You make me feel like a teenager in love
To było całkowicie n i e d o r z e c z n e.
Rozmawiała z Finnem przez telefon, czekała na niego na chodniku przed kancelarią i czuła się jak…
nastolatka. Jak zakochana gówniara, do której zadzwonił jej pierwszy chłopak z pytaniem, czy wyszłaby z nim na podwórko. Do kompletu brakowało tylko tego, żeby leżała teraz na brzuchu, na łóżku w swoim starym pokoju u rodziców, machała w powietrzu zgiętymi w kolanach nogami i z rumieńcami na twarzy owijała wokół palca spiralny kabel od starego, stacjonarnego telefonu, lol. A przecież nie umawiali się na randkę!!! Zadzwonił do niej, bo spotkał się z producentką The Traitors (czy kimś tam innym, ale równie ważnym), no i... mieli iść razem coś zjeść i po prostu omówić szczegóły dotyczące udziału w programie telewizyjnym. Proste jak drut. Tylko kogo ona próbowała oszukać? Eleanor wcale nie myślała o zamku w Quebecu, castingach ani misjach. Czekała na
niego. Czekała, aż ten bezczelny i magnetyczny przystojniak w końcu pojawi się obok niej. No i się pojawił, a jej serce przestało bić na moment z wrażenia, gdy przyglądała się jego opalonej twarzy, ciemnym, chmurnym oczom i… I ten uśmiech. Ten cholerny uśmiech.
Tak? Myślałem? -
No tak - przyznała otwarcie z delikatnym uśmiechem, jakby stwierdzała coś tak oczywistego jak dzisiejsza pogoda w Toronto (a musicie wiedzieć, że słonko świeciło, a na niebie nie było żadnej chmurki). Przecież…
Myślał o niej, bo ona
myślała o nim.
Tęsknił za nią, bo ona
tęskniła za nim. Tak po prostu było i już, czuła to gdzieś głęboko w środku i żadne zaprzeczenia ze strony Ardena nie były w stanie jej zmylić. A potem ten słodki pocałunek i... ta nieszczęsna szminka. Ahh. Przyglądała się jego minie, gdy z udawanym rozczarowaniem zapytał, czy ten kolor mu nie pasował. Z taką twarzą każdy kolor by mu pasował, ale czy musiał o tym wiedzieć? Zatrzepotała rzęsami, po czym przeniosła ciężar ciała na pięty, bo właśnie zdała sobie sprawę, że dalej stała na palcach.
Ogarnij się, Eleanor. -
Pasowałby ci ciemniejszy, mam taką fajną pomadkę w domu, jak do mnie wpadniesz to przetestujemy - rzuciła z naturalną dla siebie pewnością siebie i puściła mu perskie oczko.
Zanim zdążyła nacieszyć się swoją udaną - w jej mniemaniu - ripostą, Finn bez słowa splótł ich palce ze sobą. Zamarła na ułamek sekundy i utkwiła wzrok w ich złączonych dłoniach - Jezus Maryja, serce zaczęło jej bić mocniej, a przecież on ją tylko złapał za rękę, gdy chciała wyczyścić swoje nieskazitelne spodnie, oh my. Widzieli. Się. Raz. Dlaczego tak reagowała na takie simple, nic nieznaczące gesty? Jejku, brunet tak gładko przejmował kontrolę nad sytuacją, jakby… robił to codziennie. Cholera, on przecież robił to codziennie! Z innymi ludźmi. Chyba. Jednak... teraz… był tu z nią. Dla niej. Tylko i wyłącznie
dla niej. Kurczę, Finn Arden roztaczał wokół siebie zbyt wiele uroku osobistego, na który w ogóle nie potrafiła być odporna. -
Okej, no to sushi - mruknęła z radosnym błyskiem w oku.
Gdy szli ramię w ramię przez zatłoczony chodnik, na chwilę zamilkła. Utkwiła wzrok w czubkach swoich butów i - niestety - pozwoliła
niechcianym myślom się rozwinąć, cholera jasna. Czy Aiden, jej brat, wyszedł już z pracy? No… musiał, było już grubo po godzinach, nawet jak na standardy ich kancelarii, ale z drugiej strony… potrafił być pracoholikiem, tak samo jak ona. Gdyby nagle wyłonił się zza rogu i zobaczył ją idącą za rękę z jakimś obcym, cholernie przystojnym facetem, to… no, w sumie ciekawe, co by zrobił? Prawdopodobnie urządziłby jej przesłuchanie roku, a tego wolała dziś uniknąć, bo przy Finnie nie potrafiła myśleć jasno i bardzo ją to wytrącało z równowagi zen i feng shui. Jak dobrze, że z rozmyślań wyrwały ją słowa Finna o porwaniu do Quebecu. -
Porwanie prawnika to paragraf - wtrąciła z szatańskim uśmiechem, zanim w ogóle przemyślała jego słowa. Zadarła głowę do góry, żeby tym razem zawiesić swoje orzechowe spojrzenie na jego twarzy. -
Wiesz, że jeszcze nie byłam na urlopie w tym roku? Muszą się zgodzić. Poza tym nie odpuściłabym takiej okazji - skomentowała i znowu się uśmiechnęła. Owszem, udział w Zdrajcach był jej pobocznym marzeniem, odkąd wyszła pierwsza edycja, ale... teraz głównym powodem, dla którego chciała wziąć udział, był Finn.
Oh my.
Kilka minut później pchnęli ciężkie, szklane drzwi restauracji. To było jedno z tych miejsc, które można było określić jednym słowem - FANCY. Ciemne drewno, minimalistyczne, ciepłe oświetlenie, cichy szum rozmów, obsługa z nienagannymi manierami… No, po prostu wow. Nagle przeszło jej przez głowę, czy Arden kiedykolwiek był w takim miejscu, ale chyba raczej powinna zadać mu pytanie, w jakim miejscu
nie był - pewnie jego klienci nieraz zabierali go w naprawdę eleganckie miejscówki, co nie? Chwilę później próbowała sobie jeszcze wmówić, że zastanawiała się nad tym tylko dlatego, żeby nie zrobił jej wstydu w knajpie, w której często jadała razem ze znajomymi z pracy i... Aidenem, ale nie udało się, niestety. No, anyway, poczekali chwilę na usadzenie, po czym kelner poprowadził ich do przytulnego, nieco ustronnego stolika w głębi sali. Rozgościli się na siedzeniach, Ela postawiła torebkę na krześle obok siebie, po czym oparła łokcie o blat z zadowolonym uśmiechem na ustach. -
Cholera, dalej nie mogę uwierzyć, że nam to załatwiłeś - zaczęła, gdy tylko kelner podał jej menu. Zaczęła wertować je w zamyśleniu, ale po chwili je zamknęła. -
Wezmę mój ulubiony zestaw i się podzielimy, masz coś przeciwko? - zagadnęła, jednak nie poczekała na odpowiedź Ardena i od razu zamówiła
zestaw numer cztery oraz dwie zielone herbaty.
Kiedy kelner w końcu zostawił ich samych, Ela oparła głowę na łokciu i wlepiła wzrok w Finna. Nie zmienił się, odkąd widzieli się pierwszy raz, dalej był tak samo przystojnym
Sztywniakiem, chociaż musiała przemyśleć to określenie po tym, jak pocałował ją na przywitanie i splótł jej palce z tymi swoimi. Jednak Ela nie byłaby sobą, gdyby tak po prostu grzecznie siedziała przy stoliku i czekała na jedzenie. Z pełną premedytacją wysunęła nogę pod stołem i odnalazła łydkę Ardena, po której zaczęła go bardzo powoli gładzić. Powinien wiedzieć, na co się pisał, prawda? Na chaos, na przykład. -
Finnegan - zaczęła bardzo poważnie, nie spuszczając z niego swojego spojrzenia, choć kącik jej ust drgnął niebezpiecznie. Przez chwilę mierzyła go spojrzeniem, zaraz jednak wyjęła z torebki kalendarz i zaczęła go wertować, nie przerywając
miziania pod stołem. -
Skoro już ogarnąłeś nam udział, muszę wiedzieć kilka rzeczy… Kiedy są przesłuchania? Mam niedługo sympozjum w Chicago i bardzo chciałam tam polecieć - przerwała na moment, mocniej dociskając stopę do jego nogi i badając jego reakcję. -
I kiedy zaczynają kręcić? Muszę skompletować garderobę - dodała, w najlepsze kontynuując sabotaż pod blatem. Nagle znieruchomiała i uśmiechnęła się słodko. -
Mówił ci ktoś kiedyś, że wyglądasz jak Włoch? - zmieniła temat, po czym odłożyła kalendarz, skrzyżowała ręce na piersi i oparła się o oparcie krzesła z zadziornym uśmiechem.
𝑂ℎ, 𝑀𝑎𝑚𝑚𝑖𝑎 𝑀𝑖𝑎! 𝐻𝑒'𝑠 𝐼𝑡𝑎𝑙𝑖𝑎𝑛𝑜!