-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prawda jest taka, że s p o d z i e w a ł się takiej odpowiedzi.
Ponieważ pod maską profesjonalizmu i impulsywności, w jej wnętrzu zawsze chowała się zuchwałość i ego kogoś dużo młodszego, zarówno wiekiem jak i stażem. Objawiała się gdy tylko wytykał jej jedno bądź drugie, wywołując u niej wściekłość, nim wyrzucała każdy z jego argumentów do kosza.
Mógł się spodziewać, że taka była jej perspektywa. Że według niej to on tkwił w tym wszystkim biernie czekając na ratunek - na kogoś bystrzejszego, bardziej spostrzegawczego, kto dostrzeże to, na co on pozostawał ślepy. Kogoś, kto wjedzie na białym koniu i uratuje ich oboje, ponieważ w jej oczach wyłącznie Mercer mogła tego dokonać.
- Wierzę, że tak uważasz, Margo - prychnął, jego głowa zakręciła się w wyrazie niedowierzania, jakby w zaprzeczeniu tych słów, które przecież były całkowicie szczere. - Że przez dwa lata nie potrafiłem rozgryźć sprawy, którą ty rozgryzłaś w jedno popołudnie. Że planuję jak idiota słuchać się Carbone'a nawet, gdy będzie pluł mi prosto w twarz ponieważ boję się, że coś ci zrobi.
Był świadom tego, jak wtapiała się w okno byle tylko być z dala, z daleka od jego rąk gdyby planował je wyciągnąć ku niej - coś, czego nie zamierzał robić. Jego głos cichł w miarę kolejnych słów, wściekłość z wybuchowej zmieniała się w coś znacznie chłodniejszego.
- I wierzę, że dla ciebie mój strach o ciebie to słabość. Jesteś przekonana o tym, że Carbone cię nie tknie, a jeśli spróbuje, poradzisz sobie w ten czy inny sposób - kontynuował, temperatura w samochodzie obniżała się z każdą chwilą, choć pojazd nadal mknął z zawrotną prędkością w stronę Toronto. - Uważasz, że znajdziesz wyjście z tej sytuacji, którego ja nie widzę bo jestem zaślepionym idiotą.
Kolejny znak mignął im na drodze - z planowanych czterech godzin na kłótni upłynęło im pół godziny. Na skrajnym przekraczaniu dozwolonej prędkości niemal drugie tyle.
- Uważasz tak, bo nigdy nikogo nie straciłaś - dodał, unosząc dłoń jeśli próbowała mu przerwać, nie zamierzając oddawać jej ani chwili wyrwanej z tego, co chciał powiedzieć. - Spędziłaś swoje życie w wygodnym domku na przedmieściach, w którym największym problemem były chamskie komentarze twojego ojca. Skończyłaś akademię z wyróżnieniem i zbudowałaś sobie kwitnącą karierę zawodową, w której jedyną przeszkodą na twojej drodze był seksizm.
Jego głowa odwróciła się w jej stronę, pełen napięcia wzrok omiótł z pewnością wściekły wyraz twarzy. Podejrzewał, że po tych słowach - jak zwykle - kompletnie przestała go słuchać, jak to miała w zwyczaju.
- Dlatego nawet teraz uważasz, że znasz lepiej świat, w którym ja żyję od dwóch lat, a którego nie byłaś częścią ani chwilę - wycedził, zwalniając wyłącznie odrobinę - na tyle, by wyprzedzić samochód, który znalazł się im na drodze. - Że wiesz, czego możesz się spodziewać po ludziach pokroju Carbone'a, z którym ja p r a c o w a ł e m, a ty zamieniłaś trzy zdania nad kolacją.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Im bardziej jego gniew zamieniał się w chłód i to pozorne opanowanie, które przywdziewał zawsze wtedy, gdy emocje zaczynały wymykać mu się spod kontroli, tym mocniej rósł w niej.
Z n o w u wracali do tego samego punktu. Nieważne czego dotyczyła ich kłótnia i co ją wywoływało, z a w s z e kończyła się identycznie. Zawsze dochodzili do momentu, w którym ona zarzucała mu, że pozostaje ślepy na wszystko poza własnym bólem i nawet nie próbuje spojrzeć na świat z jej perspektywy, a on łapał się tych samych, tanich chwytów. Wyciągał jej relację z ojcem, bezpieczne osiedle, kochający dom i to rzekome uprzywilejowanie, które według niego sprawiało, że nie miała prawa rozumieć prawdziwych problemów. Jakby jedynym ciężarem jaki kiedykolwiek nosiła, były późne konflikty z rodzicem i kilka zbyt łatwych decyzji w życiu.
Za pierwszym razem ją to zaskoczyło. Za kolejnym wywołało wyłącznie wściekłość. Dzisiaj czuła już tylko zmęczenie. Ciężkie, przytłaczające znużenie czymś, co zaczynało przypominać błędne koło, z którego żadne z nich nie potrafiło wyjść.
- Skąd to wszystko się bierze? - odezwała się w końcu, odwracając głowę w jego stronę. - Czy ja naprawdę powiedziałam dokładnie te słowa, czy po prostu twoją ulubioną rozrywką stało się wkładanie mi w usta rzeczy, których nigdy nie powiedziałam? - miała ochotę nim potrząsnąć. Złapać go za ramiona i zmusić, żeby wreszcie usłyszał, co naprawdę próbowała mu przekazać, bo nigdy nie uważała, że potrzebował wybawienia. Nie chciała być jego ratunkiem ani osobą, która nagle naprawi całe jego życie.
Chciała mu p o m ó c. I M pomóc.
Był moment, jeszcze na samym początku, kiedy powiedziała mu wyraźnie, że nie podąża za ludźmi, którzy z uporem odpychają ją od siebie. Jej duma nie pozwalała stać wyprostowaną przed kimś, kto rzucał w nią obelgami i próbował zranić tam, gdzie bolało najbardziej. Odwracała się wtedy i odchodziła.
Właśnie to chciała zrobić teraz, ale pieprzony samochód odbierał jej nawet tę możliwość.
Odeszłaby - nie dosłownie, nie od niego, ale zostawiłaby go samego z echem własnych słów i tym palącym uczuciem rozczarowania, które pojawiało się za każdym razem, gdy mimo jej próśb i świadomości tego, jak bardzo tego nienawidziła, sięgał po te same słabe zagrywki. - Wiesz co? Masz rację. Rób co chcesz - prychnęła pod nosem. Odpięła pas bezpieczeństwa, który nagle zaczął nieznośnie ciążyć jej na klatce piersiowej, odbierając resztki swobody. Zignorowała alarm rozdzierający wnętrze samochodu ostrzegawczym piskiem, zwłaszcza przy tej prędkości.
Tak samo zignorowała chłodne powietrze wpadające przez uchylone okno i gwałtowny wiatr szarpiący jej włosy, gdy desperacko próbowała zaczerpnąć głębszego oddechu. - Ja wrócę na swoje wygodne przedmieścia i do swoich maleńkich problemów - podniosła głos, wiedząc, że inaczej jej słowa zginą w kakofonii dźwięków silnika i pędu powietrza. - Będę dalej cieszyć się swoją małą karierą, podczas gdy ty zajmiesz się tymi wszystkimi wielkimi sprawami - roześmiała się krótko, gorzko, bez cienia rozbawienia.
- Co mogę wiedzieć o życiu, prawda? Co przy twoich problemach znaczą moje? - rzuciła ostro, wykonując prowokacyjny ruch dłonią w jego stronę, jakby chciała go pospieszyć. Jakby zachęcała go, żeby docisnął pedał gazu jeszcze mocniej i jak najszybciej zawiózł ich z powrotem do Toronto.
Do świata, o którym, według niego, nie miała przecież najmniejszego pojęcia.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jak miałby przejść do codzienności nad faktem tego, że to wszystko mu się nie przydarzyło, że tak naprawdę zostało ukartowane? Że przez dwa ostatnie lata spełniał polecenia osoby, wobec której na swój popierdolony sposób wydawało mu się, że posiada jakikolwiek dług?
Zwykłymi słowami oferując mu prawdę, jednocześnie zabrała mu wszystko inne.
Przeświadczenie, że to wszystko było wyłącznie pokutą za wymierzenie sprawiedliwości - sprawiedliwości, której ostatecznie wcale nie wymierzył. Myśl, że przelana przez niego krew zbroczyła jego dłonie w słusznej sprawie - kiedy w praktyce była tylko bezsensowną gwałtownością, z którą jeden trybik maszyny zderzył się z drugim.
Sophie zginęła, ale jemu udało się z tym pogodzić. Nie zrobił tego ani czas, ani odnalezienie swojego celu w schowanej w kieszeni odznace. Zrobiła to świadomość zemsty, która nagle zniknęła, zostawiając po sobie ten sam, prymitywny ogień i pustkę, którą czuł wtedy.
- A nie powiedziałaś? - prychnął w odpowiedzi, usiłując w jakiś sposób to wszystko poukładać, powierzchownie skupiając się właśnie na tym - na brzmieniu jej głosu, na wypowiadanych przez nią słowach. - Nie założyłaś właśnie, że przez dwa lata nie zauważyłem prawdy, którą miałem przed sobą? - kontynuował, czując na sobie jej wzrok i właśnie wtedy skupiając własny na drodze. - A potem nie nazwałaś mnie pieprzonym idiotą?
Najgorsze w tym było, że w i e d z i a ł, że pomimo wszystkich ciosów, które zadawali sobie nawzajem w kłótniach, chowała się pod tym desperacka potrzeba znalezienia wyjścia z sytuacji, która wyglądała na beznadziejną. Ale nie potrafił podejść do tego zespołowo. Nie teraz, gdy jej odkrycie rozerwało tkankę, która zdążyła się już zabliźnić.
Nie gdy krwawił w miejscu, które nie było z nią związane. Które należało do przeszłości - przeszłości, którą zamknął i to jej zamknięcie dawało mu jakąkolwiek motywację by spojrzeć naprzód.
Bez tego zamknięcia nie miał n i c.
- Może masz rację. Może jestem ślepy na doskonałość tego planu, który z pewnością już wymyśliłaś na poczekaniu - warknął, w ten złośliwy sposób, który nigdy nie powinien być wypowiadany na poważnie - który nie miał nigdy ranić, nigdy nie miał wykraczać poza ramy zwykłych przepychanek słownych. - Więc wytłumacz mi. - jego głos uniósł się, lecz wyłącznie po to by wznieść ponad huk wpadającego do samochodu wiatru. - Jaką przewagę teraz mamy?
W tym leżało sedno tkwiącej między nimi niezgody.
W tej jednej rzeczy, z której ona czerpała determinację i chęć do działania, a w której on widział wyłącznie gwóźdź wbity do trumny, z której nieustannie próbował się wydostać - z której już wychodził jedną ręką, powoli myśląc nad tym, jak przerzucić przez jej krawędzie nogi.
- W jaki sposób ta wiedza zmienia cokolwiek w kontekście Carbone'a lub wymiaru sprawiedliwości? - jego głowa znów odwróciła się w jej stronę, tym razem bez ironii wypatrując odpowiedzi w jej oczach. - Jeśli nie wypuszczę Morettiego, Carbone wsadzi mnie do więzienia albo przeniesie swój celownik na ciebie. Zabiłem człowieka. - krótkie, dwa słowa wybrzmiały jak eksplozja przy akompaniamencie wiatru. - Teraz wyłącznie wiem, że zabiłem nie tego, którego powinienem.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie teraz. Nie wtedy, gdy po raz kolejny robili dokładnie to samo - zapędzali się nawzajem do tego rogu, w którym każde z nich przestawało słuchać drugiego, skupione wyłącznie na własnym gniewie. Czasami prowadził ich tam jej ślepy upór, czasami jego urażone ego. Tym razem winni byli oboje.
- Powiedziałam, że jesteś idiotą, jeśli naprawdę myślisz, że wypuszczenie Morettiego cokolwiek zmieni. Dokładnie tak brzmiały moje słowa - odbiła piłeczkę natychmiast, odwracając głowę w jego stronę dokładnie w chwili, w której on uciekł spojrzeniem ku drodze przed sobą, nagle uznając ją za najważniejszy punkt całego świata. - Dlaczego ciągle to robisz? Odwracasz kota ogonem, dopowiadasz sobie własny sens do moich słów, a potem wściekasz się o rzeczy, których nawet nie powiedziałam - wyrzuciła z siebie ostro; jej głos był chłodny, napięty, przeciągnięty cienką linią pomiędzy złością a zwyczajnym zmęczeniem.
Mogliby tak bez końca. On miałby jej za złe impulsywność, ryzyko i wieczne pakowanie się tam, gdzie nie powinna. Ona wypominałaby mu zamykanie się w sobie, ten jego pieprzony nawyk zakładania, że tylko on widzi konsekwencje i tylko jego strach jest rozsądny. Kręciliby się w kółko, raz za razem wracając do tych samych argumentów, tych samych ran i tych samych słów, które zaczynały brzmieć jak zdarta płyta.
Tak naprawdę nie znała odpowiedzi na jego pytanie. Nie miała gotowego planu, nie rozrysowała sobie w głowie kolejnych kroków, nie siedziała nocami nad wielką strategią, która miała ich wyciągnąć z bagna. Kierowała się intuicją, szarpała za nitki, które wydawały jej się istotne, próbując znaleźć choć jeden punkt zaczepienia większy niż ślepa wiara w obietnice mafioza. I może właśnie to doprowadzało go do szału najbardziej, że działała instynktownie, podczas gdy on potrzebował konkretów.
- Nie wiem - odpowiedziała w końcu zgodnie z prawdą i niemal widziała tę krótką satysfakcję przebijającą się przez jego gniew. Potwierdzała nią wszystkie jego przypuszczenia - że działała impulsywnie, błądziła po omacku, szukała odpowiedzi tam, gdzie mogło ich wcale nie być.
A jednak nie potrafiła przestać. - Ale uważam, że nie jesteś jedynym człowiekiem, którego szantażuje w ten sposób. Myślę, że to pierwszy od dawna trop, który faktycznie może dokądś prowadzić. Jeśli Ventresca budowała swoje wpływy na cudzych tragediach, to być może znajdziemy kogoś jeszcze... - urwała nagle, czując jak słowa więzną jej w gardle. Mogłaby mówić dalej, mogłaby się nakręcać, rzucać kolejnymi teoriami, rozkładać wszystko na czynniki pierwsze i desperacko próbować udowodnić mu, że miała rację.
Ale w jej głowie wciąż odbijały się jego wcześniejsze słowa. O wygodnym życiu, o małych problemach, o tym, że nie rozumiała prawdziwego świata, bo wychowała się w bezpiecznym i uprzywilejowanym domu. - Nieważne - machnęła ręką, odwracając wzrok ku drodze rozciągającej się za szybą. Skrzyżowała ręce na piersi, choć chłodny wiatr wpadający przez uchylone okno pokrywał jej ciało dreszczem.
Potrzebowała tego zimna bardziej. Potrzebowała c z e g o k o l w i e k, co wyciągnie ją z tych emocji i pozwoli nie zatracić się w tej kłótni całkowicie.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet wtedy, gdy wreszcie przyznała, że sama również nie miała planu - po tym, gdy wytknęła mu dokładnie to samo. Z pewnością było więcej osób, które Carbone wyzyskiwał, na tym niemal polegała jego cała, pieprzona praca. Pośród nich musieli być przedstawiciele całego przekroju społeczeństwa. Nawiązywanie z nimi sojuszy było w najlepszym wypadku ryzykowne - w najgorszym, nie zmieniało ich położenia ani na jotę.
Ponieważ nie było wariantu rzeczywistości, w której mogliby wykorzystać ten fakt, skrzywdzić Carbone'a bądź odsunąć go od władzy i jednocześnie nie dopuścić do wyjścia prawdy na światło dzienne.
W każdym wariancie, niezależnie od tego, czy Carbone lądował za kratkami czy nie, Madden wciąż był m o r d e r c ą.
I w żadnym z nich nie chodził na wolności, jeśli oboje mieli to przeżyć.
Ale wreszcie umilkł, skuszony rzuconym w jego stronę nieważne. Wiedział, że nie miało na celu wygaszenia sytuacji - bardziej było narzędziem, za pomocą którego się odsunęła, wciąż urażona słowami, które skierował w jej stronę. Ale dzięki niemu w samochodzie zapadła cisza, jedynie szum wiatru łoskoczący jego skórę i włosy przypominał o świecie zewnętrznym, znajdującym się poza natłokiem jego myśli.
Zwykle była jego kotwicą. Dziś jednak była osobą, której pomoc miała własne kolce - kolce, z którymi musiał się uporać samemu. W ciszy, w której mógł spróbować uporządkować ten szalejący w nim gniew, rozdzielić ten, który kierował w stronę Ventresci na ten, który pojawił się w ich kłótni.
Nie odezwał się przez następne pięćdziesiąt kilometrów, które przy ich nieustannie zawrotnej prędkości mogły upłynąć w piętnaście, może dwadzieścia minut. Przestał kierować się czasem jako wyznacznikiem przemijającego dnia, widział wyłącznie cyferki odległości na mijanych przez siebie znakach.
- Wcześniej, zanim dowiedziałaś się prawdy, musiałaś to czuć. - jego uścisk na kierownicy zelżał, ale wyłącznie odrobinę - jakby stało się to pod wpływem naturalnego zmęczenia ogarniającego mięśnie i stawy bardziej niż choćby półświadomej decyzji bądź wygaszającej się złości, która tym razem trzymała go uporczywie w swoich sidłach. - Jak wtedy, gdy wyleciałaś za mną z przyjęcia Stevensona bo dostałem wiadomość.
Świadomość jej obecności przebiła się wreszcie przez chaos panujący w jego głowie, nawet jeśli nie odwracał ku niej wzroku. Widział ją kotem oka, z twarzą zwróconą w stronę okna, łaknącej huku wiatru, który mógłby zagłuszyć brzmienie jego głosu.
- Instynktownie wiedziałaś, że coś jest nie takie, jak być powinno - dodał, wypowiadając na głos to wszystko, czego nigdy wcześniej nie zwerbalizowani, a czego oboje, na swój sposób, byli świadomi. Ona układała elementy tej łamigłówki w pojedynkę, na przestrzeni czasu. On dostrzegał uwagę, jaką poświęcała wszystkim jego nagłym wyjściom, aktom, które drukował bądź zachowaniom, których nie mogła wytłumaczyć. - Ale nie wypowiedziałaś swoich wątpliwości na głos, ani nie odeszłaś.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Miała w sobie tę irytującą zdolność patrzenia na świat przez różowe okulary, doszukiwała się pozytywów tam, gdzie inni widzieli wyłącznie katastrofę, łapała się nadziei z uporem graniczącym z naiwnością i być może właśnie dlatego wciąż wierzyła, że uda im się wyrwać z rąk Carbone’a. Że znajdą wyjście i któregoś dnia obudzą się rano bez ciężaru wiszącego nad nimi od miesięcy, bez poczucia, że ktoś stale obserwuje każdy ich ruch i czeka wyłącznie na moment, by zacisnąć smycz mocniej.
Ale nie była głupia.
Nie wierzyła, że uwolnienie się od Ventresci magicznie wymaże wszystko inne. Śmierć Sophie miała zostać z nimi już na zawsze, niezależnie od tego, ile czasu minie. Czasami miała być jedynie odległym wspomnieniem, bolesną blizną, do której nauczą się nie zaglądać zbyt często. Innym razem wracałaby niespodziewanie, w tych krótkich momentach ciszy, podczas których człowiek nagle przypominał sobie, że istnieją rzeczy, których nie da się cofnąć.
Milczała, choć wciąż miała mu do powiedzenia wiele. Jej gniew nie zniknął, osiadł jedynie głęboko pod skórą, niepodsycany kolejnymi ostrymi słowami i gestami. Margo działała właśnie w ten sposób - odpalała się wtedy, gdy ktoś dociskał ją do ściany, gdy próbował narzucić jej własną wolę albo wmówić, że nie miała prawa działać po swojemu.
Miała trudny charakter i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Bywała impulsywna, szła na skróty, rzucała się w sam środek problemu bez pełnego planu, kierując się intuicją silniejszą niż zdrowy rozsądek. Wiele rzeczy robiła źle, wiele robiła za szybko. Często dopiero po fakcie zastanawiała się nad konsekwencjami.
A mimo to ufała sobie. Ufała własnemu osądowi na tyle mocno, by wierzyć, że wiedza, którą zdobyli, mogła stać się czymś więcej niż wyłącznie kolejnym ciężarem. Nie miała jednak siły dalej się z nim o to spierać. Nie w ciasnym wnętrzu samochodu, nie po wszystkim, co już padło między nimi. Cisza była chwilowym wybawieniem, cienką granicą oddzielającą ich od kolejnej eksplozji.
N i e s t e t y to on przerwał ją pierwszy, wymuszając reakcję. Nie rozumiała dokąd zmierzał, dlaczego nagle z tej brutalnej, pełnej emocji kłótni przeszedł do pozornie spokojnej rozmowy o jej świadomości, o rzeczach, które widziała od początku i tych, które rzekomo ignorowała. Nigdy nie było dla niej tajemnicą, że coś przed nią ukrywał. Od samego początku wiedziała, że Rhys nosił w sobie znacznie więcej mroku niż pokazywał światu. Nie uważała tego jednak za coś złego, miał życie przed nią, sprawy prowadzone bez niej, ludzi, których znał jeszcze zanim pojawiła się obok. Nigdy nie oczekiwała, że wyłoży przed nią wszystko na stół po kilku tygodniach znajomości.
Tyle że nigdy, nawet przez moment, nie podejrzewała właśnie t e g o.
Powiedziała mu to już wcześniej. W tamtej wielkiej kłótni, podczas której oboje wyrzucili z siebie rzeczy gorzkie, bolesne i zdecydowanie zbyt szczere. Mówiła mu, że spodziewała się wszystkiego poza morderstwem. Poza tym, że nosił w sobie coś aż tak ciężkiego.
Patrząc na niego teraz z wyraźną podejrzliwością, uniosła lekko brew. - I co w związku z tym? - zapytała chłodno, nie potrafiąc wyzbyć się z głosu tej ostrej nuty świadczącej o tym, że emocje nadal szarpały ją od środka. - Wydaje mi się, że ten temat mamy już dawno za sobą. Po co do tego wracasz? - zamknęła okno zdecydowanym ruchem, bo szum powietrza stawał się nie do zniesienia, zagłuszając wszystko dookoła i odbierając jej resztki cierpliwości.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Margo zderzała się z problemami teraźniejszości wierząc, że na końcu tego wszystkiego jakoś się to poukłada. Wierzyła, że niezależnie od drogi, ostatecznie znajdą się w miejscu, które będzie warte tej ciężkiej przeprawy. Miała w sobie ten rodzaj optymizmu, którego mógł jej wyłącznie pozazdrościć - ten, z którym mogła spoglądać wprost w lufę wycelowanej ku niej broni i wierzyć, że po naciśnięciu na spust, broń z pewnością się zatnie.
On skupiał się na drodze.
Na tu i teraz, które spędzał w jej towarzystwie i w którym szukał ukojenia. Na tym, co było między nimi dobre, spokojne choć zwykle żywiołowe. Ponieważ w przeciwieństwie do niej, wierzył, że to wszystko było tymczasowe. Że obecna chwila była najlepszą, jaką mogli otrzymać od losu - ponieważ głęboko w nim tkwiło zaszyte przeświadczenie, że to wszystko miało swoją datę końcową.
Że prędzej czy później wkroczy do innej łazienki, do innego pomieszczenia, mieszkania, do jakiegokolwiek innego miejsca, w którym jego życie zakończy się gwałtownie i brutalnie tak, jak zrobiło to wcześniej.
Nie miał w sobie przekonania o stabilności jego rzeczywistości. Sophie nie miała z tym tyle wspólnego, na ile mogło się wydawać - tej stabilności brakowało mu już w dzieciństwie, w rodzinnym domu, w którym każdy moment szczęścia miał wyznaczony swój koniec.
S t a r a ł się temu przeciwdziałać. Nie był w stanie zmienić swojego myślenia, ale nauczył radzić sobie z tym skupiając na tym, co było teraz i udając, że nie wiedział, co będzie później.
Na przykład gdy ten samochód wreszcie dotrze z powrotem do Toronto. Na samą myśl jego dłonie mocniej zaciskały się na kierownicy.
- Robiłem tak samo - odparł, nie trzymając jej dłużej w niepewności, świadom jej braku cierpliwości wywołanego wszystkimi słowami wypowiedzianymi w aucie jeszcze piętnaście minut temu.
Westchnął, przerywając by w tym potoku myśli i emocji sformułować następne zdanie w sposób, który był możliwy do zrozumienia, co w jego obecnym stanie nie było wcale gwarantowane.
- Przez dwa lata - uściślił, uparcie wpatrując się w linię horyzontu przed nimi. - W historii Carbone'a były nieścisłości. Mogłem sprawdzić niektóre rzeczy dwa razy. Odmówić mu gdy wymagał ode mnie czegoś, czego nie chciałem robić. Spróbować się wydostać wcześniej.
Nigdy wcześniej nie wypowiadał tego na głos. Jego własna aktywność i inicjatywa do podejmowania jakichkolwiek działań, a raczej jej brak, zawsze miała odpowiedź w tych samych, utartych schematach i podanych argumentach. Stanowiły zasłonę do tego, co tkwiło w środku, co spoglądało na niego z każdego odbicia w lustrze.
I co ona dostrzegała w nim od pierwszego dnia.
- Nie dbałem o to - mruknął, kątem oka widząc jej sylwetkę, nadal wbitą w fotel. Nawet, jeśli nie zamierzała go słuchać, byli uwięzieni w samochodzie - i równie dobrze mógł mówić. Cokolwiek. - Nie dbałem o to, czy mnie złapią, czy wypierdolą mnie z roboty, czy Ventresca spróbuje się mnie pozbyć gdy stanę się zbędny. Po tym, co się stało, nie dbałem już o nic.
Jego wzrok prześlizgnął się po kolejnym znaku, mijanym zdecydowanie zbyt szybko. W jego głosie wybrzmiało znużenie, zaledwie fragment uczucia, którym mógłby opisać ostatnie dwa lata.
- Nie próbowałem wydostać się z tego bagna wcześniej - zakończył, krótko, jakby nie było to oczywiste z jego słów. - Dopiero przy tobie zorientowałem się, jak głęboko w nim tkwię.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Słuchała w milczeniu, nie przerywając mu ani razu, bo sama nie wiedziała jeszcze, dokąd ich to zaprowadzi. Czy jego gniew nadal rósł pod powierzchnią i to chwilowe opanowanie było wyłącznie preludium do jeszcze większego wybuchu, czy może wypalił się już do cna, pozostawiając po sobie wyłącznie zgliszcza i zmęczenie.
Była ostrożna. Podchodziła do tego z chłodną głową, ponieważ tak samo jak zmęczenie ogarniało jego, tak samo oplatało również ją. Dotyczyło innych rzeczy, zahaczało o zupełnie odmienne fragmenty ich rzeczywistości, a jednak oboje byli tą walką zwyczajnie wyczerpani. Rhys od dwóch lat próbował utrzymać równowagę pomiędzy światem, który powinien reprezentować jako policjant a tym drugim - brudnym, przesiąkniętym krwią, długami i strachem. Od dwóch lat żył w napięciu, próbując jednocześnie utrzymać się na powierzchni i nie pozwolić, by tragedia Sophie pochłonęła go całkowicie.
Margo z kolei była zmęczona tym uporczywym trzymaniem ich relacji nad powierzchnią za wszelką cenę, nawet wtedy, gdy każde z nich szarpało w przeciwną stronę. Ciągłym szukaniem wyjścia, tropów, odpowiedzi, planów, które mogłyby podarować im choć odrobinę normalności. A skoro ona po kilku miesiącach miała momentami serdecznie dość, mogła jedynie wyobrażać sobie ile kosztowało to jego.
I w końcu zrozumiała sens tego, co próbował jej powiedzieć. Dotarło do niej, do czego zmierzał, choć nadal nie rozumiała, po co właściwie wracał do tego teraz. Była to przecież kolejna rzecz dopisana do nieskończenie długiej listy tragedii i błędów, która nie zmieniała już absolutnie niczego. Ani w tym, jak go postrzegała, ani w tym, że Carbone i tak znalazłby inny sposób, by złapać go za gardło. Gdyby nie Sophie, wykorzystałby coś innego. Rozpamiętywanie tego nie mogło niczego naprawić.
Nie to próbowała mu pokazać, grzebiąc w tej sprawie. Nie chciała udowadniać mu ślepoty ani tego, że popełnił błędy. Miał pełne prawo ich nie dostrzegać. W tamtym czasie zaślepiała go żądza zemsty, później wypalenie, trauma i poczucie winy tak wielkie, że przygniatało go do ziemi. Prawdopodobnie na jego miejscu byłaby jeszcze gorsza. Podejmowałaby bardziej irracjonalne decyzje, staczała się coraz niżej, pozwalając emocjom całkowicie przejąć kontrolę. On mimo wszystko nadal balansował. Nadal jakoś utrzymywał się na powierzchni.
- Chciałabym wierzyć, że teraz naprawdę próbujesz - odezwała się cicho, nie odwracając głowy w jego stronę. Tak jak on uparcie skupiał się na drodze i zaciskał dłonie na kierownicy, tak samo ona patrzyła przed siebie, ignorując fakt, że do Toronto zostało im już mniej niż połowa trasy. Rozpoznawała znajome zabudowania, pojedyncze stacje benzynowe, coraz częściej mijające ich samochody z ich rejestracjami.
- Umrę, jeśli coś ci się stanie. Nie jestem taka jak ty, Rhys. Nie przeżyję ani jednego dnia, jeśli ktoś cię skrzywdzi - przełknęła ciężko ślinę, zaciskając dłoń w pięść tak mocno, aż paznokcie boleśnie wbiły się w skórę. Samo wyobrażenie świata bez niego rozdzierało ją od środka, zostawiając w piersi ranę tak bolesną, że aż trudną do nazwania. Nie potrafiła myśleć o rzeczywistości, w której nagle go zabraknie. O pustym miejscu obok siebie, o ciszy po jego głosie.
- Mam nadzieję, że obok całej tej złości, do której masz prawo... pamiętasz też o mnie - dodała ciszej. Bo przez chwilę naprawdę miała wrażenie, że zapomniał; że wciskał pedał gazu wyłącznie po to, by jak najszybciej dotrzeć do Carbone’a i oddać mu ten ból, który sam dostał lata temu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Jakby w tym równaniu znów był sam. Jakby nie było już miejsca dla niej i dla tego, co stanie się z nią później.
A przecież ona go p o t r z e b o w a ł a. Może egoistycznie, może desperacko, może w sposób, który chwilami był niezdrowy. Ale potrzebowała go bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. - Jeśli zrobisz coś głupiego, ja tutaj zostanę. Sama - bardziej dosadnie nie potrafiła już tego powiedzieć.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wraz z nim, zbliżało się Mimmo's, które po pierwszym nalocie zdążyło na przestrzeni ostatniego miesiąca odżyć, z powrotem przekształcając się w gniazdo pełne węży. W jego wnętrzu nie wątpił, że odnajdzie Carbone'a - a jeśli nie, zrobi to w restauracji, w której znalazła go również Mercer.
Jego dłonie były zaciśnięte na kierownicy, but wbijał pedał niemal do samego końca. Wściekłość zawładnęła jego ciałem nawet, gdy umysł usiłował odnaleźć resztki racjonalności. Próbował rozłożyć to na części pierwsze, sformułować zdania, które mogłyby dla odmiany wyjaśniać coś między nimi zamiast komplikować sytuację.
Ale te myśli wciąż nie wykraczały poza tu i teraz.
Wciąż tkwiły w fazie wyobrażeń, scenariuszy, które mogły się rozegrać lecz nie musiały. Ich większość była zamknięta w tym samochodzie wraz z nimi, niezdolna do wysunięcia się naprzód na tyle, by mógł jej obiecać z całkowitą pewnością, że nie zrobi niczego głupiego.
- Czy to kiedykolwiek cię powstrzymuje, Margo? - odrzucił, ciszej niż wcześniej, w sposób, który niemal zagłuszał warkot silnika.
Jej słowa zostawiały za sobą ślady gdzieś w jego wnętrzu, w miejscu, które nie znikało pod grubym płaszczem furii. Rezonowały w nim, ponieważ rozumiał ją doskonale.
I ona również musiała zrozumieć jego f r u s t r a c j ę.
- Carbone grozi ci w prawie każdej rozmowie ze mną - dodał, wspominając rozrzucone zdjęcia j e j, wewnątrz ciemnego, opuszczonego magazynu. - Jego ludzie cię obserwują. Obserwowali nawet wtedy, gdy zniknęłaś na miesiąc. Znęcał się nade mną oferując twoje zdjęcia.
Złość tliła się w jego oczach, wciąż uparcie zwróconych w kierunku drogi naprzeciw. Wszystkie wypowiedziane przez Sergio groźby odbijały się echem w jego czaszce, zarówno te subtelne jak i wprost wkraczające na wojenną ścieżkę.
- Nie potrafię żyć ze świadomością, że mogliby ci coś zrobić. - Odwrócił głowę, obrzucając ją jednym, uważnym spojrzeniem nim ta musiała znów skupić się na drodze, po której nieustannie mknęli z prędkością przekraczającą zdrowy rozsądek. - A ty ciągle pchasz się w kłopoty nawet, gdy próbuję cię od tego odwieźć.
Jego umysł nie sięgał również tak daleko, w te wizje przyszłości - bo wtedy musiałby zastanowić się nad tym, do czego mógłby się posunąć, gdyby ktokolwiek podniósł na nią swoją rękę.
- Wiem, że zrobisz wszystko żeby wyciągnąć nas z tego bagna - westchnął, nie każąc jej tym razem dochodzić do własnych wniosków. - Musisz pogodzić się z tym, że ja zrobię to samo.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mogli różnić się charakterami, sposobem reagowania, podejściem do świata i emocji. Ona działała impulsem, szarpała za klamki i próbowała wyważać drzwi zanim jeszcze upewniła się, co znajdzie po drugiej stronie. On z kolei tłumił wszystko w sobie, dusił emocje pod warstwą chłodu i gniewu, aż w końcu eksplodowały w najmniej odpowiednim momencie. Pod wieloma względami byli tacy sami, pod wieloma zupełnie różni, ale finalnie ich lęki prowadziły dokładnie do tego samego miejsca.
Do strachu przed stratą. Ona bała się bardziej emocjonalnie, instynktownie, rozpaczliwie chwytając się wszystkiego, co mogło ocalić ukochaną osobę. On reagował gniewem, agresją i potrzebą kontrolowania sytuacji zanim sytuacja odbierze kontrolę jemu.
Carbone nigdy nie groził jej bezpośrednio, ale to nie miało znaczenia. Wystarczyło, że miał Rhysa. Wystarczyło, że znał jego słabości, wystarczyło, że wiedział o n i e j. Mógł zniszczyć życie Maddena jednym ruchem. Mógł odebrać mu odznakę, wolność, przyszłość i wszystko, co jeszcze próbował utrzymać w swoich dłoniach. Ale równie łatwo mógł pociągnąć na dno także ją, rozwalając cały jej świat wyłącznie dlatego, że znalazła się zbyt blisko
Naprawdę ją śledzili? Nieprzyjemny dreszcz przesunął się wzdłuż jej kręgosłupa, sprawiając, że ramiona napięły się mimowolnie. Poczuła się jeszcze bardziej zmęczona, o ile było to w ogóle możliwe. Rozrywały ją emocje ciągnące w zupełnie przeciwne strony - paląca wściekłość, bezsilność, rozpacz i ten nowy, obrzydliwy strach, którego wcześniej nie chciała do siebie dopuścić. Nie wiedziała już, którego z tych uczuć powinna się trzymać, a każde kolejne wydawało się gorsze od poprzedniego.
- Nie mów mi tego. Nie chcę tego słuchać - pokręciła głową gwałtownie, jakby mogła w ten sposób odsunąć od siebie sens jego słów. Teoretycznie zdawała sobie sprawę z tego od dawna. Domyślała się, że w chwili, w której Sergio dowiedział się o ich relacji, automatycznie stała się kolejnym narzędziem do manipulowania Rhysem. Co innego jednak podejrzewać, a co innego słyszeć to wypowiedziane na głos, tak brutalnie i bezpośrednio.
- Nigdy w życiu nie chciałam nikogo zabić. N i g d y nawet nie pomyślałam, że mogłabym kogoś skrzywdzić... - urwała, bo zakończenie tej myśli zawisło pomiędzy nimi bez potrzeby dopowiadania go na głos. Westchnęła przeciągle, w końcu odwracając głowę ku niemu. Tym razem nie uciekła spojrzeniem; patrzyła uparcie na jego profil, na napiętą szczękę i dłonie zaciśnięte na kierownicy. - Rozumiem - szepnęła wreszcie cicho.
- Ale jeśli tam pójdziesz, będę dokładnie krok za tobą. Możesz powiedzieć, że nie mogę, możesz próbować mnie zatrzymać, ale i tak zrobię dokładnie to samo co ty - jeśli nie mogła go powstrzymać, to przynajmniej zamierzała stać obok. Sięgnąć po broń szybciej niż ktoś inny. Wycelować przed siebie bez zawahania zanim lufa Ventresci znalazłaby się wymierzona prosto w jego serce bijące w rytm jej własnego.
Rhys Madden