23 y/o
Enjoy the simplest things
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Nie miał w zwyczaju przesadnie indagować wierząc, że Gauthier dożył jakoś dwudziestu czterech lat i nie był to wyłącznie łut szczęścia, więc zamiast wiercić mu dziurę w brzuchu o felerny staw, Milo po prostu skinął krótko głową i wysupłał dłoń spod jego barku.
Wciąż twierdzę, że nigdy nim nie byłeś, ale okay 一 zgodził się nie mając lepszego wyjścia, obie ręce unosząc przy tym w geście kapitulacji. 一 I nie słodź mi, nie... yh, jasne 一 zmienił kurs zdania w połowie, dalej ciągnąc coś mrukotliwie i pod nosem. Pochwała wzięła go nieco pod włos i sądząc, że odwrócenie głowy oraz szybkie odejście o parę kroków, udał, że wcale nie zagotował się w środku. Nie był dość inteligentny by dostrzec w tym pattern, jaki dla Gauthiera wydawał się był oczywisty.
Znajomy widok koślawych liter i żałosnej próby artystycznej zdołał odwrócić jego uwagę dość, by dojrzewający na jego policzkach róż przyblakł.

Coś słyszałem. Hej, w sumie może byłbym znośniejszy, gdyby odjęło mi trochę szarych komórek? 一 Nie do końca brzmiało to jak propozycja żartu, zwłaszcza kiedy Milo wsparł się dłońmi w biodrach i obrócił głowę przez ramię; oczy błyszczały mu żywo wesołością, ale również czymś, co zwykle pojawiało się kiedy angażował się w jakiś nowy pomysł. Bez znaczenia, czy akurat był on zły czy dobry, Rivera wyglądał wówczas jednocześnie jak natchniony i w jakiś sposób kompletnie niezdrowo. 一 Widzisz to? Sam pomyśl... 一 ciągnął dalej, po czym obrócił się na pięcie i splótł palce obu rąk za plecami. Kołysząc się na podeszwach podszedł bliżej starając się uniknąć światła by nie oślepnąć na kolejne kilkanaście sekund. 一 Głupiutki Milo, bezmyślnie układny i zachwycony każdym twoim pomysłem. Może nawet byłbym uroczy?
Pytanie zawisło w kłopotliwym balansie pomiędzy żartem a faktycznym oczekiwaniem szczerej odpowiedzi. Obserwował jego wargi spod przymrużonych powiek, szukając drgnięcia w jakąkolwiek ze stron, dzięki czemu byłby w stanie poznać odpowiedź szybciej niż Dylan by ją zwerbalizował.
Myślał o tym czasami.
Może nie spędzało mu to snu z powiek, nie wpływało na mocno schematyczny, wytyczony w punktach plan dnia, ale zdarzało mu się zerkać czasami na Gauthiera - choćby podczas ich filmowych wieczorów, gdy obydwaj udawali, że wciąż oglądają - i zastanawiać się czy nie byłoby mu prościej gdyby wybrał kogoś innego. Kogoś mniej Milo.

Zapytany o upchnięte pomiędzy M. i R. zagadkowe F. otworzył oczy nieco szerzej i porzucając poprzedni temat wyrzucił z siebie ciche oh na wydechu. Obrócił się z powrotem w stronę inicjałów i z rękoma zaplecionymi na piersi wsparł się o ścianę bokiem.

Mam na drugie Francisco 一 wyjaśnił rzeczowo, zaskoczony odkryciem; faktycznie, nigdy mu przecież nie powiedział. 一 A ty masz jakieś, czy to niezbyt popularne w Kanadzie?
Dla niego Dylan był po prostu Dylanem, Gauthierem, kiedy trzeba było podnieść rangę i wagę rozmowy, ewentualnie un pesado gdy z jakiegoś powodu mężczyzna doprowadzał go do szału. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy figurował w jakichkolwiek innych wariantach.
Momentalnie zmarszczył brwi i spojrzał na niego z wyrzutem; teraz zapewne rzeczywiście - Dylan był, w istocie, un pesado.

Jaja sobie ze mnie ro... joder, to jest CZASZKA! Widać przecież, że... tutaj są te, no... tu powinny być oczy, ale farba trochę ściekła, może... po prostu ze starości się zatarło, wtedy było wiadomo 一 obruszył się nagle wrażliwy, mimo że fakt absolutnego braku talentu plastycznego był w jego przypadku powszechnie znany i należało go co najwyżej zaakceptować. Fuknął jeszcze rozeźlony, gdy Gauthier postawił nogę zbyt blisko i w odpowiedzi Milo syknął na niego, a następnie zdeptał, jakby miał pięć lat.
Szczęśliwie dla Dylana, postanowił przeżuwać gorycz z odległości, więc kiedy pod ścianą trwała walka o znalezienie czegoś, co pozostawiłoby po sobie trwały ślad, Milo odszedł na bok by dla zajęcia czymś rąk zacząć przeorganizowywać na nowo swój plecak.
Słyszał skrobanie, bezowocne stukanie markerem o niewzruszony tynk, ale nie podnosił wzroku nadal uparcie rozlokowując swoje klamoty w tych lepszych miejscach.

Hmm? Mam nadzieję, że nie namalowałeś drugiej, bo... oh. 一 Właśnie dojrzał coś, co z pewnością nie było bardziej udaną wersją czaszki, ale kiedy porzucił swój plecak by podejść bliżej odkrył, że od samego początku się mylił. Gauthier wcale nie chciał zrobić mu na złość. Po prostu... cóż. Był sobą.
Obleczone w ramkę z serca inicjały przez parę sekund zdawały mu się obce, odklejone od tego co tu i teraz, ale im dłużej na nie patrzył tym bardziej docierało do niego, że w wytyczonych wyraźnie granicach geometrycznego kształtu istniało miejsce dla niego.
Mrugnął chyba trochę za późno, miał wrażenie, że nawdychał się za dużo pyłu i gardło ścisnęło mu się jakoś konwulsyjnie. Zanim pozwoliłby sobie niebezpiecznie zagłębić się w detale, przechwycił od Dylana ołówek i wykreślił pod spodem coś od siebie: matematyczny, zupełnie nieromantyczny wzór.

Wzór na kardioidę 一 wyjaśnił pokrótce, kiedy cisza przypomniała mu, że jego pojęcie romantyzmu było zupełnie odmienne od dylanowego. Prawdopodobnie od większości osób również. 一 Serce na grafie? No wiesz. 一 Stuknął go lekko łokciem, patrząc na to, co po latach pojawiło się na ścianie. Dwie wersje z tym samym rozwiązaniem.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podważanie prawdomówności względem garstki letnich wakacji spędzonych na bieganiu po lesie pod okiem drużynowych zarobiło Milo ostrzegawcze spojrzenie i jedynie ucieczka od pochwał uratowała go przed żywą dyskusją. Reakcja została zanotowana, nowe odkrycia zaszufladkowane z wcześniejszymi i to starczyło by udobruchać go w pełni.
- Jeszcze więcej? - mruknął, spoglądając na mężczyznę z ukosa na sugestie utraty szarych komórek. Na język cisnęło mu się wytknięcie, że wścieklizna bynajmniej nie wpływała wyłącznie na zdolności logicznego myślenia i był to najmniejszy problem nosiciela, jednak pociągnięcie tematu przez Riverę i tak poszło już w kompletnie nieoczekiwanym kierunku. Uniósł pytająco brwi na jego mały teatrzyk i prychnął śmiechem na samo użycie słowa "układny", w końcu wywracając oczami w ramach podsumowania całego pomysłu.
- Zanudziłbym się na śmierć - zawyrokował, nawet nie próbując wyobrażać sobie życia z przedstawioną wersją Milo po lobotomii. Jak w każdym związku, między nimi także pojawiały się zgrzyty, niedogadania, a czasem nawet i rękoczyny, przy czym Dylan nigdy nie uznałby tego co mieli za jakiekolwiek wyzwanie. Z każdym dniem uczył się go lepiej, dowiadywał się o nim więcej i chociaż nie zawsze szło to całkowicie gładko, nie miał go za trudnego w obyciu, a ciągła gra w przeciąganie liny i wspólne potykanie się o wzajemne różnice miały swoje stałe miejsce wśród powodów, dla których chciał trzymać go blisko siebie i nie puścić. - A bardziej uroczy być nie możesz - dodał schodząc do konspiracyjnego szeptu i trącił go zgiętym palcem wskazującym pod brodą. Nawet jeśli Rivera tego nie widział, Dylan rozpływał się w środku za każdym razem, kiedy ten wpadał w słowotok na temat nowego projektu lub wychodził z pokoju z włosami roztrzepanymi na wszystkie strony wkoło upchniętego w nich ołówka i w trzydniowym swetrze upaćkanym niezidentyfikowanymi substancjami. Zwykle witał go wtedy cierpiętniczym westchnieniem na widok plam błagających o wywabienie i podsuwał mu pod nos talerz z nuggestami w kształcie dinozaurów w ramach desperackiej próby wyciągnięcia go z technicznego transu, jednak dokładnie w takim Milo się zakochał i nie wyobrażał sobie zmiany na cokolwiek innego.

Nowa informacja zdawała się zaskoczyć go tak samo jak Milo, nawet jeśli sam o to dopytał. Miało sens, oczywiście że tak, jednak fakt odkrycia jego pełnych personaliów dzięki graffiti w opuszczonej cegielni wydawał mu się absurdalnie zabawny.
- Francisco - powtórzył, sprawdzając jak leżało mu na języku i na ile pasowało do mężczyzny opierającego się o ścianę. - Ładnie. François - podrzucił swoją wersję z uśmiechem zdradzającym, że był w pełni przygotowany na oberwanie za bezczeszczenie jego imienia francuskim. - Ervie - przedstawił się własnym ze skinieniem głową, jakby pierwszy raz wpadli na siebie na ulicy. - Dość popularne, chociaż mało używane. Przynajmniej w Quebecu odeszliśmy od trzech minimum - podzielił się małą ciekawostką, wzdrygając się na myśl o konwencji, według której nazwani zostali jego dziadkowie i rodzice. Oni także na co dzień używali tylko jednego, aktualnie nawet podczas ogarniania oficjalnej dokumentacji dało się pomijać drugie i trzecie imię, w związku z tym Dylanowi nawet nie przeszło przez myśl by zacząć ten temat wcześniej. Wybuch frustracji nad (nie)czaszką przyszedł mu z odsieczą zanim pozwoliłby sobie uciec myślami za daleko w stronę kwestii tego, które nazwisko najlepiej pasowałyby do obu imion Milo.
- Ach - mruknął na wyjaśnienie obrazka, chociaż wyraźnie bez przekonania. Przechylił głowę najpierw w jedną, potem w drugą stronę, zmrużył oczy, spróbował skupić się na ściekających oczodołach i w końcu, jakby miał przed sobą iluzję optyczną i właśnie dopatrzył się królika zamiast kaczki, pokiwał głową z entuzjazmem. - A tak, faktycznie. Bardzo... stylizowana - podrzucił, naprawdę starając się zachować powagę, chociaż na przydeptanie i obrazę majestatu nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Nawet jeśli poza stawem miał odczuwać jeszcze podeptaną stopę, było warto.
Po skończeniu własnego małego dzieła sztuki, szczerząc się jak nastolatek do swojego obiektu westchnień, co nie było szczególnie daleko od faktycznego stanu rzeczy, poczekał aż Milo mu się przyjrzy. Zajęło to nieco dłużej niż sądził, w pewnym momencie miał nawet ochotę pomachać mu dłonią przed oczami by sprawdzić czy ten zawiesił się na amen, jednak widząc ruch i znaki życia bez walki oddał mu ołówek i prześledził wzrokiem powstający na ścianie wzór. Zmarszczył czoło w niezrozumieniu, co pogłębiło się nawet po uzyskaniu nazwy wzoru, a dezorientacja została zastąpiona wesołym, rozbawionym uśmiechem na bardziej obrazowe wyjaśnienia.
- I ty śmiesz twierdzić, że nie jesteś uroczy? - prychnął z niedowierzaniem i postukał go w dłoń by zwrócił mu ołówek. - Ale jak tak się bawimy... - mruknął i przechylił się z powrotem bliżej ściany by przyjąć wyzwanie i naszkicować obok jego wzoru uproszczone, anatomicznie poprawne serce. Tym samym pod typowym, szczeniackim symbolem znalazło się miejsce dla skrawków ich samych, bardziej personalnych i koniec końców grających w tym samym rytmie.
- Chcesz spróbować swoich sił z nową czaszką? Może tym razem nie ścieknie - zaoferował, zerkając na bok jego twarzy z pełną świadomością, że macha mu czerwoną płachtą przed twarzą.

Milo Rivera
tucha
23 y/o
Enjoy the simplest things
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Milo mimowolnie skrzywił się przy próbie przełożenia jego drugiego imienia na wersję francuską, jego prywatna awersja do tego języka nie wygasła pomimo w miarę regularnego współdzielenia ostatnimi czasy łóżka z osobą, która reprezentowała zgoła odmienny biegun. Dylan robił to chyba z odruchu - takie miał wrażenie - i mógł równie dobrze nie zawsze być świadom, że coś, co posiadało swój odpowiednik w ogólnie rozumianym angielskim, w jego ustach zaczynało przypominać dziwne chrząknięcie albo fuknięcie brzmiące jak pozbawione szkieletu i akcentu słowo.
Brak wyraźnej artykulacji i ostrych krawędzi stało w sprzeczności z leksykalnymi nawykami Rivery, który pochodził z miejsc w jakich język miał być co do zasady łatwy w wymowie i czytelny, bez konieczności marnowania czasu nad dywagacjami o semantyce, kontekście i przesadnie skomplikowanej gramatyce. Jego podejście do życia również zdawało się tłumaczyć tę niechęć. Dla kogoś, kto nawykł do pośpiechu, konieczności podejmowania decyzji w perspektywie sekund, podejmującego się prac grożących kontuzją wszelakiej maści do wyboru do koloru, a więc niosących ze sobą potrzebę sprawnego i krótkiego komunikowania, ów romantyzm i potencjał do językowych gier nie miał racji bytu. Tam, gdzie Dylan utykał jak kwiatki swoje perfumowane, wdzięczne ozdobniki, tam Milo wolał widzieć konkretne i nie niosące wątpliwości co do znaczenia meritum. Doszukiwania się ukrytych znaczeń pod niedopowiedzeniami nie miał w zwyczaju.
Ervie 一 powtórzył za nim, raz na głos, raz pod nosem, praktycznie niesłyszalnie. Czasami potrzebował odbić coś niczym echo, w innym wypadku istniało ryzyko, że pamięć pochłonie szczegół i Milo nie będzie w stanie do niego dotrzeć. 一 U was też wiążą to w jakiś sposób z nadaniem patrona? Mój pradziadek był podobno Francisco. Nie, żebym czuł się powierzony opiece jakiejś wyższej instancji, prawdę mówiąc, jeżeli on faktycznie kiwnął choć palcem to wolałbym jednak, żeby znalazł sobie inne zajęcie. Chujowo mu to wychodzi. 一 Ciężko powiedzieć, czy Milo naprawdę miał to na myśli czy starał się ubarwić historię, pewnym jednak było to, że nie byłby w stanie wskazać ani jednego przystanku na mapie swojego dotychczasowego życia, na którym czułby wyraźną ulgę. Wątpił również, by przyszłość miała okazać się łaskawsza, więc na każde nowum reagował z wyuczoną dozą dystansu i nieufności.
Patrzył z lekko przechyloną na bok głową jak spod ręki Dylana wychodzi encyklopedyczne wręcz serce, w skupieniu maltretując swoją dolną wargę zasysając się na niej od czasu do czasu lub skubiąc zębami w zamyśleniu. Mógł wyprodukować mu na poczekaniu kolejny wzór na idealną kardioidę, ale zmienił zdanie kiedy Gauthier zwrócił mu ołówek i testując swoje szczęście dźgnął go propozycją odświeżenia ułomnej czaszki. Rivera posłał mu jedynie nieprzychylne spojrzenie spod loków, z których kilka od panującego w budynku zaduchu zdążyły przykleić mu się do skroni i czoła.
Odrzucił głowę do tyłu chcąc pozbyć się ich łaskoczącej obecności, ale na niewiele się to zdało. Najwyżej przesunęły się o cal, ewentualnie dwa na bok.

Jeszcze jedno słowo i posłużysz mi za referencję.
Nie, miał inny plan.
Sfera fizyczna, bardzo szeroko pojmowana, w przypadku Milo była terytorium nieznanym, na którym kroki stawiał na chybił trafił. W kontaktach z innymi osobami dla własnej wygody i uproszczenia unikał skracania dystansu, przy Dylanie często nie był świadom konwenansu i pomijał pytanie. Chcąc czegoś - od zdarcia z niego swojej ulubionej koszulki do wyrażenia rzadkiej potrzeby intymności - Rivera zwykle po prostu sięgał zamiast uprzedzać. Tym razem również nie kłopotał się nadmiernym roztrząsaniem i nie marnował czasu, od razu chwytając go za rękę i przyciskając płasko jego dłoń do ściany nieopodal ich inicjałów.
Ołówkiem powiódł staranny kontur, nieco dłużej mozoląc się przy palcach. To, co początkowo wydawało się skąpym przejawem młodzieńczego wandalizmu zyskało nową warstwę znaczeniową, oczywistą wyłącznie dla nich i z tego powodu wyjątkową.
Jego własna dłoń również znalazła się obok, ale honory pozwolił czynić Gauthierowi, więc oddał mu kurczący się ołówek.

Ostatnia szansa na dodanie czegoś od siebie, chcę ci jeszcze pokazać co jest na górze.
Nie licząc dźwięku, który nie tak dawno temu słyszeli obydwaj, ale postanowili zbagatelizować.



Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Imię powtórzone głosem Milo wywołało w Dylanie dysonans poznawczy, gdy zdał sobie sprawę, że jedyną okazją do jego dotychczasowego użycia były upomnienia ze strony matki. Dla efektu używała wtedy obu imion i nazwiska, przez co, jak się właśnie okazało, kojarzył je przede wszystkim z przekonaniem o nadchodzącej karze. Wniósł jeden kącik ust w nieco nostalgicznym uśmiechu. Wychodziło na to, że nikt nie zwrócił się tak do niego od kilkunastu lat.
- No najlepiej się nie wykazał. Da się jeszcze zgłosić reklamację? - zgodził się w kwestii niezbyt użytecznego patrona, jako że prawdę powiedziawszy sam chętnie by się z nim rozmówił na temat spapranej roboty. Chyba, że to on był odpowiedzialny za zagonienie Milo do Toronto, w tym wypadku musiałby podziękować. - I w pewnym sensie też, tradycyjnie po chrzestnym. Mój to brat ojca, Ervin, więc dostałem jego ksywkę. Jakbym urodził się jakoś... dwadzieścia lat wcześniej, oficjalnie nazywałbym się, ekhm, Joseph Ervin Dylan Gauthier - wyrecytował z rozbawieniem. - Większość starszyzny ma u nas na pierwsze Marie albo Joseph, w zależności od płci, ale tylko trzecie jest używane na co dzień. Nie wiem kto to tak spierdolił, ale przynajmniej dotarliśmy do normalniejszej kolejności i ilości - podzielił się małą ciekawostką kulturową, ciągnąc myślami do tej rzeczywistości, w której się wychował. Nie do Ontario, gdzie pomimo bliskiego graniczenia ze swoją prowincją wciąż czasami czuł się jakby wyjechał z rodziną do innego kraju, a do ciasnego splotu tożsamościowego w jakim trzymał się Quebec. Nie bez powodu każdy kto stamtąd wyjechał uparcie zaciągał po francusku, doprowadzając osoby takie jak Milo do białej gorączki.
Mężczyzna zarzucający głową z jego lewej skutecznie ściągnął na siebie uwagę, a powód podrygów został zidentyfikowany dość szybko w rozproszonym świetle skierowanych na ścianę latarek.
- No już już, bo jeszcze bardziej się zagotujesz - upomniał go i po raz drugi od przebicia się na korytarz zaczął grzebać przy jednej z rękawiczek. Uwolnił już nieco spoconą dłoń by odgarnąć wilgotne loki z czoła Rivery, część zaczesując w tył, część upychając za jego uszami. Zdążył zapakować palce z powrotem zanim ta sama dłoń wylądowała płasko na ścianie.
- Coś mam...? Och, okay - mruknął, otrząsając się z chwilowej dezorientacji, gdy po pierwszej zakrzywionej linii zorientował się jaki był plan i rozstawił palce by zrobić miejscy nimi miejsce. Serce zabiło mu trochę żywiej, weselej, gdy Milo nie tyle przystał na uwiecznianie ich związku na ścianie bez wyśmiania go za dziecinność, co chętnie rozwijał ich mały projekt artystyczny o elementy będące niepowtarzalnie ich. Uparcie przytrzymując jedną rękę na ścianie odebrał ołówek i zabrał się za obrysowywanie nieco drobniejszej dłoni, wykręcając się i układając przedramiona na ukos, tylko by po skończonej robocie móc popatrzeć na to jak leżały obok siebie, w specjalnie wytyczonych dla nich miejscach.
- A tak, jeszcze coś. Daj mi sekundę - polecił, nie mogąc się dłużej powstrzymywać nachylił się by musnąć wagami jego kość policzkową i wymienił już starty ołówek na drugi, czerwony i tym razem działający marker. Uważnie przyjrzał się ścianie, znalazł sobie miejsce na wysokości górnego zawiasu pobliskich drzwi i jednym pociągnięciem zostawił po sobie małego, ale dość wyraźnego, karniaka. - Ok, już, prowadź - ogłosił, pakując wszystkie przybory z powrotem do kieszeń, z której przyszły, i zarzucił plecak na ramiona.
- To... co jest na górze? - podłapał, świecąc w stronę końca korytarza, gdzie według jakże dokładnych instrukcji miał znajdować się pierwszy, a potem i drugi zakręt. - Już dach? Ile tu było pięter? - upewnił się, jako że na zewnątrz nie skupił się szczególnie na liczeniu kondygnacji, zbyt zajęty samym faktem, że mieli się tam włamać. I jak na nielegalne wędrowanie po opuszczonym budynku, czuł się na tej randce wyjątkowo komfortowo.

Milo Rivera
tucha
23 y/o
Enjoy the simplest things
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Pomimo że sam dopytał i kiwał głową, było bardziej niż prawdopodobne, że miał zapomnieć o tym po paru minutach. Miał tendencję do gubienia tego typu informacji jak długopisów na wykładach, wszystko co nie nadawało się do praktycznego zastosowania zwykle nie pozostawało mu w głowie na długo, aczkolwiek posiadał również tę irytującą zdolność przypominania sobie o takich detalach w najbardziej przypadkowych momentach. Ervie został zatem wyparty jeszcze zanim Milo dociągnął ostatnią linię w okolicy nadgarstka mężczyzny przyszpilonego do betonowej ściany tak, jakby chciał go do niej przykleić na stałe. Ervie miał zapewne zyskać drugie życie przy okazji jakiejś awantury albo nagłej potrzeby zmiękczenia gauthierowego serca.
Jego własna dłoń drżała gdy jego wzorem Dylan odrysowywał mu ją obok swojej, a sam Rivera nie wiedział tak naprawdę czy to z powodu ekscytacji związanej z sentymentalnym tournée po przemysłowych halach czy siekiera jaką Diego zaserwował mu wcześniej z rana, a którą nazywał kawą uderzyła z opóźnieniem i doczekał się drgawek. Bardzo możliwe, że jedno łączyło się z drugim, Milo był zresztą wystarczająco szalony by podniecić się wizją obskoczenia najbardziej wątpliwych krokwi na piętrach i puszczenia się biegiem przez dziurawe lobby grożące wciągnięciem w otchłań piwnic pod spodem. Dylan prawdopodobnie nie znał go od tej strony, ale Rivera wciąż nie zdawał sobie w pełni sprawy z tego, że różnica mogła być aż tak widoczna z perspektywy drugiej osoby.
Poważnie? Ile ty masz... no nieważne 一 uciął w połowie, zdjęty jednocześnie atakiem na swój policzek jak i własną hipokryzją.
Przecież zachował się zupełnie dorośle rozmontowując instalację Camareny w przedpokoju.
Poczuł, że właśnie zapiekły go policzki i zbył ten łagodny wyrzut sumienia wzruszeniem ramion.

Na górze? Więcej korytarzy i pomieszczeń w jakich można się zgubić 一 poinformował gdy odzyskał rezon i wyprzedził go aby prowadzić. Jednocześnie przy którymś z kolei zbyt odważnie postawionym kroku i ugięciu się przykrytych pozostałościami linoleum desek bardziej niż powinny, Milo zaczął bardziej zwracać uwagę na ich kondycję i zamiast odpowiadać wyczerpująco zaczął uciekać się do przemruknięć i lakonicznych półzdań. Nieopodal pierwszej klatki schodowej prowadzącej na wyższe kondygnacje Milo zatrzymał się i zlokalizował pierwszą pułapkę w samym progu; ogromna dziura przymaskowana siecią wyrwanych z pomieszczenia służbowego kabli mogła zakończyć ich zwiedzanie dramatycznym akcentem.
Jego ręka wystrzeliła automatycznie w stronę Dylana. Palce zacisnęły się mocno na pochwyconym ramieniu, resztką refleksu zdążył go jeszcze szarpnąć za kurtkę i pociągnąć w tył.

Aguas! Szlag, trzeba zwolnić. Jest gorzej niż było, pójdziemy drugą klatką schodową. Żyjesz?
Jego palce wciąż czepiały się kurczowo rękawa, jakby nadal nie był pewien czy może go puścić. Snop światła skierowany na wyrwę ukazał jej ogrom i skalę zagrożenia, które czaiło się zaledwie kilkanaście metrów od miejsca, w którym beztrosko gryzmolili na ścianie, a chociaż Milo był obeznany z takimi niespodziankami podczas wypadów w ruderalne cmentarzyska tak jego spojrzenie skupiło się na moment na Gauthierze z taką intensywnością, jakby nie do końca wierzył w jego namacalność pod swoją ręką.

Obejdziemy to, musisz przykleić się do ściany. I jeżeli poczujesz, że coś zaczyna ci się za bardzo uginać pod nogami, najlepiej spieprzać skąd się przyszło. Okay? No to chodź.
Przełknął ślinę, jabłko Adama drgnęło mu nerwowo, ale poza tym Milo wydawał się być spokojny z nowo odkrytym zagrożeniem. Kiedy wyswobodził Dylana z żelaznego chwytu mnącego mu rękaw i cofnął się pod ścianę jak najdalej od ogromnej dziury odcinającej ich od klatki schodowej, przylgnął do niej płasko plecami i przeszedł na próbę pierwszy, ostrożnie stawiając każdy krok.



Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyraźnie przez moment potrzebny do przetransportowania się od ściany z przedszkolnymi malunkami w stronę kolejnej klatki schodowej prowadzącej w nieznane, poczuł się odrobinę zbyt komfortowo. Całkowicie zapominając o potrzebie patrzenia pod nogi i uważania na potencjalne zapaści czy wyrwane drzwi, maszerował dziarsko u boku Milo dopóki ziemia nie usunęła mu się spod nóg i to w bardziej dosłownym sensie niż by chciał. Z uniesionym w połowie kroku trampkiem i urwanym w gardle oddechem został zmuszony do złapania równowagi, gdy niespodziewanie stanowcze szarpnięcie cofnęło go do bezpieczeństwa.
- Joder - mruknął bezwiednie przekleństwo rzucane w jego otoczeniu częściej niż jakiekolwiek inne w ciągu ostatnich kilku dni, gdy snop światła odkrył przed nim dziurę, w jakiej mógł przedwcześnie zakończyć ich małą eskapadę. Bądź swoje życie. - Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz - odpowiedział żartem, chociaż bez szczególnego przekonania. Płaska i instynktowna próba zbycia zmartwienia Rivery słabo chowała fakt, że otarcie się o zagrożenie faktycznie go przeraziło i im dłużej patrzył na przebijającą przez plątaninę kabli ciemność, tym ciaśniej zbijał się supeł w jego żołądku. - Wszystko gra - odparł poważniej po głębokim wdechu, zerkając na mężczyznę z niemrawo, acz wdzięcznie, uniesionym kącikiem ust. - Mój bohaterze. Ponownie - dodał, najwyraźniej stając przed potrzebą stworzenia licznika sytuacji, podczas których Milo przyszedł mu z odsieczą podczas jednego spaceru po fabryce.
Drobne potknięcie nie miało zniechęcić go do dalszej podróży, niemniej obrana przez Milo droga spotkała się z momentalnym powątpiewaniem w słuszność decyzji jego przewodnika. Dylan rzucił mu nieco zaalarmowane spojrzenie na instrukcję i jeszcze raz spojrzał na dziurę.
- Jesteś pewny...? - zdążył zaledwie zacząć wyrażać swoje przemyślenia, gdy zwrócił uwagę na fakt, iż ten już przymierzał się do ściany. - Okay, czyli jesteś - wymamrotał na wydechu, utrzymując intensywne spojrzenie na powoli poruszających się nogach Rivery. Po odczekaniu chwili potrzebnej do upewnienia się, że ich wspólna waga nie zniesie ich piętro niżej w trybie natychmiastowym, poszedł w jego ślady. Pomimo czarnego scenariusza kończącego się w najlepszym przypadku w łóżku szpitalnym, ciekawsko zerkał w stronę wybrakowanej podłogi, przy jednym kroku kopiąc drobny kamyczek do dziury by sprawdzić jak długo zajmie mu stuknięcie o następną powierzchnię płaską.
- Zgaduję, że tego też tu wcześniej nie było? - dopytał, poruszając się ślimaczym tempem po krokach Milo. - I nie wiem, może to błąd laika, ale to ci nie wygląda na wiesz, celowe? - podrzucił, tym razem bardziej na serio niż podczas wcześniejszych historyjek o czyhającym na nich mordercy. Rozproszony analizowaniem układu kabli, których oryginalne miejsce na pewno nie znajdowało się na środku korytarza, na niepokojący dźwięk pod stopami momentalnie zapomniał o otrzymanej złotej radzie i zamiast wracać tam skąd przyszedł, dwoma pospiesznymi krokami na czubkach palców pokonał resztę drogi do stabilniejszego kawałka podłogi. Przez ramię obserwował rozchodzące się głębiej pęknięcia w miejscu, w którym wcześniej stał, przy akompaniamencie stukotu osypującego się piętro niżej sufitu. - Ruchy, piękny - rzucił do mężczyzny tonem zarówno pospieszającym, jak i proszącym, odpuszczając sobie wszelkie wcześniejsze zaciekawienie głębokością rozpadliny. Już nie chciał tego sprawdzać, zwłaszcza że do końca rzuconego im wyzwania mieli jeszcze kawałek drogi.

Milo Rivera
tucha
23 y/o
Enjoy the simplest things
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Pytanie o pewność co do kolejnego ruchu zaskarbiło sobie z jego strony lekko zdezorientowane spojrzenie w formie niejednoznacznej riposty, bo przecież właśnie zgodnie z własną radą prześlizgiwał się pod ścianą testując każdy kolejny krok na wypadek, gdyby miał być jego ostatnim. Milo niczego w życiu nie był pewny - no, może poza dokładną wartością stałej Plancka - więc pomimo odważnie obranego kursu wyłącznie wzruszył ramionami.
Tej ścieżki tutaj jestem bardziej pewny niż tamtej o tam 一 odezwał się gdy w ciągu kolejnych kilku minut przy znacząco zwolnionym tempie nasłuchiwali skrzypnięć podłogi. 一 Daleko do gwarancji bezpieczeństwa, ale bywało gorzej.
Z odpowiedzią o podejrzenie celowego zamaskowania wyrwy zdawał się nie spieszyć, choć nie wyrzucił tej możliwości z głowy. To, podobnie jak parę innych śladów jakie wpadły mu w oko odkąd znaleźli się na korytarzu zwróciło jego uwagę, ale na ten moment, zgodnie z własnymi przyzwyczajeniami, postanowił analizować sytuację dynamicznie.
Zauważalnie ucierpiała na tym jego gadatliwość z jaką ograniczył się do minimum, a brak kąśliwej riposty na wcześniejszy docinek Dylana sugerowała, że Milo chwilowo priorytetyzował coś zupełnie innego.


Klatka schodowa na wyższe piętro przypominała kadr wyrwany z jednego z filmów, jakie Gauthier pasjami oglądał z Pinto wieczorami, gdy Rivera zaszywał się w swoim pokoju i odmawiał towarzystwa.
W wielu miejscach przez beton na wierzch przeżarło się zardzewiałe zbrojenie, a zawilgocony tynk, tam gdzie nie liznęła go farba olejna, prezentował ciemne przegniłe freski na których widok maseczki opuściły plecak.
Wyżej powinno być trochę lepiej 一 zagadnął z naciskiem na „powinno“, gdy zawijał sobie gumki za uszy, a spojrzeniem wędrował po chuligańskiej kaligrafii w poszukiwaniu czegoś, czego jeszcze nie widział. Powoli podszedł do koślawej balustrady nie dającej żadnego poczucia bezpieczeństwa już na pierwszy rzut oka, przykucnął zaraz obok i wychylił głowę by zerknąć w dół. Poza ciemnością i pustką nie dopatrzył się niczego, czego nie powinno tam być, więc w oczekiwaniu aż Dylan upora się z maseczką uparcie gapił się w wycinek niższych pięter oferowany przez klatkę schodową.
Nie spodziewałem się, że to miejsce po prostu zacznie się tak... sypać? Chciałem pokazać ci wszystko, ale chyba lepiej będzie jak pójdziemy od razu na dach. Nie wiem czy...?
Milo nie dokończył pytania, choć usta wciąż miał otwarte, jakby resztę zdania pochłonął tłumik. Nieprzyjemne uczucie cierpnącego karku kazało mu chwilę wcześniej unieść głowę, a gdy zerknął wyżej coś mignęło mu ciemną plamą na schodach ze dwie kondygnacje wyżej, nie był jednak pewien co, gdzie dokładnie ani czy na pewno to widział. Znajome mrowienie w stopach nakazywało się ruszyć, ale wcześniej posłał snop światła latarki w miejsce w którym zdawało mu się, że nastąpił ruch.
Nie dostrzegł niczego.
Cisza przedłużała się nienaturalnie, nawet ogromny kompleks pustych pokoi, przemysłowych hal i piwnic gnijących wraz ze wszystkim co w nich zostało na dole umilkł, co frustrowało im bardziej Milo starał się coś w niej usłyszeć. Szuranie trampków Gauthiera wybiło go z tego skupienia, więc na oślep wyciągnął rękę w tył machając nią w dość czytelnym sygnale: nie ruszaj się.
Kolejne minuty wbrew oczekiwaniom i wstrzymanym oddechom nie przyniosły żadnych niespodzianek, aż wreszcie Rivera odetchnął z ulgą i obrócił głowę w kierunku Dylana by uśmiechnąć się pokrzepiająco.

Gotowy? Chodź, tylko nie zostawaj za bardzo w tyle. Tu jest trochę stabilniej, nie sądzisz?
Potrafił dość wiarygodnie pozorować spokój, jednak drugą ręką - tą, w której nie trzymał latarki oświetlającej im każdy kolejny stopień - ściskał scyzoryk z nowym, wytartym parę tygodni wcześniej wyżłobieniem w miejscu, w którym dawniej znajdował się niechciany inicjał.



Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prześlizgnąwszy się obok czyhającej na jeden nieuważny krok pułapki przemieszczali się coraz głębiej w tajemniczy świat ruiny, która miała okazję gościć w swoich murach zdaje się niezliczone ciekawskie dusze o różnorakich zamiarach. Tam gdzie Milo rozglądał się za zagrożeniami, Dylan chcąc nie chcąc dawał się rozproszyć co ciekawszym maźnięciom farbą, co niektórym lepiej zachowanym elementom architektury jak i dziurom w ścianach odsłaniającym wcześniej upchnięte pod tynkiem wnętrzności, z czego jedna część wystającego szkieletu zarobiła sobie przelotny dotyk rękawiczki.
- Mogłem wziąć szkicownik - przyznał, nie posiadając żadnych wcześniejszych oczekiwań wobec stanu i stabilności zwiedzanej konstrukcji. Dopóki podłoga nie waliła mu się pod nogami, jak jeszcze parę minut wcześniej, był kontent by wyjąć z ich małej wycieczki jak najwięcej. Aktualnie rozciągająca się przed nimi klatka schodowa, długie cienie rzucane przez częściowo oświetlone elementy budowli i zniszczenia wywołane zarówno przez czas jak i ludzką rękę kreowały obraz proszący się o uwiecznienie. Jednocześnie wątpił, by przełożenie na papier aktualnego widoku nawet z zachowaniem idealnych proporcji i kątów oddałoby atmosferę sklejającą to wszystko w całość.
Poprawiając na nosie maseczkę, by ta nie wchodziła mu za bardzo w pole widzenia, zerknął niespokojnie w stronę Milo, zaalarmowany nagłą ciszą. Z oczami skaczącymi kontrolnie po całym jego ciele, najbliższej okolicy i kierunku, w jaki wycelowana była latarka, nasłuchiwał potencjalnego powodu dla którego otoczyła ich całkowita cisza. Nie dostrzegając żadnego bezpośredniego zagrożenia z miejsca w którym stał, zdążył zrobić w kierunku balustrady dwa kroki zanim jednoznaczny gest nakazał mu pozostanie w miejscu. Ściągnął brwi we frustracji, ponownie próbując dojrzeć to, co mogło zestresować Riverę i bezskutecznie wytężając słuch podczas nieznośnie wydłużających się sekund, a później minut.
Koniec wyczekiwania, uśmiech i sugestię pójścia dalej jak gdyby nigdy nic skomentował niedowierzającym prychnięciem.
- Nie. Stop. Tak się bawić nie będziemy - wytknął, dla podkreślenia chwytając go za rękaw kurtki i wstrzymując w miejscu zanim ten zdążyłby pokonać kolejny stopień. - Coś widziałeś? Słyszałeś? - dopytał utrzymując cichszy rejestr, w razie jakby ten próbował zachować dyskrecję przed czymś, co zauważył. Brak jasnych informacji dawał mu zbyt wiele pola do popisu, poza założeniem że mieli do czynienia z seryjnym mordercą, albo bardzo inteligentnym zombie, zaczął czuć się jak tajny agent na misji. - Już któryś raz spinasz się jak kot, który wlazł na folię aluminiową, więc jak masz jakiś szósty zmysł co do opuszczonych budynków to możesz mnie, wiesz, wtajemniczyć - zasugerował i uśmiechnął się dla dalszego rozbicia napięcia. Starał się być ostrożny i zdawało mu się, że rozumie potencjalne zagrożenia, jednocześnie byli tam w ramach rozrywki i nie próbował robić mu wyrzutów.
- Jeśli prowadzisz mnie na pożarcie to spoko, też możesz mi powiedzieć, raczej i tak za tobą pójdę - zapewnił i rzucił okiem z powrotem w miejsce przy balustradzie, gdzie Milo spędził dobre kilka minut na słuchaniu otaczającej ich ciszy. - Możemy od razu skoczyć na dach. Nie, czekaj, źle to ująłem. Możemy wejść na dach tym razem i przygotować się lepiej na następny? Z uwzględnieniem sypania się. Jakieś liny, spadochron? - wyliczył, unosząc kącik ust i spoglądając na mężczyznę z wesołym błyskiem w oczach. Jak zawsze próbował go rozbawić, tym razem starając się także trochę go rozluźnić, nie wierząc że po tak długim przetrzymaniu go w bezruchu i całkowitym milczeniu odbił się do pełnego spokoju ducha.

Milo Rivera
tucha
23 y/o
Enjoy the simplest things
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

W przeciwieństwie do Dylana Milo postrzegał świat w sposób bardziej techniczny. Jego punkt widzenia nie posiadał tego romantycznego filtra pozwalającego oglądać życie przez romantyczny filtr, niszczejące wnętrze zapuszczonej cegielni przedstawiało dla niego wartość owszem, sentymentalną, aczkolwiek nie przyszłoby mu do głowy aby w jakikolwiek sposób próbować je uwiecznić. Od estetyki o wiele bardziej interesował go dopuszczalny udźwig konstrukcji, który z biegiem lat zapewne zmalał, to, czy takich niespodzianek jak przymaskowana kablami dziura na korytarzu znajdą więcej oraz upewnienie się, że w odsuniętym od cywilizacji kompleksie byli sami.
I właśnie co do tego ostatniego miał obecnie najwięcej wątpliwości.
Złapany za rękaw zachwiał się i cofnął o krok, przez moment unikając spojrzenia Dylana i tylko żując w namyśle swoją dolną wargę pod maseczką. Nie lubił dzielić się tym, czego nie wiedział na pewno.
Wydaje mi się, że mogłem coś widzieć 一 wyjaśnił krótko, wyraźnie kładąc nacisk akcentem na część wyrażającą wątpliwość. 一 Na klatce schodowej piętro wyżej, ale równie dobrze to mógł być kot albo w ogóle mi się przywidziało. Nie słyszałem niczego, co mo...?!
Resztę rozwinięcia Milo wessał wraz z powietrzem, gdy za jego plecami prosto w otchłań niższych pięter spiralki schodów ni z tego ni z owego spadł cały pustak. Rivera wyprostował się tak gwałtownie, że aż boleśnie i obrócił się w tym samym momencie w którym cegła rąbnęła w balustradę w okolicach parteru, a huk rozniósł się echem przez labirynt korytarzy i opustoszałych pomieszczeń.

Z góry 一 syknął rozeźlony, ze wzrokiem wbitym sztywno w wąski przepust pozwalający na rzucenie okiem na wyższą kondygnację, jednak z tej perspektywy nie dało się niczego wypatrzeć, a nie zamierzał ryzykować i wystawiać tam własnej głowy. 一 To znaczy, że wracamy. Dylan, teraz.
Nie ciągnął rozmowy, nie próbował dyskutować. Pobladł również na twarzy, a wargi zacisnął w cienką linię gdy chwytał Gauthiera za łokieć i wykręcał się z nim w stronę korytarza z którego dopiero co przyszli. Sytuacja nie skłoniła go jednak do przyspieszenia kroku; z tą samą ostrożnością choć nieco bardziej spoconymi dłońmi stawiał kroki na wydeptanym wcześniej przejściu pod ścianą, co jakiś czas rzucając nerwowe spojrzenie i snop światła w ciemność za ich plecami.

Wybacz, miałem dla nas inne plany 一 syknął konspiracyjnie po raz kolejny, zwalniając w miejscu w którym podłoga skrzypnęła parę tonów wyżej niż poprzednim razem. Każda zmiana w tym momencie zdawała się być sygnałem ostrzegawczym. 一 Miałem nadzieję, że chociaż dach i... czy ja mam kurwa zwidy?
Rivera wyhamował ostro, a jego głos wywindował odrobinę na widok drzwi, które uprzednio leżały usłużnie w przejściu na pierwszą klatkę schodową, tą którą przyszli. Teraz skrzydło całkowicie zasłaniało przejście i uniemożliwiało powrót znajomą drogą, przez co Milo pozwolił sobie na krótko zakwestionować swoją orientację w terenie. Wówczas jego spojrzenie padło na ścianę z wyrysowanymi dłońmi i karniakiem zostawionym przez Gauthiera. Liznął je snopem światła by wprowadzić Dylana w swoje odkrycie.

Więc... być może zupełnym przypadkiem znaleźliśmy się w sytuacji 一 określił ogólnikowo, na razie wstrzymując się z wyciąganiem bardziej dosadnych wniosków. 一 To mi wygląda na wyjątkowo nieśmieszny żart, ale nie podoba mi się myśl, że mamy w takim razie przynajmniej dwie osoby, z czego jedna zakładam, wciąż jest na górze, a druga... joder, prawdopodobnie za nami. Gdzieś... gdzieś tutaj. Okay, zmiana trasy, wiem gdzie jesteśmy. Pójdziemy na parter, jest... myślisz, że dasz radę zeskoczyć z szybu windowego z wysokości pierwszego piętra?


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pikujący na parter pustak wykręcił głowę Dylana dość szybko by usłyszał we własnym karku strzyknięcie przypominające chrobot przeskakujących przerzutek w tym starym rowerze wyciąganym z piwnicy raz do roku. Mógłby zrzucić to na stary budynek, normalnie zaproponowałby nawet wdrapanie się na górę tylko w celu sprawdzenia skąd urwała się ta cegła, gdyby nie stanowiło to odrobinę zbyt dużego zbiegu okoliczności. Ufał instynktom Milo, pomimo zawahania w głosie uwierzyłby mu na słowo, a fizyczny dowód czegoś na górze jedynie zacementował obecność potencjalnego towarzystwa, a co za tym idzie - zagrożenia.
- Nie planuję iść się witać - zapewnił, przyjmując odwrót bez sprzeciwu. Może gdyby pierwszym kontaktem z nowym znajomym nie było skopanie z piętra kawałka betonu byłby nastawiony odrobinę bardziej pozytywnie, tymczasem złapany za ramię dał pociągnąć się po schodach w dół i przemierzonym korytarzem z powrotem w stronę oznaczonej zdaje-się-czaszką ściany.
- Cze-... - zaczął i nie dokończył, fizycznie zatrzymany w miejscu przez stającego przed nim Riverę. Szarpnął w tył w połowie kroku by nie wpakować mu się prosto w plecy, zerkając znad ramienia mężczyzny z bokiem klatki piersiowej przyciśniętym płasko do jego prawej łopatki. Odruchowo zatrzymał dłoń na jego przeciwnym boku w ramach asekuracji i zostawił ją tam na dłuższą chwilę w cichej próbie odjęcia mu odrobiny stresu. - O ile obaj nie naćpaliśmy się ołowiem to nie, nie masz - mruknął, wpatrując się przed siebie ze zmarszczonym czołem. Widok postawionych drzwi wywrócił mu żołądek do góry nogami, nagle wcześniejsze żarciki stały się znacznie mniej zabawne, a potrzeba oddania Milo kontroli nad sytuacją kłóciła się z rosnącą potrzebą wyprowadzenia go z otoczenia napinającego jego nerwy jak strunę. Sam odnalazłby się w tych korytarzach i logiczną decyzją było pójście za kimś, kto znał je jak własną kieszeń. Wyzwaniem było pozwolenie logice wygrać nad instynktem.
- Oczywiście, że to jedyna droga - wymamrotał, jako że z ich dotychczasowym szczęściem mógł się tego spodziewać. - Dam - odparł krótko, nie marnując czasu na rozważanie wszystkich przeciwwskazań, które potencjalnie przeważały nad zaletami. Ruszył za Riverą jak cień, rozglądając się wkoło i kontrolując tyły by nie dać się ponownie zaskoczyć. - Skoro grają w gierki to raczej unikają konfrontacji, ale jak znowu coś... kogoś zobaczysz, mów - poprosił, czy bardziej zażądał, nie chcąc już ani razu zostawać w niewiedzy, kiedy wkoło nich działy się dziwaczne rzeczy. Dotychczasowa swoboda zdawała się wywiać z jego ciała bez śladu, a chociaż zachowywał spokój, wyraźnie wziął ich sytuację na poważnie. Ktokolwiek krył się w cieniach, na klatkach schodowych i za wyłamanymi drzwiami, miał w tym momencie szczęście, że jeszcze nie spotkał ich twarzą w twarz.
- Zwykle jak ktoś znika w jednej z tych dziur, zakłada się, że już nie wyjdzie - zauważył, gdy znaleźli się przed metalową konstrukcją z otworem sięgającym parteru. Zajrzał nad krawędzią i przez chwilę próbował kalkulować na ile dało się z takiej wysokości skręcić kark, ostatecznie mentalnie wzruszając ramionami. Raz się żyje. - Sprawdzę czy nikt tam na nas nie czeka - poinformował go głównie by podkreślić, że tym razem zamierzał iść przodem. Przymierzył się do brzegu i ostrożnie spuścił się w dół szybu, puszczając się dopiero gdy wisiał na wyprostowanych rękach.
Stęchłe powietrze śmignęło wkoło niego w jednym szybkim zrywie i już w następnej sekundzie znalazł się na parterze. Gwałtownie, chaotycznie, zamiast na zgiętych nogach lądując na boku i przetaczając się na plecy by złapać powietrze. Zanim zorientował się gdzie jest góra, a gdzie zimny metal okurzonej podłogi, przyciągnął do klatki piersiowej pulsujący nadgarstek, który zamortyzował upadek. A potem przyszedł ból. Wypuścił głęboki jęk, odbijający się echem po ściankach szybu, a dopiero po dwóch oddechach zdał sobie sprawę, że cały czas ma zaciśnięte powieki.
- Żyję - zawołał, nawet jeśli kilka sekund wcześniej nie był tego taki pewny.

Milo Rivera
tucha
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”