-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Znacznie łatwiej było jej pamiętać o granicach, kiedy gdzieś z tyłu głowy miała Michaela. Teraz jego postać rozmyła się już dawno temu, pozostawiając po sobie wolność i swobodę, którym przez ostatnie dwa lata dawała się pochłaniać. Towarzystwo Maxa pozwalało jej poczuć się sobą w pełni tak, jak przy nikim innym, a jednak musiała uważać, by się nie zapomnieć. Żeby nie poddać się pokusie postąpienia o krok dalej i nie wciągnąć ich w coś, czego oboje mogliby żałować. Zwłaszcza, że mieli wiele do stracenia. I to w momencie, w którym dopiero na nowo to odzyskali, a dzisiejsze podzielenie się swoimi sekretami tylko pogłębiło to, co było między nimi. Nie mogła tego popsuć.
Pewnie po części dlatego zastanawiało ją, czy blondyn był w stanie podążyć za jej szaleństwem i wciąż nie do końca wierzyła jego słowom. Obawiała się, że kiedy nierozważnie przekroczy pewne nieodwracalne granice, i tak Max zniknie. A zdecydowanie nie chciała go znów stracić.
Co nie przeszkodziło jej w tym, żeby upewnić się, co wyczuwała w powietrzu. Jego wzrok utrzymujący się na jej ustach odrobinę za długo tylko to potwierdził. Pokręciła głową, starając się odwieść od niestosownych myśli, wzdychając w myślach, że sama sobie to robiła. Na jego słowa o gniewie wydęła wargę z udawanym zawodem. — Nie wierzysz mi - stwierdziła, unosząc przy tym brew. - Może to dlatego, że do tej pory przy Tobie zwyczajnie gryzłam się w język? Jeżeli odpowiednio zasłużysz, poznasz mój pełny potencjał - odparła z łobuzerskim uśmiechem.
Gdy na wspomnienie o obietnicy chłopak zaczął wypowiedź od wypowiedzenia jej pełnego imienia, miała przeczucie, co to oznaczało - zaczęło się poważnie. — Niewykluczone - mruknęła, czując niemal namacalnie zmniejszający się między nimi dystans, a do jej nozdrzy dotarł przyjemny zapach jego perfum. Wiedziała, jak bardzo niebezpieczna była gra, której się podjęli, lecz mimo to nie opuściła wzroku. Słyszała jego niższy tembr głosu, w którym czaiło się nieznaczne rozbawienie, widziała jego nieco uważniejsze spojrzenie niebieskich oczu, skupione na niej, a słowa dopełniały swego.
Świetnie zdajesz sobie sprawę z tego, że wcale nie chcę cię powstrzymywać. Miał rację. Była więcej, niż świadoma tego, że coś między nimi wisiało w powietrzu i teraz już nie była w stanie tego bagatelizować. Mimo alkoholu szumiącego jej w głowie wiedziała, że nie ubzdurała sobie ani jego reakcji, ani słów.
Ktoś musi, stwierdzenie niepostrzeżenie wkradło się do jej myśli, kiedy przez kilka sekund po prostu wpatrywała się w niego z lekko rozchylonymi ustami, których kąciki minimalnie drgały pod wpływem rozbawienia pomieszanego z niedowierzaniem. Najwyraźniej znał ją zbyt dobrze, może nawet lepiej, niż ona sama siebie.
— Innymi słowy - jestem tak podstępna, że nadaję się na tego złoczyńcę. Chyba nawet bardziej, niż Ty - przyznała ostatecznie, a z jej ust wymknęło się teatralne westchnięcie, choć sama nie była już pewna, czy powodem tego była własna refleksja, czy fakt, że blondyn ostatecznie się od niej odsunął. Miał w sobie zbyt wiele dobrych manier. A ona zbyt mało oleju w głowie. — Cholera, nawet pewnie byłoby mi do twarzy w pomarańczowym uniformie - dodała zaraz, ściągając przy tym nieznacznie brwi, kiedy wyobraziła sobie siebie w więzieniu. Pytanie tylko, czy uwiedzenie przyjaciela było wystarczającym przestępstwem, by ją skuto. W swojej ocenie wierzyła, że to powinno być zakazane. Może to dostatecznie zmotywowałoby ją do tego, by zaprzestać balansować na granicy ich przyjaźni. Tylko czy potrafiła?
— A jak powszechnie wiadomo, pewność siebie bywa zgubna - przytaknęła lekkim tonem, posyłając mu pełny uśmiech. Doskonale zdawała sobie sprawę z przekazu, którego nie trzeba było dobitniej zaznaczać. Najlepszym, co pozostało im w tej chwili to zmiana tematu. Zerknęła na rozłożone na blacie rzeczy gotowe do przygotowania kolacji. — Co nie zmienia faktu, że nadal jestem głodna. I ktoś tu nadal nie wstawił makaronu - zauważyła, spoglądając na Maxa przez chwilę spod przymrużonych żartobliwie powiek, po czym wzięła garnek do ręki. - Ale żeby więcej nie posądzano mnie o niegościnność, dobrotliwie Cię wyręczę - uznała z czającym się na ustach rozbawieniem, mijając go w drodze do kranu. — Byłabym jednak niezmiernie wdzięczna za napełnienie szkła bursztynowym napojem bogów - rzuciła do chłopaka przez ramię ze śmiechem, choć obecny w jej ciele alkohol sprawiał, że trochę zaczynał wirować jej świat, nieświadomie wprawiając ją w nieznaczne kołysanie.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Prychnął pod nosem na wzmiankę o pomarańczowym uniformie i przez moment po prostu się jej przyglądał; rozluźnionej z czerwonymi wypiekami na policzkach od alkoholu, tak niebezpiecznie pięknej w tym swoim chaosie. I chyba właśnie to było najgorsze — że znał ją od lat, wiedział o niej więcej niż większość ludzi, a mimo to dziś patrzył na nią inaczej. Uważniej - tak, jak nie powinien patrzeć na przyjaciółkę.
— Wiesz co? — odezwał się w końcu, kręcąc lekko głową, kiedy minęła go z garnkiem w dłoniach. — Dochodzę do wniosku, że to nie ja jestem tutaj zagrożeniem. — w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, jednak kryło się tam coś jeszcze, czego jeszcz nie potrafił - a może nie chciał? - nazwać. Odetchnął powoli i odwrócił się w stronę blatu, sięgając po butelkę whisky. — I dla dobra społeczeństwa chyba jednak nie powinniśmy sprawdzać, jak wyglądałabyś w więzieniu, bo jeszcze ktoś naprawdę gotów byłby popełnić przestępstwo tylko po to, żeby tam z tobą trafić.
Kiedy nalał jej alkoholu do szklanki, przez chwilę zatrzymał wzrok na jej dłoni. Delikatnie zacisnął palce na szkle, zanim podał je Adeline, ale tym razem nie pozwolił sobie na żaden dwuznaczny gest. Żadnego przypadkowego dotknięcia. Żadnego skracania dystansu. Wręcz przeciwnie — odsunął się od niej odrobinę, opierając biodro o kuchenny blat.
— Makaron zaraz będzie, wasza wysokość — mruknął z rozbawieniem. — A potem grzecznie zjemy kolację i spróbujemy nie doprowadzić do kolejnych katastrof. To i tak już wystarczająco dziwny wieczór. — uśmiechnął się lekko.
KONIEC
Adeline Covington