Świadomość wnętrza samochodu i tkwiącej obok kobiety rozmyła się pod wpływem ogarniającej go furii gdy w milczeniu skanował wzrokiem drogę - a napotykając znak informujący o odległości do Toronto, wściekle docisnął pedał gazu, przyśpieszając.
Byle tylko do n i e g o dotrzeć, usłyszeć to z jego ust.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może popełniła błąd, mówiąc mu o tym wszystkim właśnie teraz. Może powinna była poczekać do momentu, w którym ich nogi bezpiecznie przekroczą próg mieszkania, gdzie otuli ich znajome ciepło, zapach kojarzący się ze spokojem i stabilnością, a ściany będą wystarczająco mocne, by przyjąć na siebie ciężar tych słów.
Może tam byłaby w stanie go zatrzymać; zamknąć w swoich ramionach i tym jednym znajomym gestem odnaleźć miejsce tuż nad jego nadgarstkiem, by powolnym ruchem opuszków uspokajać rytm rozszalałego serca. Odnajdywała w tym ukojenie dla siebie i odnajdywała je również dla niego.
Prawda była taka, że nie istniał dobry moment na przekazanie podobnych wieści. Nie było odpowiedniego miejsca ani właściwej chwili, by położyć przed nim prawdę tak brutalnie oczywistą, że w gruncie rzeczy nawet nie wydawał się nią naprawdę zaskoczony.
Widziała gorejący gniew w jego oczach, widziała dłonie zaciskające się na kierownicy tak mocno, aż pobielały mu knykcie. Czuła prędkość wciskającą ją coraz mocniej w fotel i żołądek skręcający się w ciasny supeł, gdy samochód połykał kolejne kilometry.
Milczała przez chwilę, pozwalając mu przeżywać wszystko dokładnie tak, jak potrzebował. Choć każda komórka jej ciała pragnęła zrobić coś odwrotnego - przytulić go, zatrzymać, zabrać z jego barków część tego ciężaru, który nagle przygniótł go z podwójną siłą.
W końcu wyciągnęła rękę, bez delikatności i zawahania zacisnęła dłoń na jego ramieniu, mocnym ruchem sprowadzając go z powrotem t u t a j, do n i e j, do wnętrza samochodu.
- Zwolnij - poprosiła cicho, kiedy przesadzał; kiedy jego noga niemal wbijała pedał gazu w podłogę, jakby na końcu tej drogi czekało jakiekolwiek zbawienie. - Nie pojedziesz do niego - nie odwróciła wzroku nawet na sekundę. Zmusiła go, żeby oderwał jedną dłoń od kierownicy i przeniosła ją na swoje udo, splatając ich palce mocno, stanowczo, trzymając go blisko siebie, zanim zrobi coś pod wpływem impulsu. - Co miałbyś zrobić, Rhys? Jaki masz plan? - na szczęście od Toronto nadal dzieliły ich cztery godziny drogi. Cztery godziny, podczas których mogła wybić mu z głowy każdą głupotę rodzącą się właśnie w jego umyśle.
- To jest nasza przewaga - dodała ciszej. - Wiemy coś, czego Carbone nigdy nie zakładał, że odkryjesz. Cała jego kontrola opierała się na tym, że byłeś przekonany, iż śmierć Sophie była przypadkiem - była w analitycznym transie, nie pozwalała, żeby emocje, które targały nim, przelewały się na nią, odbierając jej możliwość rozsądnego spojrzenia na rzeczywistość, w którą niespodziewanie zostali wrzuceni. W rzeczywistość zupełnie odmienną od tej, w którą dotychczas wierzyli.
- Zniszczymy go, zapłaci za wszystko co zrobił, ale nie możesz tam pojechać i się na niego rzucić. On zabije cię bez mrugnięcia okiem, Rhys - nie pozwoliłaby mu na to, n i g d y nie pozwoliłaby mu w tym stanie tam wejść i zażądać od Sergio Carbona wyjaśnień. Wiedziała, jakby to wyglądało, niemalże potrafiła to zobaczyć oczami wyobraźni, jak rzucał się na mężczyznę i jak jego ludzie wyciskają ostatnią kroplę krwi z jego ciała w odwecie.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niektórych słów nie dało się cofnąć - tak jak prawdy, która szła z nimi w parze.
Nic, nawet jej obecność, nawet jej dotyk na jego ramieniu nie były w stanie zatrzymać kaskady myśli i wniosków, których wcześniej do siebie nie dopuszczał ani na chwilę. Złość, która go ogarnęła, w niczym nie przypominała tej, którą zwykle kierował w jej stronę - ani nawet tej furii, z której pomocą zwracał się przeciwko reszcie świata.
Ta złość pulsowała w jego żyłach, z każdym uderzeniem serca rosnąc na sile.
Ta nakazywała mu mknąć do przodu nawet, gdy wskaźnik prędkości przekraczał granicę zdrowego rozsądku. Ta odliczała czas, którego potrzebowali by wrócić do Toronto - skrycie licząc na to, że dzięki prędkości, z czterech godzin zrobi się ich mniej, zrobią się trzy i pół, może trzy, może już zaraz stanie naprzeciwko tego skurwiela i usłyszy z jego ust to samo, co teraz słyszał z jej.
Nie pojedziesz do niego.
Powietrze opuściło z impetem jego płuca, na wzór rozjuszonego zwierzęcia bardziej niż racjonalnego człowieka. Sama myśl, że miałaby mu tego z a k a z a ć, że miałaby powstrzymać go przed zrobieniem dokładnie tego, na co miał w tej chwili ochotę, rozjuszała go wyłącznie jeszcze mocniej. Sprawiała, że ta wściekłość, która płonęła ogniem zbyt intensywnym by kiedykolwiek zwrócił ją przeciwko niej, zaczynała rozlewać się na zewnątrz - w tym na siedzenie, do którego pociągnęła jego rękę, a którą skrzętnie wysunął z jej dłoni, odrzucając kotwicę, którą usiłowała zarzucić.
- Chcesz porozmawiać o planach, Margo? - odrzucił ze złością, zaciskając obie dłonie na kierownicy - w geście, który wydawał się akurat tym racjonalnym w kontekście prędkości, z jaką jechali, a której nie zamierzał zmieniać. - Co zrobiłabyś, gdyby żona tamtego gościa zadzwoniła na policję, mówiąc, że wypytujesz o sprawę sprzed dwóch lat?
Krajobraz przemykał po drugiej stronie okien, ale spośród wszystkiego, co wcześniej podziwiali jadąc w drugą stronę, dostrzegał wyłącznie znaki prowadzące do Toronto.
- Co byś zrobiła, gdyby spytała cię, czy znaleźli jego ciało? Albo gdyby okazało się, że nie tylko tamten gnój pracował dla Carbone'a, ale ona również była z tym powiązana? Tak, jak ty jesteś ze mną? - kontynuował, nie zatrzymując się, nie przerywając nawet, jeśli próbowała wejść mu w słowo. - Co zrobisz, jeśli ona zadzwoni do Carbone'a, albo zacznie pytać o swojego męża i wieść o tym dojdzie do Sergio tak samo, jak dotarło do niego twoje spotkanie z Rinaldim?
Pusta droga o tej porze dnia wydawała się wyłącznie zachętą. Sygnałem popychającym go naprzód, podczas gdy świat po drugiej stronie szyby zmieniał się wraz z każdym mrugnięciem jego powiek. Zmieniał się w pusty bar, w cichą łazienkę, we wszystkie te miejsca, w których pojawił się z własnej woli po to, by ktoś inny podjął decyzję za niego.
- Nie miałaś żadnego planu. Wiedziałaś też, że nie chciałbym, żebyś tu przyjeżdżała - wycedził wreszcie, odwracając głowę wyłącznie po to, by na ułamek sekundy spojrzeć prosto na nią. - Robisz wszystko, na co tylko masz ochotę, impulsywnie, bez żadnego przemyślenia i oczekujesz, że ja z kolei będę konsultował z tobą każdy mój pierdolony ruch i siedział grzecznie teraz, gdy znam prawdę - jego spojrzenie wróciło do drogi, którą mknęli, tęczówki pociemniałe pod wpływem emocji. - Czego się spodziewałaś?

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rozsądek nakazywał jej zrozumieć jego reakcję. Podpowiadał również, że nie było w niej nic nowego; że złość, którą właśnie w nią wymierzał, stanowiła jedynie wyrzut emocji, tych najtrudniejszych, nad którymi od zawsze nie potrafił panować. Nie był to przecież pierwszy raz, kiedy odcinał się od niej w gniewie, pozwalając, by frustracja przejmowała kontrolę nad każdym wypowiadanym słowem.
A mimo to, gdy wyszarpnął swoją rękę z jej dłoni, świadomie rozplatając ich palce i odbierając jej ten kontakt, poczuła się zraniona.
Irracjonalnie, bo robił to wcześniej. Miała wystarczająco dużo czasu, by przywyknąć do jego gwałtowności, do tych momentów, w których zamykał się przed nią i odpychał wszystko, a jednak gdzieś głęboko, pod warstwą opanowania, zaczynało kiełkować rozczarowanie rozlewające się coraz dalej z każdym kolejnym słowem, które cedził w jej stronę.
Bo co właściwie zrobiła źle? Dlaczego każdą próbę walki o ich wolność odbierał jak osobisty atak? Dlaczego każdy jej krok mający uwolnić ich oboje - nie jego, I C H, spotykał się z tak ostrą krytyką? Dlaczego reagował gniewem, nie dostrzegając, że to właśnie jego decyzje zaprowadziły ich do miejsca, w którym teraz byli? Dlaczego uparcie ignorował fakt, że nie mieli wyboru? Że musieli chwytać się wszystkiego, co mogło dać im choć namiastkę normalności w rzeczywistości, w której Sergio Carbone zamknął ich oboje?
N i g d y mu tego nie wypominała, tylko r a z pozwoliła sobie wybuchnąć, obrzucić go winą, a później zawsze wyciągała do niego rękę. Nawet wtedy, gdy odpychał ją raz za razem, gdy krzyczał i kazał jej się wynosić - stała obok i nie poddawała się. Chciała podarować mu wolność, której teraz nie miał. Wolność, którą Sergio Carbone mógł odebrać mu w każdej chwili właśnie przez te błędy, które popełnił s a m.
Milczała przez długi czas, patrząc przed siebie. Pozwoliła jego słowom opaść między nimi ciężko, analizując każde zdanie raz za razem, odtwarzając je w głowie z uporem i jednocześnie próbując zapanować nad impulsem popychającym ją do odpowiedzi. - Ty za to masz fenomenalny, kurwa, plan - odsunęła się świadomie, na tyle, na ile pozwalało ciasne wnętrze chargera, przesuwając się pod same drzwi i budując między nimi mur dokładnie w miejscu, w którym on sam przed chwilą postanowił go postawić. - Wypuścić Morettiego i wierzyć jak ostatni idiota, że to wystarczy człowiekowi, który karmił cię kłamstwami przez ostatnie dwa pieprzone lata - ton jej słów pokrył chłód tak odległy od naturalnego ciepła, którym zwykle go otaczała, że nawet ona sama poczuła ukłucie gdzieś pod żebrami.
- D w a lata - prychnęła cicho, bardziej do siebie niż do niego. - Przez jebane dwa lata nie zauważyłeś niczego i masz czelność mieć pretensje do mnie? - p r ó b o w a ł a być spokojem, kiedy jego pochłaniała burza, ale ona również miała swoje granice. Kończyły się dokładnie tam, gdzie ktoś próbował obarczyć ją winą za czyny, które nią nie były.
- Nie ma za co, partnerze - rzuciła gorzko. I pierwszy raz od początku tej podróży równie mocno co on zapragnęła znaleźć się z powrotem w Toronto.
Samochód nagle stał się zbyt ciasny, powietrze za ciężkie, a ona czuła przemożną potrzebę wyjścia g d z i e k o l w i e k, rozprostowania nóg i odzyskania spokoju w samotności, zanim emocje wymkną jej się spod kontroli całkowicie.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”