-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Odetchnęła z ulgą. Były momenty gdy bała się czy brat nie popełni jakiejś głupoty. Oczywiście nigdy nie zrobił niczego takiego, ale każdy wiedział że poza PTSD, może mieć depresję a wtedy czarne myśli przychodzą dużo łatwiej. Martwienie się o Huntera przychodziło jej automatycznie. Może dlatego, że to on zawsze odpowiadał za wszystkich i gdy wyjechał na pierwszą misję musieli się na nowo odnaleźć w dynamice rodzinnej? Nie chciał aby stało się coś złego!
- Oczywiście. - bo Andy nie zamierzała iść tam sama, zresztą doktor pozwolił im obu wejść także nie było opcji aby się teraz z tego wymiksowała. Znalazła Wrighta i pomogła mu, także dzięki niej miał większe szanse na pełną rekonwalescencję.
Zmarszczył deliktanie brwii, bo nie zgadzał się z tą opinią! Nie bije się leżącego, zwłaszcza na łóżku szpitalnym. Przewrócił wzrokiem na słowa Prudence - a co jak myślał? Ciężko mu było rozmawiać w tej maseczce! Bez niej będzie łatwiej. Znowu poczuł uderzenie w ramię - Andrea chciała mu tylko przypomnieć, że teraz nie ma nic do gadania - i to lekarz zarządza kiedy będzie mógł oddychać sam bez pomocy. Na całe szczęście nie miał rurki intubacyjnej, którą wcześniej usunęła pielęgniarka - teraz jedynie miał dostarczany tlen - tak ważny dla organizmu.
- Jakbym sączył drinki z palemką i leżał na plaży. - rzucił głupim komentarzem na co Andy strzeliła go po raz kolejny. - Będę miał przez Ciebie siniaki! - powiedział głośniej, aby na pewno dosłyszała.
- I dobrze! Co Ty sobie myślałeś zabierając chłopaków na quady bez mojej zgody? - oj… ktoś tu się wygadał, a siostrzeńcy dali słowo. Kurczę. Spojrzał na Prudence jakby miała go teraz uratować w tej sytuacji. Musiała coś powiedzieć, koniecznie!
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy faceci w ogóle dorastają?
Coraz częściej przekonuje się, że niestety do pewnego wieku osiągają odpowiednie predyspozycje ku temu, aby przetrwać, a zazwyczaj jedynie wzrost ma tutaj cokolwiek wspólnego z rośnięciem.
Ale tak to już z nimi jest - z facetami jest źle, a podobno bez nich jeszcze gorzej. O tym Prudence nie przekonała się na własnej skórze ani w trakcie obserwowania swojej samodzielnie wychowującej jej mamy, ani tym bardziej na własnym przykładzie. Co nie zapowiada się, by miało rychło zmienić.
Gdy Andrea pacnęła go znowu, znów uniosła wysoko kąciki ust - zdecydowanie, gdy tylko będą miały okazję na lepszą i dłuższą pogawędkę, w miejscu zdecydowanie bardziej temu sprzyjającym, to na pewno znalazłyby wspólny język i prędko polubiły. Bo gdyby nie to, że jest jego terapeutką i zwyczajnie nie wypada Prue do takiego typu zachowań oraz reakcji względem Wrighta, to sama by go pacnęła - tak dla przywrócenia pokory, oczywiście.
— Myślisz, że żartami odwrócisz naszą uwagę i uznamy, że świetnie się czujesz? — zapytała z uniesioną brwią i rozbawioną miną, gdy Andy ponownie się nie powstrzymywała z okazywaniem swojej frustracji względem brata. Opuściła aż wzrok i głowę, aby nie pokazać jak bardzo ją to bawiło. — Te siniaki to nic w porównaniu z nogą — zauważyła ostrożnie, zerkając po chwili sugestywnie, aby nie myślał, że nie mają pojęcia o tym, co się mu przydarzyło. Wtedy też na dokładkę dodała jego siostra parę słów odnośnie posłyszanych rzeczach, na co odchrząknęła, nie chcąc wiedzieć co będzie się z nim działo, jak wypiszą go ze szpitala, a nic z postronnych nie będzie widział oraz słyszał Andrei oraz tego, jak będzie go przeklinała za lekkomyślność, którą się wykazał.
Zauważyła za chwilę, jak zamiast skupić się na siostrze, przenosi na nią tęczówki - ewidentnie oczekując, że stanie się jego sojusznikiem i będzie w stanie go wybronić, skoro on taki biedny leży na szpitalnym łóżku, z obandażowaną łydka oraz głową, ze stosem podłączonych kabelków i otoczony maszynami, których nie znała aż tak dobrze pomimo bycia lekarzem. — Nie patrz tak na mnie. Naważyłeś sobie piwa, to sam je teraz wypij — odparła bez zastanowienia, bo co miała zrobić? Teraz nagle go tłumaczyć i uznać ostatecznie, że w sumie to nic wielkiego się nie wydarzyło, a szczęście w nieszczęściu, że akurat byli na tą godzinę i tego dnia umówieniu? No nie, bo nie można było czegoś takiego przewidzieć, a że akurat tak się złożyło to zdecydowanie cholerny zbieg okoliczności zdecydowanie na jego korzyść! — Hunter, coś Ty sobie myślał, nie zgłaszając się z raną nogi do szpitala wcześniej? Już pomijam ten wspaniały pomysł z quadami dla dzieciaków Andy — pewnie się zdziwił, iż pozwoliła sobie skracać tak imię jego siostry, ale chyba domyślił się iż zdołały poznać się oraz chwilę porozmawiać, zanim tutaj się znalazły.
Hunter Wright
-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
No tak… noga. Ta nieszczęsna rana okazała się dużo większym zmartwieniem niż podejrzewał. Miał przeszkolenie medyczne ale mimo to, zignorował objawy… jak się później okazało sepsy - a przynajmniej tak mu powiedział lekarz. Organizm zaczął sam się bronić i atakować to co było niepotrzebne. Na całe szczęście nie skończyło się ani amputacją ani innym bajzlem, który mógł z tego wyjść. Spojrzał w dół na nogę z opatrunkiem. Zapewne teraz wygląda okropnie i jeszcze przez kilka dni tu poleży, a później będzie musiał przychodzić na kontrole.
Liczył na pomoc Prudence, ale jak widać był w tym sam - zresztą taka była prawda. Sprowadził to na siebie i teraz musiał ponieść przykre konsekwencje.
- Chciałem im dać trochę adrenaliny.
- Hunter… - Andy spojrzała na niego wymownie. Już wiedział, że będzie miał do pogadania z siostrą. Szkoda bo gdyby młodzi się nie wygadali to może jeszcze raz by ich tam zabrał - a tak, nici z tego.
Spojrzał to na siostrę to na Prudence. No proszę, czyżby zdąrzyły już zamienić kilka słów ze sobą, że przeszły na Ty? I to tak mało oficjalne ty, bo tylko kilka osób mówiło do niej Andy. - Nie lubię szpitali. - powiedział trochę jak obrażony dzieciak, ale widać że wiązało się z tym coś jeszcze bo odwrócił wzrok.
Smith chciała jeszcze coś powiedzieć, ale ostatecznie rozdzwonił się jej telefon więc ich przeprosiła. Musiała odebrać - praca nie wybiera. Także na moment Hunter został sam ze swoją terapeutką.
- Znalazłaś mnie… lekarz mi mówił. - powiedział spokojnie choć widać że z dużymi trudnościami. Nie może tak długo rozmawiać, dlatego wystawił rękę, tak by móc złapać Prudence za rękę. - Dziękuję… czy teraz mogę się już wypisać na żądanie? - nie chciał tu spędzić ani minuty dłużej.
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Co by jednak nie pomyśleć, dobrze że z tej dwójki kobiet to jednak Prudence przypadł zaszczyt spotkania Huntera w takim stanie. Nie chciała nawet wiedzieć jak zareagowałaby biedna siostra Huntera na to, co mu się przytrafiło, tym bardziej patrząc na fakt że nie może się mocno denerwować oraz stresować, a zapewne już samo to, co usłyszała musiało jej tego sporo przynieść. Liczyła jednak, że jej starania i szybka reakcja nie pójdą na marne, a Wright będzie teraz grzecznie leżał w łóżku, słuchał się lekarzy, brał leki i - przede wszystkim raczej - nie kombinował.
Widziała jego reakcję na udzieloną odpowiedź na jej pytanie. Uciekł spojrzeniem, całą swoją osobą wręcz, nawet jeśli nie ruszył się z pozycji leżącej. Nawet nie próbował się z tym ukrywać, bez problemu pokazując swoje zachowanie oraz to, że naprawdę nie lubił szpitali. Kiwnęła jedynie głową, nie chcąc za bardzo wchodzić w szczegóły - bowiem mogłoby to podejść pod rozmowę w formie terapii, aby dowiedzieć się czegoś więcej, a jednak przy Andrei nie mogła tego zrobić, bo by ją wtajemniczyła w praktykę lekarską z konkretnym przypadkiem, jaki prowadzi, a to byłoby wręcz jak pogwałcenie zasad. A na to nie mogła sobie pozwolić… znowu.
Jeden z telefonów się rozdzwonił, nie rozpoznając w tym swojego dzwonka. Powędrowała spojrzeniem na kobietę, która zaczęła ich przepraszać ale musi na chwilę wyjść, żeby móc odebrać połączenie. Nie wiedziała, czy to dobry pomysł, aby to robiła skoro nie zostało im raczej wiele czasu na spędzenie go z Hunterem, jednakże też rozumiała że musiała odebrać z pracy. Wtedy też przesunęła się bliżej mężczyzny, zastępując miejsce ciężarnej. Przy tym uśmiechnęła się znacznie bardziej pokrzepiająco.
— No cóż, wiedziałeś kiedy zemdleć. Ale nie myśl, że ta wymówka zwalnia Cię z terapii — próbowała obrócić to w żart, a wtedy zauważyła wystawioną dłoń w jej kierunku, będąc blisko znajdującej się tej należącej do niej, którą oparła o metalową ramę jego łóżka.
Mimo wszystko postanowiła złapać go i delikatnie ścisnąć, chociaż nie wiedziała czy dobrze robiła. Ale… chyba tego potrzebowała. Chyba musiała mieć taki namacalny dowód na to, że mimo wszystko nic nie mu nie jest. Że jest tutaj, że naprawdę z nim rozmawia i że jej może i nieco nieudolna forma pomocy na coś się zdała. — Nie masz za co dziękować… — urwała, bowiem zrozumiała sens usłyszanych dalszych jego słów. — Co? — wyrwało się terapeutce, na co aż ściągnęła brwi do siebie. — No chyba sobie żartujesz, że chcesz teraz wyjść - z bandażem i pewnie zszyciem na głowie, z równie zszywaną oraz osłabioną nogą — nie mówił poważnie, prawda? P R A W D A?! — Hunter, to nie jest zabawne — dopowiedziała, żeby przestrzec aby nie robił sobie teraz takich niezbyt śmiesznych żartów.
Hunter Wright
-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy złapała go za rękę przymknął na dłużej oczy. Miło było poczuć jej dotyk, delikatnie ściśnięcie. Pomiział ją kciukiem w ramach kolejnych podziękowań, bo wcale nie musiała tego robić. Mogła stwierdzić, że to wykracza poza jej kompetencje i zwyczajnie trzymać ręce przy sobie - mając nadzieję, że to tylko taka głupota ze strony żołnierza. Jednak dla niego znaczyło to wiele.
Oczywiście wszystko zepsuł, mówiąc o możliwości wypisania się na własne żądanie. Może i nie był w najlepszej kondycji teraz i podłączono go do mnóstwa maszyn, ale nie oznaczało to, że nie spróbuje wyjść stąd przed czasem. Dużo lepiej będzie mu dochodzić do pełni sił w swoich czterech ścianach. Będzie miał ciszę, spokój… bez cholernego pikania maszyn nad uchem.
Spróbował się podnieść do siadu, ale skończyło się to na głośniejszym działaniu maszyny, która wykryła, że postanowił ruszyć ciało. Jego każdy ruch był dokładnie monitorowany i analizowany. Dodatkowo miał podpiętą kroplówkę, którą podawano dożylnie leki
- Mówię poważnie… nie chce tu być. - rzucił smutno, patrząc się tymi proszącymi oczkami, jakby miały one zmienić zdanie Lane, która zaraz go poprze.
Nic takiego się raczej nie wydarzy ale zawsze warto próbować.
- Hun… muszę wrócić natychmiast do pracy… Zostaniesz z nim jeszcze te kilka minut? Proszę. - nie chciała go zostawić samego, aby nie daj bóg wpadł na jeszcze głupszy pomysł niż wcześniej. Niestety miała nagły wypadek podczas jednego z eventów i musiała się zjawić osobiście - oczywiście w ten sam dzień kiedy jej brat wylądował w szpitalu. - Odwiedzę Cię jutro. - powiedziała natychmiast, choć kątem oka zauważyła, że Prudence trzyma go za rękę. Dobrze! Ma wsparcie w kobiecie.
Po tych słowach pożegnała się z obojgiem i zniknęła. Ten dzień ją wykończy!
- Proszę… chce do domu. - powiedział, biorąc po tym głębszy oddech.
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ta… to by było dopiero coś. Zdecydowanie wtedy by przyjechała tu po to, aby ujrzeć takie wydarzenie na własne oczy, bo jakby ktoś jej opowiadał czy nawet na zdjęciach pokazywał, to nadal nie byłaby w takie cuda uwierzyć!
Automatycznie kąciki ust podniosły się znacznie bardziej, gdy poczuła i zarówno zauważyła przesuwanie kciukiem po wierzchu jej dłoni, w trakcie czego przymrużył powieki. Ona sama natomiast wolała na niego popatrzeć - kiedy miał zdecydowanie spokojniejszą twarz, nie wyglądał jak siedem nieszczęść i… nie widziała, że leci mu krew z głowy, przede wszystkim. Bo jednak nie chciałaby, aby jej dzisiejszy dzień skończył się jedynie na zapamiętaniu tu w takim stanie, w jakim zastała go w jego własnym domu.
Prędko on sam zepsuł tą chwilę, sugerując chęć wyjścia do domu, zostawiając szpital, odpowiednią opiekę, dostęp do potrzebnych mu lekarstw oraz doractwo medyczne za sobą. Czy naprawdę nie uczył się na własnych błędach? Czy naprawdę nie rozumiał, że to nie są przelewki, a zdiagnozowana wstępnie sepsa nie jest grypą, katarem czy nawet zapalenie oskrzeli, który w jego wieku jeszcze nie jest na tyle złości, aby wymagał hospitalizacji?!
— A ja nie chcę tego nawet słyszeć — normalnie jakby była jego matką i próbowała mu coś wytłumaczyć, czego ten mały brzdąc nie pojmuje. Faktycznie - Andy miała o wiele więcej chłopaków obecnie na utrzymaniu, prócz swoich synów. Bo zapewne mąż tez jej dawał na swój sposób popalić. Jak nic, życzy jej aby urodziła córeczkę, mogąc mieć w niej oparcie, gdy jest otoczona taką ilością facetów w tym momencie!
Wtedy ponownie zajrzała do nich Andrea, chociaż nie wchodziła głębiej - jakoś przez chwilę zapominając o tym, że nadal trzymała go za rękę. — Tak, jasne, zostanę z nim — odpowiedziała bez zawahania, dopiero teraz zauważając gdzie je wzrok ląduje - a przez co Prudence może nie wycofała się dłonią, a swoim spojrzeniem z patrzenia na ciężarną, odczuwając zakłopotanie wymieszane z… zawstydzeniem, że została na czymś takim przyłapana. Spuściła głowę, póki nie przyszedł moment pożegnania z kobietą, by na koniec westchnąć. Nawet nie zdołają powiedzieć czegoś innego, bowiem Hunter prędko powrócił do wcześniejszego tematu.
Ten człowiek naprawdę niczego nie pojmował…
— Hunter, nie. Musisz zostać, naprawdę musisz… To nie są przelewki… — a gdy zauważyła, że nadal prosi ją swoim wyrazem oczu, próbując ponownie coś powiedzieć w tej chwili, postanowiła go prędko uciszyć, wchodząc mu w słowo bez zawahania i przemyślenia swoich własnych słów. — Na Miłość Boską, jak nie chcesz zostać dla samego siebie, to zostań chociaż dla mnie! — wypaliła, dopiero po chwili pojmując z czym właśnie wyskoczyła, na co zrobiła przez parę sekund nieco większe oczy, po czym ponownie nabrała głębokiego powietrza.
Hunter Wright
-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Trudno było mu zaakceptować, że będzie musiał leżeć tu przez kolejne dni - lekarz jasno powiedział, że dalszy powrót do zdrowia zajmie chwilę. Szkoda, że te słowa nie docierały do Huntera i wolał już wyjść teraz.
Uśmiechną się delikatnie gdy Prudence stwierdziła że zostanie. Uspokoiło to Andy która wyszła dosyć szybko z sali. Teraz jechała gasić pożary gdzie indziej!
Nawet błagający wzrok nie dał rady - kurcze a myślał, że ta sztuczka wyjdzie i będzie mógł wracać do zdrowia we własnym łóżku. Kiedy jednak wypowiedziała kolejne słowa spojrzał na nią delikatnie unosząc brwii do góry. Miał tu zostać dla niej?. Słowa odbijały się echem w jego głowie, starając się zrozumieć dlaczego miałby tak zrobić. Czy tu chodziło o to co przeżyli kilka tygodni temu w jej domu? Czy rozbudził przypadkiem jakieś uczucie? A może po prostu rzuciła to w formie szantażu bo kobiecie sie nie odmawia? A już w szczególnosći swojej terapeutce?
Nie zdążył nic powiedzieć więcej bo na sali pojawiła się pielęgniarka prosząc o wyjście. Pacjent musiał odpocząć, a ona musiała podać mu kolejną dawkę leków. Pożegnał się z nią, nawet nic nie mówiąc - bo nie miał na to siły. Antybiotyki zaczynały działać coraz lepiej a on poczuł niemałą ulgę.
Kilka dni później...
Stan Huntera poprawił się na tyle, że przeniesiono go do normalnej sali. Nie został jeszcze wypisany bo lekarze chcieli mieć pewność iż jego organizm jest na tyle odporny aby wytrzymać wysiłek powrotu do domu. Robiono mu badania oraz sprawdzano ogólne samopoczucie.
Właśnie jadł bułkę i jogurt wcześniej przywieziony przez Andy która dbała o to aby niczego mu nie brakowało - zwłaszcza jedzenia, który pomaga mu odbudować siłę, gdy do sali weszła Prudence. Nie musiał nosić maseczki więc uśmiechnął się do kobiety.
- A witam, witam, zapraszam na bułkę. - podał jej drugą która leżała na stoliku - oczywiście miał ich zapas. - Andy przywiozła dzisiaj rano. I nie, nie ma opcji odmowy. - wręczył kobiecie pakunek i teraz musiała go zjeść. - Jak się ma Itxel? Za kilka dni powinienem wrócić do domu. - to była świetma wiadomość, bo chyba na to wszyscy już czekali - zwłaszcza siostrzeńcy, którzy zamierzają mu zrobić niespodziankową imprezę z okazji powrotu do zdrowia. Andy nadzorowała przygotowania. Prudence również otrzymała zaproszenie, także jeśli tylko będzie chciała i czuła się komfortowo może wpaść. Smith nie naciskała na kobietę w podjęciu decyzji, ale mimo wszystko powinna przyjść, bo to dzięki niej Hunter Wright dalej chodzi po tej ziemi.
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dzisiejszy dzień miała wolny - weekendy zawsze robiła sobie jako odpoczynek po całym tygodniu pracy jak nie w jednym, to drugim miejscu, a także od papierów do wypełnienia, chyba się nagromadziła ich taka ilość, że musiała poświęcać więcej czasu na ich ogarniecie. Tym razem to nie było wymagane, więc mogła spokojnie pojechać do szpitala, aby dowiedzieć się co u niego i sprawdzić, czy faktycznie dochodzi do siebie. Bowiem miała na bieżąco informacje przekazywane jak nie z pierwszej to z drugiej ręki. Wieczorem parę razy zadzwoniła do niego, aby zebrać wywiad, a Andrea uzupełniała niektóre szczegóły, którymi Hunter tak chętnie nie chciał się pochwalić - jak choćby to, że chciał pozbyć się wenflonu wcześniej niż było to zaplanowane, co skutkowało założeniem nowego i poinformowaniem, że ten zostaje z nim do jego ostatniego dnia pobytu - co na pewno mu się nie spodobało!
Zanim wyruszyła autem do szpitala, podjechała żeby zrobić jakieś małe zakupy - co by nie wpaść z pustymi rękami w odwiedziny. Kupiła trochę owoców, coś słodkiego, jakieś jogurty… tak naprawdę wszystko to, co wpadło jej na myśl, bo nie znała na tyle Wrighta, aby mieć pojęcie co lubi jeść i co by go ucieszyło…
Niemniej z zapakowaną siatką wsiadła do pojazdu i przejechała niedaleko odcinek drogi do głównego centrum medycznego. Upewniła się w recepcji gdzie dokładnie obecnie mężczyzna przebywa, a gdy weszła do sali, zastała go samego, wcinającego bułkę. Uśmiechnęła się rozbawiona na ten widok, choć jednocześnie dostrzegając jak się poprawił jego wygląd
- nie będąc już takim bladym, przede wszystkim. — Dzień dobry — przywitała się, opierając się jeszcze przez moment o framugę wejścia do sali dla pacjentów, po czym została zaproszona, aby się poczęstowała. Skorzystała chętnie z zaproszenia do wejścia, tak na dobry początek. — Nie będę Cię objadać, bo to Ty z naszej dwójki potrzebujesz nabierać sił i dużo jeść. Zresztą, też Ci coś kupiłam, chociaż nie wiedziałam co lubisz… — przyznała nieśmiało, kładąc obok niego torbę z produktami. Niemniej w odpowiedzi na to otrzymała pakunek, a on musiał go chcąc, nie chcąc przyjąć. Westchnęła ciężko. — Jakby nie to, że jesteś chory, to bym ci nagadała — a tak musiała przystać na propozycję. Kultura tego od niej wymagała.
— Ma się bardzo dobrze. Codziennie do niej przychodzę, karmie ją. Bo, głupia sprawa, nadal mam Twoje klucze — mówiąc to, wyciągnęła z torebki pęk kluczy należący do Huntera. - To świetna wiadomość, akurat dywan przeschnie w pełni! — wypaliła ni stąd, ni zowąd, uciekając spojrzeniem na bok. Och, no i nici z niespodzianki!
-
Kim jestem jeśli nie żołnierzem? Co mi pozostało w życiu?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Sporo tego… wiesz, że nie zostaję tutaj na miesiąc? - zaśmiał się na ilość produktów jakie zostały mu dostarczone. Cieszył się niezmiernie z jogurtów, bo bardzo je lubił, zresztą tak samo jak słodycze po których uśmiech stał się jeszcze większy. Przeczuwał, że strzelała co mogło mu przypaść do gustu, ale trafiła, co było naprawdę zabawne. Może sprawdziła mu lodówkę? - Jak Andy? - ona była mistrzem nagadywania, kiedy faktycznie zrobił coś głupiego, albo nie chciał zrobić czegoś po jej myśli. Ma gadane. Chyba najbardziej z całej rodziny. Jego młodszy brat zmienił się nie do poznania, on również, w końcu widział niezbyt przyjemne rzeczy na wojnie. Za to Andrea? Wyrosła na piękną i mądrą kobietę z ciętym językiem i masą cierpliwości.
Gdy usłyszał o Itxel odetchnął z ulgą. Biedna psinka została sama, po tym jak go przywieziono do szpitala. Nie chciał by zostawała tyle czasu bez nikogo, chociaż szczerze? To podejrzewał, że nie robiła nic innego jak spanie w swoim posłaniu, lub ewentualne szwędanie się po mieszkaniu. Za piłką biega rzadko kiedy, trzeba było ją zmusić do tego smaczkami - chociaż może ta sztuka udała się Prudence?
- Dywan? Co? - nie do końca rozumiał o co chodzi, bo skąd miał wiedzieć, że zaplamił go krwią? Nie pamiętał kompletnie nic przed upadkiem ani po nim, dlatego zmrużył oczy. - Jesteś stalkerką? - powiedział podejrzliwie ale zaraz się roześmiał i wpakował w siebie ostatni kęs bułki. - Zostaw sobie te klucze. Mam jeszcze jedną kopie. Oddam je Andy jak już wrócę do domu. - przyszło mu to dużo łatwiej niż się spodziewał. - Zresztą będę czuł się bezpieczniejszy, jeśli nagle będę potrzebował pomocy. Chociaż… nie zamierzam już robić takich numerów. - przesunął kołdrę i pokazał ranę na łydce, była sporych rozmiarów ale goiła się bardzo dobrze. - Gdyby nie ty, najpewniej… mogłem być umierający. - taka prawda i jeszcze długo będzie jej dziękował, bo zdecydowanie jest za co!
prudence lane
-
noc przeciąga się na dzień dobry i... głupio nam
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nie wiem, czy jestem w stanie ją przebić — może nie znała jej aż tak dobrze, jak Hunter, niemniej miała pewien pokaz w chwili spotkania się z nią w szpitalu i wejścia do sali razem, gdy mężczyzna się przebudził. Nie ukrywała swojej złości, nie miała zamiaru gryźć się w język nawet przy tym, że źle się czuł i zapewne potrzebował spokoju. Nie oszczędzała go - a gdyby Prudence była w jej sytuacji, zapewne zachowywałaby się bardzo podobnie. Tyle, że ona nie miała rodzeństwa, a jej mama zachowywała się czasem zbyt ostrożnie, żeby miało jej się coś wydarzyć, przez co też nie musiała się o nią nadmiernie martwić. Natomiast Andrea zdecydowanie miała urwanie głowy nie tylko z własnymi dziećmi, ale także z nim samym, który stał się wręcz jak kolejne dziecko na wychowaniu dla niej, pomimo że to on by tym najstarszym z rodzeństwa. Widząc zaraz jak się uspokoił na wieść o Itxel, aż pogłębiła uśmiech i ucieszyła się, że nie był na nią zły za to wtarganie do jego domu bez pozwolenia - i to parokrotnie w przeciągu jego parodniowej nieobecności. Chociaż - to dosyć dziwne, że kobieta która dopiero co mu mówiła, iż nie nadaje się jako właścicielka psa, bo nie miałaby na niego czasu. A tu proszę - jednak da się! Specjalnie przeorganizowała swój czas przed pracą i po niej, żeby ze wszystkim się wyrobić, aby biedna psinka miała na pewno zapewnione wszystko to, co jej potrzebne. Nawet czasem zdarzy jej się chwilę zostać, aby pogłaskać pieska i poinformować, że z jej Panem jest wszystko w porządku i niedługo do niej wróci. Chyba z każdym dniem coraz bardziej się lubiły.
Wtedy wypaliła z dywanem, na co aż głęboko i silnie wzięła wdech do płuc, po czym pomrugała parokrotnie powiekami. — No… dywan… — urywała swoje słowa z początku, po czym uśmiechnęła się blado. Miał mieć niespodziankę w postaci tego, że… nie zauważyłby różnicy. A tak - wypaliła i się wysprzęgliła z tym pomysłem. — Bo wiesz… jak wtedy upadłeś, zraniłeś sobie głowę i w ogóle, no to… y… ogarnęłam to miejsce, gdzie leżałeś i zostawiłeś ślady. Może jak teraz zwrócisz na to uwagę, to jest szansa, że jakieś przebłyski czerwieni będą się przebijać, ale tak na ogół nie widać, żeby cokolwiek się działo — wyjaśniła, rumieniąc się natychmiastowo, nie wiedząc w sumie czemu. Może było jej głupio, iż nie postarała się bardziej i krew nie sprała się tak całkowicie i ostatecznie? — Jeszcze nie — podłapała żartobliwy ton, uśmiechając się już znacznie żywiej niż moment wcześniej, po czym - w końcu została do tego przymuszona - ugryzła kęsa bułki, uświadamiając sobie dzięki temu, że faktycznie była trochę głodna. — Och, serio? No… dobrze — chciała mu je oddać w tym momencie, bo może się bardziej przydadzą właśnie Andrei czy komuś innego z jego otoczenia, niemniej jeszcze kiwnęła głową i schowała pęk do torebki, gdzie pierwotnie się znajdowały. Dzięki temu będzie miała jeszcze okazję widywać się z Itxel, póki Hunter nie wróci do siebie.
— Ja myślę, że nie będziesz już nigdy więcej takich głupot wyprawiał — powiedziała znacznie poważniejszym tonem głosu, wzdychając lekko na widok opuchniętej, ale znacznie lepiej wyglądającej nogi. Następnie wróciła tęczówkami na mężczyznę. — Daj spokój, naprawdę nie masz za co dziękować. Po prostu znalazłam się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Jakby nie to, że miałam wtedy przyjść na sesję, to nie wiem czy bym wpadła na pomysł, że coś Ci się dzieje — przyznała, wzruszając ramionami aby pokazać, że nie czuje się w tym momencie jako bohaterka, a zwyczajnie los sprawił iż mogła mu udzielić pomocy, jakiej potrzebował. — Bo kto by pomyślał, że dorosły facet na widok takiej głębokiej i poważnej rany pomyśli, że to nic takiego, przyłożę sobie liść babki lancetowatej jak za dzieciaka i będzie wszystko w porządku — a miała mu nie dogadywać, niemniej nie mogła się powstrzymać! — Naprawdę liczę, że ta sytuacja dała Ci nauczkę — skwitowała na koniec, znów ogryzając kęsa bułki. — W ogóle, przepraszam że nie odwiedziłam Cię wcześniej, sam wiesz… pacjenci… trochę miałam sajgon — wytłumaczyła się jeszcze, co miała powiedzieć w sumie jak tylko tu weszła.
Hunter Wright