ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
178 cm
Udziałowczyni w Wentworth Development / Prezenterka Telewizyjna w Vancouver
Awatar użytkownika
Skaza rodu Wentworth, utrapienie Campbella, życiowa pomyłka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001
Ceremonia pogrzebowa Alistaira była dokładnie taka, jak jego całe życie: wykalkulowana i na pokaz. Poppy tym razem nie założyła dżinsów — z szacunku do zmarłego ojca i samej siebie ubrała się skromnie, czarno i poprawnie. Siedziała w ławce z kamienną twarzą nie roniąc ani jednej łzy, podczas gdy matka i brat odgrywali swoje życiowe role przed obiektywami fotoreporterów. Była stonowana, cicha, wręcz niewidoczna.
A raczej chciała być niewidoczna… …ale nie była.Przez cały ten czas czuła na sobie jego spojrzenie.
Stał niedaleko i oczywiście ramię w ramię z jej bratem i matką. Poppy nawet nie patrzyła na niego wprost, raczej obserwowała go ukradkiem z bezpiecznej odległości, łapiąc tylko kątem oka profil jego szczęki czy ruch jego dłoni. Jakby bała się…
…jakby ją to bolało. I w sumie tak było, bo każde dłuższe zawieszenie na nim wzroku okazywało się bolesne. Gdy tylko patrzyła na Michaela w jej głowie odpalała się lawina wspomnień. Zapach kawy o świcie w ich kuchni, mrok korytarzy, w których ich drogi przecinały się, gdy Eleanor spała, a oni stawali się wspólnikami w zbrodni i wreszcie coś o czym tylko ona wiedziała — wyblakłe zdjęcie USG wetknięte za dowód osobisty. Sekret, który spalał ja od środka zmieszany z wyrzutami sumienia wobec zmarłej siostry był nieszczęśliwą kumulacją, która w Vancouver wydawała się przepracowana, ale teraz w obliczu spotkania z nim już nie była tego taka pewna.
Zamierzała ograniczyć kontakt z rodziną do minimum i tym samym, gdy tylko oficjalna stypa dobiegła końca - na szczęście! - Poppy nie miała najmniejszego zamiaru wracać do rodzinnego domu na posiedzenie. Plan był prosty: wpaść do willi tylko po to, by odebrać od nich klucze do starego domku nad jeziorem, który otrzymała w spadku. Chciała zaszyć się tam w kurzu, schować przed światem i jak najszybciej kupić bilet powrotny do Vancouver. Beatrice i Julian uparli się jednak, że przed wyjazdem muszą omówić coś n i e z w y k l e ważnego. Niechętnie podjechała więc pod rezydencje w Kingsway, którą niegdyś nazywała domem… choć nigdy nie czuła się w nim jak w domu. Zawsze było w nim za dużo miejsca, a za mało bliskości.
Przez ostatnie trzy lata w Vancouver naprawdę stanęła na nogi. Miała spokojna i stałą pracę, która ją uszczęśliwiła. Zyskała nowych znajomych, może nie było to zbyt szerokie grono, ale już od najmłodszych lat była bardzo świadoma tego, że więcej nie znaczy lepiej i tutaj ta zasada też działała.. Znalazła swoją rutynę biegając każdego dnia o świcie, pracując o stałych porach i obracając się wokół ludzi, którzy nie znali nazwiska Wentworth. przez moment chyba nawet wierzyła, że tamten wstyd, ból i poronienie zostawiła za sobą…
...ale wystarczyło znów stanąć na tym wysypanym żwirem podjeździe, by poczuć, że wszystko wraca ze zdwojoną siła.
Pchnęła ciężkie drzwi frontowe i weszła do holu. We wspomnieniach przemykały jej obrazy tych chwil, gdy z El biegały po tych schodach śmiejąc się radośnie i ukrywały się w wielkiej garderobie matki, która była miejscem ich paktów. Czuła, że jak nie ruszy z miejsca to pęknie, więc przełknęła wielka gulę rosnącą w gardle i ruszyła w stronę salonu, gdzie już siedziała ma matka z Julianem… oraz on.
Michael…? — w jej głosie dało się wyłapać lekkie zdziwienie. Opuściła to miejsce na trzy lata, ale nie była głupia i spodziewała się, że w dalszym ciągu będzie związany biznesowo z jej rodziną ale chyba nie przypuszczała, że do tego stopnia, by po wszystkim przesiadywać też tutaj.
Nie miała pojęcia, że za kilka chwil testament jej ojca rozszarpie ten idealny układ jako sobie wypracowali, gdy jej nie było.
Och, Poppy — znajome ciarki przemknęły przez jej ciało, gdy usłyszała głos matki. Mechanizmy obronne odpalały się na ten ton automatycznie, nie musiała nic robić, by spiąć się nagle jakby miała zaraz walczyć o przetrwanie. — Jak miło, że tym razem postanowiłaś uszanować powagę sytuacji i nie przebrałaś się za aktywistkę. Choć mogłaś przynajmniej ułożyć włosy… — Beatrice Wentworth tak właśnie miała, nie była głośna i wulgarna, ale chłodna i uszczypliwa w swojej uprzejmości.
Poppy nawet nie spojrzała na Michaela. Nie dlatego, że bardziej od pozostałych zasługiwał na ignorancję, ale dlatego, że jako jedyny z tej trójki był tym, który widział jak pęka, że bywa słaba, że potrafi się rozsypać. Skoro zrobiła to raz skąd mogła wiedzieć, że nie uczyni tego ponownie. Był jej słabym punktem w tym pomieszczeniu, to dlatego musiała ignorować go mocniej. Uśmiechnęła się więc kpiąco do brata, który już szykował jakąś cięta uwagę w jej kierunku. — Trzy lata milczenia, a ty zjawiasz się akurat na odczytanie testamentu ojca. Jakie to przewidywalne — prychnęła z niedowierzaniem. — Przypominam, że to wy mnie tutaj ściągnęliście, ja chcę tylko odebrać klucze i nic tu po mnie — oznajmiła obojętnie nawet nie wchodząc głębiej, a już na pewno nie zasiadając z nimi do stołu. — Usiądź, proszę — nalegała matka. — Nie stój tak w przejściu, przypominasz mi wtedy Eleanor, gdy była chora… uprzejmość matki zmieszana z komplementem, bo przecież porównała ja do El, było już ponad jej siły. Ten jeden raz spojrzała na Michaela jakby chciała wyłapać, czy też to słyszał, bo to było tak popieprzone, że wręcz zdawało się nierealne. Szybko jednak spojrzała na człowieka, który najwyraźniej miał im coś do przekazania. Prawnik? Nieważne. Zapewne, naprawdę chciała mieć już to z głowy…
Mężczyzna chrząknął cicho i poprawił okulary, po czym rozłożył przed sobą wielką teczkę i zaczął czytać monotonnym głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. Nie czarujmy się, to była nuda - przynajmniej dla Poppy, która czekała na koniec, klucze i rzucone niedbale do następnego razu, a raczej pewnie pogrzebu. Liczby, fundusze powiernicze, podział nieruchomości. Matka, brat i Michael siedzieli wyprostowani wyczekując najważniejszego, bo przecież oczywistym było, że skoro to oni przez ostatnie lata rządzili już firmą to tutaj raczej nic się nie zmieni. — Przechodząc do kluczowych aktywów spółki Wentworth Development — zaczął, a w salonie nastała taka cisza, że mogła usłyszeć tykanie zegara na jednej z półek. — Mój klient Alistair Wentworth, podjął decyzję o ostatecznym podziale swoich osobistych udziałów i zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, pakiet kontrolny akcji blokujących przechodzi w całości na jego młodszą córkę, Poppy Wentworth — telefon w sposób niekontrolowany wysunął się jej z rąk,a dźwięk uderzenia o posadzkę i tak zginął pod oburzeniem matki i krzyków brata. — To absurd, ojciec był niepoczytalny! — a ona stała tam jak wryta nie bardzo rozumiejąc w ogóle z czym to się wiąże. Krew odpłynęła jej z twarzy przez co naprawdę przypominała siostrę na łożu śmierci. Nie żyła firmą, nie interesowała się ojcem i zupełnie nie rozumiała tego co działo się w tle, bo jej huczało w głowie. Prawnik jeszcze chwile tłumaczył rodzicielce, że to niepodważalne i próbował rozmawiać z bratem, a ona jak stała tak stała. Jak wryta. — Jeszcze jedna kwestia — mężczyzna wstał i podszedł do niej, kiedy w tym osłupieniu próbowała trzymać się na nogach. — To klucze do posiadłości nad jeziorem oraz list. List od pani ojca, który zgodnie z jego wolą miał być przekazany wyłącznie do pani rąk — czuła jak pozostali przyglądają się jej wnikliwie, ale ona wbiła oczy w kopertę na której nabazgrane było tylko jedno słowo: Poppy.
Ja… — była w szoku. — Muszę się przewietrzyć — wydusiła bardziej do siebie, po czym wyszła przed rezydencję i nerwowo zaczęła odpalać papierosa, aż klucze wypadły jej z ręki.
Niczego nie rozumiała i chyba nawet nie chciała zrozumieć.
Nie wiedziała czy tak właściwie chce otwierać kopertę. Chciałaby być w Vancouver.

Michael Campbell
Winnie the Pooh ( dc: winniethepooh91 )
38 y/o
For good luck!
180 cm
udziałowiec w Wentworth Development
Awatar użytkownika
wciąż próbuje poskładać swoje życie do kupy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjizależy
czas narracjijak leży
postać
autor

001. | outfit

Pogrzeb to niesamowicie przykra okoliczność, w trakcie której można bez problemu okazać jak bardzo nam żal utraty tej bliskiej osoby. I faktycznie - Michaelowi był ciężko, skoro ten człowiek wręcz w pewnym momencie życia mężczyzny zastąpił mu własnego ojca. Który, notabene, pojawił się na ostatnim pożegnaniu swojego współpracownika, choć jednocześnie nie zamienił słowa z własnym synem, nie uścisnęli sobie dłoni - nawet nie wymienili spojrzeń, choć młodszy Campbell niejednokrotnie spojrzał w jego stronę. Mama za to uśmiechała się, widząc iż napięcie w tym kościele pomiędzy nimi jest niesamowicie napięte, niemo próbując przeprosić za ojca i za jego zachowanie. Nie przejął się tym w sumie. A raczej - przestał to robić, gdy nagle pojawiła się ona.
Poppy bez słowa przybyła i znalazła się niedaleko rodziny Wentworth, chociaż to on znajdował się koło jej brata, gdzie to ona powinna stać i wspierać bliskich. Mimo to - nie chciała chyba spoufalać się z nimi na siłę, co totalnie rozumiał - wiedząc że to nie jest w jej stylu. Widział jak zachowywali się Ci dwoje - nie pojmując po co ta cała szopka. Michael z całej tej trójki zachował powagę, nie rozmawiając po prostu z kimkolwiek, a później swoje przenikliwe spojrzenie chowając pod ciemnymi okularami; chcąc się oddzielić od wszystkich na tyle, na ile to było możliwe.
Prawie całe wydarzenie starał się obserwować nie żonę czy syna Wentwortha - a tą, która miała być czarną owcą rodziny z wyboru wszystkich i samej siebie. Poppy zachowywała się kompletnie inaczej, niż na pogrzebie swojej siostry, nie wiedząc czy to jeden z tych dobrych, a może złych znaków. Trzy lata to w końcu dużo dla każdego, a tym bardziej tak młodej kobiety, która w pełni weszła do dorosłego życia, musząc zapracować na samą siebie bez możliwości odezwania się do rodziców. I to nie dlatego, że rodzice by jej nie pomogli - domyślając się, że po prostu jej własna duma nie pozwoliłaby na zrobienie takiego kroku.
Ostatecznie pogrzeb zakończył się, ostatnie pożegnanie wykonane, a oni przeszli na stypę, gdzie próbował chciał nawiązać jakiś kontakt z kobietą. Bo co już namierzył ją samą i miał względną możliwość podejść do niej, to ktoś wchodził mu w drogę, a Poppy uciekała w inne miejsce. Widział też, jak jej rodzicielka podeszła i zainicjowała rozmowę, dostrzegając mocno niezadowoloną minę u blondynki. Uśmiechnął się pod nosem, a później dowiedział się od Juliana, że po stypie mają mieć od razu spotkanie z prawnikiem, na którym jego pożal się Boże siostra również ma do nich dołączyć.
Czy to będzie w końcu ta idealna okazja, aby móc z nią porozmawiać, choćby przez chwilę?
Trochę na to liczył, ale jednocześnie nie mógł sobie robić wielkich nadziei. W końcu - to była Poppy, a pamiętał że potrafi być mocno kapryśna, nie zważająca na cokolwiek - a tym bardziej na to, że coś by wypadało, a coś innego niekoniecznie.
Przez bliskie kontakty z państwem Wentworth, musiał zostać na wydarzeniu do samego końca, również przyjmując dalszą część kondolencji po stracie teścia, który tak naprawdę mocno ustawił jego przyszłość. Miał odpowiednie finanse, piękny dom, jaki kupili jeszcze z Eleanor, a na dodatek udziały w jego firmie, kiedy rodzony ojciec Mike’a nie chciał go widzieć w tej należącej do Campbellów. Po załatwieniu wszystkiego, pojechali do domostwa - obecnie tylko - Beatrice, gdzie miały być dopięte ostatnie sprawy, finalizujące wszystkie dotychczasowe rzeczy. W sumie - był ciekawy jak to będzie teraz wyglądało; szczególnie mając tu na myśli firmę i to, jaka będzie jego dalsza droga. Nie oczekiwał nie wiadomo czego, acz zarazem był pełni nadziei na to, iż pozostanie w tym samym miejscu, co dotychczas - że śmierć Alistaira niczego nie zmienia w tej kwestii.
Zasiadł ze wszystkimi w punkcie kulminacyjnym domu, gdzie zazwyczaj były prowadzone wewnętrzne sprawy firmy czy rodziny, a gdy Poppy pojawiła się w wejściu do pomieszczenia, od razu skierował na nią tęczówki, nie obawiając się obecnie intensywniejszego przyglądania się kobiecie. Szczególnie, gdy finalnie nawiązali kontakt wzrokowy, nawet jeśli to były dosłownie ułamki sekund. Nie odezwał się, gdy zszokowana wypowiedziała jego imię, nie ukrywając jeszcze przez moment zaskoczenia jego osobą w tym miejscu, niemniej sporo się zmieniło od jej wyjazdu - a Mike stał się znacznie bliższy Alistairowi, niż jak za życia Eleanor, co zdecydowanie było dla niego zaskakującą sytuacją i trochę… zabawną? Bo faktycznie, wyglądało to trochę tak, jakby zastąpił jej miejsce, stając się dzieckiem tego mężczyzny, pomimo nie noszenia ich nazwiska.
Beatrice wyrwała go z niejako transu, przenosząc na nią spojrzenie, a w międzyczasie nabierając głębokiego wdechu. Przerzucał po wszystkich spojrzeniem, nie chcąc wtrącać się w tą rodzinną pogawędkę, bo tak naprawdę co miał powiedzieć? Jak powinien zareagować? Jak zachować się, gdy tak naprawdę obecnie - i w dalszym ciągu - biło jego serce dla Poppy, choć powinno dla tej drugiej siostry?
Niemniej właśnie - gdy nagle padło porównanie jej do El, trochę go zmroziło, a szczęka widocznie mocniej się zacisnęła. Zerknął najpierw na adresatkę tych słów, by następnie przenieść spojrzenie na Poppy, nadal niczego nie mówiąc, choć na pewno zauważyła zmianę w jego wyrazie twarzy. Zdołała go poznać o wiele bardziej niż ktokolwiek z tego pomieszczenia, miała okazję go widzieć złego i szczęśliwego; smutnego, zrozpaczonego, zirytowanego, załamanego. Jak nikt nigdy wcześniej, pomijając jej własną siostrę, nie wiedział jakim człowiekiem jest Michael Campbell, ciągle przybierając maskę - bo choć na początku związku ze starszą Wentworth był totalnie sobą, mocno ambitnym i szalenie rządnym sukcesu chłopakiem, tak wiele sytuacji na przestrzeni tych wszystkich lat sprawiło, iż zmieniły się jego priorytety. Chciał rodziny, dziecka, chciał trochę więcej luzu oraz spokoju i… chciał jej. Nawet jeśli wiedział, iż Poppy nie była tym zbytnio zainteresowana.
Na całe szczęście prawnik w końcu się odezwał, a wszyscy zgromadzeni zainteresowali się jego słowami. Nie sądził, że to będzie tyle trwało, choć mocno ukrywał lekkie znużenie całością. To, co miało zostać komu przydzielone, nie było jego interesem; i tak nie dostanie czegokolwiek, a firma to jedyna rzecz, dla jakiej się tu pojawił. Chciał zwyczajnie wiedzieć, czy ma szukać nowej pracy, czy jednak Alistair dotrzyma danego słowa te parę lat temu, gdy rozmawiali w jego gabinecie.
Gdy finalnie przeszło do kwestii Wentworth Development, poprawił się na krześle i wyraźnie wyprostował. Prawnik zaczął mówić, a Michael z początku… zdurniał, tak zwyczajnie. Co prawda, dodał później prawnik informację, że Michael w dalszym ciągu jest udziałowcem, jak i Julian. Ale że dołączyła do ich składu Poppy, dając jej najważniejsze prawa do zarządzania firmą? Że to ona jest decyzyjna we wszystkim? I chociaż Beatrice oraz jej syn nie ukrywali oburzenia, zaczynając krzyczeć, tak on jedynie zwrócił uwagę na córkę Alistaira - chyba jako jedyny, póki przybyły mężczyzna nie zdecydował podejść, przekazując klucze oraz kopertę.
Zanim wyszła, zdołał się pod nosem roześmiać z tej patowej sytuacji, kręcąc na koniec głową z rozbawienia, jakie go ogarnęło na te wieści. Znaczy - patowej. Na pewno dla ich najbardziej niezadowolonych członków rodziny Wentworth; dla niego niekoniecznie, bo to wiązało się faktem, iż będzie musiała… zostać w Toronto. Dodał prędko dwa do dwóch, domyślając się iż Poppy nie zdecyduje się na wyjazd do miejsca, w którym dotychczas mieszkała. Co jak co, ale nie wydaje mu się, żeby miała się na wszystkich wypiąć i robić problemy.
A raczej - liczył, że tak będzie.
Ostatecznie wyszła, a on zerknął na pozostałą dwójkę. — Pójdę z nią porozmawiać — powiedział jedynie, wstał i wyszedł w ślad za nią.
Nie musiał daleko jej szukać, a fakt chęci przewietrzenia się dał mu do myślenia, że chciała wyjść całkiem z budynku. Powędrował więc na zewnątrz, zauważając jak próbuje odpalić papierosa, wręcz siłując się z zapalniczką. Po chwili dostrzegł też leżące klucze pod jej nogami, wiedząc iż to te jakie dostała chwilę wcześniej. Podniósł je, po czym niemo zasugerował, iż zabierze zapalniczkę i pomoże jej. Przejął i od razu pojawił się ogień, podstawiając aby zaciągnęła się papierosem, żeby ten zaczął się żarzyć. — Dalej palisz — rzeczywiście, świetny początek rozmowy po trzech latach nie widzenia się. Następująco wyciągnął fajkę dla siebie, również odpalając. Zdecydowanie było mu to potrzebne, bo cała ta sytuacja była mocno nerwowa. — Się porobiło, co? — trochę czuł się dziwnie - jakby zapominał języka w gębie, nie wiedząc jak powinien się zachować w tej sytuacji. Nie był na nią zły, jak reszta jej rodziny która nie rozumiała tego, co właśnie się wydarzyło, a po prostu nie wiedział co teraz blondynka planuje.


Poppy Wentworth
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
31 y/o
For good luck!
178 cm
Udziałowczyni w Wentworth Development / Prezenterka Telewizyjna w Vancouver
Awatar użytkownika
Skaza rodu Wentworth, utrapienie Campbella, życiowa pomyłka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cała ta stypa była dla niej drogą przez mękę i do końca chyba sama nie rozumiała co właściwie tutaj robi. Kryła się w najdalszych kątach i tych najmniej oświetlonych, raz po raz umykając ostrożnie na papierosa i robiąc to w sposób taki, by nikt nie widział. Była to pewnego rodzaju nowość, bo wcześniej lubiła zwracać uwagę i często wprowadzała zamęt. Teraz jednak pragnęła być niezauważona, jakby jednak jakieś wnioski wyciągnęła z tej trzyletniej terapii. Czuła się jak intruz, pośród tych wszystkich ludzi w idealnie skrojonych garniturach i garsonkach, którzy przemykali po lokalu. Dawni partnerzy biznesowi ojca, przyjaciele rodziny i cała ta toroncka śmietanka towarzyska — dla nich niby była niewidoczna, a jednak ich spojrzenia często uciekały w jej stronę. Jakby wszyscy czekali na jakiś nowy skandal w jej wydaniu. Słyszała jak niektórzy szeptali za jej plecami i jak mierzyli ją wzrokiem pełnym wyższości lub co gorsza — współczucia. Zwyczajnie czuła się pośród nich okropnie… samotna, a mimo to nie złamała się choć przez cały czas czuła na sobie jego wzrok. Polował na okazję, a ona mu umykała raz po raz instynktownie się ewakuując jak najdalej od niego, ponieważ samo patrzenie na niego z daleka rozdrapywało nie takie dawne rany. Nie przypuszczała, że los sobie z niej zadrwi, a jednak kiedy przyjechała do domu rodzinnego po klucze to tak właśnie się stało. Znów tam był, tak po prostu jako już nieodłączny element tej rodziny, a ona chyba nie była na to gotowa. W Vancouver było łatwiej, tam Michael mógł być tylko mężem Eleanor, tym od lat znoszącym jej rodzinę dla dobra swojej rodziny i kariery… Problem w tym, że El już nie było, a miała wrażenie, że przez te trzy lata jej nieobecności niewiele się zmieniło. Dlaczego został? Dlaczego w tym tkwił? Naprawdę nie widział to jak toksyczni i źli byli Wentworthowie? Jeśli już nie ma powodu dla którego musiał w tym tkwić to dlaczego to robił? Czy dla kariery było warto? Może była zbyt naiwna, ale naprawdę nie rozumiała. Nie potrafiła go rozgryźć. Człowieka, z którym dzieliła zakazany sekret, mężczyzny, którego dłonie wciąż bardzo dobrze pamiętała pośród mroku korytarzy… teraz siedział jakby nigdy nic u boku jej matki. Zastanawiała się czy on w ogóle pamięta jak to jest być sobą, czy zatracił się w tym idealnej masce zięcia i wspólnika? Jednak… czy to cokolwiek zmieni? Nie powinna sobie tym zaprzątać teraz głowy. Wiedziała, że musi to po prostu przetrzymać. Wejść, zachować kamienną twarz, odebrać przeklęte klucze i nie pozwolić na to, by ktokolwiek dostrzegł, że cokolwiek ją rusza.
Tylko, gdy testament został odczytany jej plan szlag trafił. Zachowanie kamiennej twarzy okazało się niemożliwe, więc po raz kolejny postanowiła uciec. Przed dom, na świeże powietrze ale to wciąż była ucieczka, która stała sięjej sposobem na rozwiązywanie trudnych spraw.
Nie radziła sobie z ogniem, a jej natura Zosi Samosi mocno zakorzeniona w ciele początkowo nie chciała oddać zapalniczki w jego dłonie. Wyciągnęła rękę odbierając od niego klucze. Prosty gest, a jednak ich palce złączyły się na ułamek sekundy, a wtedy Poppy poczuła jak dreszcz przeszył jej ciało. Ukrywając je w kieszeni płaszcza pozwoliła mu odpalić papierosa zaciągając się nim łapczywie jakby szukała w nim jakiegoś ukojenia, choć nałóg ten z uspokajaniem niewiele miał wspólnego.
Milczała.
Dalej palisz.
Się porobiło, co?

Miała ochotę się roześmiać, raczej wyszłoby histerycznie ale poważnie… Trzy lata. Trzy lata milczenia, ucieczki daleko stąd, ból, krew, próby przepracowania traum i nocne koszmary, a on stał przed nią, odpalał papierosa i rzucał tekstem jakby zagadywał do niej na stacji benzynowej albo lokalnym pubie. Jasne, o połowie tych rzeczy nie wiedział, ale wciąż wydawało się jej to co najmniej… dziwne?
Spojrzała na niego. Ostrożnie, wciąż niepewnie jakby bała się, że za bardzo się odsłoni, a przecież wtedy jest się najbardziej podatnym na zranienie. Się porobiło to dość delikatne określenie jak na to, że ojciec postanowił zabawić się w Boga zza grobu — i znów uciekła wzrokiem w stronę podjazdu zaciągając się po raz kolejny. — Brat chyba zaraz dostanie wylewu, a matka wkrótce po nim padnie na zawał i pewnie już obdzwoniła kilku najlepszych prawników w mieście — czy sobie kpiła? Może odrobinę, ale czuła delikatną satysfakcję z tego, że oni wariują za tymi drzwiami, kiedy to ona miała taką władzę. — A ty stoisz tutaj i mimo to wydajesz się dziwnie zadowolony z tego co się wydarzyło — zauważyła przelotnie na niego zerkając.
Mógł myśleć, że jest kapryśna, a może nawet obojętna, kiedy za wszelką cenę starała się robić uniki, ale on nie wiedział, że to tylko gra pozorów. Nie miał pojęcia, że nosiła jego cząstkę w sobie i że ją utraciła w samotności. Był zakazanym owocem, bolesnym wspomnieniem, a jednocześnie człowiekiem, który jako jedyny potrafił sprawić, że brakowało jej tchu. Zrobiła więc delikatny krok w tył, jakby bała się, że zmniejszający się między nimi dystans zbije ją z tropu.
Druga dłoń, ta ukryta głęboko w kieszeni płaszcza, kurczowo zaciskała się na białej kopercie od ojca. — Nie chcę tego, Michael — wypowiedziała te słowa cicho, niemal szeptem, zanim zdążyła włączyć którykolwiek ze swoich sarkastycznych filtrów obronnych. Głos jej drgnął, odkrywając całe przerażenie. — Nie przyjechałam tu po spadek, ani po cholerne rodzinne imperium ani po stołek w radzie. Chciałam tylko wziąć klucze, zaszyć się w domku nad jeziorem i zniknąć z rana — zanim Toronto znowu mnie zniszczy… pomyślała. Kończąc papierosa zdeptała go na podjeździe po czym podniosła i wetknęła do pierwszej lepszej donicy. Najchętniej rzuciłaby tym wszystkim i znów wyjechała, a bez niej byliby zablokowani.
Ojciec naprawdę jej nienawidził.

Znów ją tutaj ściągnął…
…a była już szczęśliwa, choć raczej próbowała być.
Michael Campbell
Winnie the Pooh ( dc: winniethepooh91 )
38 y/o
For good luck!
180 cm
udziałowiec w Wentworth Development
Awatar użytkownika
wciąż próbuje poskładać swoje życie do kupy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjizależy
czas narracjijak leży
postać
autor

To nie tak, że nie miał świadomości z kim na co dzień miał do czynienia.
Bo choć jeszcze jej ojciec był naprawdę w porządku człowiekiem; słownym, potrafiącym rozmawiać z drugą osobą, mimo wszystko chłodno podchodzącym do wielu spraw, tak reszta rodziny - prócz Eleanor i Poppy - była jakby oderwana od rzeczywistości. Żona jego byłego szefa i teścia potrafiła być wyrachowana i nie patrząca na cokolwiek, prócz czubek własnego nosa. Zdawało się, że syn zamiast wrodzić się w męskiego krewnego, zdecydowanie był odzwierciedleniem matki nie tylko z wyglądu, ale i podejścia do życia, co zresztą było widać przy wspólnym stole, gdy zachowywali się wręcz jak neandertalczycy, gdy chcieli wyperswadować prawnikowi iż z całą pewnością coś źle przeczytał bądź musieli z Poppy mieć jakiś spisek, który ukartowali przed śmiercią Alistaira. A Michael nie mógł uwierzyć w coraz to nowsze, na szybko wymyślane brednie z ich ust, zastanawiając się czy długo to będzie trwało i czy któreś z nich pokwapi się, żeby po ludzku porozmawiać z tą, na którą ten cały szok i niedowierzanie najbardziej spłynął.
Widząc jednak, iż nie mają zamiaru zrobić czegokolwiek dobrego w kierunku blondynki, nie zastanawiał się ani chwili dłużej - prędko wstając, informując o pójściu za nią, żeby tylko odnaleźć kobietę i z nią porozmawiać. Może o tym, co właśnie się stało, a może o wszystkim innym, tylko nie o tym. Jeszcze nie wiedział. Ale był przekonany, że w dniu dzisiejszym to jego ostatnia szansa na nawiązanie choćby próby rozmowy z nią - później zniknie, izolując się kompletnie od wszystkich, przez co będzie musiał ponownie czekać na inną okoliczność; jeśli taka będzie, żeby mogli przedyskutować jaki by to nie był temat, w trakcie czego będą sami.
Dobrze, że ją znalazł na zewnątrz - czując, że w domu obydwoje by się udusili od natłoku nerwów, słyszanych w tle krzyków i całego tego toksycznego wręcz powietrza, jakie znajdowało się obecnie w środku. A tak - podał jej kluczyki, czując jak wręcz dziwne prądy przeszły mu przez opuszki palców w chwili odczucia na swoich tych należących do niej, na co mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Lecz nie prześmiewczo, nie że coś udało mu się osiągnąć, czego nie spodziewał się w tym momencie. Zwyczajnie ten dotyk sprawił, że przypomniały mu się w jednej chwili te wszystkie, wspólne zdarzenia w domu. Gdy jeszcze jego żona żyła, podczas gdy oni tkwili w najgorszym i najbardziej mrocznym sekrecie miejsca, które tworzył od wielu lat z jej siostrą. Najgorszym pewnie dla wszystkich tych, jacy się dowiedzieli o tym. Dla niego zdecydowanie takim nie był, nie wiedząc jak wcześniej nie mógł na to się zdecydować - a raczej, jak wcześniej nie widział, iż to Poppy była tą, która była mu potrzebna do życia i do oddychania pełną piersią.
I choć ciągle darzył głębokim uczuciem Eleanor - w końcu spędzili z sobą wiele czasu, a o pierwszej miłości nigdy się nie zapomina, to jednak stojąca obok niego blondynka sprawiła, że jeszcze lepiej zrozumiał na czym polega życie, uczucie, radość. Starsza z Wentworthów miała swoje cudowne aspekty, dzięki którym Michael był innym człowiekiem wtedy jak i obecnie, a ta młodsza… otworzyła jeszcze inne rzeczy, długo skrywane bądź nigdy przez niego niezapoznane, dzięki czemu znów zmieniło się jego patrzenie na świat. Za co był jej cholernie wdzięczny… i za co wcześniej w sumie nie podziękował. Może kiedyś będzie miał na to szansę.
Póki co mógł się jedynie skupić na pomocy w odpaleniu papierosa, by następnie tego dla siebie również rozżarzyć. Zaciągnął się mocno nikotyną, a po chwili wypuścił sporą ilość dymu, przesuwając palcem po brwi, jakby jeszcze w inny sposób próbował rozładować napięcie, jakie odczuwał po tym, co zaszło. Zagadał w międzyczasie, choć wiedział że nie zrobił tego w mistrzowski sposób, a jednak czuł się dumny iż ostatecznie w końcu cokolwiek powiedział, zamiast stać jak kołek. Cały dzień obmyślał co jej powie na dzień dobry; a jednak nic nie zdawało się mieć sensu, gdy akurat teraz przy niej przystanął. Połowę zresztą zapomniał, gdy tylko poczuł jej perfumy oraz przesuwające się opuszki po jego palcach, niby przypadkowo, a jakby zrobiła to specjalnie - albo może to on sobie tylko wmawiał, bo miał nadzieję. Zwykłą, czystą nadzieję na to, że chociaż da sobie wytłumaczyć jak bardzo jej potrzebuje w swoim życiu. Jak za nią cholernie tęsknił, ale jednocześnie nie chciał się narzucać po wyjeździe, rozumiejąc potrzebę czasu oraz poukładania sobie spraw w głowie. Lecz gdy mijało pół roku, rok, dwa… cóż, brak odezwu z jej strony uświadomił mu, że go po prostu nie chciała w swoim życiu. A on postanowił to, z wielkim bólem i ciężkim sercem, uszanować.
Gdyby patrzyła na niego dłużej, zdecydowanie zobaczyłaby jaki jest zestresowany - nerwowo przesuwał tęczówkami po niej i po okolicy, zaraz znów na nią, na podjazd, jeszcze raz na nią i tak w kółko, jakby bał się przyłapania na przyglądaniu się jej. Lecz gdy na te ułamki sekund nawiązali kontakt wzrokowy, mimowolnie uniósł kąciki ust do góry. Zapominając wręcz co dopiero powiedział. Dobrze, że postanowiła odpowiedzieć, bo przywróciła mu tym samym język do gęby. — Chyba lepiej, że powiedziałem to tak delikatnie, niż jakbym walnął coś w stylu ale się odjebało, teraz już się nie wywiniesz posilił się o żart, nawet jeśli sytuacja zbytnio do najzabawniejszych nie należała. Ale to jest akurat Michael Campbell - człowiek specjalizujący się w rzucaniu żartobliwych komentarzy, szczególnie w chwili gdy to akurat nie jest pożądane przez kogokolwiek. Odchrząknął na koniec swojej wypowiedzi, znów zerkając na nią - tym razem kątem oka, aby nie przyćmiewać jej faktem, iż zwraca całą swoją uwagę tylko na niej. — Jak dostanie wylewu, to będzie kolejny pogrzeb z głowy — no kurwa, mistrz żonglerki słowami, przez co aż potarł się po karku, czując własne skrępowanie na to, co znowu sobie pozwolił powiedzieć. Mimo że od paru lat był udziałowcem, nadal potrafił mieć problemy z prowadzeniem rozmowy w niezbyt sprzyjających okolicznościach - a taka zdecydowanie ma miejsce. Nie mówiąc już o tym, że rozmawia z Poppy, a nie kumplem przy piwie.
Podniósł brew, gdy na sam koniec wspomniała o jego zadowoleniu. — Zauważyłaś? — rzucił, nie ukrywając rozbawienia. — Cóż… można powiedzieć wiele o Twoim ojcu, ale odwalił kawał dobrej roboty taką decyzją. Utarł nosa Julianowi i swojej własnej żonie, którzy po jego śmierci nawet nie myśleli o tym, czego sobie życzył, tylko odwalili pokaz mody połączony z tym, jaki to wielki żal ich ogarnął, choć tak naprawdę nie mogli się doczekać końca stypy i usłyszenia tego, jak jedyny syn przejmuje imperium, choć wcale na to nie zasługuje — nie bał się tego wyrzucić z siebie, bo jak miałby się bać powiedzenia prawdy? I nawet nie przejmował się tym, iż ktokolwiek postronny to usłyszy - albo jakby to nawet jej brat miał być. Po prostu czuł, że mówi w końcu coś słusznego na głos - coś, czego nie robił od przeszło trzech lat, od momentu jak wyjechała…
Stali przez moment w ciszy, każde napawając się swoim papierosem. A on - przy okazji jej obecnością i tym, że w końcu mógł przy niej po prostu być. Tyle i aż tyle mu wystarczało na tą chwilę. Nie mógł przecież oczekiwać, aby rzuciła się mu w ramiona, poddając sytuacji i nie patrząc na cokolwiek. Choć Poppy potrafi być impulsywna, zrobić coś a dopiero później pomyśleć, to jednak nie była aż tak nieroztropna w tej cholernie trudnej chwili, żeby postąpić tak… idiotycznie. Bo co innego to, co powiedział na głos… a co innego, gdyby zostali przyłapani na choćby przytuleniu, gdzie zaraz dodałby ktoś dwa do dwóch, a ich sekret wyszedłby na światło dzienne prędzej niż powinien.
Wtedy się odezwała, a on westchnął ciężko. Czekał, aż to powie. Nie chciał jej zmuszać do takiego wyznania, lecz jednocześnie czuł iż powinna to z siebie wydusić. Na całe szczęście, podjęła się tego bez ciągnięcia za język. Pomimo, iż nie brzmiała w tym momencie tak, jak zwyczaj, odsłaniając się przed nim po raz kolejny, a zarazem po raz pierwszy od paru lat. — Domyślam się — odparł krótko, okazując jej wsparcie tym prostym komunikatem. Ba, zdziwiłby się, gdyby chciała tego wszystkiego. — Ale mam wrażenie, że jest to sytuacja, z której nie możesz się wycofać. I… choć pewnie dla Ciebie zabrzmi to absurdalnie, ale z której Twój ojciec również nie chciał, abyś się prędko wywinęła. I nie pytaj mnie dlaczego, bo nie mam bladego pojęcia — powiedział wszystko to, co przeszło mu obecnie przez myśl, czując że może to zrobić. I że tak naprawdę w pewien sposób było Poppy potrzebne. — Domek nad jeziorem? Ten, o którym mi opowiadałyście? — nie miał okazji tam nigdy zawitać, ale pamiętał jak mówiły o nim; gdy Eleanor zachorowała, robili sobie wieczorne pogadanki w trójkę, gdy leżała w łóżku. — Wydaje mi się, że nikt raczej tam ostatnio nie zaglądał — dodał w zamyśleniu, również kończąc swojego papierosa - żeby pozostałą końcówkę wsadzić do tej samej donicy, co ona. — Nie wydaje mi się, żeby to było idealne miejsce do dzisiejszego nocowania — nie sugerował niczego, ale jednak nie chciał słyszeć, że faktycznie poszła tam spać. Nie były to idealne warunki do spędzenia pierwszej nocy po powrocie do Toronto.

Poppy Wentworth
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
31 y/o
For good luck!
178 cm
Udziałowczyni w Wentworth Development / Prezenterka Telewizyjna w Vancouver
Awatar użytkownika
Skaza rodu Wentworth, utrapienie Campbella, życiowa pomyłka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wentworthowskie hieny — tak określiłaby matkę i brata, bo choć z ojcem nie miała wcale lepszych relacji to jednak nie można było mu odmówić tego, że na sukces sobie sam zapracował. Beatrice po prostu złowiła grubą rybę i mocno się tego trzymała, a teraz jej idealny świat legł w gruzach i dało się to słyszeć nawet gdy stali na podjeździe. Uchylone okno ujawniało im urywki frustracji i momentami docierały do nich wściekłe głosy matki i brata. Julian oskarżał człowieka o błędy w druku, a matka wyrzucała z siebie kolejne teorie spiskowe, jakoby Poppy otruła Alistara albo zmusiła go do zmiany testamentu.
Żałosne — wymruczała bardziej do siebie nie mogąc pojąć, że tak długo wytrzymała w pobliżu tej rodziny. Czasami żałowała, że nie uciekła wcześniej, może jej życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej. Może ktoś zadbałby o nią… Nikt tam w środku nie pomyślał, jak wielki szok był to dla niej. Nikt nie zapytał nawet jak się czuje. Dla nich była tylko złodziejką, która bezczelnie wyciągnęła rękę po ich miliony, choć ona chciała jedynie kawałka zakurzonej podłogi nad jeziorem i świętego spokoju. Dla niej też to nie było na rękę i prawda była taka, że gdyby jej rodzina była chociaż odrobinę mądrzejsza i okazała jej zainteresowanie (nawet zakłamane i wymuszone na potrzeby sprawy) to pewnie by odpuściła, zrzekła się tego, oddała w inne ręce… bo tego nie chciała! Ale teraz? Nie wyobrażała sobie, że po tym wszystkim czego doświadczyła pójdzie im na rękę, bo tak. Nawet jeśli w marzeniach kupowała bilet powrotny do Vancouver.
Michael ją zaskoczył i to nie tylko swoją obecnością w posiadłości, ale też tym, że nie uległ temu co działo się w środku. Że wstał i zostawił tych chciwych ludzi za sobą i wyszedł za nią. Zrobił coś, czego nigdy nie potrafiła zrobić jej rodzina… no może poza Eleanor, która jeszcze czasami zagubiona w idealnym świecie Wentworthów potrafiła wyciągnąć do niej pomocną dłoń, ale wpierw Poppy musiała się bardzo postarać, by zwrócić na siebie uwagę siostry. Często nie spotykało się to z aprobatą Michaela, a teraz? Teraz nie musiała robić widowiskowej sceny, a jednak stał przed nią i odpalał papierosa jakby nigdy nic. Jakby te kłótnie, krzyki i wyzwiska, które niegdyś sobie serwowali za starych dobrych czasów nie miały teraz najmniejszego znaczenia.
Bo nie miały.
Obserwowała go zza swoich blond włosów, które opadały jej niedbale na twarz przy mocniejszych podmuchach wiatru. Widziała jak nerwowo błądzi wzrokiem po podjeździe, jak przesuwa palcem po brwi. Część tych jego nerwowych gestów zdążyła dobrze poznać, podczas pomieszkiwania w ich domu, wtedy gdy Eleanor chorowała. Wyłapała nawet jego skrępowanie, gdy rzucił niefortunnym żartem o kolejnym pogrzebie, a kąciki jej ust uniosły się nieznacznie tworząc blady uśmiech. — Nie zniosłabym kolejnej stypy — i tym razem na pewno by nie przyszła, chociażby się waliło i paliło. Już nawet nie chodziło o to, że od nich nie mogłaby spodziewać się czegokolwiek. Ona szczerze nie czuła na ten moment potrzeby pożegnania się z rodzicielką, a nawet i z bratem, oczywiście gdyby zaszła taka konieczność.
Kolejne słowa Michaela zaskoczyły ją i nie potrafiła tego ukryć, ale czy można się jej dziwić? Pamiętała go jak niegdyś ważył każde słowo, jak obracał się u boku El po salonach i lawirował w rodzinnym biznesie zawsze idealny, bez skazy, skrojony pod jej rodzinę. A teraz? Przeszył ją lekki dreszcz i poczuła dziwną satysfakcję, że Michael widział to rodzinne bagno dokładnie tak jak ona i potrafił przyznać to przed nią na głos. — Ostro — rzuciła cicho, ale z uznaniem. — Uważaj, bo jeszcze cię usłyszą — wyznała zastanawiając się nad tym czy szczerość Campbella była zarezerwowana tylko dla niej? Czy dusił to w sobie przez trzy lata odkąd wyjechała, czy może znalazł kogoś komu mógłby pokazać swoją prawdziwą twarz… tak jak teraz pokazywał ją jej. — Nie sądziłam, że stać cię na taką szczerość tkwiąc w tym samym gnieździe pełnym żmij — szpilka, czy może ciekawość?
Czyżby nie wiedziała, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła?
Stała tak obserwując go nieco pewniej, choć wciąż uciekając raz po raz w obawie przed zbyt długim kontaktem wzrokowym. Jakby obawiała się, że z jej oczu mógłby wyczytać więcej niż powinien, a sekretów jej nie brakowało. Teraz gdy stał przed nią mógł sobie myśleć, że jej wyjazd to była po prostu ucieczka. Że Poppy po prostu potrzebowała czasu, by przetrawić żałobę po Eleanor, poukładać sprawy w głowie i odciąć się od toksycznej rodziny. Że brak odezwu z jej strony oznaczał: nie chcę cię w moim życiu.
Gdyby tylko wiedział…
Gdyby wiedział o samotności, o koszmarach, o potwornym poczuciu winy wobec zmarłej siostry i o bolesnej stracie. Chciała go wtedy za bardzo, a jednak nie odezwała się do niego, bo musiałaby wyjawić mu prawdę, a ona z kolei zniszczyłaby ich oboje. Wiedziała, że Michael tego właśnie pragnął. Cierpiała więc sama, bo tak było łatwiej — kapryśna dziewczyna spakowała walizki i wyjechała bez słowa.
Nie wiem jeszcze co mogę zrobić, a czego nie powinnam… wiem tylko, że dzisiaj nie jestem w stanie o tym myśleć — może list rozjaśni jej spojrzenie na sprawę, choć w tej chwili nie zamierzała go odczytać. Nie była nawet pewna, czy sięgnie po niego dnia następnego. Jeszcze będąc małą dziewczynką bardzo walczyła o uwagę ojca, której nigdy nie udawało się jej przechwycić na dłużej. Będąc starsza śniła o tym, że pewnego dnia coś się zmieni i on wyciągnie do niej dłoń. Były takie chwile podczas których desperacko tego potrzebowała, a teraz… teraz miała w ręku list i łapała się na tym, że w myślach wyobrażała sobie to, że koperta skrywa to wyciągniecie ręki ojca do córki. Bała się, że gdy otworzy ją jej świat ponownie legnie w gruzach. Nie miała dzisiaj siły na kolejne rozczarowanie.
Domek nad jeziorem? Ten, o którym mi opowiadałyście?
Z trudem przełknęła ślinę, bo jego słowa przywołały wspomnienia tamtych dusznych wieczorów, kiedy zasiadała na łóżku El i odgrzebywała w pamięci kolejne wspomnienia z beztroskich chwil spędzanych jeszcze przed tym zanim rodzina zaszczepiła w siostrach niezdrową rywalizację. — Opowiadałyśmy… — powtórzyła cicho wyrwana z zamyślenia. — Tak… ten — przytaknęła zbita nieco z tropu. Spodziewała się, że w Toronto wspomnienia uderzą w nią ponownie, ale nie spodziewała się, że to w domu rodzinnym trafi się jej nieszczęśliwa kumulacja.
Odprowadziła wzrokiem niedopałek Michaela, który wylądował dokładnie w tej samej donicy, co jej i spojrzała na niego kpiąco się uśmiechając. Jego uwaga o domku nad jeziorem obudziła tą bezczelną część Wentworth, która na jakiekolwiek próby kontrolowania jej lub narzucania swojego zdania reagowała kontratakiem. — Nie zależy mi na idealnych warunkach, mam już za sobą noce w gorszych miejscach — przecież zdarzało się mu odbierać ją nad ranem z aresztu, prawda? — Wolę zakurzoną i zapomnianą przestrzeń, niż te idealne wnętrza… A poza tym... — nagle w jej oczach błysnęła zadziorna iskra, gdy mimochodem i nie kryjąc rozbawienia dodała. — Jeśli tym troskliwym tekstem o kiepskich warunkach liczyłeś, że zaciągniesz mnie na noc do siebie, to się pomyliłeś — oznajmiła krzyżując ręce na piersi i spoglądając na niego mrużąc lekko oczy.
Nie zamierzała zmienić zdania, chciała pojechać do domu nad jeziorem i wcale nie trzeba było jej świetnie znać by wiedzieć, że i tak zrobi co uważa za słuszne. Cierpiała na bezsenność, a tam przynajmniej będzie miała co robić w nocy.

Michael Campbell
Winnie the Pooh ( dc: winniethepooh91 )
38 y/o
For good luck!
180 cm
udziałowiec w Wentworth Development
Awatar użytkownika
wciąż próbuje poskładać swoje życie do kupy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjizależy
czas narracjijak leży
postać
autor

Wcześniej jakoś nie zwrócił uwagi na to, co docierało do nich - znajdujących się na zewnątrz. Dopiero jakoś po chwili zrozumiał, że to nie były jakieś dziwne omamy słuchowe czy wspomnienia tego, co zdołał do tego pory usłyszeć, zanim wyszedł z środka domostwa, a faktyczne wręcz krzyki - głównie Beatrice - wychodzące przez okno. Dobrze, iż dom nie znajdował się gdzieś przy ulicy, bo zaraz by ktoś usłyszał jak wielką histeryczką jest wdowa po zmarłym Alistairze Wentworth. Zdecydowanie w ten sposób szargając sobie opinię pośród śmietanki towarzyskiej, w jakiej lubowała się obracać na co dzień, czy to w teatrach, imprezach dla tych lepszych (ale żeby nie było, oni nie uznają podziałów), bądź na wystawach sztuki. Julian zresztą też dokładał do wszystkiego swojego trzy grosze, nie zachowując choćby odrobiny klasy i nie decydując się na rozmowę z w ł a s n ą siostrą, co było totalnie chore. Bo chociaż Michael sam był skłócony z częścią własnej rodziny, to w takiej sytuacji i tak próbowałby porozumieć się z własnym bratem, nawet jeśli on nie byłby skory do tego. Jednocześnie rozumiał Poppy oraz fakt tego, co ta rodzina w sumie jej zrobiła - do czego doprowadziła, iż biedaczka po śmierci siostry zwiała nie wiadomo gdzie na długi okres czasu, nie interesując się czymkolwiek, co pozostawiła w Toronto.
I nie interesując się nim, chociaż nie mógł od niej oczekiwać żeby faktycznie zainteresowaniem się wykazała względem jego osoby.
Na szczęście nie zmieniła się przez te lata zbyt wiele - łapiąc jego niefortunny żart, jego skrępowanie, jego może i nawet niezbyt odpowiednie zachowanie. Ale Mike zdecydowanie nie był idealny do prowadzenia rozmów w chwilach, gdy okoliczności nie sprzyjają… no, może z początku, bo potem jakoś gadka się zazwyczaj klei. Na szczęście tak było w tym przypadku, bo jasnowłosa prędko podłapała, trochę przełamując się i ośmielając; coś, czego nie spodziewał się po niej ani przez wzgląd na miniony okres czasu, odkąd ostatni raz mieli okazję się widzieć, ani przez wzgląd na to, co dopiero się wydarzyło i przez co na pewno nie ogarniała rzeczywistości w jakikolwiek sposób. A tu jeszcze on - spirytus mobens całej tej sytuacji, choć nie był świadomym jak mocnym spirytusem był w jej życiu wcześniej i jak się nadal w niej w jakiś sposób odbija.
— Ja też — przyznał z rozbawieniem, gdy nie ukrywała braku chęci przebywania na jeszcze jednej stypie. — Ale przynajmniej dobry alkohol i jedzenie podawali. Próbowałaś te przystawki z krewetek? — no mówiłam - ten to potrafi znaleźć odpowiednie tematy rozmów do odpowiedniego momentu, nie przejmując się czasem tym, jak może to zostać odebrane przez jego rozmówcę. Dobrze, że przynajmniej w kontaktach biznesowych nie zachowywał się w taki sposób, rozumiejąc że to trochę inna liga prowadzenia konwersacji, więc nie mógł pozwolić sobie na mówienie tego, co mu ślina na język przyniesie.
Tutaj też musiał przyznać po swojej stronie, że zdziwił się jej reakcją. Bo nie mogła powiedzieć, iż nie trafił w punkt i nie powiedział tego, co myśli duża część ludzi, która znała tą dwójkę, prawda? A przede wszystkim - że nie powiedział czegoś, czego i ona sama nie pomyślała średnio raz dziennie o swojej matce oraz Julianie? — Naprawdę sądzisz, że mój głos przebije się przez to zdzieranie krtani? — zerknął na nią rozbawiony, po czym jeszcze ruszył sugestywnie głową w kierunku okna, z jakiego słychać było jeszcze parę inwektywów kierowanych już nie tylko odnośnie Poppy, ale i byłego nestora rodu, który miał szczęście iż znajdował się teraz parę stóp pod ziemią, nie słysząc swojej małżonki jak bardzo jest jej źle po stracie męża - tego ukochanego i wielbionego przez tyle wspólnych, pięknych lat! — Zresztą, co mi zrobią? Nie odziedziczyłem niczego prócz zachowanego stołka w spółce. A żeby mnie tego pozbawić… cóż, co by nie chcieli zaplanować, nic takiego się nie wydarzy bez Twojej zgody. Więc… chyba jestem na razie na bezpiecznej pozycji — dodał z nieukrywanym rozbawieniem jaka to jest dla nich patowa sytuacja. Ale z czego akurat nie było mu ani trochę przykro. — Odkąd wyjechałaś, sporo się zmieniło. Na gorzej. Zacząłem być bliżej, ale jednocześnie niestety zauważyłem znacznie więcej niż chciałem — wyjawił jak to się przedstawiało, ale co by nie było - nadal pracował i nie chciał tej roboty stracić. Naprawdę dobrze mu było w tym miejscu, w jakim się znajduje i nie chodziło o finanse - a o zwykły fakt tego, iż był doceniany przez Alistaira, co zawsze napawało go optymizmem na przyszłość. I chociaż nie wiedział, jak to będzie teraz funkcjonowało, to jednak był dobrze na tą przyszłość nastawiony; a to wszystko przez byłego teścia, który niejednokrotnie mówił, że nawet jeśli go nie będzie, to nie pozwoli aby firma straciła na wartości bądź coś zmieniło się tak diametralnego, żeby miało do czegoś niekorzystnego dojść. Jak widać - już wcześniej planował to wszystko. I na to by wyglądało, że od dłuższego czasu postanowił, że imperium w pełne posiadanie nie otrzyma jego syn. Jak mówił - to był mądry facet, mimo wielu wad.
Rozumiał ją - a raczej, mógł się jedynie domyślać jak się czuje, bo to nie na niego spadła taka informacja; taka bomba, taka niezrozumiała przez wielu decyzja. Michael, który był ciągle przy nich, a jednocześnie na uboczu, miał swoje teorie dlaczego stało się tak, jak się stało, a jednak nie mógł o nich powiedzieć na głos, co by nikt nie pomyślał że tak naprawdę wszystko zaplanował już wcześniej z Alistairem, do samego końca siedząc cicho. Bo w istocie - tak nie było i nie znał planów oraz podejścia swojego byłego teścia na tyle, żeby wiedzieć czym się kierował. Oprócz rozumem, gdy się tak podziwiało występki Juliana. Którego - notabene - Mike w prywatnej sferze życia zwyczajnie lubił, do pewnego czasu mocno się przyjaźniąc. Jakoś po śmierci Eleanor oraz ucieczce Poppy ta zażyłość się rozmyła, a oni coraz bardziej stawali się głównie wspólnikami, a nie kumplami jak za dobrych czasów. Ale czy tęsknił? Trochę tak. Bo wtedy też Julian był innym człowiekiem.
— Nie musisz się spieszyć… chyba. Parę dni na pewno masz na przemyślenie wszystkiego, ale nie zdziwię się jak rada będzie chciała zwołać spotkanie, aby porozmawiać z nową Panią Prezes co by dowiedzieli się, co planuje, czy ustanawia swoje własne, nowe zasady, a może po prostu rezygnuje z tej posady i tyle ją widzieli. Choćby chciała, aby to wyglądało inaczej - to niestety, tego nie przeskoczy w żaden sposób i nie ominie ją to, pomimo iż może próbować tłumaczyć się chorobą, innymi zajęciami czy stosując jeszcze jakieś inne wytłumaczenia na brak swojej obecności. — Jak będziesz miała jakieś pytania, to wal śmiało — zaproponował jeszcze, aby nie czuła się, iż została z tym wszystkim sama - gdzie on chętnie jej pomoże w zrozumieniu większości kwestii. Na tyle, na ile będzie potrafił naturalnie.
Wtedy postanowił zagaić o domek - aby rozładować napięcie, zboczyć z kursu jeśli chodzi o prowadzoną rozmowę, trochę rozluźnić swoje napięcie, które coraz to mocniej władało jego ciałem i nie chciało odpuścić. Chcąc też, aby i ona poczuła się chociaż przez chwilę lżej, nie musząc rozmawiać o tym, co tu i teraz. — Ale spanie w kurzu to też nie jest szczyt marzeń — skwitował, choć nie chciał się z nią kłócić, a jedynie spróbować wyperswadować pomysł zatrzymania się w tym domku nad jeziorem. Kto wie, ile tam może być pleśni i nie wiadomo czego jeszcze, co z całą pewnością nazbierało się przez te lata? Słysząc po chwili jej insynuację, aż się zwrócił do niej w pełni po raz pierwszy, unosząc brew w nieukrywanym rozbawieniu. — Sugerujesz, że próbuję Cię zaprosić do siebie? I co, może mam jeszcze niecne zamiary? — zaczął się uważnie przyglądać kobiecie, w międzyczasie wsuwając dłonie do kieszeń spodni. — Nie wiem za kogo mnie masz, ale aż takim padalcem nie jestem — odparł z rozbawieniem, aby zaraz nie pomyślała, że jest na nią zły. — No to skoro uwłacza Ci moje rzekome zapraszanie do siebie, to chociaż masz tam jak dojechać, czy nawet podwiezienia autem nie mogę Ci zaproponować? — zapytał z nieukrywaną ciekawością jak na to zareaguje - licząc, że nie wykręci się z tego, dzięki czemu zyskałby jeszcze parę chwil na spędzenie z nią czasu i… no właśnie, co?
Nie, nie miał złych zamiarów. Po prostu potrzebował z nią porozmawiać - dowiedzieć się czegokolwiek, co działo się z nią przez ten ostatni czas. Licząc, iż nie będzie skryta i zdradzi coś, co choć na chwilę go uspokoi i potwierdzi, że nie wpakowała się w żadne kłopoty gdziekolwiek mieszkała dotychczas.


Poppy Wentworth
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
31 y/o
For good luck!
178 cm
Udziałowczyni w Wentworth Development / Prezenterka Telewizyjna w Vancouver
Awatar użytkownika
Skaza rodu Wentworth, utrapienie Campbella, życiowa pomyłka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zachowanie Juliana dla wielu osób mogłoby wydawać się chore, szczególnie jeśli dorastało się w miarę braterskich relacjach, ale Poppy wcale nie była zaskoczona jego dzisiejszą wściekłością i brakiem jakichkolwiek chęci do ludzkiej rozmowy. Prawda była taka, że o ile Poppy i Eleanor początkowo trzymały się razem, dorastając i snując plany o tym jak nie zostać jak ci wszyscy Wentworthowie, o tyle Julian dorastał pod skrzydłami mamusi, która najwyraźniej zadbała o to, by te lata pompowanej niechęci do niej teraz zbierały swoje żniwo. Wyrastali obok siebie, ale nie z sobą i zapewne dlatego za każdym razem, gdy Eleanor ją krytykowała lub obracała się od niej bolało to bardziej niż jakakolwiek sarkastyczna uwaga brata, do którego nie żywiła jakiś głębszych uczuć. Jego wściekły głos dobiegający z wnętrza domu nie robił więc na niej żadnego wrażenia, chociaż żadnego to może za wiele powiedziane, bo poczuła jakiś taki minimalny impuls czegoś przyjemnego czując się tak jakby po raz pierwszy faktycznie utarła mu nosa. Jasne, że robiła to wielokrotnie, gdy za młodu wyciągała na oficjalnych bankietach jego kolejne brudy wypominając hazardowe długi lub schadzki z prostytutkami sprawiając, że musiał tłumaczyć się przed mediami… ale teraz? Teraz było inaczej. To nie były skandale, które można było zamieść pod dywan. To była pozycja, która realnie dawała jej władzę, ale z akażdym razem, gdy jej myśli błądziły w tę stronę czuła potworne mdłości i zwyczajnie nie potrafiła o tym jeszcze myśleć. Jeszcze nie teraz. Testament ojca zdecydowanie był niestrawny w tym momencie.
Wolała skupić się na Michaelu, którego tak namiętnie starała się unikać przez cały wieczór. Teraz jednak stali razem zupełnie sami, nie wystawieni na ciekawskie spojrzenia innych osób, a ona od razu czuła się spokojniej, jakby strach przed tym, że ktoś dostrzeże w nich to czego nie powinien uleciał. Mike mógł myśleć, że gdy wyjechała i uciekła od niego to nie zaprzątała sobie nim głowy, ale gdyby tylko wiedział jak bardzo się mylił. Prawda była takla, że w pamięci miała wyrytą każdą sekundę spędzoną z nim i każde ukradkowe spojrzenie jakim obdarzali się na korytarzu, gdy brakowało im słów. Pod skórą wciąż czuła jego dotyk z każdego potajemnego zbliżenia w zakamarkach jego domu i wciąż tęskniła za tymi ulotnymi momentami, kiedy w jego ramionach czuła się bezpieczna tak, jak nigdzie indziej na świecie… ale pamiętała też każdą chwilę w której fala wyrzutów sumienia i wstydu zmywała ją z planszy, a oni zmuszeni sytuacją siadali ramię w ramię przy łóżku El i udawali, że nic złego się nie stało. Przez te wszystkie dni, tygodnie, miesiące i lata spędzone w Vancouver nie było prawdopodobnie ani jednego dnia podczas którego on nie przemknąłby przez jej myśl. Interesowała się nim i to zbyt mocno niż powinna, więc uciekła.
Wróciła jednak i o ile jeszcze kilka chwil wcześniej była przekonana, że szybko uda się w drogę powrotną do Vancouver tak teraz zdawała sobie sprawę z tego, że trochę tutaj zabawi i unikanie Michaela nie ma zwyczajnie prawa bytu. Odetchnęła więc głośno i uśmiechnęła się odrobinę kpiąco słysząc pytanie o przystawki z krewetek. Było to tak absurdalne, że nie była w stanie walczyć z drobnym rozbawieniem, które wtargnęło na jej twarz. Michael w świecie Wentworthów ważył każde słowo i świetnie odnajdywał się z tych dyplomatycznych i drętwych spotkaniach, ale nim uciekła z Toronto zdążyła odkryć, że przy niej potrafił mówić to co mu ślina na język przyniesie. Nie tak od razu, ale z czasem poznała go z zupełnie innej strony, a to sprawiło, że… nieważne, nie powinna tak czuć. Krewetki były gumowate… choć może zawsze takie są. Beatrice twierdzi, że nigdy nie miałam wyrafinowanego smaku — zapewne od chwili, kiedy jako dziecko wypluła swój pierwszy kawior na jakiejś uroczystości. — Wolę frytki ze stacji benzynowej — rzuciła starając się utrzymać lekki ton, ale prawda była taka, że w środku drżała. Wspomnienie frytek ze stacji to jedno, bo przywoływało kolejne wspomnienia o siostrze ale to, że Mikael stał przed nią, a ona podłapywała jego żarty to już odrębna historia. Czuła się jakby znów stała gdzieś na krawędzi i balansowała między odcięciem się od tego zakazanego świata, a wejścia do niego ponownie. Może to wina alkoholu, który faktycznie był z wyższej półki, ale to dla niej nie miało znaczenia. Ilościowo na pewno wypiła więcej niż powinna.
W chwili, gdy Michael akurat zadał pytanie zerkając w stronę uchylonego okna, dobieglo do nich kolejne soczyste przekleństwo Beatrice, a ona przytaknęła lekko, bo fakt — raczej wątpliwe, że usłyszą cokolwiek z ich rozmowy. Słuchając go i obserwując poczuła jakby napięcie lekko odpuszcza, bo zdała sobie sprawę, że Mike tego wieczoru stał po jej stronie barykady i dostrzegał te żałosne strony jej rodziny, a prawda była taka, że wcale nie była tego taka pewna. Ba! Nie zawsze tak było. Niegdyś to ona była zdana na łaskę jego i Eleanor, kiedy to on stanowił idealny element układanki Wentworthów, a teraz? Uniosła lekko brwi, a na ustach pojawił się lekki uśmiech. — Na łasce wygnanej córki, kto by pomyślał, Campbell — rzuciła niby dla zabawy, ale nie mijało się to z prawdą. Allister naprawde świetnie się zabawił przed śmiercią i namieszał w hierarchii. — Nowa posada brzmi jak wyrok — albo wyjątkowo paskudny żart staruszka, który zza grobu chciał sobie zapewnić odpowiednią rozrywkę. Może przez te trzy lata jej nieobecności zatęsknił za jej wyskokami i stwierdził, że zapewni żonie nieco emocji po jego odejściu?
Odkąd wyjechałaś, sporo się zmieniło. Na gorzej.
Na moment zamarła i spojrzała na Michaela nie kryjąc swoich wątpliwości, jakby wszystkie te uśpione w niej kompleksy właśnie przemówiły. No bo serio, jakim cudem cokolwiek w tym idealnym, poukładanym świecie Wentworthów, mogło zmienić się na gorsze po jej wyjeździe? Przecież zawsze była chodzącą pomyłką, niepotrzebnym błędem, wiecznym utrapieniem. Po jej zniknięciu powinno być tylko lepiej. Chyba, że… nie mówił o firmie. Chyba że to dla niego wszystko zmieniło się na gorsze, gdy zniknęła.
Nie.
To niemożliwe.
Na gorsze? Nie bądź śmieszny — odbiła piłeczkę z żalem kryjącym się w jej głosie. Może faktycznie nastąpiły jakieś zmiany w firmie, w bracie i w matce, ale nie mogło mieć to żadnego związku z jej wyjazdem, a przez moment poczuła się tak, jakby Campbell próbował mydlić jej oczy… zupełnie niepotrzebnie! Miała teraz taki mętlik w głowie, że nie trzeba było jej dokładać. Wiedziała, że wkrótce zaczną się pytania o strategię działania, o dalsze losy firmy, o której Poppy tak naprawdę nie miała zielonego pojęcia. Jego słowa sprowadziły ją tak brutalnie na ziemię, że aż zakręciło się jej w głowie, a na twarz wtargnęło czyste przerażenie. Jego wal śmiało wcale jej nie uspokoiło. Wręcz przeciwnie. — Jesteś zbyt miły i zaczyna mnie to autentycznie niepokoić — nie była przyzwyczajona do takich zachowań, nie w Toronto — ale dobrze wiedzieć — dodała sięgając po kolejnego papierosa i zerkając na niego wymownie, jakby ponownie liczyła na odpalenie. Skoro chciał zaoferować jej pomoc w tym korporacyjnym bagnie to nie zamierzała z tego rezygnować. Był chyba jedyna osobą, do której faktycznie w sprawach firmy mogła się zwrócić.
Była autentycznie przerażona zagraniem ojca, ale w tym całym szaleństwie rozmowa o domku nad jeziorem i głupie przytyki rzucane między nią, a Michaelem nagle sprawiły, że znów poczuła pewniejszy grunt pod nogami. Przekomarzali się, robili to już niejednokrotnie wcześniej i to była jej bezpieczna strefa w której czuła się pewnie, bo znała zasady gry.
Nie wiem za kogo mnie masz, ale aż takim padalcem nie jestem.
Oboje jesteśmy padalcami, Mike. Pomyślała mając na uwadze ich wcześniejsze wyskoki. — Nie zdziwiłoby mnie to wcale — odparła zaciągając się papierosem, a w jej oczach można było dostrzec żartobliwą iskrę. Zgrywała się czy naprawdę tak uważała? A może mierzyła go własną miarą? Może w głębi siebie czuła, że nie była w stanie dzielić z nim ponownie przestrzeni w sposób jakby nic się nie stało. Gdyby miała tu teraz samochód pewnie rzuciłaby jakimś złośliwym tekstem, wsiadła za kółko i uciekła przed dalszą konfrontacją, bo wyczuwała jego chęć nawiązania kontaktu. Nie była pewna czy jest na to gotowa. W ciasnym wnętrzu samochodu ryzyko było ogromne i zwyczajnie bała się, że w trakcie jazdy zmusi ją do spojrzenia w oczy i rozmowy. Nie kolejnych rzucanych żartobliwie uwag o rodzinie, pogrzebie i firmie. Rozmowy o niej lub co gorsza o nich.
Masz szczęście. Przyjechałam taryfą, bo musiałam zapić potworny żal po Alistairze. Więc oficjalnie: utknęłam — przybliżyła się do niego i spojrzała nieco mrużąc oczy. — Pojadę z tobą, ale tylko pod jednym warunkiem — zaczęła narzucając swoje warunki jak na nową panią prezes przystało. — Zatrzymamy się w mc drive po frytki i ja wybieram stację radiową — spojrzała na niego jakby wyczekiwała odpowiedzi na nieme pytanie czy umowa stoi?

Michael Campbell
Winnie the Pooh ( dc: winniethepooh91 )
38 y/o
For good luck!
180 cm
udziałowiec w Wentworth Development
Awatar użytkownika
wciąż próbuje poskładać swoje życie do kupy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjizależy
czas narracjijak leży
postać
autor

Gdyby nie to, że obecnie panuje tak odrobinę pogrzebowa aura - ale chyba nie tylko ze względu na Alistaira, lecz i na to co spotyka i spotkać ma samą Poppy - to by się szczerze roześmiał. Zdecydowanie panna Wentworth nie należała do osób, które lubiły krewetki, takiego typu wydarzenia, tłum ludzi z wyższych klas czy ogólnie finezyjne… wszystko, co związane ze śmietanką towarzyską, z jaką się lubi uosabiać Beatrice. A która dzisiaj - szczególnie dzisiaj! - musiała pokazać się z jak najlepszej strony, pomimo że straciła właśnie męża i cały sens jej egzystowania - rzekomo, bowiem w domu po ogłoszeniu informacji z testamentu nie wyglądała za zrozpaczoną stracenia kogoś bliskiego, a czegoś znacznie bliższego niż małżonek. Dlatego jedynie uśmiechnął się pod nosem. — Zazwyczaj są gumowate, bo taką mają strukturę — przyznał jej rację, po czym spojrzeniem przeszedł do patrzenia przed siebie. — Też je wolę, chociaż jeszcze bardziej hot-dogi — a kto jest całym winowajcą tego, że zmieniło się jego patrzenie na jedzenie i na wszystko inne? Ona sama… To ona kiedyś zasugerowała, gdy wracali ze zwyczajnych zakupów spożywczych i musieli zatankować, żeby zamówili sobie po paczce frytków oraz wcześniej wspomnianego gorącego psa, co może początkowo niezbyt skłaniało Michaela do tego, żeby rzeczywiście skusić się na prawdopodobnie ociekające tłuszczem ziemniaki i zwyczajowe parówki wciśnięte w suchą i przeleżała bułkę, tak jednocześnie po spróbowaniu zrozumiał dlaczego to się może podobać społeczeństwu. I dlaczego to on sam powinien się do nich przekonać. Nie ma co się z tym kryć - Mike lubił zjeść, czasem nawet te niezdrowe posiłki, więc nie trzeba było go później dwa razy pytać, czy chce zajechać na stację, żeby ponownie złożyć zamówienie. Może to i kwestia utracenia wyrafinowanego podniebienia czy i nawet braku jego posiadania kiedykolwiek, ale nie miał zamiaru się z tym kryć kiedykolwiek. Bo jednak i to miało coś w sobie…
A może to nie to jedzenie miało coś w sobie, a fakt że zrobił to z nią? Że Poppy była przy tym, przez co tym bardziej był skory do spróbowania, a później do jedzenia tego, nie ma co ukrywać, świństwa?
Nie przyzna się jednocześnie, iż po jej wyjeździe raz na jakiś czas zamawiał sobie frytki z uśmiechem na ustach i zarazem pewną dozą żalu, że jest teraz sam w tej chwili.
Zaraz po tym spojrzenie Campbella ponownie ulokowało się na kobiecie, znacznie pewniej tego, że może na nią patrzeć i się przypatrywać, by zaśmiać się na jej uwagę - zapominając tym razem o pogrzebowej aurze. — Lepiej tak, niż na łasce kogoś innego — odparł sugestywnie, po czym uśmiechnął się lekko zmieszany na myśl, co by to było, jakby był skazany tylko i wyłącznie na tą część Wentworthów, w której już nie będzie Poppy. — Albo jak okazja, żeby wykorzystać swoją pozycję do odreagowania po latach — podniósł przy tym brew, aby dać jej do myślenia, co może jej przynieść to stanowisko. Jakie możliwości na odegranie się na matce oraz bracie za to, co jej się przytrafiło. I że była zmuszona do wyjechania. Nie będąc świadomym, że to on się tak naprawdę w tej większej części do tego przyczynił w pewien sposób, o jakim nie wiadomo, czy powinien kiedykolwiek się dowiedzieć. Nie było to jednak jego zmartwienie obecnie na tyle, iż mógł spokojnie żyć w przeświadczeniu, że to bardziej rodzina oraz śmierć siostry przysłużyła się ku temu, żeby wyjechała z Toronto, niźli on sam. Choć tak bardzo pragnął, aby została… aby nie musieli się już tak kryć po kątach domu… nawet jeśli mógłby za to przypłacić stołkiem w firmie, gdyby tylko wyszło że łączy ich coś więcej i to jeszcze na dobre przed śmiercią żony Mike’a. Nie mógł jednak jej o to prosić - czuł, że wymagałby od niej zbyt wiele, na co nie był w stanie się zdobyć. Proszenie o tak wielką rzecz, jak zostanie i trwanie przy nim, nie patrząc na cokolwiek, byłoby wręcz nadszarpnięciem zaufania względem tak naprawdę wszystkich. Bo na kogo by wyszli po wszystkim? Czy nie zostaliby potem nazwani ludźmi, którzy na swój sposób wpędzili Eleanor do grobu, bo ona dowiedziała się o tym jako pierwsza?
Widział jej następujące zdziwienie po tym, co powiedział. Nie wiedząc jednak, jak zareaguje, obawiał się nawet i najgorszego - krzyku, iż nie powinien tego mówić i dlaczego jeszcze nie dał sobie z nią spokoju. Naprawdę rozważał każdą opcję dialogową, jaka mogła się przydarzyć, a mimo to w miejsce całych tych domysłów pojawiła się jedynie… cisza i skryte obserwowanie jego osoby, ewidentnie widząc iż chciała w tej sposób dowiedzieć się czegoś więcej, bez zadawania pytań. To jednak nie przejdzie tak prosto z Michaelem, który dzięki tej robocie nauczył się trzymać nerwy na wodzy i maskę zobojętnienia, aby nie dać się tak łatwo zaskoczyć, bo ktoś odczytał jego mowę ciała. No bo przecież… oczywiście, że chodziło o nią, po części. Po części o jej rodzinę także, licząc że to właśnie na tym drugim powodzie jego słów się skupiła. — Nie jestem śmieszny. Po prostu mówię jak jest. Twoja matka coraz mocniej próbowała i nadal próbuje wpływać na Juliana, aby firma szła po jej myśli. Julian natomiast nie chce nikogo się słuchać i chce działać według własnych planów, o których jednocześnie nikomu nic nie mówi — powiedział, chcąc tym samym jeszcze mocniej nakierować jej rozmyślania na ten kierunek, aby tylko nie miała innych, dziwnych podejrzeń. — A Twój ojciec nie był głupi i widział to wszystko. Więc tak naprawdę nie ma się co mu dziwić, że zrobił jak zrobił — na koniec wzruszając ramionami, aby pokazać, że zdążył przejść z tym niejako do porządku dziennego - nawet jeśli jednocześnie potrafiła go krew zalewać na to, co wyprawiało jedno i drugie, nie patrząc czy nestor rodu to widzi czy nie. W pewnym momencie nikt już praktycznie nie patrzył na Alistaira, na czym nieco Michael skorzystał, mając oparcie w byłym teściu, z jakim jako jedynym mógł normalnie porozmawiać o niemalże wszystkim. — Hej, a czy ja kiedykolwiek nie byłem dla Ciebie miły? — zapytał z nieukrywanym zaskoczeniem na jej komentarz, po czym mina mu momentalnie zrzedła, by zaraz uśmiechnąć się rozbawiony. — Dobra, nieważne, nie było tego pytania — dopowiedział na myśl, że ich relacja z początku nie należała do najlepszych, o ile w ogóle posiadali jakąkolwiek, zważając na to, że był jej szoferem i holował do łóżka, gdy mieszkali a Eleanor była w pełni sił oraz przed tą całą diagnozą. — W każdym razie, wiesz że nie jestem miły tylko dzisiaj, więc możesz być pewna, że nie mam złych zamiarów — wcześniej był, można powiedzieć, wręcz jeszcze bardziej miły niż zbyt miły, jak to określiła, gdy zaczynał w niej odkrywać to, czego na ogół ludzie w niej nie widzą. Ale z czego zarazem się cieszył, mając pewną dozę satysfakcji, że jest nielicznym w życiu Poppy, komu ofiarowała taki kredyt zaufania i możliwości zbliżenia się.
Gdy odezwała się tak niemiło, nie ukrywał swojego oburzenia, że aż ręką wskazał na siebie i teatralnie okazał zaszokowanie. — No wiesz co, jestem dżentelmenem, jak możesz mnie o coś podejrzewać — by na koniec fuknąć i obruszyć się jakby nie na żarty, ostatecznie roześmiał się na to wszystko. — Faktycznie, mam szczęście — zgrywał się, nie ukrywając rozbawienia jakie go dalej ogarniało. Ale nie można powiedzieć, iż nie mówił tego szczerze - bowiem tak właśnie jest, skoro zyskuje z nią dodatkowe minuty, może i nawet godzinę? Albo i więcej, jak dobry los da?! Lecz gdy zbliżyła się niespodziewanie, uśmiech trochę zelżał, a on jakby na zawołanie spoważniał. — Już zaczynasz mi szefować? — zagaił, chociaż nie chciał jej przerywać, ale nie mógł się opamiętać, żeby nie powiedzieć tego na głos. Na sam koniec słów blondynki uniósł brew i chwilę tak patrzył w te jej przymrużone oczy. — Zgoda — po chwili przystał na te zastrzeżenia co do ich współpracy. — Pod warunkiem, że pozwolisz sobie trochę pomóc w domku, żebyś dzisiejszą noc w miarę cywilizowanych warunkach mogła spędzić — dodał, nie chcąc aby jej zdanie i sugestia była ostatnią.
No bo w końcu Michael musiał mieć ostatnie zdanie po swojej stronie.


Poppy Wentworth
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
31 y/o
For good luck!
178 cm
Udziałowczyni w Wentworth Development / Prezenterka Telewizyjna w Vancouver
Awatar użytkownika
Skaza rodu Wentworth, utrapienie Campbella, życiowa pomyłka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pogrzebowa aura nie była czymś co doskwierało Poppy, a przynajmniej bardzo mocno wmówiła sobie to jeszcze przed wyjazdem do Toronto. Tak jakby zaprogramowała się tylko po to, by nie czuć żalu i bólu, by nie uronić ani jednej łzy. Nigdy nie była córeczką tatusia, nigdy nie prowadzili głębokich rozmów i nigdy nie tulili się na dobranoc. Alistair był trudnym rodzicem, trochę wycofanym i chłodnym, jakby jego rola sprowadzała się do poczęcia życia i nic poza tym. Jednak… miał swoje chwile, chwile słabości które zapadały w pamięci i zostawiały trwały ślad. Nawet Poppy dzieliła z nim takie oto chwile, kilka nawet z pamiętnego domku nad jeziorem, a mimo to postanowiła dzisiaj nie wracać do nich myślami, jakby bała się, że wywołają lawinę emocji, których nie chciała okazywać. Nie temu zakłamanemu środowisku, nie tym ludziom płaczącym na pokaz. Chyba nawet nie chciała ich przyznać przed samą sobą. Tym razem się ukryła, nie robiąc popisowego numeru jak na pożegnaniu El… pożegnanie siostry było jedną z trudniejszych przepraw w całym jej życiu. Poniekąd też dlatego obawiała się ceremonii. Jakby bała się, że przywoła wszystko to, o czym próbowała zapomnieć w ostatnim czasie. Przetrwanie pogrzebu nie było więc wcale takie łatwe, na jakie mogło wyglądać dla pobocznego obserwatora. Poppy po prostu potrafiła stworzyć świetne pozory i maskować swoje uczucia. Była w tym dobra.
Też je wolę, chociaż jeszcze bardziej hot-dogi..
Nie spodziewała się, że podchwyci temat z taką lekkością, ale jej kąciki ust drgnęły delikatnie do góry, gdy tylko usłyszała o hot-dogach. Nagle wróciły wspomnienia o taniej kawie, ociekających tłuszczem frytkach i parówkach w wysuszonej bułce, a wszystko to zjadane w aucie, gdzie ukrywali się przed całym światem. Zdawała sobie sprawę z tego, że to ona była prowodyrką i nauczycielką tego niezdrowego nawyku, ale czuła w związku z tym dumę… i nostalgię. Zawieszając na nim zamyślone spojrzenie zastanawiała się, czy on też wspomina tamte chwilę za każdym razem, jak mija przydrożne neony i niewielkie stacje? Czy czuje związane z tym ukłucie żalu? Czy tęskni za tym co było i wymsknęło się z ich rąk bezpowrotnie?
Skłamałaby mówiąc, że o tym nie myślała jednak przeszłość próbowała zostawić za sobą. Jak widać z marnym skutkiem. Nie dość, że w jednej chwili losy przesądziły o dłuższym pobycie w Toronto, to jeszcze stała tutaj przed nim i rozmawiała tak, jakby niewiele się zmieniło… a zmieniło się naprawdę wiele. Słysząc więc słowa Michaela o wykorzystaniu pozycji do odreagowania po latach sprawiły, że Poppy spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie. Mike może wciąż myślał, że jest tamtą zbuntowaną dziewczyną wściekłą na cały świat, że może nowa władza obudzi w niej żądzę krwi. Nie zdawał sobie jednak sprawy jak te lata w Vancouver na nią wpłynęły. Prawda była taka, że nie miała ochoty na zemstę czy odgrywanie się na kimkolwiek. Jasne, przed laty była tą co wszystko im utrudniała, wyciągała brudy na brata i prowokowała rodzinę na bankietach kręcąc afery, ale to nie była czysta złośliwość z jej strony, a raczej desperacka próba zwrócenia uwagi. Krzyk dziecka, które chciało zostać dostrzeżone nie przez pryzmat idealnych dzieci i bez porównań. W Vancouver wreszcie to przepracowała. Zrozumiała, że pewnych rzeczy nie przeskoczy i pogodziła się z tym, że nigdy nie będzie taką częścią tej rodziny, jaką chciała być. Nie warto było więc tracić energii na powrót do toksycznych zachowań.
Chociaż z drugiej strony… nie była święta.
Odreagowania? — zaśmiała się lekko i pokiwała przecząco głową. — Na to potrzeba zbyt wiele energii, a ja chyba za bardzo się rozleniwiłam — pomimo tego stwierdzenia zawahała się, a w jej oczach pojawił się na chwile ten dawny błysk. Zadarła brodę do gry, nie ukrywajac drobnej satysfakcji wynikającej z sytuacji w jakiej się znalazłam. — Chociaż nie zamierzam kłamać… świadomość tego, że oni teraz muszą grzecznie czekać na mój ruch i, że ich cały idealny świat zależy od mojego podpisu… to cholernie przyjemne uczucie — wyznała odsłaniając się nieco przed nim.
Z kolei gdy on zaczął tłumaczyć dlaczego w firmie jest źle wspominając intrygi Beatrice i samowolę Juliana, Poppy zauważyła lekką zmianę w sposobie jego wypowiedzi, jakby próbował zamydlić jej oczy tą korporacyjną historią o tym, dlaczego wiele się zmieniło odkąd wyjechała. On uciekał przed prawdą równie mocno co ona. — Klasyczna bitwa o tron — skomentowała zaciągając się dymem. — Julian zawsze był pionkiem w rękach matki — stwierdziła obojętnie uważając, że te jego chwilowe podrygi samodzielnego działania skończyłyby się, gdyby pojawiła się pierwsza kłoda pod nogami. Wtedy natychmiast poleciałby do Beatrice po pomoc. — Teraz zastanawiam się, czy to zagranie ze mną u władzy to nie jakaś kiepska próba połączenia Beatrice i Juliana na nowo. W końcu nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg — i że też przez chwilę pomyślała, że może ojciec chciał jej zadośćuczynić przeszłość, a tak naprawdę pewnie chciał jej zgotować większe piekło.
Czy ja kiedykolwiek nie byłem dla Ciebie miły? — przedrzeźniła go natychmiast jakby znów cofnęli się wstecz do czasów, gdy była rozkapryszoną małolatą z ciemnymi włosami. — Przypomnieć ci jak traktowałeś mnie jak chodzącą katastrofę? Jak pakowałeś mnie do taksówek i patrzyłeś na mnie jak na najgorsze utrapienie waszego idealnego życia? O tak… byłeś wtedy szalenie miły — a jego ton był niczym radosne ćwierkanie ptaków o poranku, hah! I oczywistym było, że wróciła do pamięcią do czasów ich skłócenia, bo późniejsze losy faktycznie sprowadzały się wręcz do przymilania, na które nie powinni sobie pozwolić. Do bliskości, w której nie było miejsca na kłótnie. Do rozmów w których zrodziło się zrozumienie. To ono sprawiło, że teraz faktycznie wiedziała, że nie miał złych zamiarów.
Już zaczynasz mi szefować?
Zgoda.
I nagle zrozumiała, że jakaś cząstka niej znów poddawała się. Pozwoliła mu pójść o krok za daleko. Nie miała w planach tej rozmowy, a nagle zamierza jechać z nim do domu, by po drodze zajeść gumowe krewetki frytkami.
Nie powinna.
Pomóc w domku? — parsknęła wypuszczając dym. — Zawsze musisz mieć ostatnie słowo, co? — zagaiła, pod tym kątem byli tacy sami. Przekręciła jeszcze oczami, a potem nie dyskutując pokierowała się z nim do samochodu nie mając w planach nawet pożegnać się z rodzicielką czy bratem. Niech się martwią i zachodzą w głowę, jaki los ich teraz czeka.
Poppy rozgościła się na miejscu pasażera od razu wyszukując stację Rock 95, a chwilę potem zsunęła buty i rozsiadła się wygodnie w oczekiwaniu na podwózkę i swoje frytki z maka.


Michael Campbell
Winnie the Pooh ( dc: winniethepooh91 )
38 y/o
For good luck!
180 cm
udziałowiec w Wentworth Development
Awatar użytkownika
wciąż próbuje poskładać swoje życie do kupy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjizależy
czas narracjijak leży
postać
autor

Wiedział jaki potrafił dla niej być. Niemniej znał bardziej Alistaira ze strony swojej dawnej małżonki oraz swojej własnej, gdy zdecydowanie więcej otrzymywał uwagi oraz zauważenia niżeli Poppy, tym bardziej gdy wyjechała z miasta, odcinając się od każdego kompletnie i nie pozwalając przeszłości się dostać do niej choćby na odrobinę. Nie tak, że nie chciał, nie tak że nie próbował, ale to ona zdecydowanie i konkretnie nie pozwalała komukolwiek dostać się do siebie. Bała się zapewne, że gdyby pozwoliła na choćby chwilę nawiązania kontaktu, mogłoby to się pogorszyć i nie miałaby tej samej swobody jak przed tym przyzwoleniem. Rozumiał to, a jednocześnie… cholernie za nią tęsknił, o czym niejednokrotnie próbował powiedzieć kobiecie, aby miała świadomość że on… czeka. Nadal czeka, nawet jeśli tego nie chciała i nie oczekiwała od jego osoby. Nie zważał, że to nie powinno w ogóle mieć miejsca, bowiem nie wyobrażał sobie, żeby miało to wyglądać inaczej. Nieświadomie śmierć ojca Poppy sprawiła, że mogli się w końcu zobaczyć. Porozmawiać, choć zarazem nie chciał przesadzać zbyt mocno, dając jej od razu pewne znaki - pomimo iż okoliczności praktycznie dawały mu takową sposobność. Bał się, że ją spłoszy, a ona tym bardziej zwieje z Toronto na nowo, ale już na stałe, nie chcąc pozostawić jakiegokolwiek kontaktu z sobą, o ile nie będzie się to wiązało z biznesem jaki otrzymała w spadku.
Zresztą, chyba obydwoje nie chcieli tego nazywać oraz o tym rozmawiać, skoro tak mocno uciekali na boki z tematami tabu, skupiając się na rozmowie o jej rodzinie. Zdecydowanie bezpieczniejszym temacie, Z czego mogli pożartować oraz na co mieli narzekać. Szczególnie on, który nie miał ostatnio okazji z kimkolwiek o tym pogadać, nie odczuwając konsekwencji wypowiedzianych zdań odnośnie Beatrice oraz Juliana. — Rozleniwiłaś? Aż trudno uwierzyć — rzucił szczerze zaskoczony tymi słowami, po czym się uśmiechnął. — Może i trochę osiadłaś na ławce rezerwowej, ale to nie znaczy, że o tym się zapomina — nie, żeby ją zachęcał do pokazania pazurków jak za swoich czasów, niemniej nie oznaczało to iż chciał ł aby stała się ciepły…tymi kluchami, które będą posłuszne dla świętego pokoju. To zdecydowanie nie pasowało do panienki Wentworth i w życiu nie przypuszczałby, żeby miało mieć coś takiego miejsce. — O, proszę, szybko sobie przypomniałaś — zupełnie jak na jego zawołanie, na co parsknął aż pod nosem, uśmiechając się z rozbawienia, którego nie miał zamiaru ukrywać. Dobrze się przy niej czuł. Zupełnie jakby te lata nie miały miejsca, a oni wciąż posiadali świetny kontakt. O czym jednocześnie nie chciał mówić wprost, żeby nie dać jej powodów do uciekania z tematami i ogólnie od jego samego. Dlatego tak łatwo kontynuowało mu się temat jej rodzicielki oraz brata - żeby tylko nie powiedzieć czegoś, co mogłoby zmienić tą przyjemną konwersację po latach, którą i tak będą musieli pewnego dnia zmienić na sprawy związane tylko i wyłącznie z nimi. Nie wyobrażał sobie, aby nie mieli o tym kiedykolwiek pozwalać - nawet jeśli ona sama nie będzie chciała o tym pogadać choćby przez odrobinę. Może nie to, że ją zmusi, ale zwyczajnie przekona, żeby chociaż posłuchała tego, co ma do powiedzenia. To mu wystarczy… chyba. Póki co miał takowe przekonanie, które może się z czasem prawdopodobnie zmienić. — Nie wydaje mi się. Pomimo wszystko Twój ojciec najbardziej kochał swoją firmę i nie chciałby zapewne, żeby trafiła w pazerne i byle jakie ręce. Więc pomimo wszystko wolał, żebyś to tym się zajęła. Bo Ty nie zrobisz z tego miejsca i całego przedsięwzięcia bajzlu i własnych zasad, bo taką masz rzekomą wizję — wyjaśnił tak, jak uważał oraz względem tego, co parokrotnie usłyszał z jego ust, oczywiście za życia. Gdy był zapraszany do jego gabinetu na mała szklaneczkę whiskey, żeby omówić firmowe sprawy i jednocześnie powiązać to z tymi prywatnymi.
— Oj no już, już — pokazał jej dłonią, aby się uspokoiła i nie wspominała tego, co miało miejsce. Może i rzeczywiście nie był zbytnio miły dla niej, ale nie ma się co mu jednocześnie dziwić - nie znali się, ona była swoistym utrapieniem w chwili, gdy chciał żeby między jego żoną a nim się układało jak najlepiej - gdy chciał z nią mieć dziecko. Wtedy właśnie pojawiła się Poppy, która jakby uzmysłowiła El świadomość, że nie chce jeszcze zostać matką. Tak się to skończyło, iż nie pozostawiła po sobie jakiegokolwiek potomstwa… kogoś, kto by był namacalnym wspomnieniem tego, że ona kiedyś faktycznie była, kiedyś ją rzeczywiście cholernie mocno kochał i nie wyobrażał sobie poza nią życia. Teraz tak nie było, a jeszcze gdy żyła - uczucia te ulokowały się nieświadomie na kimś innym; kimś, kto również go zostawił w tym wszystkim samego; kiedy nie chciał być sam. — Było między nami różnie, zgodzę się. Ale to dlatego, że nie chciałaś dać się poznać z innej strony — dodał z przekąsem, choć przy tym utrzymując uśmiech na wargach, bo gdy doszło do poznania Poppy przez Michaela, jego zdanie na jej temat drastycznie się zmieniło… znacznie bardziej, niż przypuszczałby kiedykolwiek.
— Pomóc w domku — potwierdził, żeby nie sądziła że posiada niecne zamiary. — Może muszę — skwitował roześmiany, po czym pokazała aby przeszła do jego samochodu. Ba, jak na dżentelmena przystało, otworzył jej drzwi od strony pasażera, a następnie usiadł na fotelu kierowcy. Odpalił silnik, odjeżdżając bez pożegnania z kimkolwiek w kierunku domku - najpierw mając w planach zatrzymać się na McDrive, aby zamówić co chciała, skoro tak jej zależało na zjedzeniu frytek pomimo wyżerki jaka była na stypie. Podejrzewał, że tak jak i on, nie ruszyła zbyt wiele, o ile w ogóle cokolwiek włożyła do ust, co nie było płynne.
Drogę przetrwali głównie w milczeniu, słuchając muzyki jaką wybrała. Uchylił po swojej stronie okno, pozwalając aby wiatr mierzwił jego włosy w trakcie jazdy, mając założone na nosie okulary przeciwsłoneczne te same, które posiadał na pogrzebie, skupiając się na drodze, choć dzięki przyciemnianym szkłom mógł co jakiś czas zerknąć w jej kierunku. Zanim jednak trafili pod odpowiedni adres, rzeczywiście zajechał do restauracji McDonald’s, kierując się autem na linię składania zamówień. Zapytał co chciała zjeść i co potrzebowała na ten moment, a jak tylko powiedzieli do Pani odbierającej informacje o tym, co chcą kupić, przejechał dalej, żeby zbliżyć się do okienka, gdzie można odebrać jedzenie oraz zapłacić.
— Jak za starych czasów, co? — zagaił nagle, po odebraniu torby z ciepłym posiłkiem, gdzie znajdował się chociażby jego cheeseburger czy jej podwójna porcja frytek, odwracając się żeby zapłacić i nie dając jej zbytnio czasu na udzielenie odpowiedzi na jego zapytanie, skoro skupił się na czymś innym. Prędko po tym ruszył przed siebie, włączając się do drogi, nie próbując zmieniać trasy czy zatrzymać się gdziekolwiek, chcąc zjeść już na miejscu - z czego ona akurat mogła korzystać do woli, nie musząc się niczym martwić. Stukał palcami o kierownicę w trakcie jazdy w rytm muzyki z radia, a nim się obejrzeli - zaparkował w pobliżu domku nad jeziorem. Wysiadł z samochodu, rozciągając kości, choć droga nie była nie wiadomo jak długa. — Nic się tu nie zmieniło — rzucił, zerkając w stronę Poppy. — Na pewno nie chcesz zatrzymać się dzisiejszej nocy w hotelu? — oczywiście chciał zaproponować jedną z dwóch sypialni w swoim domu, no ale nie chciał być aż tak bezczelnie bezpośredni - nawet jeśli zwyczajnie taki bywa i nie przeszkadza mu to w innych okolicznościach.

Poppy Wentworth
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
ODPOWIEDZ

Wróć do „#2”