-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Od przeżycia tamtej pamiętnej (dla jednych bardziej dla drugich mniej) nocy minęło już trochę czasu. Hunter nie czuł zmiany, czego jednak nie dało się powiedzieć o Prudence - może go nie unikała bo mieli w dalszym ciągu swoje spotkania na terapii, jednak widać było że nie do końca czuje się przy nim pewnie. Nie zrozumcie mnie źle, nie robił żadnych głupich gestów ani nie wspominał tego co się wydarzyło. Wręcz przeciwnie, przeszedł z tym do porządku dziennego. Rozmawiał z nią normalnie, ba! Wręcz nawet otworzył się bardziej lekko opuszczając gardę, którą wiecznie trzymał w rozmowie. Jednak po kilku kolejnych sesjach zrozumiał, że może warto przekonać Prudence, że nic wielkiego się nie stało?
Zamówił kwiaty, bukiet czerwonych róż, które miały sprawić, że na twarzy kobiety zagości uśmiech. Zrobił to w dzień kiedy nie musieli się widzieć - aby mogła od niego odpocząć i nie czuła się przytłoczona. Dorzucił do tego liścik - Na poprawienie humoru i lepszą pracę.
Nie pisał żadnych pustych frazesów czy przeprosin, bo nie uważał, że miało to jakiś sens. Musieli żyć dalej z tym co zrobili i przestać zachowywać się dziwnie.
Umówił się z nią na popołudniową godzinę w swoim domu. Kilka dni wcześniej zajmował się swoimi siostrzeńcami, których Andrea podrzuciła jadąc na badania kontrolne dzidzi. Obiecał, że nie będą robić nic szalonego, ale jak to chłopaki… plany się zmieniają. Hunter zabrał ich na quady za miastem. Tam szaleli wszyscy, nawet on. Dzień zakończyli jeszcze zabawą przy grillu w jego ogródku.
Jednak czy wszystko poszło z planem? Powiedzmy że tak, bo jak inaczej wytłumaczyć jego utykanie na lewą nogę? Kazał chłopakom siedzieć cicho, gdy przez przypadek spadł z quada rozcinając łydkę, w miejscu które nie chciało przestać krwawić. Oczywiście zajął się tym od razu, bo od właścicieli wypożyczalni dostał apteczkę, a później żeby młodzi siedzieli cicho i nie wygadali się mamie, zorganizował im grilla. Takiego prawdziwego, z kiełbaskami, mięsem i mnóstwem zabawy w międzyczasie. Ignorował ból, bo nie mógł ich zawieść. Kiedy jednak Andrea przyjechała po chłopaków, mógł w końcu usiąść na kanapie i odpocząć. Sprawdził opatrunek - nie wyglądało to źle, dlatego zmienił go i założył nowy. Robił to przez dwa kolejne dni. Jednakże gdy obudził się w środę poczuł rozsadzający ból głowy. Gorączka… wziął na nią proszki ale nic nie zbiło temperatury, która tylko rosła. Czuł się źle… kompletnie zapominając opatrunku na nodze. Bolało go wszystko - więc nie zwracał uwagi na dalsze utykanie.
Po wypaleniu papierosa w salonie, chciał wstać ale… zakręciło mu się w głowie. Nawet nie wiedział kiedy wysiadł mu prąd. Odcięło go totalnie, lądując na kancie stołu, przez co dodatkowo rozbił głowę, z której sączyła się krew na dywan. Leżał… bez ruchu, rozpalony, spocony i przede wszystkim nieprzytomny.
Itxel zaczęła szczekać… lecz nikt jej nie słyszał… chyba...
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ostatnio zdecydowanie wiele się działo.
Można powiedzieć, że zbyt wiele jak dla jednej osoby.
Ale czy poradziła sobie w nowej rzeczywistości? Na swój sposób tak, bo chociaż spotkania z Hunterem do najprostszych nie należały, skoro niezbyt udało im się porozmawiać o tym co teraz, tak jednocześnie nie zachowywała się jakby była trędowata, unikając go i robiąc wszystko, aby nie mogli odbywać dalszych spotkań terapeutycznych. Była profesjonalistką - nie chciała przecież wiązać swoich prywatnych sytuacji z tymi związanymi ściśle z zawodem. A niestety - lub stety, zależy jak na to spojrzeć - Hunter łączył jedno i drugie w jednym czasie.
Nie wiedziała jednak dlaczego pewnego pięknego dnia dostała bukiet kwiatów - który zajął miejsce tego poprzedniego, nie mając z początku świadomości iż ich adresatem również jest poprzednik. Ładniejsze kwiaty ususzyła, co lubiła robić w formie pamiątki, a do wazonu ze świeżą wodą i nowym preparatem na podtrzymanie ich żywotności wylądował ten. Nie ma co ukrywać - piękniejszy, okazalszy, składający się z samych czerwonych róż. I choć zabrzmi to niezmiernie mocnym klasykiem, to są jedne z jej ukochanych, zupełnie jakby ktoś wiedział…
Ale Hunter nie wiedział tego. Działał na zasadzie domysłu. Bo tak, to właśnie on zdecydował się na ich wysłanie, czytając bilecik, na którego widok uśmiechnęła się zupełnie szczerze i szeroko. Nie oczekiwała od niego czegoś takiego. A jednak - zrobił to, przez co Prudence na moment zawiesiła się, nie wiedząc co zrobić. Zadzwonić? A może po prostu przemilczeć, żeby nie pomyślał sobie czegoś głupiego? A może nie oczekiwał podziękowań jakichkolwiek, bo nie o to mu chodziło w tym?
Chwilę stała przy bukiecie, przesuwając spojrzeniem po płatkach wybranego kwiatka, choć myślami była gdzieś indziej. Nieświadomie zaczęła też wachlować po wewnętrznej stronie jednej z dłoni bilecikiem, najprawdopodoboniej w formie próby znalezienia jakiegoś rozładowania napięcia - kolejnego - jaki posiadała w swoim wnętrzu.
Ostatecznie wysłała mu wiadomość, żeby nie wyszła na niegrzeczną, ale i jednocześnie aby nie wyszło iż się narzuca. Dziękuję za kwiaty, są przepiękne.
To na pewno było idealnym wyważeniem pomiędzy brakiem reakcji, a reakcję na wyrost, w jej ocenie.
Minęło parę dni po otrzymaniu kwiatów, gdzie umówieni byli w jego domu na kolejne spotkanie w ramach terapii. Pomimo tego, co miało miejsce, nie zrezygnowała z wcześniejszej propozycji związanej z przeprowadzaniem ów widzeń w innych miejscach, które nie są jej gabinetem. I można by pomyśleć, że - kto wie - sama kusi los do tego, żeby znów coś miało takiego się przydarzyć, jednakże nie myślała o tym kompletnie. W końcu - jak to powiedziane było wcześniej - jest profesjonalistką. Nie można było jej tego odebrać, nie mogła więc zachować się karygodnie.
Hunter nie był dzisiaj jej ostatnim pacjentem, a mimo to miała znów terapię na wychodnym. Może to i lepiej, mogąc trochę odetchnąć od tych ścian. Zanim jednak wyszła, przelotnie spojrzała na dalej pięknie prezentujący się bukiet kwiatów, o który każdy wypytywał, kto zagościł w jej skromnych progach. Przesunęła delikatnie opuszkiem po jednym z kwiatków, po czym prędko przeszła do auta i ruszyła przed siebie - pod już dobrze znany jej adres.
Nie będąc niczego świadoma - a tym bardziej tego, że wcześniej uległ jakiemuś zdarzeniu, co wpłynęło na jego samopoczucie - stanęła pod drzwiami, zaczynając pukać i dzwonić, tak żeby mieć pewność, iż zostanie usłyszane jej przybycie przez domownika. Zamiast tego - słyszała szczekanie psa, co trochę ją zdziwiło. Itxel, z tego co pamiętała z rozmów o niej, nie była psem, który zbyt często szczeka. O ile w ogóle to robi, bo jak wtedy była tu po raz pierwszy, nie zrobiła tego choćby raz.
Zapukała znowu, próbowała zerknąć przez okienko znajdujące się w ramie drzwi… ale niczego nie dojrzała. A psina w dalszym ciągu ujadała.
Ściągnęła brwi ku sobie, po czym jeszcze raz zapukała oraz zadzwoniła dzwonkiem.
Może był w warsztacie, szopie… jak to tam nazywał. Przeszła więc boczkiem na tył domostwa, jednakże nikogo tam nie widziała - a raczej, nawet nie miała takiej szansy, bowiem ów budynek również był zamknięty. Zupełnie jakby go nie było na posesji. Może zapomniał o ich spotkaniu? A może postanowił, że od tego momentu jednak zacznie ją unikać? Co jak co, ale to nie było coś normalnego - zważając na Huntera, jaki jest od jakiegoś czasu. Znacznie się przykładał, nie opuszczał spotkań i zajęć, nie lekceważył, faktycznie się angażował. Nawet jeszcze bardziej po ich wspólnej nocy.
Stojąc jeszcze w tylnej części domu, dostrzegła iż drzwi tarasowe były lekko uchylone - firanka czy też zasłona lekko powiewała przez wpadający do wnętrza wiatr. Może i nie byłoby to z jej strony zbyt grzeczne, ale coś ją tknęło, aby sprawdzić czy rzeczywiście nie ma Huntera w domu. Może ma jakiś napad związany ze swoim PTSD? Liczyła, że tak nie jest, a mężczyzna albo naprawdę zaczyna jej unikać bądź nie ma go w domu.
Popchnęła delikatnie drzwi, nie czując oporu z ich strony. — Hunter? — powiedziała niezbyt głośno, bo może znajdował się niedaleko. Odpowiedziała jej głucha cisza początkowo. — Hunter, jesteś tu? — zawołała znacznie donośniej, a w odpowiedzi na to przyszło jej stukanie pazurków psich łapek o parkiet, widząc iż przychodzi do niej psina mężczyzny. — Cześć, nie ma Pana? — ale zamiast łaszenia się, jak to miało ostatnio miejsce, Itxel zaczęła na nią szczekać. — O co chodzi? — znów szczekanie, a jej zachowanie odbiegało od normy. Nie musiała być behawiorystką, żeby to zobaczyć. Wtedy Itxel uciekła, a Prudence bez zastanowienia poszła za zwierzakiem.
Zobaczyła iż zatrzymała się w salonie - a w momencie zwrócenia wzroku na psa, dostrzegła jednie nogi. Prędko oceniła sytuację, a jeszcze szybciej podeszła do osoby, która leżała.
To był Hunter.
Nieprzytomny, z którego głowy sączyła się krew, co oceniła przez dywan zaplamiony w tych okolicach. Zrobiła wielkie oczy, nie spodziewając się czegoś takiego. — Jezus Maria… — wyszło jej przez usta wraz z mocnym wypuszczeniem powietrza poprzez nozdrza. — Grzeczna dziewczynka — powiedziała prędko do psiny, przechodząc do mężczyzny, by ujrzeć jego twarz - był nieprzytomny, ale nie wiedziała ile czasu znajduje się w takim stanie. Przyklęknęła przy nim, wyciągając prędko z torebki swoją apaszkę, którą przyłożyła do miejsca z jakiego nadal wypływała krew. W momencie wyciągania materiału, pochwyciła też telefon. Prędko wybrała numer alarmowy, po czym oparła na ramieniu i przytrzymywała urządzenie policzkiem, żeby móc jakoś sensownie rozmawiać.
— Dzień dobry, nazywam się Prudence Lane, właśnie znajduję się w mieszkaniu swojego pacjenta, którego znalazłam na podłodze nieprzytomnego, mocno rozpalonego i z raną głowy, którą próbuje tamować. Proszę o przesłanie karetki — szybko przekazała główne informacje, wraz z adresem na który ma ów pomoc przyjechać. Póki nie pojawili się - siedziała i po prostu trzymała apaszkę przy ranie, żeby nie utracił większej ilości krwi. W międzyczasie odpowiadała na pytania. — Jestem jego psychoterapeutką. Nie, ostatnio na nic się nie skarżył. Nie, nie rozmawiałam z nim dzisiaj. Był sam w domu. Gdyby nie to, że jego pies, który nie ma w zwyczaju szczekać, zaczął wręcz ujadać pewnie nie weszłabym do domu. Proszę przekazać ratownikom, że drzwi od tylnej części domu są otwarte, nie chcę go teraz zostawiać… — prosiła też dyspozytorka, aby nie ruszać go, bo nie wiadomo czy przy upadku nie doszło do uszkodzenia jakichś kręgów. Prudence tylko kiwnęła głową na tą informację, zupełnie jakby była przekonana iż kobieta po drugiej stronie słuchawki ją widzi.
Usłyszała zaraz nadjeżdżającą karetkę, a wtedy mogła się rozłączyć. Odłożyła jedną ręką telefon na stolik, czekając aż ktoś wreszcie wejdzie do domu.
Gdy tak się stało - odeszła, trochę niechętnie, dając pracować ratownikom. Obserwowała to wszystko będąc na uboczu, głaskając w międzyczasie Itxel, która do niej sama podeszła. Nie wiedziała tylko, czy głaska psa, żeby ją uspokoić, czy może samą siebie. — Naprawdę dobra z Ciebie dziewczynka, mała. Dzielna i mądra — zaczęła jej prawić komplementy, jakby to miało nieco ukoić nerwy kobiety, po czym przeniosła spojrzenie na psinkę. — Ale musisz zostać sama, dobrze? — mówiąc to, przeniosła znów spojrzenie na ratowników, przenoszących właśnie Huntera na nosze. Chciała od razu coś powiedzieć, ale prędko się pohamowała. Nie miała świadomości tego, że miał ranną nogę - dopiero gdy go obrócili, sanitariusze ujrzeli jeszcze jedno miejsce z otwartą raną. Rozcięli zakrwawioną nogawkę spodni, przez coś też Prudence zobaczyła to, co i oni. Wzięła głęboki wdech i zaczęła szybko poruszać powiekami, jakby to miało jej pomóc opanować emocje. — Mogę jechać z wami? Jestem jego… — o mało co nie wypaliła… no właśnie, czego? Że jest jego dziewczyną? I to na jakiej podstawie tak miałaby powiedzieć? — … terapeutką, nie chciałabym go zostawiać w takiej chwili samego… —
— Przykro mi, nie możemy zabrać, nie będzie miejsca na pace — któryś mimochodem jej odpowiedział.
— Pojadę za Wami w takim razie — powiadomiła, jakby nie chcąc słyszeć sprzeciwu. Zresztą, chyba nie chcieli tego robić - albo zwyczajnie nie mieli zamiaru tego robić, bo musieli się skupić na czymś innym, niż wdawanie się w pyskówkę. Poinformowali ją jedynie do którego szpitala go zawożą. Żeby ułatwić im wyjście z domu, prędko pobiegła do drzwi wejściowych aby je otworzyć. A gdy Hunter znalazł się w środku ambulansu, Prudence zaczęła działać. Najpierw zamknęła drzwi prowadzące do tarasu, jakimi weszła na początku. Potem znalazła kluczyki znajdujące się na stoliku obok głównego wejścia do domostwa, ostatni raz rzucając spojrzenie Itxel - widząc po jej oczkach, iż się martwi. — Będzie z Panem wszystko dobrze, dopilnuję — złożyła psinie obietnicę, której tak naprawdę nie powinna robić - nie dlatego, że jest po prostu psem, a nie miała pewności co się stało Hunterowi, ile krwi już stracił, ile czasu leżał nieprzytomny. Zamknęła drzwi, choć trochę się z tym guzdrała, nie wiedząc który klucz odpowiadał któremu zamkowi, następnie weszła do swojego auta. Włączyła się do ruchu i jak nigdy wcześniej jechała bez pomyślunku do szpitala.
Weszła na SOR, zapytała o Huntera Wrighta, udzieliła informacji jakie na ten moment o nim wiedziała, przekazując iż nie ma przy sobie numeru kontaktowego do kogokolwiek z jego rodziny. Powiedzieli na koniec, aby usiadła i sobie poczekała, jeśli ma na to chęć.
Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie krew - trochę na spodniach, koszulce, głównie na rękach. Jego krew. Wzięła znów głęboki wdech, kierując się do łazienki żeby ją zmyć - zrobić cokolwiek, żeby czas szybciej płynął.
A gdy była już na tyle ogarnięta, na ile uznała że to konieczne, powróciła na krzesełka, gdzie mogła jedynie… czekać. W międzyczasie odwołała spotkania z innymi pacjentami, nie chcąc… zostawić Huntera samego.
Hunter Wright
-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Itxel głośno szczekała chcąc chyba całemu światu oznajmić, że stało się coś złego a ona biedna nie może pomóc swojemu panu. Kręciła się wokół niego, obwąchiwała, lizała po ręce ale nic go nie budziło. Psiak chyba w jedyny sobie znany sposób chciał zwrócić uwagę, nawet jeśli nikogo w pobliżu nie było.
Biedna psina przysiadła czekając aż Wright się podniesie, ale nic takiego nie nastąpiło. Czyżby tak miało się to wszystko skończyć? Dobry słuch u zwierzaka to jednak zbawienie. Psinka pobiegła na ile miała sił w łapach i spotkała Lane. Znała już ją, widziała kilka razy i może nie łasiła się nigdy, to zarejestrowała, że kobieta była u nich wcześniej. Zaczęła szczekać, co było alarmująca - nie robiła tego na co dzień. Przeszła do salony gdzie usiadła na pupie i czekała co się wydarzy. Pojawił się drugi człowiek - on pomoże. Gdy została pochwalona jedynie położyła się i smutno obserwowała jak kobieta kuca przy jej właścicielu.
Numer alarmowy odebrał po drugim sygnale. Spytali o standardowe rzeczy, adres, co się stało, dane kobiety i w jakim stanie jest pacjent. Od razu wysłano karetkę - tak by pojawiła się jak najszybciej w miejscu zdarzenia.
Ratownicy weszli drzwiami od ogrodu i szybko zaczęli udzielać pomocy Wrightowi, który w dalszym ciągu był nieprzytomny. Wstępnie zatamowali krwawienie i podali silne leki na zbicie gorączki.
Suczka sama z siebie podeszła do Prudence delikatnie ocierając się o jej nogę - trochę jak kot. Widać, że potrzebowała bliskości bo nie wiedziała co się dzieje. Nie rozumiała czemu jej człowiek właśnie leżał na ziemi i czemu nie dał jej smaczka tak jak powinien! Przysiadła na tyłku, nawet nie ruszając się o milimetr. Jej zadaniem było teraz pilnowanie domu!
Rana na nodze nie wyglądała najlepiej, widoczny był obrzęk oraz zapalenie. Coś co nigdy nie powinno się pojawić. Przez pierwsze kilka dni było dobrze, a teraz? Szkoda słów.
- Zobaczymy się z Panią na miejscu. - rzucił jeden z ratowników. Podnieśli nosze i zapakowali Huntera do karetki. W środku, odzyskał na chwilę przytomność coś majacząc. Mówił jedno imię… Andrea. Nie mieli pojęcia kim jest ów kobieta, ale odnotowali to w głowach. Później przekażą tę informację kobiecie.
Po kilkudziesięciu minutach oczekiwania do Prudence podeszła pielęgniarka. - Znaleźliśmy numer kontaktowy do siostry w naszym systemie. Będzie tu za godzinę. Niestety nie mogę udzielić więcej informacji. - powiedziała smutno, ale w ramach pocieszenia położyła dłoń na jej ramieniu. Teraz pozostawało im czekać… na wybudzenie się Huntera bądź przyjazd jego siostry, która chyba własnoręcznie go udusi słysząc gdzie był z chłopakami.
Niestety, pierwsza opcja nie wypaliła, a Andrea pojawiła się w szpitalu w dużo krótszym czasie. Podeszła do recepcji i została skierowana do… Prudence.
- Znalazłaś mojego brata? Boże… dzięki bogu. Wiadomo co mu jest? Mówili coś? - przysiadła na krześle bo z tego stresu sama się nie najlepiej czuła. - Przepraszam… Jestem Andrea, siostra Huntera, a ty musisz być jego terapeutką, zgadza się? Mieliście mieć spotkanie? - nie mogła sobie wyobrazić co by się stało gdyby kobieta się tam nie pojawiła, wręcz nie chciała o tym myśleć.
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W gabinecie czasem te godziny znikały wręcz w zatrważającym tempie - teraz niestety tak nie było, bo nie dość, że pozostało jej jedynie siedzenie w poczekalni, to na dodatek bez żadnego konstruktywnego zajęcia.
Dlatego też najpierw wykonała odpowiednie połączenia, wycofując dzisiejsze spotkania z resztą pacjentów, nie wyobrażając sobie, iż miałaby teraz wyjść ze szpitala, póki nie pojawi się ktoś z rodziny. Jakim człowiekiem by była, gdyby postąpiła inaczej? Jakby z pełną świadomością braku jakiejkolwiek znanej twarzy wyszłaby, a gdy ten by się obudził, nie miałby nikogo, kogo by ujrzał z tych znanych osób?
Na szczęście nikt nie robił jej dzisiaj problemu z odwołaniem spotkania, a potem zaczęła przeglądać z chmury dokumenty, jakie miała do przeczytania czy poprawienia. Miała mieć dwóch nowych pacjentów, których jeszcze nie miała okazji poznać, jednocześnie nie znajdując uprzednio sposobności do zapoznania się z tym, co zostało jej przesłane od poprzednich psychologów. Nie były to ciężkie przypadki - na szczęście - dzięki czemu nie będzie musiała nie wiadomo jak wiele uwagi skupić na ich przyswajaniu. Zresztą, i tak pewnie przeczyta je jeszcze raz, jak nie z dwa.
Gdy podeszła do niej pielęgniarka, prędko wstała ze swojego miejsca z nadzieją usłyszenia informacji, iż Hunter się wybudził. Niestety, to nie była ta nowina. Pokiwała głową z bladym uśmiechem na ustach na wspomnieniu o znalezieniu kontaktu oraz wykonaniu odpowiedniego telefonu informującego o trafieniu mężczyzny do szpitala. Znów kiwnęła, jak dowiedziała się iż więcej nie może wiedzieć, a gdy poczuła dłoń kobiety na swoim, jedynie podniosłą nieco wyżej kąciki ust, próbując w ten sposób podziękować za ten gest - nawet jeśli domyślała się, że wypadło to dosyć blado. Miała nadzieję, że nie będzie miała jej tego za złe.
Szkoda jednak, że pomimo bycia jego terapeutą, nie będzie mogła dowiedzieć się czegoś więcej. Zarazem rozumiała pojęcie tajemnicy lekarskiej, bo i ona się jej pilnowała przy każdym z pacjentów, ale… cóż, nie mogła oczekiwać nie wiadomo czego, nieważne kim jest dla Huntera. Nawet jako specjalista w innej dziedzinie nie dostanie odpowiedzi na pytania, jakie ją w tej chwili nurtują.
No bo - co mu się stało z nogą? Czy to poważne? Czy będzie oto wymagało jakiegoś specjalistycznego leczenia, operacji? A może jakiejś amputacji?! Czy lepiej się czuje? Czy jest już ustabilizowany? Czy jest szansa, żeby się niedługo wybudził?
Cholera, tak wiele zagwozdek w głowie jednej osoby - zaraz jej od tego pęknie głowa…
Usiadła po wszystko ponownie na zajmowane krzesełko, wręcz na nie opadając. Musiała czekać - przede wszystkim na kogoś z jego rodziny. Siostra Wrighta miała pojawić się za jakąś godzinkę, więc ponownie wróciła do lektury.
Ludzie pojawiali się i wychodzili, choć nikt nie wydał jej się podobny choć minimalnie do Huntera, aby mogła uznać za jego krewną. Gdy jednak postanowiła na siłę nie szukać po obcych tej, na jakiej w tym momencie zależało Prudence, ta wręcz po pięciu kolejnych minutach jej wyrosła nie wiadomo skąd. Zerwała się nieco ze swojego miejsca, nie spodziewając się takiego nagłego spotkania z kobietą, lecz zaraz na jej ustach wystąpił delikatny uśmiech. — Tak, ja go znalazłam. Gdyby nie Itxel, która jak nigdy szczekała w niebogłosy, to uznałabym że wyszedł i nikogo nie ma w domu… — urwała, przypatrując się kobiecie, gdy siadała na miejscu. W tej sekundzie przypomniała sobie o ciąży Andrei, domyślając się że na pewno nie czuje się najlepiej, a na dodatek cały ten stres przez to co się stało… — Nic mi nie chcą powiedzieć, że jestem upoważniona do usłyszenia takich informacji. Myślałam, że coś Pani powiedzą — dodała, nie czując się mimo wszystko pewna w tym, żeby mówić do niej per Ty, skoro to ich pierwsze spotkanie - szczególnie w takich okolicznościach. Dopiero teraz jakoś zwróciła większą uwagę, że jest zmęczona, zmartwiona, ale jednocześnie bardzo piękna. Znów uniosła kąciki ust, gdy przyglądała się jej - jakby z obawy, że mogłoby się jeszcze jej coś stać niedobrego. — Nie ma za co przepraszać, naprawdę. Tak, jestem jego terapeutką, Prudence Lane. Wiele o Pani… o Tobie słyszałam — powiedziała spokojnie, po czym bez słowa wstała i poszła do dystrybutora, aby nalać jej do plastikowego kubeczka zimnej wody, który podała od razu jak powróciła do niej. — Tak, mieliśmy mieć spotkanie. Ostatnio trochę zmieniliśmy formę i postanowiliśmy, że spotkania nie będą ograniczały się do jego przychodzenia do gabinetu, żeby w neutralnym czy bardziej dla niego znanym miejscu mógł rozmawiać o niektórych sprawach — wyjawiła, nie przestając przypatrywać się zmartwionym spojrzeniem na Andreę. — Pukałam, ale nikt się nie odzywał, prócz psa. Weszłam od części tarasowej, Itxel mnie zaprowadziła do salonu, tam go znalazłam... Nie wiem o co uderzył, chyba o ten stolik obok kanapy, ale miał ranę na głowie. Nie wiem ile leżał nieprzytomny, gorączkował... Jak przyjechała karetka, to okazało się, że ma jeszcze jedną ranę - na nodze, nie widziałam jej wcześniej, ale... nie wyglądała ona za dobrze — urwała, nie wiedząc czy w sumie powinna to opowiadać ciężarnej. — Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? — zagaiła, żeby mieć pewność iż nie będzie potrzebna pomoc pielęgniarki czy ktokolwiek, kto się tutaj kręci z personelu. Tego jeszcze brakowało, żeby i ona zaraz miała być położona na łóżko szpitalne.
Hunter Wright
-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Oczywiście na rejestracji nikt nic nie powiedział, musiała czekać na lekarza, ale kobieta zwróciła uwagę na jednostkę siedząca w poczekalni. To do niej podeszła Andy w nadziei, że wie coś więcej.
- Boże jak dobrze że przygarnął tę psinę. - bo zapewne dzięki niej Prudence zareagowała w porę. Wolała nie myśleć co by bgło gdyby został w domu sam. - Nie, ta gburowata pielęgniarka powiedziała mi jedynie że muszę czekać na lekarza, bo to on ma wszelkie informacje. - powiedziała niezadowolona wiedząc, że to może potrawać. W pracy byla oazą spokoju, w domu także ale gdy działo się coś zlego komuś z rodziny, cierpliwość powoli opuszczała jej ciało. Niby przyzwyczaiła się do myśli, że brat może nie wrócić z misji ale nie do czegoś takiego! Był tak niedaleko a mimo wszystko coś mu się stało. Jak widać człowiek nie zna ani dnia ani godziny...
- Jaka Pani? - obruszyła się od razu, bo aż taka stara to ona nie jest! - Mów mi Andy. rzuciła na szybko, po czym niemo podziękowała za wodę. Zdecydowanie się przyda. Potrzebowała jej teraz jak powietrza. Oj ona wypersfaduje bratu aby tak jej nie straszył, niech tylko wyjdzie stąd!
- Rozumiem. Trudno jest mu się otworzyć. Trzyma wszystko w sobie i... cięzko poznać go tak naprawdę. - oczywiście wojsko zmieniło go nie do poznania. Kiedyś więcej się uśmiechał, był bardziej radosny, lubił spędzać czas na mieście, godzinami rozmawiać. Z jej "starego" brata dużo nie pozostało, chociaż od kilku tygodni widziała te przebłyski. Rzucenie żartem, śmiech a nawet większy spokój. Zastanawiała się czy to dzieło kobiety która właśnie przed nią siedziała. Jeśli tak, będzie musiała jej podziękować - bo to znaczyło że jej brat dalej tam jest, tylko przygnieciony tym bólem, stratą i makabrycznymi widokami z misji.
Słuchała uważnie kolejnych słów Prudence delikatnie kiwając głową. Miała wrażenie, że brat naprawdę wpakował się w coś w co nie powinien, nawet nie podejrzewając że chodzi o jego sekret z jej chłopakami!
- Ja? Tak, po prostu... nie lubię szpitali. - była taka sama jak Hunter, chociaz ona wiedziala kiedy udac sie do lekarza. Ufała im dużo bardziej niż mężczyzna
W końcu pojawił się lekarz, Andrea automatycznie wstała i lekko się zachwiała, ale pokazała że wszystko jest okej.
- Mam informacje na temat pacjenta. Hunter Wright, zgadza sie? Pani Andrea Smith? Mam mówić przy... - wskazał na Prudence, lecz Andy od razu pokiwała głową. To głownie dzięki niej Hunter otrzymał pomoc. - Więc... wdało się zakażenie w ranę na nodzę. Podejrzewamy sepsę. Dostał juz antybiotyki, leki na zbicie gorączki i cały czas monitorujemy jego stan. Dodatkowo od upadku, może miec wstrzasnienie mózgu, lecz wszystko bedziemy wykluczać gdy już się obudzi. - powiedział treściwie i pomógł usiąść ciężarnej. Po czym zniknął w korytarzu.
- Co on najlepszego zrobił? - rzuciła pytanie w eter nie oczekując odpowiedzi. Po prostu martwiła się o starszego brata.
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Następnie uśmiechnęła się delikatnie do kobiety, gdy zrugała ją za tą Panią. — Dobrze, Andy — potwierdziła, szerzej unosząc kąciki, po czym odetchnęła głębiej - nie wiedząc co teraz. Czy powinny poszukać lekarza na własną rękę? Czy faktycznie musiały tu siedzieć i dalej się zastanawiać nad tym, za ile ktokolwiek przekaże im wieści o Hunterze.
Dobrze, że pomimo zdenerwowania i zamartwiania pomyślała o wodzie dla kobiety, widząc jak ją przyjmuje z niemałym błogosławieństwem i wdzięcznością, licząc iż Andrea powiadomi ją, gdy znów będzie potrzebowała kolejnego kubeczka picia. W końcu - nie mogła doprowadzić do odwodnienia, nieważne jaka by nie była sytuacja w danej chwili w życiu. Musiała myśleć mimo wszystko o sobie oraz o dziecku, które nosiła pod sercem. — Oj tak, zdecydowanie nie należy do wylewnych ludzi — mówiąc to, uśmiechnęła się pod nosem, nie przestając obserwować jego siostry. — Ale jest coraz lepiej. Angażuje się i próbuje przełamywać w większej ilości sprawach — ale nie miała zamiaru dodać, że w międzyczasie się przespali. Cholera, co by sobie ta kobieta o niej pomyślała? Że co z niej za terapeuta, która może chce przez łóżko utrzymać go przy sobie, aby nie zrezygnował z jej dalszych praktyk? Zresztą, pomijając to - miałaby święte prawo zgłosić ją gdzieś wyżej, iż Prudence dopuściła się takich zdarzeń, nie zachowując się ani trochę profesjonalnie, pozwalając się spoufalać ze swoim pacjentem w swoim prywatnym czasie. A tego zdecydowanie by nie chciała.
Pokiwała głową, po czym prędko złapała ją za wolną dłoń, jaką pokrzepiająco ścisnęła. — Będzie dobrze. Nie będziemy tu długo. Ustabilizują go i wrócimy do domu, a jutro zapewne będziecie go odbierać do domu — zapowiedziała, nie tyle licząc na to, ale mając to przekonanie, mając nadzieję że posiada je również Andrea. Nie mogło być przecież inaczej, prawda?
No właśnie - jednak mogło. Zdecydowanie mogło, bowiem przyszedł do nich lekarz z niezbyt zadowoloną miną. No chyba, że on ciągle nie wygląda na zbytnio szczęśliwego.
Wstała wraz z Andreą na równe nogi, podstawiając jej ramię po tym jak się lekko zachciała, aby się na nim wsparła, co kobieta ostatecznie przyjęła z wdzięcznością. Miała zamiar po tym wycofać się na bok, aby nie przeszkadzać, nie spodziewając się iż będzie mogła pozostać i słuchać o stanie Huntera. Uśmiechnęła się w ramach podziękowania, po czym skupiła się jak i Andy na lekarzu, który nie przekazywał zbyt radosnych nowin.
Ściągnęła brwi, nie ukrywając swojego bólu, jaki poczuła na myśl o tym wszystkim, co on teraz przeżywa. Spojrzała też na Andreę, aby upewnić się że przyjęła to na tyle dobrze, by nie zemdleć. Prudence w dalszym ciągu nie ukrywała swojego smutku, licząc teraz tylko na jedno - na jego prędkie wybudzenie się, aby potwierdzić że teraz to już będzie tylko lepiej z nim. Dobrze wiedziała, że jaka by nie była sytuacja - wybudzenie się pacjenta jest najbardziej kluczowe we wszystkim. A bez tego, cóż… byłoby ciężko.
Ale nie mogła się nastawiać negatywnie, a gdy lekarz pomagał Andy usiąść, ona w dalszym ciągu przytrzymała tą drugą rękę kobiety, również udzielając swojej pomocy. Uśmiechnęła się dosyć blado do niej, nie wiedząc co miałaby nawet teraz powiedzieć. Ciesząc się, że w sumie to ona powiedziała jako pierwsza - nawet jeśli to było pytanie rzucone w eter. — Nie ma co zastanawiać się nad tym, co zrobił. Najważniejsze, że jest tutaj i wezmą się za jego leczenie. A nim się obejrzymy, wybudzi się. — powiedziała, próbując uspokoić… i ją, i siebie. Przełknęła siedzącą w przełyku gulę, uciekając na moment spojrzeniem, szukając jakiegoś zaczepienia. — Chcesz może coś zjeść? W Twoim stanie, nie możesz nie jeść… — tyle mogła pomóc, tyle mogła poradzić, tylko to mogła zrobić, aby się czymkolwiek zająć.
Hunter Wright
-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Podziękowała niemo za pomoc przy siadania z powrotem na jednym z niewygodnych krzesełek w poczekalni.
- Oby, bo jak tylko to zrobi to mu skopię tyłek. - stwierdziła marszcząc lekko nos. Znowu emocje brały góry - a zwłaszcza złość. Wiedziała, że sepsa pojawia się czasem znikąd ale u niego było to w wyniku zakażenia rany, o której najpewniej wiedział, ale nic nie zrobił bojąc się wizyty w szpitalu.
Westchnęła ciężko po czym uśmiechnęła się delikatnie do kobiety.
- W moim stanie? Spokojnie, nie jestem obłożnie chora. Zresztą jadłam niedawno na przerwie. - bo urwała się z pracy chwilę po lunchu. Także na pusty żołądek nie mogła narzekać, zamiast tego poprawiła się na krześle i w głowie zaczęła analizować co mogło się wydarzyć.
- Wiem, że obowiązuje Cię tajemnica lekarska, ale… Hun mówił coś o wojsku? O przeszłości? - martwienie się o brata przychodziło jej niezwykle łatwo. Zresztą od kiedy pamięta to robiła. To dzięki niemu jakoś funkcjonowali jako rodzina gdy mama przeszła załamanie nerwowe po śmierci ojca. - Mówił o koszmarach? - nie raz była ich świadkiem i próbowała mu pomóc - choć nigdy nie było to na dłuższą metę. Gdy pytała unikał tematu twierdząc, że to norma i nic się nie zmieni. Nie chciała go denerwować wiecznie o to pytając a teraz? Miała okazję dowiedzieć się czy czuje się lepiej… czy jest choć trochę bliższy bycia… jej dawnym bratem.
- Nalałabyś mi jeszcze wody? - zapytała podając kubeczek. Sama by po nią wstała ale chyba nie była w stanie. W tym samym momencie rozbrzmiał jej telefon. Odebrała i chyba pożałowała tego.
- Przepraszam co robiliście i gdzie byliście?! - oj podniosło jej się trochę ciśnienie. Dźwięk w telefonie był dosyć głośno ustawiony, dlatego również Prudence mogła usłyszeć o czym mówią.
- Mamo ty nam nie pozwalasz robić takich super rzeczy, a wujek. Wujek uwielbia!
- A widzicie gdzie teraz jest wujek przez to wasze szaleństwo?
- No nie gniewaj się… spadł z quada jak Matt zakręcał, no i tam był taki pręt… i rozciął nogę i…
- Nie mów więcej bo może się to dla was skończyć szlabanem. - chłopiec zamilkł ale zaraz wrócił do rozmowy.
- Ale wujek z tego wyjdzie?
- Oczywiście… - bo nie zamierzała straszyć dzieciaków. Niech myślą teraz o szkole, ona zajmie się martwieniem o brata. Ostatecznie rozłączyła się i westchnęła.
- Przysięgam. Tylko się obudzi to go uduszę. Na terapii też tak szaleje?
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Och, wart. Przecież już zdołała złamać jedną - to czemu by nie kolejną? Przecież Hunter nikomu się do tego nie przyzna, a Andrea nie powinna jej zdradzić, jako towarzyszką zbrodni!
No dobrze, pożartowaliśmy, to można dalej zacząć się zamartwiać, nawet jeśli usilnie próbowała przekonać przede wszystkim samą siebie, iż będzie wszystko w porządku i że tak naprawdę żadnej sepsy nie ma… a jeśli jego, to prędko się z nią uporają, nic złego się nie przydarzy, a Wright będzie z nimi później wspominał to z rozbawieniem. Tak, to by było najlepsze rozwiązanie w tej sytuacji.
— Och, bo wiesz… no… Hunter podzielił się wspaniałą nowiną i wiem o ciąży — odparła z delikatnym uśmiechem, licząc iż to nie będzie kolejny powód ku temu, żeby spuściła łomot swojemu bratu. — Dlatego nie chciałabym, żebyś była głodna — wyjaśniła swoją obawę w tej kwestii, lecz po usłyszeniu informacji o niedawnym przyjmowaniu pokarmu, kiwnęła głową i szczerzej się uśmiechnęła. Chociaż tyle, że nie będzie jeszcze musiała jej pilnować z dokarmianiem się do momentu, gdy będą siedziały w szpitalu. W końcu - znała już jednego członka rodziny Wright, domyślając się że siostra mężczyzny również do najbardziej ugodowych i posłusznych nie należy. A jednak nie miała zbyt wielkiej ochoty do przekonywania jej, aby zadbała o sobie, tak jak to przez pewien czas musiała zrobić w stosunku do Huntera.
Obowiązywała ją tajemnica lekarska, to prawda. I tej kwestii akurat nie mogła złamać. Przełknęła ślinę, zastanawiając się jak dobrze odpowiedzieć, aby być względem siebie, jak i względem ciężarnej zwyczajnie fair. — Tak, wspominał. A raczej - musiał, bo to jego przełożeni go do mnie wysłali, wyjaśniając gdzie był i że potrzebuje wsparcia. Więc i bez mówienia o tym, miałam jakieś podstawy co do tego, co go trapi — wyjawiła jak to wyglądało, zanim w ogóle po raz pierwszy Hunter pojawił się w jej gabinecie. — Ale jak wspominałam, zaczyna być bardziej otwarty, więc sporo zdołałam się dowiedzieć — dodała po krótce, aby uspokoić kobietę. Licząc, że więcej pytań w tej sprawie nie usłyszy - prędko się przekonując, iż nie planuje odpuścić. Co rozumiała, oczywiście. Westchnęła delikatnie, zanim zdecydowała się udzielić odpowiedzi na kolejne zapytanie. No bo… jak miała udzielić odpowiedzi na niej? Że nie tyle, że mówił o koszmarach, co była jednego świadkiem? I jeśli się przyzna, to co powie? Że spała w jego domu, słyszała go i widziała jak to wygląda? Że potem z nim spała w jednym łóżku, aby nie był w tej chwili sam? Boże, co to za popaprana na swój sposób sytuacja - przez którą znalazła się w czystej kropce.
Postanowiła jednak nie zdradzać się jakkolwiek, dlatego też początkowo kiwnęła raz jeszcze głową. — Tak, mówił o koszmarach. Ale też, że zaczynają coraz rzadziej występować — to było jedyne, co mogła jej zdradzić, żeby jednocześnie jej nie martwić - a nawet poprawić samopoczucie w tej chwili. Tylko tyle mogła dla Andy zrobić w obecnych okolicznościach, choć wolałaby znacznie więcej, tak szczerze mówiąc. Cóż, nie była jednak specjalistką takiego typu, a pomimo swojej profesji, lekarze w dalszym ciągu niczego jej nie powiedzą. Zerwała się jednak prędko, słysząc o prośbie dotyczącej wody. Zabrała od niej kubeczek, który wyrzuciła i do nowego nalała znów zimnej wody. — Proszę bardzo — podała jej kubeczek, siadając ponownie na krzesełku. Zerknęła na zegarek, chcąc w ogóle wiedzieć jaka jest godzina i jak wiele czasu minęło od chwili, gdy się tu znalazła. Sądziła, że czas płynie zdecydowanie zbyt wolno, a to nie był sprzymierzeniec dla Prudence, która zaczynała czuć się zwyczajnie źle. Bez zajęcia i bez szczególniejszych informacji. No i bez wieści, że Hunter się już obudził…
Następnie Andrea odebrała telefon. I choć nie chciała podsłuchiwać, niechcący miała możliwość usłyszenia dosłownie wszystkiego. W momencie, gdy doszły wyjaśnienia któregoś z chłopców - bo to zdecydowanie nie był głos należący do mężczyzny po drugiej stronie słuchawki - aż zrobiła większe oczy. Spadł z quada i rozciął nogę o wystający pręt? Uznał, że to nie jest coś, z czym warto wcześniej się zgłosić do szpitala?!
I to jest zachowanie dojrzałego - podobno - faceta w okolicach czterdziestki? Rozsądnego, odpowiedzialnego, rozumiejącego iż są momenty, kiedy trzeba zgłosić się lekarza, a nie tylko dlatego, bo poczuje jak mu leci glut z nosa i ma wyjątkowo 37 stopni zamiast standardowego 36,6?
Aż załamać się można.
Pokręciła głową, opadając plecami o oparcie krzesełka, czując chyba dopiero teraz ciężkość tego wszystkiego, co właśnie się wydarzyło. Jakby dowiedzenie się, dlaczego to wszystko ma właśnie miejsce, przygniotło ją kompletnie.
Tak w sumie właśnie jest, o co na pewno prędzej czy później ochrzani Huntera. Osobiście.
— Nie mogę uwierzyć.. — rzuciło jej się nagle, gdy kobieta zakończyła połączenie. — Czy szaleje… może i nie. Ale na pewno spotkania z początku były bardzo trudne. Głównie… milczał. Chyba, że można to zaliczyć pod „szalenie na sesjach”, to zdecydowanie szalał. Dopiero po którymś spotkaniu jakoś udało się nam przełamać kontakt… a raczej… cóż… po tym jak dostał list, gdzie wystawiłam negatywną opinię co do jego powrotu na front. O czym na pewno wspominał — to była rzecz, którą mogła się z nią podzielić, bo jednak list nie był tajemnicą i z całą pewnością o tym powiedział chociaż jej - zapewne w ramach wylania frustracji na tą głupi babę, co go próbuje rzekomo naprawić! — Od tamtej pory nie szaleje i faktycznie chce się zmienić, chce rozmawiać — wyjawiła, tak rozwijając wcześniejsze słowa odnośnie tego, jak to wygląda na spotkaniach. — Jak Hunter odnosi się co do terapii? Czy mówił coś, że mu rzeczywiście te spotkania pomagają? Albo ogólnie, cokolwiek o tym wspomina? — zapytała… dla siebie, jako terapeuty, chcąc dowiedzieć się jakie to przynosi skutki i co mówi bliskim odnośnie tego, ale i też… dla siebie, jako Prudence, z czystej ciekawości czy przypadkiem nie pochwalił się co robi ze swoją terapeutką… po godzinach. Chociaż, jakby Andrea coś wiedziała, to raczej od razu by o tym wspomniała, prawda?
Hunter Wright
-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Rzadziej? Jak dobrze… męczy się z nimi strasznie. Kilka miesięcy temu wyglądał jak cień człowieka. Bałam się… bałam się, że chce skończyć ze sobą. - ostatnie słowa wypowiedziała ciszej, nie chcąc by pierwszy lepszy pacjent bądź pielęgniarka to usłyszeli. Wolała takie rzeczy zachować dla siebie… oraz terapeutki jak widać. Nawet nie wiedziała co ją podkusiło aby wspomnieć o swoich obawach.
- Ah… ten list. - bo pamiętała ich rozmowę przez telefon. Hunter był wkurzony na maksa, mówiąc że odbierają mu coś co ma jedynie znaczenie i kim on będzie jak nie żołnierzem. Dzień później zawitała do jego domu, który wyglądał jak pobojowisko. Wiedziała, doskonale że dał się ponieść i rozwalił wszystko co miał pod ręką, nie będąc w stanie kontrolować emocji. Próbowała z nim o tym rozmawiać, ale nie chciał. Wolał zająć się zabawą z chłopakami, podczas gdy ona z mężem spędziła resztę dnia w salonie przyglądając się jak w ogródku biegają za piłką. Taki już był i szczerze? Cieszyła się że ktoś powoli dociera do niego.
Dzięki rozmowie z synem teraz mieli ogląd na całą sytuację i co mogło się wydarzyć. Nie poszedł do lekarza bo stwierdził, że jest twardzielem i da radę, a tu zonk… nie dał. Organizm sam zaczął się bronić i przez to ta sepsa.
- Cieszy mnie to, że rozmawia. - bo to mu pomaga. Widać to w zachowaniu, otwartości oraz zwykłym funkcjonowaniu. Smith nie mogła być bardziej wdzięczna za to co robiła dla niego Prudence.
- Na początku był sceptyczny, ale nie ma co się dziwić. Powiedziałaś jego przełożonym, że nie może jechać, ale teraz? Mówi, że lepiej śpi, ma więcej energii, uśmiecha się… dawno tego u niego nie widziałam. - mówiąc to sama się uśmiechnęła do kobiety po czym upiła kilka kolejnych łyków wody.
Resztę czasu spędziły na rozmowie, dopóki nie przeszkodził im lekarz. Obie od razu wstały tak jak wcześniej.
- Pan Hunter został przewieziony na oddział intensywnej terapii. Jest podłączony do respiratora który pomaga mu oddychać. Podajemy dożylnie płyny w celu przywrócenia prawidłowego ciśnienia krwii. Miał naprawdę wiele szczęścia - znalazła go pani w odpowiednim momencie. Zmiany nie są poważnie a on z tego wyjdzie. Jest przytomny więc jeśli Panie chcą się udać do niego, pielęgniarka przyniesie specjalne fartuchy, które należy założyć. Wizyta nie może być dłuższa niż półgodziny. - po tej informacji lekarz znów zniknął a pojawiła się pielęgniarka z odzieniem szpitalnym.
Przeszły na salę intensywnej terapii, gdzie słychać było wszędzie pikanie maszyn.
- Ty głupi durniu. - rzuciła od razu Andrea podchodząc do łóżka. Strzleiła go w ramię, oczywiście nie mocno, mając na uwadze, że jest w pomieszczeniu pielęgniarka, która moment później się ulotniła.
Hunter uśmiechnął się do obu dziewczyn. Miał głowę obwiązaną bandażem ze względu na upadek, poza tym wokoło było kilka różnych maszyn - był pod nie podpięty milionem kabelków.
- Ładnie to tak bić leżącego? - powiedział przez maseczkę, próbując ją ręką zdjąć.
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zaskoczyła ją tym wyznaniem - swoją obawą, o czym nie słyszała wcześniej od Huntera i nie uznała, aby miał myśli samobójcze, jednakże prędko przybrała minę uspokajającą, aby nie musiała się martwić na zaś. — Spokojnie, Andy. Ja niczego takiego nie zaobserwowałam u niego. Był zrezygnowany, czuł się źle bo nie miał zajęcia, może i nawet odczuwał odrzucenie… Ale na pewno nie planował nic takiego — nadal obowiązywała ją tajemnica lekarska, lecz mimo wszystko pragnęła ciężarną uspokoić - bo niepotrzebnie kłopotała sobie myśli, skoro mogła skupić się na tych ważniejszych aspektach - jak chociażby ona i jej dziecko, niż żeby się martwić o swojego brata. Obecnie, z racji że jest jej pacjentem, to ona przejęła to zadanie na swój sposób, dbając o jego stan psychiczny. Następnie kiwnęła głową na wspomnienie o liście, po czym posłała blady uśmiech. Wiedziała, że to ona była sprawczynią tych nerwów u niego, ale tak już na chłodno i po czasie - czy nie zrobiła najlepszej rzeczy dla Wrighta? Czy Hunter to nie powinien jej podziękować za to, że wstrzymała go w kraju, aby doszedł bardziej do siebie? Nie, że oczekiwała tego, niemniej liczyła iż w głębi przyznał jej po czasie rację.
— Mnie też — przyznała, bo to konkretna zmiana w jego podejściu do… wszystkiego. Gdyby nie to, zdecydowanie Hunter nie przeszedłby zmiany, którą widziała z każdym kolejnym spotkaniem. I, jak się dowiedziała moment później, również dostrzegali jego bliscy, na co się szczerze uśmiechnęła. — Jeśli będzie nadal współpracował, to na pewno będzie coraz lepiej. Na to liczę — odparła, poszerzając uśmieszek, przechodząc z rozmową na spokojniejsze tory - jak choćby podpytując czy czuje, że będzie miała dziewczynkę bądź czy są jakieś rzeczy, które Hunter lubi robić w wolnym czasie, o czym jeszcze nie wie, żeby mogła to wykorzystać jako - tylko i wyłącznie! - kolejne spotkania terapeutyczne.
W pewnym momencie tak się skupiły na tej naprawdę przyjemnej rozmowie, iż nie dostrzegły zbliżającego się lekarza - ale prędko wstały z krzesełek, gdy znalazł się przy nich. Kiwnęła głową na informację, przy okazji oddychając znacznie lżej i nie czując już dziwnego uścisku w przełyku oraz płucach. Widziała, że i Andrea mocno się uspokoiła, dzięki czemu Prudence wesoło się uśmiechnęła. — Na pewno mogę? — zapytała, tak dla pewności, bo przecież nie jest nikim ważnym dla pacjenta, jednakże lekarz zgodził się bez zastanowienia, po czym sprawdziła która jest godzina. Pół godziny. Niby dużo, ale jednak nie za bardzo.
Ubrała odzienie wiercenie, kto®e było potrzebne aby mogły wejść na oddział intensywnej terapii, gdzie został przewieziony Hunter. Miała tylko nadzieję, że nie będzie problematyczny i udawał, iż przebywa tutaj bez powodu.
Następująco przeszły z Andreą do odpowiedniej sali, widząc najpierw pełną ilość różnych aparatur, a dopiero po chwili Wrighta - z opatrunkiem na głowie, widać że był mocno zmęczony. To i tak, że dostały te pół godziny na zobaczenie się z nim…
Uśmiechnęła się pod nosem na to, co zrobiła siostra Huntera, stojąc za kobieta, aby dać im przestrzeń do rozmowy. Ona tutaj była osobą drugorzędną, to Andrea potrzebowała upewnić się, że wszystko jest w porządku z jej bratem. — Jak prośby nie działają, to trzeba czasem użyć siły — wtrąciła, widząc że w trakcie mówienia próbuje walczyć z maską, która pomaga mu w dostarczeniu odpowiedniej ilości tlenu. — Ej, ej, ej... Nawet o tym nie myśl — a przy mówieniu tego, zagroziła mu palcem jak małemu dziecku. — Ta maseczka nie jest Twoim wrogiem, tylko sprzymierzeńcem, więc przyzwyczajaj się do niej na troszkę — dodała, przyglądając się mu uważniej - nieświadomie nie dając Andy włączyć się do ochrzaniania Huntera za to, co kombinował. Zaraz jednak uśmiechnęła się z powrotem, łagodniejąc w oczach. — Jak się czujesz?
Hunter Wright