ODPOWIEDZ
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

gonna make you feel it's alright all along
if there's a future we can leave behind
Wspomnienie Ottawy zostało razem z nimi.
Unosiło się w powietrzu gdy zaparkował samochód, ujął jej dłoń i ruszył do wejścia do budynku. Tkwiło w rogu pomieszczenia gdy znaleźli się w sypialni rozświetlonej księżycowym blaskiem. Wyczuwał jego smak w goryczy kawy nalewanej z ekspresu na komisariacie.
To wszystko było z a p l a n o w a n e.
Złożona jej obietnica go zobowiązywała - nie zrobił niczego głupiego. Nie napisał do Carbone'a z prośbą o spotkanie ani nie pojawił się w progu jego baru, wykrzykując poznaną prawdę w twarz. Akta Morettiego wciąż tkwiły na stole w jego kuchni, wciąż sięgał do nich wieczorami po to, by wszystko dopiąć do samego końca.
Nie wcisnął jednak czerwonego przycisku choć wiedział, że termin zbliżał się nieubłaganie.
Każdą wolną chwilę spędzał na poszukiwaniu rozwiązania, na które wcześniej żadne z nich nie wpadło. Zjawiał się rano na komisariacie i wypełniał obowiązki nie przywiązując do nich większej wagi. Popołudniami pozwalał jej prowadzić się do miejsc, które wybierała - któregoś mieszkania, knajpy, w której mieli zjeść kolację. Codzienne funkcjonowanie przy upływającym czasie przypominało wizytę w parku rozrywki, w którym usilnie próbował zapomnieć o ocierającym się o jego szyję sznurze.
Oraz o chwili, w której ten sznur niechybnie się zaciśnie.
Ze wszystkich wiadomości to ta, którą otrzymał rano była dla niego największym zaskoczeniem. Potrzebuję przysługi oraz twojej dyskrecji. Stary Mercer nie należał do osób, które prosiły o jakiekolwiek przysługi - nie jego. Na przestrzeni ich krótkiej i skąpej relacji zdążył przejść przez całe spektrum emocji, które mógł w nim wzbudzać, zaczynając od braterskiej próby nawiązania przyjaźni aż przez frustrację i nieufność, gdy Margo zniknęła. Były detektyw najwyraźniej był osobą, która nie chowała zbyt intensywnie urazy względem ludzi - pod warunkiem, że ci ludzie nie byli członkami jego rodziny.
Dziś ufał mu na tyle, że zmusił go do kłamstwa.
Nie z rodzaju tych, które mogły wbić faktyczny topór pomiędzy nich. Tego, które zmuszało ją do przebrania się w coś ładnego i eleganckiego pod pretekstem wspólnej kolacji. Tego, które podtrzymywał, samemu stojąc opartym o samochód przed drzwiami do jej budynku w czarnej koszuli wsuniętej w eleganckie spodnie.
Jedynie papieros w jego ustach stał w kontraście z jego bardzo p o p r a w n y m ubiorem.
- Jesteśmy spóźnieni - oznajmił na dźwięk jej kroków, następujących po odgłosie otwieranych drzwi. Kącik jego ust mimowolnie uniósł się w górę gdy podnosił ku niej wzrok, chłonąc nim jej sylwetkę gdy skracała dystans między budynkiem a czekającym na nią samochodem. - Jak zwykle.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czuła nieubłaganie biegnący naprzód czas równie wyraźnie, co ciężar oddechu na własnym karku. Każdy kolejny dzień przybliżał ich do terminu wyznaczonego przez Carbone’a, a ona miała pełną świadomość, że nie istniał scenariusz, w którym Moretti pozostanie za kratami. To jedno wydarzenie nieuchronnie miało dopisać się do długiej listy przewinień Maddena, obciążając go jeszcze mocniej.
Mimo tego nie wracała do odkrycia dotyczącego Sophie. Tak samo nie wspominała o tym, że inna myśl pulsowała z tyłu jej głowy coraz mocniej; o przekonaniu, że ktoś musiał go wskazać, podsunąć Carbone’owi dokładnie jego nazwisko. Jeśli śmierć Sophie była zaplanowana, to wybranie Maddena na ich psa również nie mogło być dziełem przypadku.
Nie wierzyła już w przypadki.
Zamiast tego skupiała się na tych krótkich, spokojnych momentach, które jeszcze im zostały i które chłonęła z zachłannością osoby świadomej, że za chwilę wszystko może runąć. Ich wieczory coraz częściej przestawały należeć do świata zewnętrznego. Nawet wtedy, gdy siedział nad aktami Morettiego, spięty i skupiony, odciągała go od pracy choćby na kilka minut, które przeciągały się w godziny, a czasami w całe noce.
Dlatego była szczerze zaskoczona, gdy tym razem to on wyszedł z inicjatywą. I to nie byle jaką. Jego propozycja miała kilka punktów, których, jak podkreślił wyjątkowo stanowczo, miała się trzymać. Z większością poradziła sobie bez większego problemu. Naprawdę się postarała - makijaż, który zazwyczaj zajmował jej pięć minut i ograniczał się do minimum, dziś był starannie dopracowany. Włosy zwykle związane ciasno w kucyk albo niedbały kok, teraz miękkimi falami opadały na odkryte plecy. Z dna szafy wyciągnęła czarną sukienkę kończącą się odrobinę ponad kolanem, opinającą ją dokładnie tam, gdzie chciała przyciągnąć jego wzrok, a do tego szpilki, w których, jak podejrzewała, potrafiła wyłącznie stać, ale z pewnością nie chodzić.
Ostatni punkt listy wykreśliła jednak metaforycznym, czerwonym flamastrem.
Była spóźniona ponad trzydzieści minut, mimo że zdarzało jej się to bardzo rzadko.
Kiedy wyszła na zewnątrz i dostrzegła go opartego o samochód, na moment zabrakło jej tchu. Powietrze ugrzęzło gdzieś w połowie drogi do płuc, a serce wykonało ten jeden, irytująco mocny skurcz, którego nienawidziła i uwielbiała jednocześnie.
Bywała próżna. Może bardziej, niż chciała przyznawać. Kochała w nim rzeczy dużo ważniejsze - jego lojalność, upór, brutalną szczerość, sposób w jaki potrafił patrzeć wyłącznie na nią nawet wtedy, gdy cały świat próbował odciągnąć jego uwagę, ale obok tego wszystkiego stale istniał jeszcze ten jeden element, całkowicie powierzchowny i kompletnie nieistotny, a mimo to działający na nią za każdym razem równie mocno.
Wygląd.
Rhys wyglądał tak n i e p o p r a w n i e dobrze, że czasami miała ochotę się o to na niego obrazić.
Uśmiech mimowolnie wykrzywił jej usta, gdy podeszła bliżej, ignorując otwarte drzwi samochodu. Oparła dłonie o jego klatkę piersiową i bez najmniejszego zawahania pocałowała go krótko i miękko. - Niemożliwe. Wskazówki mojego zegarka pokazywały, że pora jest i d e a l n a - pokręciła głową z rozbawieniem, odsuwając się o krok tylko po to, by obrócić się powoli wokół własnej osi, prezentując mu efekt swoich wysiłków.
- Łatwo się ją ściąga - szepnęła ciszej, wracając bliżej i zatrzymując palce na jego koszuli. Rozpięła jeden z guzików niespiesznie, niemal prowokacyjnie, nie odrywając od niego spojrzenia ani na sekundę. Wciąż patrzyła na niego z tym samym zachwytem, jakby mimo wszystkiego nadal nie mogła uwierzyć, że naprawdę był jej.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cyfra na zegarku była w tym momencie ostatnią rzeczą, która go w jakikolwiek sposób interesowała.
Technicznie rzecz biorąc nie mieli być na konkretną godzinę - mieli na pewno nie być przed dwudziestą, ale tego typu polecenie zabrzmiałoby dość podejrzanie nawet dla kogoś, kto nie zajmował się zawodowo łączeniem kropek. Jego przytyk nie miał żadnego odzwierciedlenia w tym, jak rzeczywiście się czuł.
Szczególnie gdy wyglądała w t e n sposób.
Przywykł do tego, że w codziennym życiu kierowała się wygodą. Do naturalnej twarzy, na której musiałby doszukiwać się makijażu. Włosów spiętych tak, by nie wchodziły jej w drogę. Spodni i wsuniętej w nie koszuli, w której zwykle pojawiała się na komisariacie - i zwykle z niego wychodziła, lądując w jego mieszkaniu.
Uwielbiał ją w każdym wydaniu. W tym codziennym i profesjonalnym jak i w tym, w którym budziła się każdego ranka obok z włosami rozwalonymi w każdym kierunku i twarzą naznaczoną drobnymi piegami wychodzącymi pod wpływem słońca.
Ale t a k a sprawiała, że mimowolnie zatrzymywał się w połowie ruchu - z dłonią dzierżącą papierosa, sięgającą do ust. Jego wzrok prześlizgiwał się po jej sylwetce z nieznośną uwagą, po wysokich szpilkach, których stukot o chodnik zapowiadał jej nadejście, po czarnej sukience opinającej jej sylwetkę w p r o w o k u j ą c y sposób.
- Ty jesteś idealna - odbił piłeczkę, wyrzucając papierosa na chodnik, tracąc nim wszelkie zainteresowanie gdy poczuł jej ciało przy sobie, usta na własnych. Jego dłonie natychmiast sięgnęły ku niej w odruchu, którego w żaden sposób już nie kontrolował - spoczywając na jej talii, palcami badając fakturę materiału.
Jej słowa przemknęły gorącą falą po jego ciele gdy nachylał się w jej stronę. Jedna z jego dłoni uniosła się w górę, ani na chwilę nie tracąc kontaktu z jej plecami by dotrzeć do włosów, które odgarnął do tyłu, odsłaniając sobie dostęp do jej szyi.
- Nie mów takich niemoralnych rzeczy - mruknął, muskając ustami wrażliwą skórę, upajając się jej zapachem. Znał już wszystkie jej perfumy, każde z nich dopasowane do odpowiedniej okazji. Każde przypisywał już wyłącznie do niej i sięgał ku niej myślami gdy wyczuwał je w tłumie. - Bo zamiast kolacji, zabiorę cię z powrotem na górę.
Ta myśl w tej chwili nie wydawała się tak irracjonalna. Porzucenie samochodu, przyjęcia organizowanego przez jej ojca, prezentu, który tkwił w kieszeni jego spodni. Stary Mercer prawdopodobnie zamordowałby go następnego dnia ale czy nie był już mistrzem w unikaniu czyhających na niego konsekwencji?
Z westchnieniem zmusił się do oderwania od kobiecego ciała, choć wyprostowanie się stanowiło dla niego niemal fizyczny dyskomfort. Jego racjonalność myślenia działała w korelacji z dystansem, który ich dzielił - dlatego dopiero gdy się odsunął, na jego ustach pojawił się szelmowski uśmiech a ręka sięgnęła do klamki, uchylając jej drzwi.
- Jak bardzo lubisz niespodzianki? - zagadnął beztrosko, podejrzewając już jaką usłyszy odpowiedź.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doceniała w ich relacji to, że potrafili funkcjonować jednocześnie w dwóch skrajnie odmiennych rzeczywistościach. Byli partnerami w pracy, wspólnie wchodzili w sprawy, które potrafiły zostawiać po sobie ciężar osiadający na barkach jeszcze długo po zamknięciu akt. Widzieli swoje najgorsze momenty, własne błędy, słabości i tę brutalność, którą wykonywany zawód wyciągał z ludzi mimowolnie.
A mimo to po godzinach potrafili być zwyczajni. Spędzali ze sobą praktycznie każdą dobę, mieszając jedno z drugim tak naturalnie, że granice niemal przestały istnieć, a jednak wciąż się sobą nie nudzili. Nadal odnajdywali radość w rzeczach absurdalnie prostych - wspólnym jedzeniu, przypadkowych rozmowach w środku nocy, drażnieniu się o głupoty czy siedzeniu obok siebie w ciszy, która nigdy nie była niezręczna.
Dlatego chwile takie jak ta nadal wywoływały w niej dreszcz emocji, bo nawet teraz wciąż widziała w jego oczach ten sam błysk, który pojawił się na samym początku. I może było w tym coś odrobinę samolubnego, ale uwielbiała świadomość, że wciąż potrafiła robić na nim takie wrażenie.
Westchnęła cicho, akceptując dystans, który między nimi stworzył. Dbając o każdy detal, wsunęła swoją dłoń w jego, korzystając z gestu i pozwalając, by pomógł jej wsiąść do samochodu. Zaczekała, aż zamknie za nią drzwi z tą charakterystyczną dla siebie ostrożnością i dopiero kiedy zajął miejsce obok, odezwała się ponownie. - Tak samo bardzo jak ty - wywróciła oczami z rozbawieniem.
Niespodzianki znajdowały się na samym końcu listy jej ulubionych form spędzania czasu, a jednocześnie bardzo wysoko wśród tych, których zwyczajnie nie znosiła. Taka była od zawsze. Już jako dziecko sama wybierała sobie prezenty świąteczne, tworząc szczegółowe listy życzeń. Planowała wakacje z dokładnością godną zawodowego organizatora, sprawdzając restauracje wcześniej i czytając menu przed wejściem do środka. Nawet idąc do kina lubiła znać chociaż zarys fabuły, żeby przygotować się na emocje, które mogły ją czekać.
Margo po prostu lubiła wiedzieć. Może dlatego, że pełne zaskoczenie odbierało jej kontrolę nad własną reakcją, a ona nie znosiła sytuacji, w których emocje mogły wymknąć się spod kontroli i zranić kogoś przypadkiem.
Tym razem jednak, wyłącznie dlatego, że nalegał i że widziała po nim, iż nie zdradzi choćby najmniejszego fragmentu swojego planu, odpuściła dalsze drążenie. - Dostałam już pierścionek - uniosła dłoń, na której błyszczała zielono-złota, plastikowa błyskotka ze stacji benzynowej, uśmiechając się przy tym półgębkiem. - Poznałam twoją mamę - kontynuowała, odliczając kolejne rzeczy na palcach. - Byliśmy już w najbardziej wyszukanych hotelach - na samo wspomnienie wywróciła oczami, rozbawiona bardziej niż chciała przyznać. - Jedliśmy najlepszą rybę w porcie - mruknęła, zerkając na niego kątem oka.
Prawdopodobnie mogłaby wymieniać bez końca. - Prawie tańczyliśmy na balu, kiedy Evans odbierał nagrodę… czym jeszcze możesz mnie zaskoczyć? - zapytała ciszej. Było jeszcze kilka niespodzianek, którymi ją obdarował, ale o tych nie zamierzała wspominać na głos. Gdy zaś samochód ruszył powoli, ona w pozornie niewinnym geście, przybliżyła się odrobinę b, na tyle na ile pozwalała środkowa konsola. Jej palce przesunęły się leniwie po jego udzie w sposób, który bardziej drażnił niż był czuły.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”