ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

and i could be wrong about anybody else,
so don't kid yourself


Wir treningów, spotkań, walk na lodzie i potu przechwytywał codzienność Dallasa do takiego stopnia, że ledwo miał czas, żeby wyjść i spotkać się z kumplami. Nie tylko tymi z zespołu, ale też tymi, z którymi trzymał się od lat poza treningami, w prywatnym życiu. Miał wrażenie, że do teraz leczył się z tego cholernego kaca po wieczorze, podczas którego z ziomkami pili cholera wie jak starą whisky i gadali o kobietach, z którymi się spotykali. Jensen nie miał szczęścia do kobiet ostatnimi czasy. Nie angażował się emocjonalnie, bo żadna z kobiet, które stanęły na ścieżce jego życia, nie była gotowa zrozumieć, jak ważny był dla niego hokej. Wydoroślał. Zmienił się. Zmienił też perspektywę, z jaką patrzył na życie, ale wiedział jedno - nie mógłby skończyć z własną pasją na rzecz innej osoby. Takiego ultimatum nie potrafiłby zaakceptować. Aczkolwiek wiedział też, że gdyby na swojej drodze poznał kogoś naprawdę i otworzył swoje serce na bliższą relację, postarałby się bardziej. Tym razem pamiętałby o potrzebach drugiej osoby. O tym, żeby była równie mocno celebrowana, co jego zwycięstwa na lodzie.

Wychodząc z treningu, skierował się w stronę Parkdale. Pogoda była zajebiście przyjemna. Delikatny wiatr muskał jego twarz, a Dallas podążał spokojnym spacerem do swojej ulubionej knajpki, żeby usiąść, odetchnąć i po prostu reset himself. Po drodze zatrzymało go paru młodszych chłopaków. Chcieli chwilę pogadać, poprosili o autograf i zdjęcie. Zawsze lubił, kiedy rozpoznawali go fani, a przy wielu tatuażach zdobiących jego ciało bycie incognito nie należało do najprostszych rzeczy. Nie przeszkadzało mu to. Wręcz przeciwnie. Po jakichś dziesięciu minutach pogawędki ruszył dalej, z przewieszoną przez ramię torbą treningową, przecinając kolejne uliczki, gdy nagle usłyszał głośny pisk. Kobiecy? Dobiegający z alejki... Serce od razu podskoczyło mu do gardła, bo przez ułamek sekundy pomyślał, że może ktoś jest atakowany. W tej okolicy kręciło się wystarczająco dużo bezdomnych, typów naćpanych crackiem albo chuj wie czym jeszcze, żeby wcale nie zdziwił się, gdyby ktoś faktycznie znalazł się w opałach. Zerknął w alejkę i dość szybko zorientował się, że ta dziewczyna nie była atakowana przez nikogo. A przynajmniej nie przez żadnego żula. Uniosł brew, przyglądając się jej, jak krzyczała i wymachiwała rękami w powietrzu. No nic. Może ona też coś wzięła? Jakieś magiczne grzybki albo cholera wie co?

Przez moment naprawdę rozważał, czy powinien się w to mieszać, ale ciekawość zaczęła go zżerać wystarczająco mocno, żeby podszedł bliżej. I wtedy, chwiejąc się lekko z jednej nogi na drugą, mógłby przysiąc, że dostrzegł cholernie ogromnego pająka zwisającego z jej przepięknych blond włosów. - Shit - rzucił pod nosem, bo sam też nie przepadał za tym robactwem. Ale w końcu trzeba było się przemóc i pomóc komuś w potrzebie, no nie? Rycerz na białym koniu od siedmiu boleści. A może coś bardziej na bazie Flynna i Roszpunki. Czemu do cholery myślisz o bajkach Disneya, Jenny? - pomyślał, przewracając oczami. - Whoa, whoa, czekaj! - rzucił szybko, podchodząc do niej i łapiąc ją za ramiona. Zacisnął palce mocniej, żeby przestała się szarpać. - Nic ci nie zrobię, czekaj. - Spojrzał na jej przerażoną twarz i na krótką sekundę naprawdę zrobiło mu się jej szkoda. Puścił jedno ramię, wysunął dłoń w kierunku jej włosów i zgarnął pająka, który zwisał na cienkiej pajęczynie tuż przy jasnych kosmykach. Szybko zrzucił go gdzieś na bok, a potem zmiażdżył butem. Nie wiedział, czy nie był deadly, okay?! - Dobra, jak zaraz zacznie padać, to będzie na ciebie - rzucił, uśmiechając się pod nosem, po czym odsunął się dwa kroki do tyłu i uniósł dłonie w geście niewinności. - Jesteś okej?

rapunzel
25 y/o
LOVE IS IN THE AIR
160 cm
Spec. marketingu/PR | Wolontariuszka Northland Power | Sistering
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Put your arms around somebody else
Don't punish yourself


Ten rok zdecydowanie nie należał do Cory. Od samego początku był intensywny, pełen upadków, ciężkich decyzji, kryzysowych sytuacji i napięcia. Dotychczas jej życie było dalekie od dramatu, bo tego unikała uważając, że szkoda czasu na złość i kłótnie. Po co, skoro świat był taki piękny i pełen możliwości? Mogła podróżować, zwiedzać różne zakątki, poznawać ciekawych ludzi i bawić się na festiwalach. Kochała życie. Kochała ludzi.
Aż nadszedł okres, kiedy oni zaczęli ją zawodzić. Jedno po drugim. Odchodzili, wykorzystywali, oszukiwali, wyzywali, napastowali, a nawet usuwali ją ze swojego życia. Atak i próba zgwałcenia przez Daniela przytłoczyło ją totalnie. Prawdopodobnie gdyby nie obecność Prince’a, tamta sytuacja mogłaby się zakończyć znacznie gorzej. Jednak i tak jej sfera intymna została naruszona, a poczucie własnej wartości całkowicie zniszczone w najbardziej możliwy okrutny sposób, bo skoro wciąż uważała, że to ona i jej zbyt krótka sukienka były temu winne, o czym to mogło świadczyć?
Jednak nie zdążyła tego przepracować, bo kolejna nowina ją już całkowicie zmiażdżyła - wyniki krwi jej i ojca. Nie była jego córką. Nie była Marshall. Błąd matki sprzed lat kosztował ją tym, że mężczyzna , którego uważała przez całe życie za swojego rodzica, z dnia na dzień bez mrugnięcia okiem wydziedziczył ją i pozbawił dachu nad głową, a jej siostra jeszcze postanowiła mu oddać część swojej wątroby. Nie oceniała decyzji Cherry, ale czuła że, czara goryczy w jej życiu się przelewa.
Na szczęście wraz z urodzinami przyszedł promyk nadziei od rodzeństwa i mamy - nowe mieszkanie. Znacznie mniejsze niż poprzednie, w mniej prestiżowej dzielnicy i budynku, ale nie narzekała. Doceniała ten gest i była wdzięczna, że ma swoje własne miejsce, które może urządzić po swojemu. Nigdy nie stawiała też na cenę - nie wszystko musiała mieć najdroższe i markowe. Płyt winylowych szukała na pchlim targu i tak samo było z ubraniami. Teraz tym bardziej miała ograniczone zasoby finansowe, więc postanowiła przejść się trochę po okolicy w poszukiwaniu jakiś perełek do mieszkania. Może w końcu będzie miała szczęście ?
Była pewna, że tak właśnie było, gdy szła ulicami Toronto trzymając w ręku piękną lampkę z materiałowym kloszem w stylu vintage. Po pewnym czasie poczuła delikatne łaskotanie po szyi, więc instynktownie dotknęła to miejsce i wtedy poczuła coś dziwnego pod palcami. - Co to?- spytała sama z siebie próbując to coś strzepnąć. Tym czymś się okazał paskudnie ogromny pająk, który wylądował na jej piersi i zaczął się kierować w stronę włosów. - O nie nie nie!- pisnęła i zaczęła się szamotać lądując w jakimś zaułku. Nie patrzyła tak naprawdę, gdzie trafiają jej nogi, a skupiła się na dłoniach próbując zrzucić napastnika. Lampa już dawno leżała potłuczona na ziemi, a ona piszcząc ile sił miała w płucach próbowała na ślepo trafić w to robactwo. Nienawidziła pająków chyba bardziej od facetów. Bała się ich. Chociaż bała się i jednych i drugich. Dlatego kiedy nagle poczuła czyjeś silne męskie dłonie na ramieniu, spięła się jeszcze bardziej mając flashbacki sprzed tygodni. To jeszcze bardziej ją przeraziło zwiększając jej pisk i szamotanie. - Zostaw mnie!- wrzasnęła czując jak jej serce wprost zamarło. Ciało walczyło, znacznie bardziej niż wtedy, ale serce nie biło. Ono zamarło ze strachu. Lecz głos, kojący i spokojny głos mężczyzny dotarł do niej jakby z oddali. W jakiś sposób podział na nią, że i ciało w końcu zastygło. Spojrzała na niego wzrokiem pełnym przerażenia, ale i błagania. - Zabij go, błagam - pisnęła cicho jakby nagle jej głos miał sprawić, że pająk zaatakuje ją jeszcze bardziej. Zamknęła oczy i pozwoliła mężczyźnie działać. Dłonie i oczy zacisnęła starając się nie myśleć, że właśnie paskudny pająk oraz jakiś obcy koleś ją dotykają. Działał w jej obronie - to sobie powtarzała. Otworzyła oczy słysząc jak rozdeptuje coś butem i wtedy się upewniła, że pozbył się potwora z jej włosów. - Może być i burza z piorunami, byleby tylko żadne paskudztwo już na mnie nie skoczyło- jej nie było do śmiechu i mówiła całkiem poważnie z tą burzą. Woda jej nie przeszkadzała, ale pająki już tak. Widok martwego jednego z nich ją tak uspokoił, że pomału jej serce zaczynało znowu bić, gdy właśnie nieznajomy jej zadał pytanie. - Chyba tak…. O ile to był jedyny pająk i nic już po mnie nie łazi- i mówiąc to zdała sobie sprawę z najgorszego. Momentalnie zakryła twarz dłońmi i znowu ją sparaliżowało. - O boziu, błagam powiedz, że to był jedyny i jestem czysta- bo co jeżeli gdzieś z tyłu jeszcze jakiś chodzi?! Może pająki się poruszają parami!

Dallas Jensen
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jensen nie wierzył w zbiegi okoliczności. Pomimo swojej wariackiej natury, przez którą potrafił randomowo wyjść w środku nocy do centrum miasta i zatrzymać się w salonie tatuażu, żeby zrobić sobie kolejną dziarkę. Albo tego jednego razu, kiedy szedł nocą ulicą i zauważył bielutką kotkę skuloną w kartonie, którą bez większego zastanowienia postanowił przygarnąć i nazwać Shiroi. Albo tych wszystkich momentów, kiedy potrafił rzucić wszystko dla swoich kumpli i dosłownie skończyć na drugim końcu świata, bo któryś z nich wpakował się w tarapaty. No ale nieważne. Poza tymi drobnymi, absolutnie nieprzewidywalnymi wyjątkami, naprawdę nie wierzył w zbiegi okoliczności. Zazwyczaj potrafił wszystko przewidzieć. Mniej więcej. Na swój własny, chaotyczny sposób. Umiał wyczuć, kiedy impreza zaraz wymknie się spod kontroli, kiedy trener miał ochotę urwać mu łeb, kiedy kumpel kłamał, że ''wszystko jest okej'', chociaż ewidentnie nie było. Miał instynkt... To coś, co pozwalało mu przetrwać na lodzie i poza nim. Jednak tego za cholerę nie miał w swojej wizji. Nie przewidywał, że będzie leciał niczym pieprzony Superman na ratunek pięknej niewieście, która została zaatakowana przez złego potworka. I to nie żadnego nachlanego creep’a, tylko pająka. No ale co miał zrobić? Nie był kimś, kto się wycofywał. Lubił adrenalinę. Kochał ją. Na lodzie było tak samo. Nie było czasu na rozkminianie, czy wyglądało się przy tym głupio. A teraz jego celem było uratowanie blondynki przed pająkiem. Brzmiało żałośnie? Może. Ale w jego obronie... ona naprawdę krzyczała tak, jakby walczyła w tamtej chwili o swoje życie.

Po części próbował tłumić w sobie wybuch śmiechu, a z drugiej strony… tak po prawdzie, był trochę przerażony. Miał nadzieję, że uda mu się zrzucić z niej tego cholernego ośmionoga jak najszybciej, no bo co, jeśli jacyś fani zobaczą go w alejce z cholera wie jak bardzo niższą… uroczą blondynką, która woła o pomoc, krzyczy, żeby ten potwór ją zostawił, a on w tym samym momencie trzyma ją za ramię i drugą rękę wysuwa ku jej lśniącym, złotawym włosom? No zaraz ktoś zadzwoni po gliny i będzie musiał się tłumaczyć. Gwiazda Maple Leafs, Dallas ''Jenny'' Jensen, zatrzymany pod zarzutem ataku na młodą kobietę.

Fuck me.

To by go zrujnowało. Więc szybko wyrzucił tę myśl na tył głowy, zrzucił pająka i zdeptał go mocno, upewniając się, że aby na pewno już nie powstanie, tylko pozostanie na jego podeszwie. - Już dobrze - parsknął śmiechem, spoglądając na nią, po czym odsunął się, żeby zachować bezpieczną przestrzeń i żeby przypadkiem nie pomyślała sobie, że przy okazji, nie daj Boże, próbował ją obmacać. Słysząc jej odpowiedź, podrapał się z tyłu głowy i zaśmiał cicho. - Na szczęście to już ci nie będzie groziło. - Po chwili nachylił się do niej, przymrużając oczy, i przesunął wzrokiem po jej uroczej twarzyczce oraz ciele. Niby pod pretekstem sprawdzania, czy aby na pewno nic już po niej nie chodziło, ale z drugiej strony… było na co popatrzeć. Jednak kiedy jego myśli zaczęły podążać w zdecydowanie innym kierunku, ocknął się szybko i spojrzał w jej tęczówki. - Już jesteś bezpieczna - uśmiechnął się i wyprostował. - Czysta niczym łza.
Chwilę później poczuł coś mokrego skapującego mu na czoło. - Ha! A nie mówiłem? - zerknął w górę. Błękitne niebo zmieniło się w szarość, a deszcz zaczął kapać coraz mocniej,- Słuchaj, chciałem coś wrzucić na ruszt po treningu. Może chcesz do mnie dołączyć? - spojrzał na nią i zrobił kilka kroków w kierunku wyjścia z alejki. - Mój treat… za to, że wiesz, prawie tutaj zeszłaś na zawał. - Dodał to niby nonszalancko, jakby wcale mu nie zależało, a jednak w jego głosie czaił się cień nadziei, że jednak się zgodzi. Nie miał szczęścia do kobiet. Nie spotykał ich w innych miejscach niż aplikacje randkowe, kluby albo mecze, więc poznanie kogoś nowego w zupełnie innych warunkach wydawało mu się czymś ekscytującym. Pewnego rodzaju rozrywką.

rapunzel
25 y/o
LOVE IS IN THE AIR
160 cm
Spec. marketingu/PR | Wolontariuszka Northland Power | Sistering
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko ma swój cel, a efekt motyla potrafi być czasami naprawdę imponujący, jeżeli człowiek spróbuje się zagłębić w źródło danego wydarzenia. Cora dawniej w swoim życiu wszystko przyjmowała takim jakim jest, mając raczej mniejsze zmartwienia, aniżeli większe. To nie było tak, że niczego jej nie brakowało. Pieniędzy i zabawek? Tego miała pod dostatkiem. Uwagi rodziców? Umiejętności skupienia się na jednej rzeczy? Szczerych i wiernych przyjaciół wokół? Prawdziwej miłości? Tych aspektów przyjęłaby znacznie więcej aniżeli los jej zesłał. Starała się jednak podchodzić pozytywnie do życia i nie narzekać, bo może i chodziła z głową w chmurach, ale nie była na tyle odklejona od rzeczywistości, by nie wiedzieć, że inni mieli znacznie gorzej. Wiedziała, że startuje z uprzywilejowanej pozycji, więc starała się ją wykorzystać chociażby pracując w schronisku dla kobiet czy wspomagając finansowo różne instytucje.
Teraz jednak tej pozytywności jej brakowało. Nie widziała też wyższego celu, dlaczego w jej życiu dzieją się takie dramaty. Przynajmniej jeszcze tego nie dostrzegała. Weszła w tryb przetrwania próbując jakoś przeżyć, a może wystarczyło się rozejrzeć? Spojrzeć głębiej? Dostrzec, że wszystko ma swój sens, a sytuacje, które nas spotykają i ludzie, którzy trafiają na naszą drogę, mają nas czegoś nauczyć - miłości, cierpliwości, wyrozumiałości, otwartości, poszanowania własnej wartości… Nawet jeśli czasami jest to opatrzone łzami. Może nawet taki Daniel miał potrząsnąć Corą, aby w końcu przestała się dać wykorzystywać mężczyznom? Może nadejdzie kiedyś taki dzień, kiedy to wszystko do niej dotrze.
Na razie jednak blondynka toczyła walkę na śmierć i życie z pająkiem i to w jakimś zaułku w obcej dzielnicy. Gdyby jeszcze do tego doszedł napad przez jakiegoś wielkiego, wydziaranego gościa, to już w ogóle można by uznać, że pech się jej przyczepił na stałe. Wtedy też nagłówki w mediach mogłyby brzmieć jeszcze ciekawiej.

Cora MarshallNazwisko Nieznane napadnięta przez gwiazdę Maple Leafs, Dallas „Jenny” Jensen


Albo tak

Dallas „Jenny” Jensen, gwiazda Maple Leafs, zaatakował byłą dziedziczkę fortuny fotowoltaicznej rodziny Marshall


Ale na całe szczęście Cora uznała, że jednak mężczyzna przybył, żeby pozbyć się potwora z jej głowy , a nie żeby sam nim zostać. Przynajmniej na razie! W tym momencie był jej jedyną deską ratunku w tej nierównej walce i musiała wykorzystać szansę zrzuconą przez los. - Najpierw sprawdź, proszę- pisnęła stojąc z zakrytą twarzą, jakby z obawy na zobaczenie na jego twarzy przerażenie na widok kolejnego pająka na jej ciele. Mógł więc sobie ją pooglądać i ocenić do woli, chociaż teraz Cora nie gustowała już w ciuchach podkreślających sylwetkę. Starała się zakrywać jak najwięcej po całej sytuacji z Danielem. Słysząc jednak, że jest wszystko w porządku, zabrała swoje dłonie i zerknęła już spokojniej na swojego wybawcę. Cały na czarno i do tego wydzierany nie wyglądał ani trochę jakby miał być jej Aniołem Stróżem albo Księciem na białym koniu, ale przecież blondynka nigdy nie oceniała ludzi po wyglądzie. Lubiła tatuaże, były ekspresyjne na swój niepowtarzalny, permanentny sposób, a do tego jego oczy były… Ciepłe. Czy oczy nie były zwierciadłem duszy? Głos również był kojący. Głos, który zapewniał ją, że jej nic nie zrobi, a jedynie , albo aż , jej pomoże. Głos, który obiecywał, że jest czysta jak łza. Blondynka teraz stała przed nim szybko kalkulując swój kolejny ruch. To już było do niej niepodobne, bo dotychczas najpierw działała, a potem myślała, ale w przypadku stanięcia twarzą w twarz z obcym mężczyzną? Za dużo złych wspomnień, które odbiły na niej już swoje piętno, dlatego analizowała czy zaufać swojemu przeczuciu i kontynuować rozmowę czy może jednak na wszelki wypadek zacząć teraz uciekać?
- Dzięki- rzuciła pod nosem patrząc na niego spod byka zanim podjęła decyzję. Najwyraźniej usta i nogi, które wciąż były niczym przytwierdzone do podłoża, zdecydowały za nią. A deszcz, który właśnie zaczął na nich padać… wywołał na jej twarzy lekki uśmiech. Skubany miał rację!
- Widziałeś tego bydlaka?- spytała wskazując palcem na czarną plamę przy jego bucie, żeby było wiadomo o którym bydlaku mówi ( :lol: ) - Nic dziwnego , że miażdżąc go wywołałeś deszcz. To był istny potwór. Nie zdziwię się jak doczekamy się grzmotów i piorunów- i jakby oboje właśnie wykrakali , w tym momencie grzmotnęło, a niebo przeciął piorun, co zdecydowanie przyspieszyło podjęcie decyzji przez Core. W końcu będą w miejscu publicznym, nic złego nie może się przecież stać, prawda? W dodatku… w dodatku zabił pająka! Był dzisiaj jej bohaterem. - W sumie niech będzie. Faktycznie należą Ci się małe podziękowania…- przyznała mu, bo tak właśnie zrozumiała jego propozycję. Błędnie czy nie? Zobaczymy. Ruszyła więc w jego kierunku, a kiedy się zrównali, to wtedy zdała sobie sprawę jak bardzo był wysoki. On był bydlakiem, nie pająk. Oby tylko te oczy nie potrafiły kłamać i nie był jakimś seryjnym mordercą. Jeżeli okazałby się nim, to instynkt Cory byłby kompletnie do kitu. Póki co jednak trochę bezczelnie obrzuciła go spojrzeniem od stóp do głów. - Ale stawiam tylko jeden posiłek. Jak będziesz wciąż głodny, to sam płacisz za kolejne dania. Ojciec mi już zatkał kurek z pieniędzmi- rzuciła prosto z mostu, bo przecież pracowała, więc miała też swoje pieniądze, aby móc postawić obiad drugiej osobie i to w ramach podziękowania za uratowanie życia. Jednak każdy grosz się teraz liczył, bo jednak była fatalna z matmy i bała się, że odetną jej prąd już po pierwszym miesiącu.
Kiedy zajęli stolik w środku, od razu zajrzała do karty i zmarszczyła nos zdając sobie sprawę z jednej, ważnej kwestii. - Dobra, nie będę dusigroszem i deser też możesz wybrać. Przecież nie można obojętnie obok churros- to byłby istny grzech! Mówiąc to zerknęła na niego przelotem z niepewnym uśmiechem na twarzy, jakby wstydziła się okazywać mu jakiekolwiek zainteresowanie jego osobą. Nawet jeśli wszystko przemawiało na jego korzyść - wygląd fizyczny i zachowanie. Był przystojny z ciepłym spojrzeniem w oczach i z kompleksem superbohatera, a jednak Cora się nieco … wstydziła w jego towarzystwie. A nawet nie wiedziała, że to gwiazda sportu!


bydlak
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ta drobniutka blondynka, która jeszcze pięć minut temu prawie wypowiedziała wojnę całemu gatunkowi pajęczaków… teraz z pełną powagą negocjowała z nim budżet na obiad i deser? Woahhhh. To było coś, czego Dallas zdecydowanie nie miał wpisanego w swój grafik na dzisiejszy dzień. To było coś nowego. I, cholera jasna.. było całkiem urocze. - Ajjjjajjj… stop. - Uniósł dłoń ku górze, imitując sędziego podczas meczu. - Wstrzymujemy grę. Cofamy akcję. Robimy replay, bo chyba coś źle usłyszałem… albo mi się wydaje - zaśmiał się, idąc obok niej. Przesunął wzrokiem po jej twarzy... szybko... Tylko na sekundę. No dobra, moooooże dwie. Miała ten rodzaj urody, który nie krzyczał- patrz na mnie, tylko raczej wchodził człowiekowi wprost do klatki piersiowej. Po cichutku, bez pytania i bez pozwolenia. Jasne włosy lekko potargane po całej tej wojnie z pająkiem, niepewny uśmiech, spojrzenie, które zabierało go na jakieś wakacje, na które tak bardzo czekał, ale na które nigdy nie miał czasu się wybrać. Dallas znał takie spojrzenia. Nie z randek. Nie z klubów. Nie od tych wszystkich dziewczyn, które wiedziały dokładnie, kim był, zanim zdążył powiedzieć swoje imię. Znał je od ludzi, którzy już raz dostali od życia w twarz i teraz nie byli pewni, czy kolejna wyciągnięta dłoń faktycznie miała pomóc, czy tylko przywalić w drugi policzek... zostawiając te nieprzyjemne piekące uczucie. Coś nieprzyjemnego ścisnęło go pod żebrami, kiedy zajęli miejsca i chwycił menu, - Nie ma takiej opcji, że płacisz. - Pokręcił głową, zanim dodał, - Absolutnie żadnej. To ja zaprosiłem ciebie, więc ja płacę. Tak działa cywilizowane społeczeństwo, księżniczko, so please, don't try me. - Zerknął na nią znad menu i uśmiechnął się bezczelnie.- Poza tym dzięki temu potworowi miałem okazję cię poznać… a na to akurat nie mogę narzekać. - Zawiesił głos i zerknął w stronę okna, za którym deszcz zaczynał coraz mocniej uderzać o szybę. Przesunął palcem po karcie, ale prawda była taka, że wcale jej nie czytał. Przynajmniej nie od razu. Jego uwaga co chwilę uciekała w jej stronę.

Była ładna.

Nie, to było za proste. Ładne były te wszystkie idealnie wystylizowane influencerki, które pojawiały się na afterach po meczach i mówiły mu, że ''nie oglądają hokeja, ale dla niego mogłyby zacząć'', po czym pytały, czy może oznaczyć je na Insta. Ona była… No właśnie. Jeszcze nawet nie wiedział, jak miała na imię, ale pasowałoby do niej coś rodem z bajki Disneya. Fuck. Serio, Jensen? To co chwilę później zrodziło się jego głowie... well... no właśnie. Jednak nie byłby sobą, gdyby w jego głowie nie pojawił się jakiś kompletnie porypany pomysł. Dlatego odblokował telefon i zerknął w kalendarz. Miał tydzień wolnego do następnego meczu. Treningi na siłowni mógł robić właściwie skądkolwiek. No więc… - Dobra, deser też biorę na siebie. - Stuknął palcem w kartę, po czym uniósł wzrok na blondynkę. - Ale taki, który zjesz tylko na Hawajach. - Spojrzał na nią z rozbawieniem, po czym odłożył menu na bok. - A tak poza tym… - uśmiechnął się szeroko, zanim dodał, - Dallas jestem... I mówię serio. - Oparł łokcie na stole i nachylił się odrobinę do przodu, ale nie za bardzo. Nie na tyle, żeby ją osaczyć. Dziwne, że w ogóle o tym myślał. Zwykle po prostu wchodził w przestrzeń innych ludzi, nie przejmując się co ktoś inny pomyśli... - Chcesz wyjechać ze mną na miniwakacje? - zapytał, unosząc brew. - Oczywiście mój treat. - Podrapał się po głowie, a chwilę później wybuchnął śmiechem, bo nawet on sam nie wiedział, co właśnie odpierdalał. Nie wiedział, o co mu chodziło. Nie wiedział, dlaczego w ogóle to zaproponował. Wiedział tylko jedno. Miał przed sobą kobietę wyjętą dosłownie z bajki i musiał zrobić wszystko, żeby zatrzymać ją przy sobie trochę dłużej. Nawet jeżeli oznaczało to totalne ośmieszenie się przy pierwszym wspólnym posiłku... po tym jak odegrał suberbohatera od siedmiu boleści.

księżniczka ⋆
25 y/o
LOVE IS IN THE AIR
160 cm
Spec. marketingu/PR | Wolontariuszka Northland Power | Sistering
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zmarszczyła nieco brwi słuchając go w drodze do knajpy, bo nie rozumiała tej całej metafory i odniesień do meczu. Posłała mu szybkie, lecz nieufne spojrzenie, bo może był jakimś szaleńcem? Skoro mówił od rzeczy, to całkiem możliwe. Może coś wziął? Cora była ostatnią osobą, która patrzyła na ludzi stereotypowo, więc jego wytatuowane ciało nie potwierdzało od razu tej teorii, ale jego słowa już mogły. Przemilczała to jednak uznając, że poczeka jak się rozwinie akcja. W końcu wzbudzał w niej coś … nowego. Nie potrafiła jeszcze nazwać dokładnie to uczucie, ale nie wzbudzał w niej większego niepokoju. Było w nim coś ciepłego - to coś biło z jego oczu i melodyjnego głosu. I uśmiechu, który rozświetlał całą twarz. Czy ona właśnie rozmyślała o jego uśmiechu, kiedy on mówił o tym, że to on ją właśnie zaprosił na jedzenie? Jej lekko zaróżowione policzki zrobiły się momentalnie jeszcze bardziej uwydatnione, kiedy zdała sobie sprawę jak to może wyglądać. Aż pokręciła szybko głową. - O nie, jeśli za mnie zapłacisz, to będzie to randka, a ja na randki nie chodzę- szybko zaprotestowała. - Albo ja płacę za nas oboje albo każdy za siebie. To jedyne opcje jakie masz do wyboru- powiedziała to stanowczym, acz łagodnym głosem. Pewnie dawniej nie miałaby problemu z randką z nieznajomym, ale teraz mężczyźni doprowadzali ją do łez i traum, więc wolała się trzymać od nieznajomych na bezpieczną odległość.
Zatopiła wzrok w menu licząc na to, że to nie będzie takie trudne. Oddziela ich stolik, zjedzą, pożegnają się i ich drogie się rozejdą. Ale wtedy powiedział coś , co ją rozczuliło, a raczej sposób w jaki to powiedział. Spoglądając na nią znad karty i wodząc wzrokiem między szybą, a nią, jakby był nieco zawstydzony swoimi słowami. To wywołało w niej delikatny uśmiech na twarzy. Był w tym wszystkim taki uroczy, że przyglądała się mu teraz uważnie jakby poszukiwała wszelkich znaków co jest z nim nie tak albo znaków potwierdzających, dlaczego wywołuje w niej takie wrażenia. Był ogromny, a jego prawie całe ciało było pokryte tatuażami, a ona pierwsze co o nim myślała, to to że jest tak uroczy, że mogłaby sobie wyobrazić jak się w niego wtula. - Ale to on rozpętał burzę- a kto lubi deszcz?! - Chociaż to podobno ja, bo kazałam go zabić- uśmiechnęła się zadziornie nie spuszczając z niego wzroku. Przez ten ułamek chwili przedzierała się w tym spojrzeniu ta szalona Cora, która nie bała się krzyczeć, sięgać po marzenia i podejmować wyzwania. Tęskniła za tą wersją, która nie bała się żyć. Tak jak teraz, gdy przez krótką chwilę się czuła jakby dawała mu wyzwanie w formie zagadki, czy może specjalnie nie wywołała deszczu, aby mogli tutaj zostać na chwilę?
Lecz wraz z jego kolejnymi słowami, ta zadziorność znowu z niej ulatywała. Uciekała znacznie szybciej, niż się pojawiła. - Cora…- rzuciła w środku jego wypowiedzi, nie będąc pewna czy w ogóle ją słyszy. - Słucham??- sama nie była pewna czy go dobrze słyszy, więc nawet instynktownie zbliżyła się w jego kierunku kładąc dłonie na stoliku, lecz po trzech sekundach jego słowa do niej dotarły, a do rozumu dotarło jak blisko się go znajdowała. W ułamku sekundy zabrała dłonie cofając się na krześle od niego. Jej twarz momentalnie pobladła i wyrażała szok wymieszany z przerażeniem oraz złością. - Chyba ochujałeś jeśli sądzisz, że pojadę z Tobą na jakiekolwiek wakacje- powiedziała to zadziwiająco spokojnym głosem, ale zaraz pokręciła głową. To było bardziej dla samej siebie, aniżeli dla niego. - To jest istne szaleństwo. Za kogo mnie masz?? Nie znam Cię, ani Ty mnie. Nigdzie z Tobą nie lecę- jednak dalej kręciła głową przekonując wciąż siebie i jego. Gdyby wpadła na niego dwa miesiące temu i wywołałby w niej to samo, co piętnaście minut temu, to podjęłaby to ryzyko i wyleciała z nim na wakacje. Z nim czy bez niego, pewnie bawiłaby się świetnie. Ale teraz? Nie wyobrażała sobie nawet zostania z nim sam na sam w jakimś zamkniętym pomieszczeniu, a co dopiero wspólne wakacje. Nie była na to gotowa. Może nigdy już nie będzie. Teraz nagle Dallas nie był uroczy, a był szalony. Czy właśnie popełniała największy błąd życia nie zgadzając się na jego propozycję? Możliwe, ale wiedziała jedno - takie szaleństwa nie były dla niej. Nawet jeśli mężczyzna siedzący przed nią był cholernie przystojny. Nawet jeśli jego spojrzenie i głos były niczym latarnia na wzburzonym morzu, wskazując jej kierunek bezpiecznej przystani. Gdzieś podskórnie chciała się zgodzić, ale nie mogła. Nie teraz i może już nigdy nie.
Wewnętrzna siła kazała jej się zgodzić. Kazała zostać przy tym stoliku. Jego entuzjazm i te iskierki bijące z oczu trafiały w nią rozgrzewając ją od środka. Był taki szalony w tej swojej propozycji, że to mogło być uznane za kolejny uroczy aspekt, ale to było dla niej zdecydowanie za duże szaleństwo. Czuła jak ponownie traci grunt pod nogami. Unikała facetów jak ognia w ostatnim czasie i wszystko było w porządku. Teraz wystarczyła chwila z nieznajomym, a już miała zaserwowany rollercoaster emocjonalny. - Dobra, ten obiad to był zły pomysł. Dzięki za uratowanie życia i sorry za deszcz, ale muszę już lecieć - chwyciła nerkę przewieszoną przez krzesło i odsunęła krzesło wstając od stolika oraz ruszając szybkim tempem do wyjścia wprost w deszcz. Czemu ona miała takiego pecha i trafiała na samych szaleńców?! Jej życie było szalone i może spacer w deszczu otrzeźwi nieco jej umysł.


kotek 🥰
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W jego dzienniczku uczynnego obywatela nigdy nie widniało coś takiego jak przysługa za przysługę albo przekonanie, że ktoś musi odpłacić ci się czymś tylko dlatego, że właśnie zrobiłeś dla niego coś dobrego. O nie. To nie było w jego stylu. W żadnym wypadku. Jeżeli miał ochotę zrobić coś miłego dla drugiej osoby, to robił to, bo po prostu miał na to ochotę. No i miał pieniądze, więc… nie było mu ich szkoda? Nie każda osoba mogła się pochwalić tym, że zarabia na graniu w coś, co było jej pasją od dzieciaka. Sam fakt, że podchodził do tego właśnie z tej perspektywy, pomagał mu traktować tego rodzaju czyny jako coś zupełnie normalnego, niemal codziennego. Więc gdy usłyszał Roszpunkę dosłownie odmawiającą przyjęcia gestu, który jemu wydawał się niewinną propozycją lunchu, a nie randki… hm. Oniemiał troszkę, a potem po prostu się roześmiał. - Wybacz moją arogancję i bezpośredniość… ale czy może ktoś kiedyś ci powiedział, że istnieje coś takiego jak niezobowiązujący lunch? - uniósł brew, wpatrując się w nią, po czym spuścił wzrok na menu. Odchrząknął, zanim dodał, - Słuchaj, umówmy się tak… każdy zamawia to, na co ma ochotę. Picie, jedzenie, whatever. Nie będziemy się dzielić naszymi porcjami, nie damy sobie nawzajem spróbować napoju… no bo wtedy byłaby to randka, no nie? - podrapał się z tyłu głowy, odchylając się delikatnie na krześle, po czym znów dodał, - A tak to będzie po prostu obiad dwóch osób, które doprowadziły to i tak już ponure miasto do łez, bo zabiły jego zacnego lokatora.- Zaśmiał się cicho, starając się jakoś uspokoić kobietę. Nie chciał, żeby pomyślała, że zmusza ją do randkowania z nim. Chociaż, hey, była ładna, miał oczy i fakt, gdyby już mógł przejść do rzeczy i nazwać to spotkanie nie obiadem, lunchem, czymkolwiek, a randką, pewnie pomogłoby mu to w zdobyciu jej numeru. Albo czegokolwiek. Ale to nie miało Jensenowi przeszkodzić. Wiedział, jak respektować cudze zasady i granice. Mógł się o nią trochę postarać. Oczywiście na tyle, na ile chciała. O ile w ogóle chciała. Nawet nie wiedział, czy miała chłopaka, więc na dobrą sprawę szedł teraz kompletnie na ślepo.

Wszystko, co mówił, mówił szczerze. Nie miał żadnego skryptu wypisanego gdzieś za nią, może dlatego czasami rzucał coś, co mogło wydawać się jej… nawet trochę podobać? - Ciii, jesteśmy oboje współwinni. Jak przyjadą po nas gliny, to nie martw się, we’re gonna go out just like Bonnie and Clyde - zaśmiał się, a po chwili po prostu przejechał wzrokiem po jej ładnej buzi. Po tych charakterystycznych rysach twarzy, po oczach, które tliły się niesamowitym odcieniem niebieskości. Nie był pewien, czy to kwestia światła w tym pomieszczeniu, czy na zewnątrz wyglądały zupełnie tak samo. Chciał się przekonać. Chciał wiedzieć, jak wyglądają w innych momentach. W innym świetle. W innych emocjach. No po prostu odjęło mu mowę po tym, jak zaproponował jej te cholerne mini wakacje. Dziewczynie, którą znał zaledwie pięć minut. Brawo, geniuszu Jensen, to na pewno skończy się świetnie. A mimo to czekał na jej reakcję tak, jakby naprawdę był podekscytowany nadzieją, że magicznie się zgodzi. W końcu zazwyczaj dostawał to, czego chciał, prawda?

No więc news-fucking-flash, Jensen.

Nie wszystko jest takie, jak chcesz, a życie to nie jest pierdolony koncert życzeń.

Dobra, jednak nie. Jednak wydawało mu się, że usłyszał jej imię, a po chwili pytanie. Shit. Shitshitshitshiiiiit. Pomyślał przerażony i spiął się w miejscu. - Czekaj… nnnieee - nie zdążył nawet dopowiedzieć, o co mu tak naprawdę chodziło. Cholera. No spierdolił sprawę. - Idiota - mruknął do siebie, widząc, jak zaczęła iść w kierunku wyjścia z cholernie dużą prędkością. Rzucił menu na stolik, wstał, zgarnął torbę treningową, przewiesił ją przez ramię i wybiegł za nią. Deszcz zderzył się z jego ciałem momentalnie. Rozejrzał się gwałtownie i po chwili zauważył blondwłosą sylwetkę, za którą od razu pobiegł. W przeciągu kilkunastu sekund był już przed nią. - Cora, daj mi minutę - wyrzucił z siebie, podnosząc swoją torbę treningową i trzymając ją nad jej głową, żeby deszcz nie kapał na nią, kiedy do niej mówił. Delikatnie zbliżył się do niej i spojrzał na nią z góry. - Słuchaj… jestem tylko egoistycznym hokeistą, który ma za dużo pieniędzy i nie wie, co z nimi robić - uśmiechnął się pod nosem. - I zanim zapytasz albo coś dorzucisz, już współpracuję z prawie wszystkimi fundacjami charytatywnymi w Kanadzie, które według mnie faktycznie coś wnoszą do społeczeństwa - spojrzał na nią uważniej. - Po prostu wydawało mi się, że potrzebowałaś przerwy. Nie wiem… odcięcia się od tego wszystkiego. I ja chyba też. - Przełknął ślinę. - Stąd te Hawaje. Nie chcę cię porwać ani nic z tych rzeczy - uśmiechnął się nieśmiało. - Chciałem tylko lepiej cię poznać, ale może trochę wypadłem z wprawy w te rzeczy.- Odsunął się od niej delikatnie i dorzucił już ciszej, - Ale okej. Już nauczyłem się, że to była zła decyzja - westchnął. - Mogę chociaż zamówić ci taksówkę? Nie chcę, żebyś się rozchorowała. - Spojrzał na nią niemal błagalnie. Chciał chociaż na koniec zrobić coś dobrego. Żeby no… to wszystko jakoś się wyrównało. Zrobił coś dobrego, potem coś złego, więc dla zasady wypadałoby zrobić jeszcze coś, co wyjdzie na plus, no nie?

roszpunka ⋆
25 y/o
LOVE IS IN THE AIR
160 cm
Spec. marketingu/PR | Wolontariuszka Northland Power | Sistering
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy może ktoś kiedyś ci powiedział, że istnieje coś takiego jak niezobowiązujący lunch?


Siedziała nieco oniemiała tym pytaniem, które było tak trafne, że pozostała jego wypowiedź docierała do niej jak z oddali. Co się z nią stało, że zwykły wspólnie zjedzony posiłek, za który zapłaci druga strona, musi traktować jako randkę? A raczej jako coś za co powinna się zreflektować. Miała wrażenie, że dawniej się nad tym w ogóle nie zastanawiała, ale może po prostu z czasem przyjęła coś za normę? Cora zawsze żyła beztrosko z głową w chmurach, nie myśląc zbytnio o konsekwencjach. Żyła chwilą i to było piękne. Przynajmniej takie wydawało się wtedy. Teraz kiedy zapadała w zadumę nad swoim życiem oraz dawnymi latami, momentami widziała je jako pełne wykorzystywania jej przez innych oraz braku poszanowania jej osoby. Czy faktycznie tak było? Czy po prostu ostatnie wydarzenia zniekształcały wspomnienia tworząc jeszcze większy mętlik w jej blond głowie?
Siedząc naprzeciwko nieznajomego, z każdą kolejną upływającą chwilą czuła się coraz bardziej jakby zatapiała się w ten dawny czas - pełen kolorów, spontaniczności i żartów. Kochała poznawać nowych ludzi i była otwarta na wszelkie nowe znajomości. Każdego na dzień dobry obdarzała pełnym zaufaniem jakby nie wierzyła w zło i kłamstwa. Uroczo naiwna. Śmiejąca się całym ciałem. Tryskająca energią, którą pragnęła się dzielić z innymi. Szalenie odważna. Teraz unikała obcych, a jedynie nieliczni potrafili sprawić, że była odprężona. Natomiast ten wytatuowany mężczyzna, którego znała raptem pięć minut potrafił już wywołać uśmiech na jej twarzy, chociaż nawet jeszcze nie znała jego imienia.- Prawdziwi partners in crime?-rzuciła z lekkim uśmiechem aż jej oczy delikatnie zabłyszczały. To była raptem drobna iskierka, ale dająca mnóstwo nadziei.- Pytanie czy masz auto w pobliżu, którym możemy uciekać czy będziemy musieli się do jakiegoś włamać? Patrząc na to jak bardzo mam krótkie nogi, to biegnąc na pewno, by mnie dorwali. Ty swoim wzrostem masz przewagę - zażartowała niepewnie z uśmiechem, który próbowała skryć za menu, które podniosła wyżej, jakby nagle jakaś pozycja ją niesamowicie zainteresowała. Jednak tak naprawdę, po prostu się trochę zawstydziła tym, że nagle się poczuła bardziej rozluźniona w jego towarzystwie. Jakby jej to nie wypadało.
Na murze, który wybudowała wokół własnej osoby, właśnie powstał drobny ślad po uderzeniu, który mógł sprawić, że może ten mur pewnego razu, by runął. Lecz w tym momencie Dallas zaproponował jej coś, co w jej głowie włączyło głośny alarm każący jej uciekać jak najdalej. Zanim się zorientowała, już była na zewnątrz idąc szybkim krokiem w stronę metra, którym zaczęła ostatnio podróżować w celu zaoszczędzenia pieniędzy. Deszcz był paskudnie zimny i nieprzyjemny, więc chciała jak najszybciej znaleźć się z powrotem w domu, a najlepiej pod kocem na kanapie. Zrobiła jednak raptem parę kroków, gdy coś ciemnego zagrodziło jej drogę. Spojrzała w górę widząc ponownie Dallasa, co i tym razem wywołało w niej w pierwszym odruchu odskoczenie do tyłu. Instynkt samozachowawczy, gdy ktoś już raz Ci kiedyś zagrodził drogę swoim ciałem nie pozwalając wyjść z łazienki. Wzdrygnęła się na to wspomnienie, ale wtedy usłyszała głos Jensena i zawędrowała w jego ciemne, ciepłe oczy, które nagle wydawały jej się tak bardzo, acz boleśnie znajome. Nie czuła już kropli deszczu spadających jej na głowę i kątem oka dostrzegła torbę nad sobą. Nie przerywała mu. Nawet nie odrywała od niego spojrzenia.

Znam te oczy…
Tak kiedyś błyszczały i MOJE oczy…


Ta myśl uderzyła w nią niczym siarczysty policzek. Jego oczy pełne ciepła, nadziei i tego szaleństwa, którzy inni tylko mogą pozazdrościć. Boże, przecież kiedyś była taka sama! Dawniej sama zaproponowałaby mu lunch, aby poznać bliżej osobę, która uratowała ją przed najgroźniejszym potworem chodzącym po tej ziemi. Pewnie żartowałaby i flirtowała, bo miała oczy i tyle rozumu, by dostrzec przystojnego faceta, który na dodatek był prawdziwym dżentelmenem w każdym calu. A na propozycję wyjazdu na Hawaje spytałaby tylko, czy ruszają dzisiaj czy jutro. Dawna Cora żyła chwilą. Dawna Cora tańczyłaby teraz w deszczu i nie zastanawiała się czy facet jest niebezpieczny ani tym bardziej czy jest szalony, bo czy szaleństwo nie było piękne? Czy wierzenie w dobro ludzi było szalone? Chęć im pomocy? Przecież sama w każdym tygodniu wolną chwilę spędzała w Sisteringu, w którym nawet myła toalety, jeżeli była taka potrzeba. Dzieliła się z innymi wszystkim co miała, a teraz… Teraz była cieniem dawnej siebie. Nie była już tą Chmurką skaczącą po obłokach. Jednak dzisiaj nie stąpała nawet twardo po ziemi. Kroczyła gdzieś w podziemiach bojąc się wychylić głowę na wierzch, aby nie dostać kolejnego ciosu.
I nagle stał teraz przed nią mężczyzna, który z niesamowitym urokiem, ale i szczerością bijącą z jego oczu wyciągał do niej rękę, by wyciągnąć ją z tych podziemi. Czy był szalony? Zdecydowanie nie można było mu tego odmówić. Czy bała się tego szaleństwa? Tak, ale znacznie bardziej tęskniła za nim.- Dlaczego?- spytała, gdy skończył. - Dlaczego to robisz? Nie znasz mnie, nic o mnie nie wiesz. Dlaczego jesteś tak miły?- jej pytania aż ją zabolało. Co się z nią stało, że pytała ludzi, dlaczego byli mili? Jak dwóch mężczyzn mogło tak bardzo zniszczyć jej wizerunek pozostałych ludzi? Na jej twarzy był widoczny ten ból. Ból tego, że musiała zadać to pytanie jakby ktoś jej kazał, chociaż sama tego nie chciała. - Dlaczego uważasz, że potrzebuję…- ucięła na chwilę pocierając dłońmi ramiona i wbijając w niego jeszcze bardziej intensywnie spojrzenie, jakby to w jego oczach, a nie słowach szukała odpowiedzi.- Odciąć się?


kotek
27 y/o
For good luck!
188 cm
hokeista w Maple Leafs
Awatar użytkownika
and this line ties me to this place
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Naprawdę nie miał wobec niej złych zamiarów.
Chciał ją po prostu poznać. Zaprosić na nic niezobowiązujący lunch, pogadać, może sprawić, żeby choć odrobinę przestała patrzeć na niego, jakby zaraz miał wyskoczyć zza stołu z jakimś idiotycznym tekstem godnym szatni pełnej hokeistów. Przebywał zdecydowanie za dużo wokół kumpli z drużyny. Testosteron buzował, pot się lał, sprośne żarty latały w szatni na prawo i lewo, a on czasami no… zapominał, jak właściwie powinno się zwracać do kobiet. Starał się, naprawdę starał, żeby czuły się traktowane z należnym im szacunkiem, ale kiedy całe swoje dnie spędzało się z kolesiami na poziomie neandertalczyków, czasami człowiek mówił rzeczy, z których później nie był do końca dumny.

Chciał, żeby czuła się przy nim k o m f o r t o w o.
Żeby nie miała wrażenia, że musi mu się w jakikolwiek sposób odwdzięczać. Sam fakt, że po prostu tutaj była, wyglądając przy tym uroczo, aczkolwiek cholernie niepewnie, sprawiał, że na jego twarzy pojawiał się delikatny uśmiech. Taki, którego nawet nie próbował kontrolować. Czuł się dosłownie jak jakiś… cholera. Jakby nagle ktoś mu zabrał całą pewność siebie i kazał zachowywać się normalnie przy dziewczynie, która wcale nie powinna robić na nim aż takiego wrażenia. - Prawdziwi - uniósł brew, sięgając po szklankę wody, którą kelner przyniósł im dosłownie chwilę wcześniej. Upił łyk, po czym odstawił szklankę na blat. - Cholera, auta dzisiaj nie zabrałem, więc będziemy musieli uciec jakąś taksówką - zaśmiał się pod nosem. - W najgorszym wypadku będę musiał porwać cię w moich ramionach. - Uśmiechnął się, chociaż co to właściwie był za najgorszy wypadek? Jemu wydawało się to całkiem idealnym rozwiązaniem. Przez moment nawet zabłądził wzrokiem po jej posturze. Była tak cholernie drobniutka, że pewnie bez większego problemu mógłby ją podnieść i wynieść stąd - wydawało mu się, że ważyła mniej niż jego torba treningowa.

Jensen raczej nie należał do osób, które czegokolwiek się wstydziły.
Był b e z p o ś r e d n i. Czasami aż za bardzo. Zazwyczaj dostawał to, czego chciał, ale nie dlatego, że oczekiwał, że wystarczy pstryknąć palcami, a cały świat rzuci mu się do stóp. Nie. Był pracowity. Cholernie pracowity. Rodzice, pomimo bardzo wysokiego statusu nie tylko materialnego, ale i społecznego, uczyli jego i Paris, że nie mogą zachowywać się jak rozwydrzone dzieciaki. Że mają traktować każdy dolar, każdy cent, z szacunkiem. I od tamtego momentu właśnie tak robił. Zwłaszcza teraz, kiedy od kilku lat miał możliwość cieszenia się pieniędzmi zarobionymi już przez siebie, a nie czekami wypisywanymi przez rodziców.

Wydawało mu się, że świetnie bawiła się w jego towarzystwie.
Do momentu, gdy nie rzucił tego pierdolonego tekstu o wakacjach. Nie no, zapraszasz obcą kobietę do zupełnie innego kraju? Imbecyl. Musiał to jakoś naprawić. Nie mógł pozwolić, żeby pomyślała o nim jak o skończonym kretynie, który uważał, że ona rzuci mu się pod nogi i zacznie je całować. No bo wyszło to kompletnie bez sensu. Wybiegł za nią z restauracji, chwilę później torując jej drogę i zasłaniając jej śliczną buźkę przed kroplami deszczu, mając kompletnie gdzieś to, czy sam zaraz nie zmoknie. Postanowił, że wyrzuci z siebie wszystko. Nawet jeżeli ten potok słów również zrówna się z jakimś bagnem, wolnymi piaskami, które wciągną go do takiego stopnia, że już nie będzie potrafił wydostać się z własnej żałości. Wpatrywał się w jej jasne tęczówki, starając się wykryć, czy jednak powiedział wszystko to, co chciała usłyszeć. A raczej to, za co byłaby wdzięczna, że usłyszała. Wolał zawsze stawiać na szczerość, a to, co jej powiedział, było wzięte prosto z serca.

Uniósł brew, zbliżając się do niej, gdy zaczęła zadawać pytania, dlaczego w ogóle robił coś takiego. To było proste. Po prostu zauważył w niej coś tak cholernie niewytłumaczalnego, że nie potrafił przejść obok tego obojętnie. To nie był żaden cel charytatywny, a raczej ciekawość i chęć poznania kogoś nowego, nawet jeżeli zdarzyło się to w dość niekonwencjonalny sposób. - Dlaczego jestem taki miły? - uśmiechnął się pod nosem, gdy krople deszczu powoli spływały po ciemnych kosmykach jego włosów. - Może po prostu taki jestem? - Przesunął wzrokiem po jej twarzy. Może i nie był taki dla każdej nowo napotkanej osoby, ale starał się działać sercem, życzliwością i pomocą, bo uważał, że to, co człowiek daje od siebie, wraca do niego z podwójną siłą. - Po prostu to czuję… - nachylił się do niej nieco, żeby być jeszcze bliżej. - Czy jestem w błędzie i czujesz się zajebiście szczęśliwa… tu… gdzie jesteś? - Wyszeptał to tylko, po czym znowu się wyprostował, zmieniając kilkucentymetrową odległość między ich ustami w kilkanaście centymetrów bezpiecznej przestrzeni. Pytał szczerze. Był ciekawy, czy zdanie, które zdążył uformować sobie w głowie, było czymś więcej niż zwyczajnym przypuszczeniem. Może była szczęśliwa. Może miała kogoś, a on właśnie przekroczył granicę jej prywatności. Nie raz, a drugi. Może próbował stworzyć w swojej głowie scenariusz, który tak naprawdę nigdy nie miał prawa bytu.

roszpunka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Playa Cabana”