-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Ostrożnie zaczęła opuszczać się na rękach, ale to nie dlatego, że mu nie ufała i nie wierzyła, że złapie ją zgodnie z obietnicą. Raczej miała wątpliwości czy jak nie zrobi tego jakoś zbyt zamaszyście to czy czasem nie zahaczy torebką o jakiś wystający element i się dosłownie nie powiesi. A chyba tego rodzaju rozrywki nie były im do niczego potrzebne, nie w dniu, kiedy mieli świętować, cieszyć się wolnością, a przede wszystkim – swoim towarzystwem.
Kiedy znalazła się już w ramionach chłopaka, wtuliła się w niego mocno, delektując się bijącym od niego ciepłem.
– Trochę wietrznie. I niewygodnie. Te metalowe pręty wbijały mi się w tyłek i trochę boli. Chcesz pomasować? – zapytała z zadziornym uśmieszkiem, poruszając przy tym prawą brwią. Ale kiedy ją mocniej do siebie przyciągnął i zainicjował pocałunek, czuła jak kolana jej miękną. Od razu oddała pieszczotę, odpowiadając słodkim jękiem, które zostało stłumione przez jego usta. Gdyby teraz pojawił się ktoś z ich szkoły i rzucił, aby znaleźli sobie jakieś ustronne miejsce, nie miałaby nic przeciwko. Chociaż w sumie… czy nieczynne wesołe miasteczko nie było właśnie takim ustronnym miejscem?
Kiedy po dłuższym czasie się od siebie oderwali, mógł zobaczyć jak jej oczy błyszczały, buzia ozdobiła się delikatnym rumieńcem, a rozchylone wargi – jakby czekały z utęsknieniem na ciąg dalszy – napuchły od tej intensywnej pieszczoty. I choć twarz zdobił promienny uśmiech, tak znikł on, gdy tylko Dante wypomniał jej słowa z tych dawnych czasów, gdy jeszcze siedziała sobie niewygodnie na płocie. Czy zamierzała ukrócić temat? Nie. Czy jej mózg właśnie pracował na najwyższych obrotach, aby wymyśleć jakąś ripostę? Jak najbardziej.
– No wiesz… skoro nie doszacowałam wysokość płotu to istnieje spora szansa, że rozmiar czegoś innego mogłam przeszacować, nie uważasz? Najwyraźniej nie jestem taka dobra z matmy jakbym chciała. Chyba trzeba mi anulować ten dyplom z wyróżnieniem. – Zatrzepotała rzęsami, starając się grać jak największe niewiniątko. Oczywiście, że się z nim droczyła. W końcu do tej pory nie zdarzyło jej się narzekać na jakiekolwiek rozmiary w anatomii Dantego. Nawet jeśli nie miała żadnego porównania, bo był jej pierwszym i jedynym partnerem to za każdym razem była w pełni usatysfakcjonowana.
Parsknęła cicho pod nosem, wyraźnie zadowolona z własnej odpowiedzi. Przez chwilę jeszcze utrzymywała tę niewinną minę, ale zdradzały ją te brązowe, sarnie oczy — roziskrzone, pełne zaczepnego ciepła i tej figlarności, którą pokazywała wyłącznie jemu. Tylko przy nim potrafiła być aż tak swobodna. Nie musiała pilnować każdego słowa, gestu, nie musiała udawać tej grzecznej i poukładanej Elsy z idealnie prowadzonym zeszytem.
– Ale spokojnie… gdyby było źle to bym nie wracała po więcej, hm? – Przejechała nosem po odsłoniętym skrawku jego szyi, starając się wydawać z siebie pomruki jak najbardziej podobne do kotka. Miała nadzieję, że faktycznie brzmiała podobnie do tego zwierzęcia, a przynajmniej żywego, a nie rozjechanego przez samochód.
Kiedy jednak wspomniał o tym, że prąd może działać, wyprostowała się momentalnie, posyłając mu trudne do zdefiniowania spojrzenie. Ciekawość i zdezorientowanie mieszały się z wyraźną ekscytacją.
– Oczywiście, że chcę zobaczyć co u kucyków! Krzaki poczekają aż jakiś niemiły pan uzna, że nie powinno nas tu być i zacznie gonić i straszyć policją. Do tego czasu, chcę wypróbować karuzelę! – zawołała radośnie i ściskając mocno jego dłoń, wręcz pobiegła w stronę najbliższej karuzeli, która klasyfikowała się jako ta dla dzieci. Nawet jeśli okazałoby się, że prąd działał i wystarczyło wcisnąć jakiś przycisk to chyba wolałaby nie testować rollercousterów bądź innych bardziej ekstremalnych atrakcji. Dlatego, gdy tylko jej oczom ukazała się konstrukcja przypominająca swym wyglądem mały namiot cyrkowy, z masą siedzisk w przeróżnych kształtach – koni, słoni, karoc bądź innych maszyn – jeszcze bardziej przyspieszyła, aby zaraz stanąć oko w oko z białym rumakiem. Ktoś mógłby stwierdzić, że była zbyt infantylna, że przecież w jej wieku to trochę wstyd tak się jarać karuzelami dla maluchów, ale…
– Wiesz, że nigdy nie byłam w wesołym miasteczku? Nawet w takich małych z trzema atrakcjami na krzyż, co rozkładają się na weekend – odparła szczerze.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Skoro już jednak sam postanowił nawiązać do tej jej wcześniejszej aluzji, to oczywiście, że nie zamierzał odpuścić również po jej całkiem nie najgorszej ripoście. Nawet jeśli alternatywna opcja w postaci zaangażowania ich ust i języków w nieco inny sposób pozostawała tą znacznie bardziej kuszącą.
Może jednak to miejsce tuż przy ogrodzeniu rzeczywiście nie do końca było tym najlepszym możliwym…
– I jesteś pewna, że problem nie leży tylko w tym niedoszacowywaniu? – uniósł wymownie brwi, mimo wszystko nawet jednak nie starając się zachować jakiejkolwiek powagi. – No, ale jak by nie było, chyba faktycznie powinnaś napisać jakieś odwołanie i ogarnąć sprawę tego dyplomu. Może dadzą radę to jeszcze zmienić, a ty przynajmniej nie będziesz musiała wstydzić się tytułu największego kujona wśród absolwentów…
I chociaż ledwie chwilę później mimowolnie na moment odchylił nieco głowę na bok, gdy z tym pomrukiem – może i faktycznie jakoś mogącym przywodzić na myśl kota, może nawet całkiem żywego… – przesunęła nosem po jego szyi, ostatecznie… najwyraźniej to kucyki zdawały się wygrywać. Punkt dla nich. Zwłaszcza, że przecież nawet nie byłby w stanie odmówić jej teraz tego zwiedzania pobliskiej karuzeli – na to z całą pewnością nie pozwalał bijący od niej entuzjazm. Bo przecież o to właśnie chodziło – miała miło spędzić ten czas. Obydwoje mieli. Nawet jeśli przynajmniej jedno z nich powinno już zdawać sobie sprawę z tego, że nie mogło to potrwać zbyt długo. Albo może właśnie przede wszystkim dlatego. Może i zdążył już przynajmniej kilkukrotnie zwątpić w to, czy krążący mu po głowie pomysł faktycznie był tym dobrym, ale jeśli mimo wszystko wciąż zamierzał się z nią nim podzielić, to… do tego czasu zdecydowanie miał zamiar zadbać o to, by rzeczywiście bawiła się dobrze.
Puszczając jej dłoń i pozwalając jej zapoznać się bliżej z nieruchomym wierzchowcem, sam podszedł do stanowiska, które powinno odpowiadać za uruchomienie całego tego ustrojstwa. Zgodnie z wcześniejszymi przypuszczeniami, sugestywnie wyglądający przycisk, ulokowany na dość prostym pulpicie, zdawał się natomiast potwierdzać, że nie powinno to być zbyt skomplikowane. Niezbyt rozsądne – być może. Chociaż akurat nie to powstrzymało go od wypróbowania przycisku tak od razu.
– Serio…? – przeniósł na nią szczerze zaskoczone spojrzenie, kiedy oznajmiła, że nigdy jeszcze nie miała okazji być w wesołym miasteczku. – Następnym razem… trzeba będzie w takim razie znaleźć jakieś bardziej działające…
Możliwe, że to krótkie zawahanie w jego wypowiedzi pozostało mimo wszystko zbyt krótkie, by można było zwrócić na nie większą uwagę. Moment na to, żeby uświadamiać ją – albo i siebie samego – że następny raz mógł jednak nie nastąpić, a przynajmniej niekoniecznie zbyt szybko, wciąż nie był przecież odpowiedni. Możliwe zresztą, że żaden nie miał być, ale… ten po prostu wydawał się wyjątkowo kiepski. Zwłaszcza w zestawieniu z tym jej szczerym uśmiechem i roziskrzonym spojrzeniem, którym może i wolała uraczyć nie najlepiej pomalowanego kucyka, ale o tego chyba akurat niespecjalnie miał być zazdrosny.
– No dobra, to wygląda aż za łatwo, ale… – nie zastanawiając się dłużej, po prostu wcisnął ten najbardziej oczywisty przycisk i… w pierwszej chwili nie zadziało się absolutnie nic. W kolejnej jednak karuzela drgnęła z niezbyt przyjemnym zgrzytem, by wreszcie zacząć poruszać się nieco bardziej płynnie, w akompaniamencie najpierw kolejnej serii zgrzytnięć i trzasków, a następnie muzyki – wypadającej zaskakująco głośno w tym opustoszałym miejscu – całkiem nieźle pasującej do tych dość tandetnych koni i innych karoc.
– Twój rumak ucieka, może dasz radę go jeszcze dogonić – stwierdził z rozbawieniem, znów zerkając w jej stronę. I… z tym doganianiem chyba faktycznie nie powinna mieć większych problemów. Zwłaszcza, że – jak przystało na karuzelę stworzoną dla tych zdecydowanie młodszych dzieci – ta nie poruszała się w zbyt spektakularnym tempie…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Przestań ciągle o tym gadać, bo serio pomyślę, że się wstydzisz tych moich wyników — odburknęła, udając wielce obrażoną. Elsa była z nich naprawdę dumna. Na każdy procent na egzaminie ciężko pracowała i uważała, że w pełni zasłużyła na to wyróżnienie! No, może gdyby tylko tak nie przeciągali tej ceremonii i nie wyczytali jej nazwiska na samym końcu, zdążając tym samym doprowadzić ją do dwóch jak nie trzech zawałów serca.
Kiedy dobiegli, bo przecież musiała być przy karuzeli pierwsza, na wypadek jakby musieli odczekać swoje w kolejce, totalnie przepadła. Tak jak zdążyła już mu wspomnieć, to był jej pierwszy raz w wesołym miasteczku. Tego typu karuzele widziała tylko w filmach i bajkach, więc czy ktoś sie jej dziwił, że reagowała trochę jak małe dziecko, które właśnie się w niej obudziło?
— To może przyjdziemy jak już je otworzą? Kupimy masakrycznie drogie lody i popcorn, a potem spróbujesz wygrać mi misia w tych ustawionych grach, co puszki są poprzyklejane do półek, więc nie ma opcji, żebyś jednym rzutem je wszystkie przewrócił? — zapytała z szerokim uśmiechem. Czy właśnie wymyśliła im kolejną atrakcje na wspólne wakacje? Być może. Ale powinien być wdzięczny, że go wtajemniczyła w te plany! Sama w sumie nie widziała, dlaczego rodzice nigdy nie zabrali jej do wesołego miasteczka. To raczej nie chodziło o ich widzimisie. Może dlatego, że sama nigdy o to nie zapytała? Nigdy nie poprosiła, aby przyszli pojeździć na mechanicznych kucykach albo pokręcić się w kolorowych filiżankach?
Po chwili zorientowała się, że Dante już nie stał obok niej, a mieszał coś przy pulpicie podłączonym do karuzeli. Myślała,że tylko żartował z tym prądem i uruchamianiem tych wszystkich atrakcji, ale wystarczyło nagłe skrzypnięcie tej konstrukcji, aby przestała się tym przejmować, a co więcej, zaczęło gorąco kibicować, co by faktycznie ten guzik okazał się właściwym. I kiedy zabrzmiała ta charakterystyczna melodyjka, a jej wypatrzony rumak zaczął się poruszać, serce aż podskoczyło jej do gardła.
— Aaaa, Dante! — pisnęła, klaszcząc w dłonie z tak szczerą dziecięcą radością, że aż sama parsknęła śmiechem z własnej reakcji.
Nie czekała ani sekundy dłużej. Podbiegła do wybranego konia — białego, z odpryśniętą farbą na siodle. Dla niej jednak wyglądał idealnie. Jak wyjęty prosto z tych wszystkich bajek, które oglądała jako mała dziewczynka, wtulona w bok mamy i wciągająca świeżo wyjęty z mikrofali popcorn.
Złapała obiema dłońmi metalowy drążek i odwróciła głowę przez ramię, żeby spojrzeć na Dantego.
— Patrzysz? — rzuciła z roziskrzonymi oczami, jakby zaraz miała dokonać największego wyczynu swojego życia. A potem usiadła, odruchowo prostując plecy i unosząc brodę z miną księżniczki gotowej do triumfalnej parady.
Melodyjka była trochę rozstrojona, mechanizm skrzypiał podejrzanie przy każdym obrocie, a jeden z reflektorów migotał jak na ostatnim tchnieniu, ale Elsa miała to gdzieś. Czuła, jak karuzela powoli unosi ją i opuszcza. Śmiała się cicho, z niedowierzaniem, że naprawdę tu była — w zamkniętym lunaparku.Po ceremonii rozdania dyplomów. A co najważniejsze, z chłopakiem, którego jeszcze dwa lata temu najchętniej wyrzuciłaby przez okno biblioteki za to jego bezczelne spóźnianie się i ten wieczny, rozbrajający uśmiech.
— Dołączysz do mnie? Czy wolisz dosiąść tego słonia obok?
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I oczywiście, że nawet nie pomyślałby o tym, że miałby tak na poważnie wstydzić się tego jej dyplomu z wyróżnieniem. Przeciwnie. Naprawdę cieszył się przecież z jej osiągnięć – zwłaszcza mając świadomość, jak wytrwale na nie pracowała. A krótki całus – nawet jeśli miał miejsce zaraz po dość wymownym wywróceniu oczami – miał być chyba wystarczającą rekompensatą i odpowiedzią na jej uwagę.
– A później zaczniesz odganiać kilkulatki od twojego kucyka i spędzisz na nim całą resztę dnia? Brzmi nieźle – zaśmiał się, nie mogąc przecież na widok tego jej uśmiechu oznajmić jej, że nic podobnego nie miało zadziać się w najbliższym czasie. Zwłaszcza, że niewiele brakowało, by rzeczywiście raz jeszcze przemyślał ten swój pomysł, tym razem może przynajmniej dochodząc do całkiem słusznego wniosku, że jakiś tam wyjazd mógł przecież zaczekać jeszcze trochę. Na przykład do momentu, gdy faktycznie mogliby wspólnie wybrać się do otwartego wesołego miasteczka – z całym jego hałasem, wyczekiwaniem w ciągnących się w nieskończoność kolejkach i nawet tymi wspomnianymi przez nią masakrycznie drogimi lodami, czy innym popcornem i ustawionymi grami. Jeśli dzięki temu miałaby być tak samo rozpromieniona i szczęśliwa, jak w momencie, kiedy udało się wśród zgrzytów i skrzypnięć uruchomić tę dziecięcą karuzelę – pewnie byłoby warto.
– Na ciebie? Zawsze – rzucił szczerze rozbawiony, na moment odpychając jeszcze od siebie jakiekolwiek rozterki związane z najbliższymi planami. Bo rzeczywiście – w tej chwili chyba mógłby tak po prostu patrzeć na ten jej uśmiech i roziskrzone spojrzenie, jednocześnie nie przejmując się absolutnie niczym innym. Zwłaszcza, że nic innego nie wydawało się przecież aż tak istotne.
A po jej kolejnych słowach… Jasne, że wolał dołączyć do niej. Może i powinien wcześniej zastanowić się nad tym, czy zamontowane na karuzeli siedziska faktycznie były przystosowane do ciężaru trochę większego niż przeciętnego kilkulatka, ale z drugiej strony… chyba powinny. Zakładając chociażby, że te kilkulatki również niejednokrotnie musiały korzystać z atrakcji w towarzystwie rodziców… Zresztą, gdy już bez zbędnego namysłu podszedł do tego zajmowanego przez nią białego rumaka i wpakował się na jego tył – rękoma oplatając jej talię i nawet ciesząc się z tego, że wierzchowiec nie był zbyt duży, dzięki czemu musieli siedzieć naprawdę blisko siebie – nic raczej nie wskazywało na to, by ten miał się lada moment zarwać. Nie dało się nawet słyszeć żadnego ostrzegawczego skrzypnięcia. I to na pewno nie przez to, że hałaśliwa muzyka miałaby je jakkolwiek zagłuszyć.
– Kocham cię, Śnieżynko – pamiętaj o tym, jak już usłyszysz, co planuję mógłby prawdopodobnie dodać, ale… póki co wolał raczej przycisnąć ją do siebie nieco szczelniej, przy okazji całując ją czule tuż za uchem. – Ale nawet nie myśl, że cały wieczór spędzimy w towarzystwie tych wszystkich słoni i koni. W końcu… sama powiedziałaś, że nigdy nie byłaś w wesołym miasteczku. Musisz pozwiedzać trochę więcej, żeby wiedzieć później, czy w ogóle warto tu wracać, jak już się otworzą.
Oczywiście, że kolejne słowa musiały wybrzmieć już z tym typowym żartobliwym zabarwieniem. Choć wciąż trudno byłoby odmówić im pewnej racji – bo przecież nawet jeśli próba uruchomienia tych nieco ciekawszych atrakcji mogła być już lekkim przegięciem i czymś, przed czym może nawet Dante zastanowiłby się przez moment lub dwa, to wciąż miejsce było całkiem spore. I na pewno oferowało jeszcze co najmniej kilka ciekawych miejsc, które warto byłoby zobaczyć w nieco odmiennej, pozbawionej nieznośnych tłumów, odsłonie.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Oczywiście! Zawieszę na nim tabliczkę, że jest własnością królowej Elsy i zobaczysz, że żadne dziecko nie odważy się na nim usiąść! Do blondu nie wrócę, ale mogę sobie pofarbować włosy na ten srebrny kolor, co miałam na balu i zrobię jeszcze fryzurę jak z tej bajki… nawet dowód będę mogła im pokazać, że imię się zgadza! — I znów na jej dziobie zagościł szeroki uśmiech, kiedy głaskała kucyka po grzywie przynajmniej tak czule i ostrożnie jakby był prawdziwym zwierzęciem. A gdy w końcu udało jej się go dosiąść, jedną ręką złapała za metalową rurkę, na której koń się poruszał, drugą zaś uniosła i z należytą gracją zaczęła nią machać jak królowa pozdrawiająca swoich poddanych.
Karuzela poruszała się z zawrotną prędkością dwóch kilometrów na godzinę, ale to nie było ważne. Choć do pełni szczęścia potrzebowała tylko jeszcze jednego — jego. Dlatego zaproponowała, aby do niej dołączył i razem z nią cieszył się z tak błahej sprawy jakim była przejażdżka na atrakcji dla maluchów. I choć dobrze wiedziała, że nie będzie mógł się oprzeć, aby samemu nie skorzystać z zabawy, tak podejrzewała, że raczej wybierze tamtego słonia zamiast ciśnięcia się razem z nią na jednym koniu. A jednak… nie żeby miała coś przeciwko! Czując jak wciska się zaraz za nią na to przymałe siodło i jak ciasno do niej przylega, zagryzła lekko dolną wargę, śmiejąc się w duchu, że ona to w sumie praktycznie dosiadała nieco innego konia. I może rzuciłaby zaraz podobną aluzją na głos, gdyby tak nagle nie usłyszała tego najpiękniejszego na świecie wyznania. Bo Dante nie był typem, który mówił takie rzeczy lekką ręką. Nie rzucał ich między jednym uśmiechem, a drugim, w przerwie na papierosa i tuż przed tym jak zadzwonił dzwonek na lekcje. I może właśnie dlatego, gdy już w końcu ją raczył tymi słowami, były dla niej jeszcze cenniejsze i bardziej wyjątkowe.
Mimowolnie się rozluźniła i odchyliła głowę do tyłu, aby oprzeć ją o ramię chłopaka. Dłońmi jednak nadal trzymała się metalowego drążka, aby czasem oboje nie zaliczyli epickiej gleby, bo jednak spadnięcie z karuzeli dla dzieci… no byłby to trochę wstyd. Na pewno większy niż zostanie największym kujonem na roku. I jeszcze ten całus przy jej uchu… on ją rozbrajał na każdym możliwym kroku. Gdy zawsze uważała, że miała najwięcej do powiedzenia, że jej mózg pracował na zwiększonych obrotach, paląc przy tym wszystkie neurony i szare komórki od nadmiernej pracy, on jednym gestem sprawiał, że zapominała jak się nazywa, a ten przegrzany mózg zamieniał się w papkę. Na szczęście, nie wykorzystywał swojego czaru zbyt często — wtedy na pewno nie mogłaby się pochwalić swoim dyplomem z wyróżnieniem.
— Ja ciebie też kocham… — wymruczała, trącając nosem o jego ucho. — Ale nie spodziewałam się takich wyznań. No wiesz… sami w nieczynnym wesołym miasteczku, słońce już prawie zachodzi… to takie nawet romantyczne. — Zaśmiała się cicho. Żeby usłyszeć podobne słowa po raz pierwszy, musiała praktycznie tupnąć nogą. Czuła się wtedy jakby to na nim wymuszała, mimo że zaprzeczał tej jej teorii. A teraz mówił to tak po prostu i choć jej serce się rozpływało to jednak gdzieś pod żebrami czuła… niepokój.
Karuzela zaraz się zatrzymała, ale ona nie miała najmniejszej ochoty się odsuwać i zeskakiwać z wierzchowca. Było jej tak dobrze…
— To myślisz, że co możemy jeszcze zrobić? Raczej kolejki górskie sobie odpuścimy…. no i tobie też się musi tu spodobać! W końcu przyjdziemy tu razem. Co to za frajda jeśli tylko ja się będę cieszyć jak głupia do sera, a ty się zmuszał do spędzania tu całego dnia? — zapytała spokojnie. I po chwili, choć bardzo niechętnie, zsunęła się ze swojego rumaka i z zaskoczenia uraczyła Dantego czułym całusem.
— Myślisz, że mają tu jakąś rzeczkę, którą można przepłynąć tratwą? Widziałam kiedyś w Internecie takie zdjęcie… nocą świeciły lampki i wyglądało to naprawdę magicznie! No… i do tego nie jest nam potrzebny prąd, więc podwójne zwycięstwo! Albo lustrzany labirynt! Urządzimy sobie zawody, kto pierwszy się wydostanie ten wygra… coś.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I może właśnie dlatego doszedł do wniosku, że ten dzień zdecydowanie wolał spędzić tylko z nią, a nie na jakiejś imprezie, niezależnie od tego, jak ciekawie takowa mogłaby się rozwinąć. Skoro rzeczywiście mieliby nie widzieć się przez nieco dłuższą chwilę, warto było przynajmniej w ten dzień przed wyjazdem odpowiednio nacieszyć się swoim towarzystwem.
Tego, że zdecydował się wybrać ją zamiast jakiejś domówki organizowanej przez kogoś ze znajomych, z całą pewnością nie żałował ani przez chwilę. Nawet podczas tej krótkiej przejażdżki na karuzeli dla dzieci, która pewnie mogłaby uchodzić za śmiertelnie nudną – prawie tak samo, jak wszystkie te fascynujące wzory, których zapamiętywania wymagała od niego przez ostatnie lata – gdyby nie to przymałe, całkowicie niedostosowane do dwóch osób, siedzisko. To, jak blisko siebie się znajdowali zdecydowanie wynagradzało ślimacze tempo i usypiające kołysanie karuzeli. O tym chyba zresztą za bardzo nawet nie myśląc, większą uwagę skupiając na odsłoniętej szyi Elsy, a w efekcie pochylając się lekko, by musnąć ją ustami, kiedy jej głowa oparła się o jego ramię.
– Nie wiedziałem, że karuzela dla dzieci może być romantyczna – uśmiechnął się na jej słowa. – Ale w sumie nie wiedziałem też, że przy okazji faktycznie może być całkiem ciekawa…
Najwyraźniej sporo mógł jeszcze nie wiedzieć o karuzelach dla dzieci, być może niesłusznie jak dotąd nie zwracając na nie większej uwagi. Chociaż… w tym wypadku chyba jednak nie chodziło wcale o samą karuzelę, a raczej towarzystwo, w jakim przyszło mu się na niej znaleźć. W każdych innych okolicznościach ta pewnie okazałaby się po prostu dokładnie tak samo nudna, jak można byłoby się tego po niej spodziewać. W tych z kolei… moment, w którym ta wreszcie się zatrzymała, mógłby uznać za dość rozczarowujący – choć i to nie do końca, skoro przynajmniej jeszcze przez chwilę Elsa nie zamierzała się nigdzie wybierać. On też zdecydowanie nie miał ochoty schodzić z tego nieszczęsnego kucyka, w duchu mogąc pewnie nawet przyznać, że mógłby spędzić na nim całą resztę wieczoru, o ile tylko pozostałaby tak blisko niego.
– Jak na razie wcale przecież nie narzekam – stwierdził z rozbawieniem, w kolejnej chwili już jednak zamierzając na głos poinformować o natychmiastowej zmianie zdania, kiedy w końcu zdecydowała się zejść z siedziska. Możliwe jednak, że ten jej całus był dostateczną rekompensatą, skoro ostatecznie na nic podobnego się nie zdecydował. Zamiast tego sam zszedł z – nagle o wiele mniej wygodnego – kucyka, zastanawiając się przez moment nad wymienionymi przez nią propozycjami. Albo raczej nad możliwością ich zrealizowania.
– Nie wydaje mi się, żeby mieli tu jakąś rzeczkę. Ale prawie na pewno udałoby się znaleźć jakiś kompletnie tandetny tunel miłości, czy coś w podobnym guście. Lustra to chyba jednak trochę lepsza opcja. Ale możemy po prostu sprawdzić, co uda się znaleźć jako pierwsze… – ostatecznie… po karuzeli dla dzieci też nie spodziewał się za wiele, a ostatecznie okazała się wcale nie taka najgorsza, prawda? Możliwe więc, że nawet tego absolutnie kiczowatego i tandetnego tunelu miłości nie powinno się tak od razu zupełnie skreślać… Nawet jeśli ten niewiele mógł mieć wspólnego z tą magiczną atmosferą, o której wspomniała Elsa.
– Chociaż… nie wiem tak do końca, czy przekonuje mnie to coś – przekonało, co do tego raczej nie powinna mieć żadnych wątpliwości. Te mogłyby dotyczyć co najwyżej tego, czy bardziej przekonująca okazywała się dla niego chęć podjęcia rzuconego wyzwania, czy właśnie ta niedoprecyzowana nagroda… – Skoro mam znaleźć wyjście szybciej od ciebie, to warto byłoby wiedzieć o co mam się starać…
Zwłaszcza, że całkiem niedługi spacer w głąb wesołego miasteczka wystarczył, by dotrzeć pod budynek będący niczym innym, jak właśnie poszukiwanym lustrzanym labiryntem. Poniekąd pewnie tylko odrobinę mniej tandetnym od tego nieszczęsnego tunelu miłości, ale… w tej konkretnej sytuacji z całą pewnością sporo dodawał mu fakt, że byli tutaj tylko we dwoje. I – może tylko trochę bardziej – to wspomniane przez nią coś, co miałoby czekać na tę osobę, która spomiędzy lustrzanych ścian wydostanie się jako pierwsza.
– Postaraj się nie zgubić na dobre, ok? – może i wiodącą nutą w tej krótkiej wypowiedzi wciąż była ta typowa, nieco rozbawiona, ale… całkiem możliwe, że nieco głębiej faktycznie kryło się trochę całkiem szczerej troski. Zwłaszcza, że chyba naprawdę wolałby nie musieć błądzić pomiędzy lustrami właśnie po to, by gdzieś wśród nich szukać swojej zagubionej dziewczyny…
Tego, że całkiem prawdopodobne było to, że to właśnie on mógłby mieć znacznie większe szanse, żeby zgubić się na dobre, jakoś widocznie nie brał w ogóle pod uwagę.
Jej dłoń natomiast puścił dopiero w momencie, kiedy już na samym początku całego tego labiryntu dotarli do pierwszego rozwidlenia. Tym samym zostawiając jej wybór, czy zamierzała udać się w prawo czy w lewo, by następnie wybrać tę przeciwną drogę. W końcu… skoro zamierzali urządzić sobie wyzwanie, trochę bez sensu byłoby przemierzanie całej drogi wspólnie. Nawet jeśli niespecjalnie miał ochotę w ogóle wypuszczać jej dłoń z własnej.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Dlatego kiedy zeszli z konia, mimo całej ekscytacji związanej z jakże hardcorową przejażdżką na rumaku, mimo tego szerokiego uśmiechu, jej buzię zalał charakterystyczny rumieniec będący wynikiem tej krótkiej, ale nad wyraz intensywnej w odczuciu pieszczoty. — Tunel miłości? W komediach albo bajkach zazwyczaj wyglądało to tak, że zakochana para wjeżdżała razem, a wyjeżdżali mając u boku kogoś innego. Najczęściej on lądował w wagoniku z jakąś super laską, a ona ze starym perwersem… także nie, zdecydowanie szukamy labiryntu luster — zadecydowała szybko. Co prawda, nie miała pojęcia z kim mogłoby ich podmienić, zważywszy na fakt, że byli jedynymi gośćmi wesołego miasteczka, ale nie zamierzała ryzykować! Kto wie, może jeszcze inna para wpadła na podobny pomysł do nich i właśnie zmierzali w stronę tego słynnego tunelu miłości? Och nie, nie zamierzała ryzykować! A w labiryncie luster również mogłoby być fajnie!
Wywróciła teatralnie oczami, słysząc, że Dantego nie przekonywała ta ekskluzywna nagroda w postaci wspaniałego cosia. Co prawda, liczyła, że w tym momencie to chłopak wykaże się jakąś kreatywnością i podstawi pod ich niewiadomą jakąś konkretną wartość, ale najwyraźniej nie mogła na niego liczyć w tej kwestii.
— Nie, nie. Dziwnie wymawiasz jeśli mam z tobą przegrać to muszę wiedzieć, co będę musiał dać bądź zrobić za karę. — Wytknęła mu język i trzymając go za rękę, ruszyła wgłąb lunaparku. Rozglądała się dookoła nadal podniecona faktem, że pierwszy raz znajdowała się w takim miejscu. I kompletnie jej nie przeszkadzał brak innych ludzi, zbyt głośnych melodyjek z wszelakich atrakcji, które mieszały się w jedną, niespójną i przyprawiającą o bóle migrenowe całość. Ona była najszczęśliwsza na świecie, że mogła być tu razem z nim, pomimo dosyć niecodziennych okoliczności i bawić się tym wszystkim, na co pozwalały ich możliwości. Nawet jeśli dopiero mogła odhaczyć na swojej liście przejażdżkę dziecięcą karuzelą. Ale to była i tak najcudowniejsza przejażdżka pod słońcem! A to że póki co jedyna w jej życiu zdawało się nie mieć żadnego znaczenia.
— A co? Tęskniłbyś? Czy nie chciałbyś, żeby dzieci znalazły moje zwłoki, kiedy już w końcu otworzą wesołe miasteczko dla wszystkich? — zapytała, darząc go niewinnym uśmieszkiem. I kiedy dotarli do rozwidlenia dróg, wybrała skręt w prawą stronę. Postanowiła kierować się śmieszną grą słów, która niegdyś usłyszała men go left because women are always right. I kiedy Dante puścił jej dłoń, aby mogli się rozdzielić i zacząć swoją małą rywalizację, stanęła jeszcze na palcach i sięgnęła ustami do jego ucha:
— Przegrany musi spełnić jedno, dowolne życzenie wygranego. Powodzenia, kochanie — wyszeptała,po chwili zaczepnie podgryzając jego płatek. Chciał motywacji? To bardzo proszę!
Odsunęła się zaraz od niego i poszła w wybraną przez siebie drogę, spoglądając na swoje odbicia, które otaczały ją dokładnie z każdej strony. Kilka razy przywaliła głową w lustro, komentując to cichą, norweską kurwa, której Dante zdążył się przez te lata nauczyć. Cóż, może nie przyswoił jak się przedstawiało w kraju jej przodków, ale nazbyt dobrze znał znaczenie słowa faen. Ale poza bluzganiem w ojczym języku, chichotała perliście, podśpiewywała melodie z bajek Disneya. I kiedy była pewna, że już widziała wyjście — klops. Lustro. Do tego wydawało jej się, że chwilę wcześniej widziała ukochanego. Stał nieruchomo, jakby myślał nad następnym krokiem. Jednak, kiedy zbliżyła się, aby przytulić go z zaskoczenia, okazał się być tylko odbiciem w chłodnym lustrze..
— Dante? Jesteś tu jeszcze? — zapytała lekko poddenerwowana, ale nadal dziwnie podekscytowana.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Wiesz, że labirynty luster też nie są za dobrze przedstawiane w filmach, nie…? – zauważył z uśmiechem, czemu chyba dość trudno byłoby odmówić słuszności. Zwłaszcza, gdy wzięło się pod uwagę, że te najczęściej pojawiały się w różnej maści – zwykle nie najlepszych – horrorach i że w każdym takim labiryncie powinien kryć się przynajmniej jeden psychopatyczny morderca. Gdyby dodać do tego fakt, że aktualnie byli tutaj zupełnie sami i że ten potencjalny psychopata miał prawdopodobnie całkiem sporo czasu, by zagnieździć się w opustoszałym wesołym miasteczku… może jednak tandetny tunel miłości wcale nie byłby taką złą opcją. Choć podobna myśl – nawet jeśli na moment pojawiła się w umyśle Dantego, co i tak było bardzo wątpliwe – nie pozostała z nim na długo. I zdecydowanie nie wpłynęła w żaden sposób na uśmiech wciąż widniejący na jego twarzy oraz to, że bez większego wahania zamierzał poszukać z Elsą tego labiryntu. Ledwie jeden psychopatyczny morderca widocznie nie był wystarczający, by skutecznie zepsuć im dobrą zabawę.
– Powiedziałbym, że wierzę, że potraktujesz mnie łagodnie, ale… najpierw musiałbym uwierzyć, że faktycznie miałabyś wygrać – zaśmiał się w odpowiedzi na jej uwagę, ani na moment nie tracąc widocznie – być może kompletnie bezzasadnej w tym przypadku – pewności siebie. W końcu… jak bardzo skomplikowany mógłby być taki labirynt? Skoro i ta atrakcja była prawdopodobnie przeznaczona w głównej mierze dla dzieci, raczej nie było większych szans na to, by miała zająć mu zbyt wiele czasu. A brak pracowników lunaparku, którzy w razie czego mogliby ruszyć z pomocą, z całą pewnością nie mógł być jakimkolwiek problemem.
– Chyba jedno i drugie. A do tego pewnie musiałbym jeszcze wytłumaczyć twojemu ojcu, że zgubiłaś się gdzieś między lustrami – spojrzał na nią dość wymownie, by – nawet wciąż całkiem wyraźnego rozbawienia – mogła zorientować się, że na podobne rozmowy z jej ojcem zdecydowanie nie miał najmniejszej ochoty. – Więc możesz mi oszczędzić przynajmniej tego i się nie zgubić…
Nawet jeśli już wcześniej czuł się wystarczająco przekonany do tej rywalizacji – mimo niedookreślonej nagrody – to rzeczywiście ta dodatkowa motywacja mogła tym lepiej rozwiać jakiekolwiek ewentualne wątpliwości. Których i tak nie było. Przynajmniej do tej pory, bo dość szybko pojawiły się przynajmniej dwie – ta związana z niezdecydowaniem, czy w takim układzie faktycznie aż tak bardzo zależało mu na wygranej, czy może jednak nie miałby nic przeciwko spełnieniu jej życzenia. A także ta, która dotyczyła braku przekonania co do tego, czy przypadkiem nie wolałby odpuścić sobie tego labiryntu, byleby nawet na chwilę nie rozdzielać się z nią. Zwłaszcza czując to lekkie ugryzienie, po którym wcale nie było łatwo powstrzymać się, by nie przyciągnąć jej do siebie i nie zapomnieć tak po prostu o jakichś tam lustrach, labiryntach i całej tej rywalizacji.
Skoro jednak już wkrótce Elsa zniknęła mu z oczu, kierując się w wybraną przez siebie drogę, jemu również nie pozostało chyba nic innego, jak tylko zrobić to samo, udając się w lewą odnogę. Przy okazji dość szybko przekonując się, że nawet ta kolejna atrakcja dla dzieci mogła być jednak dość… dezorientująca. A wybieranie drogi bez większego zastanowienia – kilkukrotnie zresztą kończące się spotkaniem z lustrem, za którym wcale nie było żadnego dalszego przejścia – może jednak nie było wcale najlepszą strategią. Nie miał nawet pojęcia, czy przypadkiem od dobrej chwili lub dwóch nie kręcił się po prostu dookoła, nie przybliżając się ani trochę do wyjścia. Choć przecież labirynt wciąż nie mógł być przecież ani zbyt skomplikowany, ani tym bardziej rozległy – co zresztą dość skutecznie uświadomił mu głos Elsy, dobiegający gdzieś z bliska. Niespecjalnie jednak był w stanie określić skąd dokładnie, na moment pozostając w miejscu i odruchowo rozglądając się wokół, jakby rzeczywiście spodziewał się zobaczyć ją zaraz obok, gdzieś w towarzystwie jednego z wielu własnych odbić.
– Jak już zdążyłaś się zgubić i potrzebujesz pomocy, to… trochę może to zająć – parsknął krótkim śmiechem, ostatecznie ponownie ruszając przed siebie. Podobno każdy labirynt dało się przejść, trzymając się ciągle lewej strony. Tylko… chyba nie brzmiało to mimo wszystko zbyt przekonująco. I chyba i tak zdążył już co najmniej kilka razy skręcić w zupełnie przypadkowe drogi, by teraz pokładać większą nadzieję w tej niepewnej teorii…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Nie! Nie mów mi nic więcej! Shhhh…! Cicho sza! Ani słowa, słyszysz? Przyjmujemy wersję, że w labiryncie luster będzie super zabawnie i super ekscytująco. Nic więcej. Rozumiesz? — Wyrwała się jak poparzona, aby jak najszybciej zasłonić mu usta dłonią, chcąc go powstrzymać przed wypowiedzeniem wszelakich teorii, przez które najprawdopodobniej straciłby ochotę na przebywanie w wesołym miasteczku w ogóle. Dla niej spędzanie tu czasu tylko z nim jawiło się naprawdę romantyczną wizją. Ostatnie o czym chciała rozmyślać to o tym, że gdzieś w krzakach — może jeszcze w tych, w których miała nocować jakby nie dała rady drugi raz przejść przez płot, hm? — albo w tym lustrzanym labiryncie czyhał na nich psychopata z piłą mechaniczną albo siekierą, którą chwilę wcześniej rąbał drewno na swoim ranczo.
W ogóle nie pomyślała o tym, że Dante musiałby się tłumaczyć przed jej ojcem. Casper doskonale wiedział, że to do niego wybiegła z domu, rzucając przed zamknięciem drzwiami, że nie, nie była głodna, bo tylko dla tego idioty mogła zrezygnować ze świeżo upieczonego brownie. A tak to Dante najpierw wypadałoby przyznać, że tak, włamał się z jego córką do zamkniętego wesołego miasteczka, tak, poszedł z nią nielegalnie do tego labiryntu, a przede wszystkim, że ją tam zgubił, nie znalazł i zostawił, żeby odór rozkładających się zwłok przyciągnął całą gromadę dzieci. Gdyby przynajmniej odwiedzili to miejsce w okolicach Halloween, wtedy można by było wytłumaczyć to jako bardzo realistyczną ozdobę albo zorganizować konkurs Kto pierwszy znajdzie trupa, ale tak to… no byłoby ciężko wymyśleć jakąś przekonującą wymówkę.
— No tak, bo przecież na inne tematy możesz z nim rozmawiać. Tylko te nieszczęsne lustra cię przerastają, co nie? — Uśmiechnęła się szeroko, mimowolnie łapiąc jego jednego loczka i nawijając go sobie na mały palec. Myślała, że od dłuższego czasu to on ją rozpraszał, ale jednak nie. Jednak to nadal była wina tego rozbrajającego uśmiechu i tych brązowych oczu, które sprawiały, że kolana jej miękły od tak. I najwyraźniej w tej chwili myśleli o tym samym. Nie o zabawie, a przynajmniej nie o takiej typowo dziecięcej i niewinnej. Nie o lustrach, choć otaczały ich z każdej strony i zdradzały jak właśnie na siebie patrzyli. Ale mieli konkurs do wygrania, więc najwyraźniej musieli odłożyć pewne rozrywki na później.
Sama nie była pewna czy wolałaby przegrać ten wyścig czy jednak poczuć smak zwycięstwa. Gdyby następnego dnia musieli wstać rano do szkoły to domyślała się, że życzeniem Dantego mogłoby być olanie lekcji i spędzenie całego dnia na wspólnych wagarach, oczywiście po wcześniejszym wyspaniu się. Ale o co mógłby poprosić ją w chwili, gdy mieli przed sobą kilka tygodni wolnego i słodkiego lenistwa? Masaż głowy? A może żeby zabrała go na dobry obiad? Raczej oszczędziłby sobie proszenia o samodzielne ugotowanie czegoś na kolację przez Norweżkę… a może… och, na samą myśl czuła jak policzki jej płonęły! Ale sama by nie narzekała. Nie z nim.
Uśmiechnęła się szeroko, słysząc jak bawi go cała ta sytuacja, w której się znaleźli. Czyli nie tylko ona miała problemy ze znalezieniem wyjścia. Ech, jak sobie dzieciaki w takim razie radziły? Czyżby byli mniej sprytni od nich?
— Coś mi się wydaje, że oboje się zgubiliśmy, wiesz? I tak sobie myślałam, że to trochę źle o nas świadczy i… — Nie dokończyła, bo wchodząc w kolejny zakręt natrafiła na kolejne odbicia Dantego, ale tym razem jedno wydawało się być bardziej trójwymiarowe.
— Powiedz, że to ty… bo jak czwarty raz przytulę się do lustra to zwariuję i zacznę krzyczeć — mruknęła cicho. Roztrzepane włosy od wpadania co chwilę w ślepy zaułek, rozpiętych kilka górnych guzików koszuli, ponieważ robiło się zdecydowanie za duszno… i zarumieniona od ciepła buźka, którą pomimo okropnej frustracji to nadal zdobił delikatny uśmiech. Mimo wszystko wyciągnęła przed siebie jedną rękę i zaczęła zbliżać się do podobno prawdziwego Dantego. Tak na wszelki wypadek, żeby znów nie przydzwonić głową w twardą powierzchnię lustra.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– No pewnie, że będzie super zabawnie, od tego przecież… – zaczął jednak, kiedy już złapał ją za rękę i odciągnął ją od swojej twarzy. Ostatecznie jednak, po wymownym wywróceniu oczami, uniósł lekko dłonie – na znak kapitulacji i tego, że nie musiała go znowu kneblować. Od czasu do czasu potrafił zamknąć się również tak po prostu, sam z siebie. – W porządku, nic już nie mówię.
Rozbawienie i dobry humor nie opuszczały go jednak nadal. Wciąż – niezależnie od tego, ilu wyjętych z horrorów psychopatów mogłoby czaić się dookoła. A także od wygłoszonej przez Elsę uwagi o tym, że na każdy inny temat bez większych przeszkód mógłby uciąć sobie przyjazną pogawędkę z jej ojcem.
– Dokładnie tak. Lustra są po prostu bardzo drażliwym tematem, nic na to nie poradzę… – oznajmił, raczej jednak nie będąc w stanie zdobyć się na choćby odrobinę przekonującą powagę. Nie, kiedy absolutnie jasne było, że prawdopodobnie każdy, nawet najbardziej neutralny temat poruszany z Eriksenem, mógłby w ciągu ledwie jednej chwili okazać się tym wyjątkowo drażliwym. Chyba dostatecznie, by – nawet jeśli nie było w stanie popsuć mu to nastroju – nie miał zbytniej ochoty w jakikolwiek sposób myśleć dłużej o jej ojcu. Na pewno nie w chwili, kiedy w ten sposób okręcała sobie jeden z jego kosmyków wokół palca i kiedy był już niemal całkowicie pewien, że w zasadzie wcale nie interesowały go żadne zawody w poszukiwanie wyjścia z labiryntu. Tylko… może to chwilowe rozstanie powinien właśnie potraktować jako dodatkową motywację do tego, by jednak wydostać się z niego jak najszybciej i znów mieć ją na wyciągnięcie ręki? A najlepiej zdecydowanie bliżej…
Szkoda tylko, że otaczające ich lustra nijak nie chciały pod tym względem współpracować, o czym świadczyć mogło nie tylko to, że sam już chyba zdążył przynajmniej raz przyznać przed samym sobą, że nie ma pojęcia w którą stronę powinien iść, ale również wypowiadane przez Elsę słowa.
Jednemu zdecydowanie nie dałoby się zaprzeczyć – nie świadczyło to o nich zbyt dobrze. Zwłaszcza, że dookoła wcale jakoś nie walały się dziecięce szkielety, co mogłoby świadczyć o tym, że albo dzieciaki radziły sobie z tą atrakcją dużo lepiej od nich, albo… obsługa wesołego miasteczka całkiem dokładnie posprzątała je jeszcze przed zamknięciem…
– Czyli wygląda na to, że zostaniemy tu razem – choć beztroski ton, jakim uraczył ją w odpowiedzi, chyba raczej nie wskazywał na to, że miałby się tym jakoś szczególnie przejmować. Albo chociaż faktycznie brać tę możliwość jakkolwiek na poważnie. A może zwyczajnie zdążył już dojść do wniosku, że w gruncie rzeczy towarzystwo nie było wcale najgorsze, więc nie powinno mu to przeszkadzać…? To też było całkiem możliwe. Zwłaszcza w momencie, kiedy odwrócił się, słysząc jej kolejne słowa – wypowiedziane jeszcze bliżej niż wcześniej – i mogąc zauważyć dookoła tych kilka jej kopii. Oraz tę jedną, najpewniej całkiem prawdziwą, skoro ewidentnie się do niego zbliżała. Sam bez większego zastanowienia – i raczej nie martwiąc się o to, że miałby władować się w jedno z tych cholernych luster – ruszył w jej stronę. Co zresztą okazało się wcale nie najgorszym pomysłem, skoro już chwilę później mógł przekonać się, że jak najbardziej nie była tylko odbiciem, skoro bez większych przeszkód mógł ją objąć i okręcić się z nią, lekko ją przy tym unosząc. Prawie, jakby rzeczywiście nie widzieli się przez dostatecznie długi czas, by móc się za sobą stęsknić…
– Chyba w takim razie mamy remis…? I pewnie powoli możemy zacząć się tu jakoś urządzać, skoro do wyjścia nie da się trafić… – albo… odgarnąwszy jeden z tych jej niesfornych kosmyków, w kolejnej chwili przylgnął wargami do jej ust, wkrótce do pocałunku angażując również język i zdecydowanie nie zamierzając odsuwać się od niej zbyt szybko. W końcu… skoro i tak wyglądało na to, że poszukiwanie wyjścia miało im zająć nieco dłużej niżby z początku zakładali, to równie dobrze mogli poświęcić chwilę lub dwie na krótką przerwę… Albo i nieco dłuższą, co mogło przejść mu przez myśl, gdy przesuwał dłonie na jej plecy, wsuwając je przy tym pod jej koszulę i uświadamiając sobie przy okazji, że niezależnie od okoliczności, jej gładka skóra pod palcami absolutnie zawsze była tak samo przyjemnym doświadczeniem.
Elsa Eriksen