-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
I kiedy była już w jego ramionach, z twarzą ukrytą gdzieś w zagłębieniu jego szyi, zanosząc się płaczem i nie chcąc wierzyć, że naprawdę zostało i tak mało czasu, pierwszy raz poczuła coś innego niż czysty strach. To było coś na wzór szczęścia i może wdzięczności, że utknęli w tym labiryncie. W końcu ściany tego dusznego pomieszczenia dawały im kilka dodatkowych minut, zanim rzeczywistość naprawdę ich rozdzieli. Nawet jeśli wyglądała w tej chwili najżałośniej na świecie, co mogły potwierdzić dziesiątki jej lustrzanych kopii dookoła, to w ogóle nie miało znaczenia.
— Tak szybko jak minęły nam te cztery lata liceum..? — zapytała cicho, ledwie słyszalnie. Głos miała łamiący się, a przede wszystkim zmęczony. Możliwe, że późną godziną, ale chyba głównie histerią w jaka wpadła. Ale to pytanie było dla niej czymś istotnym, jakby rozpaczliwie chwytała się czegokolwiek, co pozwoliłoby jej się utrzymać na powierzchni. W końcu była gotowa odhaczać w kalendarzu każdy dzień, a na tym ostatnim — trzysta sześćdziesiątym czwartym — wpisać wielkimi literami POWRÓT DANTEGO i całą stronę ozdobić serduszkami i śnieżynkami, bo przecież nic innego nie potrafiła rysować.
— Cofam tamto życzenie… — wymamrotała słabo, zaciskając palce na jego koszulce w nerwowym geście. Zdecydowanie było to lepsze rozwiązanie na szalejący w jej żyłach kortyzol niż szarpanie skórek przy paznokciach, bo przecież ostatnie czego im brakowało w tej sytuacji to jej nagłego ataku paniki wywołanego hemofobią.
— Mogę dziś u ciebie spać? Chcę wspólnego prysznica, głupich filmów na laptopie, spania w jakimś twoim T-shircie… chcę spać przy tobie, obudzić się… chcę odprowadzić cię na autobus albo na dworzec… chcę te ostatnie godziny spędzić przy tobie. — Przez chwile chciała podnieść głowę, aby móc spojrzeć chłopakowi w oczy, ale na szczęście szybko do niej dotarło, że od łez, które nadal leniwie spływały po jej zaczerwienionych od płaczu policzkach, cały makijaż jej się rozmazał, a maskara na pewno narysowała jej czarne wzorki przypominające Amazonkę i jej dopływu. Dlatego na nowo ukryła ją w jego szyi, pozwalając sobie na wdychanie jego zapachu, który zawsze działał na nią tak dziwnie kojąco.
— I chcę magnes z Montrealu. I z trzech innych miast, w których będziesz… — wymamrotała jeszcze.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale… może nie musiał się tym jeszcze martwić? Mógł zamiast tego spróbować zupełnie wyprzeć i zignorować ten problem – mniej więcej tak samo, jak do niedawna wypierał oczywisty fakt, że wyjazd z Toronto nieuniknienie wiązał się z koniecznością rozstania z nią. Chociaż to akurat z każdą chwilą docierało do niego coraz bardziej i stawało się zdecydowanie zbyt realne, by można było w dalszym ciągu udawać, że nic takiego nie miało mieć miejsca.
– Możesz. Jasne, że tak – nie musiał ani przez moment zastanawiać się nad odpowiedzią. Tym bardziej, że doskonale wiedział przecież, że Douglas powinien noc spędzić w pracy, a matka… ona przynajmniej nie miała raczej zamiaru wtrącać się w ten nieplanowany nocleg z żadnymi idiotycznymi uwagami. Ani w żaden inny sposób popsuć im tego czasu ostatni raz przed wyjazdem spędzanego wspólnie.
– I… możesz mieć w takim razie dwa życzenia. Przecież to wcześniejsze też spełnię, tylko… – znów zawahał się przez chwilę, nie będąc pewnym, jak faktycznie chciał to zdanie zakończyć. – Wyjazd nic nie zmienia.
Tak, w ten sposób brzmiało to chyba zdecydowanie lepiej. Bez tylko i bez jakichkolwiek ale. Nadal był przecież jej, a fakt, że mieliby nie widzieć się przez rok… nie mógł tego w żaden sposób zmienić. A przynajmniej w tym momencie nie widział takiej możliwości, nawet jeśli musiał wypędzić z głowy wyjątkowo nieprzyjemną myśl o tym, że w tym czasie to nie on, a ona mogłaby spotkać na swojej drodze kogoś odpowiedniejszego dla niej…
Słysząc o konieczności zakupu dla niej magnesów, zmusił się jednak do uśmiechu, tym razem może odrobinę bardziej przekonującego niż ten, którym uraczył ją parę chwil wcześniej. Delikatnym gestem uniósł lekko jej głowę, nie widząc żadnego powodu, dla którego miałaby chować przed nim twarz. Tę zresztą ujął w dłonie, kciukami przecierając lekko ten rozmyty tusz pod jej oczami – bardziej chyba dla jej komfortu niż przez to, że widok miałby mu jakkolwiek przeszkadzać. W końcu… powinna już chyba doskonale wiedzieć, że prawdopodobnie nie istniała sytuacja, w której mógłby rzeczywiście uznać, że wyglądała w jakimkolwiek stopniu nieatrakcyjnie w jego oczach.
– Tylko z trzech…? – dopytał, unosząc lekko brwi i w kolejnej chwili składając na jej wargach czułego całusa. – Mam wybrać losowo, czy zależy ci na jakichś konkretnych?
Możliwe, że przynajmniej w jakimś stopniu udało mu się zadbać o to, by w jego głosie wybrzmiało coś, co mogłoby chociaż przypominać tę typową, nieco żartobliwą nutę. Niewielkie były szanse na to, by miało się to udać w pełni przekonująco, ale… chyba i tak było to najlepsze, na co był w stanie zdobyć się w tej sytuacji. Zwłaszcza przyglądając się tym jej wciąż załzawionym, zaczerwienionym oczom.
Raz jeszcze pocałował ją – tym razem w kącik ust – jednocześnie coraz wyraźniej uświadamiając sobie, że prawdopodobnie powinni już przynajmniej spróbować wydostać się z tego nieszczęsnego labiryntu. Może i wcale nie miał zbytniej ochoty podnosić się z tej podłogi – zwłaszcza, że musiałoby wiązać się z ponownym zwiększeniem dystansu pomiędzy nimi – ale chyba nie było sensu wierzyć w to, że jeżeli zostaną tu wystarczająco długo, to czas na zewnątrz tak po prostu przestanie płynąć i tym samym zyskają go dla siebie nieco więcej.
– Jak chcemy mieć szansę, na jakiś prysznic, czy filmy, to chyba wypadałoby spróbować stąd wyjść… – westchnął, raz jeszcze wtulając się w nią i przynajmniej jeszcze przez chwilę rozważając, czy mimo wszystko nie mogliby tu zostać jeszcze trochę dłużej… – Poza tym… nie widziałaś jeszcze za wiele w wesołym miasteczku. Dalej nie możesz wiedzieć, czy warto je odwiedzić, kiedy już się otworzy…
No tak, to przynajmniej mógł być nieco przyjemniejszy sposób na to, by kupić sobie jeszcze trochę czasu. I to tego, w którym mogliby jeszcze przez chwilę lub dwie udawać, że absolutnie wszystko było w porządku, kolejnego dnia wcale nie czekała ich stanowczo zbyt długa rozłąka i… po prostu mogli go wykorzystać całkowicie beztrosko, zwiedzając jeszcze przez moment nieczynny lunapark.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Wtulała się w niego mocno jakby chciała to robić na zapas, za każdy dzień, kiedy miałby być poza jej zasięgiem.
Kiwnęła lekko głową, słysząc, że zgodził się spełnienie życzenia związanego z nocowaniem w jego domu. Domyślała się, że raczej jego mama nie powinna mieć z tym problemu, zważywszy na fakt, że przecież doskonale wiedziała, że następnego dnia Dante wyjeżdżał na zdecydowanie za długi okres. Zresztą, to też nie miało być jej pierwsza noc spędzona w tym miejscu – w końcu, gdy już jako para, uczyli się do późna, rodzice pozwalali jej tam zostać do rana, aby nie musiała wracać nocą. A Doug? On też jej nie przeszkadzał, w końcu akurat ją lubił, ale skoro chłopak tak szybko przystał na jej propozycję to zgadywała, że ten spędzi cały ten czas na komisariacie.
– Aż dwa? Cholera, ale ze mnie szczęściara… – Uśmiechnęła się smutno, nadal nie odrywając buzi od jego szyi. Bo czy można było nazwać szczęśliwym kogoś, kto za kilka godzin będzie zmuszony do pożegnania swojej miłości? Przymknęła oczy, wsłuchując się w rytm jego oddechu i bicie serca, które znała chyba lepiej niż własne. Chciała zapamiętać wszystko – ciepło i zapach skóry, sposób, w jaki obejmował ją odruchowo mocniej, kiedy milczała zbyt długo, to jak układał dłonie na jej talii… po prostu wszystko.
Poczuła ścisk w klatce piersiowej, kiedy złapał ją za policzki i zmusił, aby na niego spojrzała. Ale gdy tylko zaczął wycierać jej te czarne plamy od tuszu, parsknęła cichym śmiechem. No tak, zawsze, a przynajmniej prawie zawsze, robił wszystko, aby czuła się jak najlepiej, aby nigdy nie musiała się przed niczym przy nim powstrzymywać – płaczem, zbyt głośnym rechotem czy idiotycznymi wygłupami podczas podejrzanych imprez na dachu.
– Masz rację. Wyjazd nic nie zmieni. Zawsze będziesz moim gamoniem… zwłaszcza tym, co średnio ogarnia matmę. Mówiłam, że magnesy mają być cztery. Jeden z Montrealu, a pozostałe z innych miast, które odwiedzisz. I nie wiem skąd… przecież sam nie wiesz, gdzie jeszcze pojedziesz, dlatego tylko wybrałam Montreal. – Nie mogąc się powstrzymać, uniosła dłoń i pociągnęła go za nos, tak jak miała w zwyczaju, kiedy udzielał jej błędnych odpowiedzi podczas korepetycji.
Ona również nie chciała, żeby wypuszczał ją ze swoich objęć. Tak było jej naprawdę dobrze, ciepło, bezpiecznie. I choć wiedziała, że niedługo miał wsiąść w pociąg i odjechać, to nadal nie chciała w to wierzyć. O niczym innym nie marzyła jak o tym, żeby się obudzić z tego okropnego koszmaru. Ale musieli w końcu się podnieść i znaleźć wyjście z tego labiryntu, co o dziwo, poszło im o wiele szybciej niż mogliby przypuszczać. Tak jakby los specjalnie ich tam uwięził, aby wyjaśnili sobie wszystko, a potem pozwolił im odejść, ciesząc się pozostałym im czasie.
Zahaczyli jeszcze kilka atrakcji, odpuszczając sobie jednak wszystkie rollecoastery i inne mega katapulty, któryż niewłaściwe użycie mogło grozić w najlepszym wypadku śmiercią, a w najgorszym paraliż całego ciała i przykucie do łóżka.
Elsa naprawdę starała się dobrze bawić, robiąc dobrą minę do złej gry, ale z każdą chwilą było to coraz trudniejsze. Humor jej się jednak poprawił, kiedy – już przy samym płocie – Dante nagle do niej podbiegł z dużą, pluszową pandą. Wiedziała, że ją ukradł i że powinna jak najszybciej odłożyć ją na miejsce, ale nie potrafiła. To ta maskotka miała jej zastąpić ukochanego.
W drodze do domu napisała tylko do mamy wiadomość, ze zostanie u niego na noc. Wolała poinformować nią niż ojca, bo przecież ten zaraz wpadłby na głupi pomysł, żeby po nią podjechać skoro nie chciała wracać samej po ciemku. A ona jednak miała odpowiednią siłę przebicia, aby wybić mu podobne plany z głowy.
Szkoda, że ja nie mam takiej siły, żeby wybić ci ten wyjazd…
Na miejscu przywitała się z grzecznie z gospodynią, a potem od razu skierowali się do jego pokoju. Tam posadziła pluszaka na krześle przy biurku, a sama legła plecami na łóżko.
– Wrócę tam tylko z tobą… z nikim innym nie pójdę do wesołego miasteczka… więc lepiej wracaj szybko. – Szantaż? Być może. Najważniejsze, żeby zadziałało.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A także chociaż spróbować wciąż dobrze bawić się w tym nieczynnym wesołym miasteczku. Wprawdzie chyba żadne z nich nie było w stanie wrócić do tego nastroju, który towarzyszył im jeszcze wtedy, gdy pokonywali płot za pierwszym razem, ale w jakiś sposób chyba obydwoje dość mocno starali się, żeby ten czas faktycznie dało się uznać za całkiem udany.
Kiedy zobaczył te pluszowe pluszaki – a wśród nich również pandę – smętnie pozostawione przy jednej z atrakcji, przy której podczas działania lunaparku najpewniej można było je wygrać w jakiejś ustawionej grze… oczywistym było, że nie mógł ich tam tak po prostu zostawić. Choć owszem, w pierwszej chwili być może faktycznie przeszło mu przez myśl, że mogło to już być lekkie przegięcie. Bądź co bądź, chyba nadal była to kradzież. Nawet jeśli wiele wskazywało na to, że pluszaki mógłby spotkać dość smętny los, gdyby wesołe miasteczko nie miało otworzyć się zbyt szybko, to nadal – prawdopodobnie nie powinien tak po prostu zabierać żadnego z nich. Mając jednak na koncie całkiem sporo wyczynów, których nie powinien się dopuszczać, ostatecznie i tak musiał zdecydować się wrócić po tę nieszczęsną pandę, zanim jeszcze mieliby opuścić teren.
A widząc uśmiech na twarzy Elsy – ten całkiem szczery i niewymuszony poczuciem, że powinna się dobrze bawić, mógł jedynie utwierdzić się w przekonaniu, że było warto. No i zresztą… jakoś mało prawdopodobne wydawało się to, by ktokolwiek rzeczywiście miał w ogóle zauważyć brak tej jednej maskotki. Może zresztą nie on pierwszy zdecydował się zabrać ze sobą jedną z nich. A skoro tak… tej drobnej kradzieży zdecydowanie nie można było zaliczyć do czegoś, co Dante miałby jakkolwiek rozpamiętywać i co miałoby spędzać mu sen z powiek. Możliwe, że nie powinno się liczyć nawet na te delikatne, wywołujące ledwie swędzenie gdzieś w okolicach karku, wyrzuty sumienia.
Bez większego zastanowienia położył się na łóżku obok niej, kiedy już dotarli do jego domu i kiedy po wymienieniu ledwie kilku zdań z jego matką, mogli zaszyć się w pokoju. Zaraz też uniósł się lekko na łokciu, by móc swobodnie na nią spojrzeć, przy okazji gdzieś z tyłu głowy odnotowując niewyraźnie majaczące wspomnienie tej pierwszej imprezy, na której w dość podobny sposób leżeli na trawniku przy domu Chrisa.
– W porządku, może wtedy uda się wygrać jakiegoś kumpla dla twojej pandy – uśmiechnął się na jej słowa, odruchowo sięgając po ten jeden kosmyk jej włosów, który już jakiś czas temu zdążył wymknąć się z kucyka. Jeden z tych oczywistych i dość banalnych gestów, których niewątpliwie miało mu brakować przez ten najbliższy rok.
– Właściwie… co masz zamiar robić przez ten czas? – bo przecież oczywistym faktem musiało być to, że plany na najbliższy rok miała z całą pewnością znacznie bardziej konkretne od niego. I… nawet jeśli swoją informacją o wyjeździe mógł w jakiś sposób pokrzyżować jakąś część z nich, to przecież nie mógł chyba namieszać w nich aż tak bardzo. I nadal ciekawiło go, czym miała zamiar się zająć. Co pewnie mogło być swego rodzaju odmianą, jeśli tylko wzięło się pod uwagę to, że jak dotąd zdecydowanie bardziej wolał wybierać natychmiastową zmianę tematu, jeśli tylko ten zaczynał niebezpiecznie zbaczać na jakiekolwiek plany po zakończeniu szkoły. Choć może jednak wcale nie było to tak dobrą taktyką, jak mogłoby wydawać się z początku. Gdyby przez dłuższy czas nie unikał tematu tak skutecznie, być może do teraz zdążyłby już wymyślić cokolwiek sensownego dla siebie.
A przynajmniej – bardziej sensownego niż ten nieszczęsny wyjazd, do którego… chyba też niespecjalnie zdawał się być przygotowany. Na to przynajmniej nie wskazywał stan jego pokoju, w którym w zasadzie większość rzeczy zdawała się pozostawać na swoim względnie stałym miejscu. Możliwe, że nie do końca tak powinien wyglądać pokój kogoś, kto następnego dnia miałby wyjechać gdzieś na rok i kto być może powinien przynajmniej pomyśleć już o spakowaniu się…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Uśmiechnęła się ciepło, słysząc jak zgadza się na jej propozycję odnośnie wspólnego powrotu do lunaparku. Potrzebowała jak najwięcej potwierdzeń, że wróci, że wszystko będzie po staremu, a ten rok naprawdę minie im w zastraszającym tempie.
Gdy sięgnął po tego upartego kosmyka, mimowolnie wyciągnęła buzię w stronę jego dłoni, chcąc się do niej odrobinę poprzymilać. Bo przecież nikomu innemu nie pozwoli na odgarnianie jej włosów. Prędzej by zagryzła z tym swoim mordem w oczach… tym samym mordem, którego nie powstydziłby się żaden szanujący się pudel.
— Na pewno tęsknić i czekać — odparła spokojnie, pozwalając sobie na kolejny uśmiech. — A tak to studia… tata chciał mnie wysłać na prawo i na aplikacje prokuratorskie, ja chciałam iść na ekonomię… ale ma sie w tym roku otworzyć kierunek z ekonomicznej analizy prawa, więc… to chyba dobry kompromis, co nie? — Sięgnęła zaraz po jego rękę i splotła ich palce ze sobą, kładąc je po chwili na pościeli. Lubiła ten ciężar jego dłoni na swojej. To, jak naturalne było już szukanie go dotykiem. Jakby jej ciało samo przyzwyczaiło się do obecności Dantego i teraz panicznie próbowało zapamiętać ją na zapas.
I nagle dotarło do niej jak bardzo to wszystko przypominało ich pierwsze spotkanie poza murami szkoły, kiedy wyszli razem na imprezę i kiedy tak naprawdę to wszytko się zaczęło. Brakowało tylko… Momentalnie się podniosła i nachyliła nad nim, aby po chwili trącić jego nos swoim.
— Ale chcę się zatrudnić też w jakimś salonie na jakiś staż czy coś… zobaczysz, będę świetną fryzjerką! Będziesz ze mnie dumny i… jesteś pewien, że chcesz o tym słuchać? — zapytała cicho,choć jeszcze chwilę temu była strasznie podekscytowana swoimi planami na życie. I znowu przypomniał jej się tamten wieczór po imprezie. Pierwszy raz, kiedy zostali sami. Kiedy siedzieli tak samo blisko siebie i oboje udawali, że kompletnie nie widzą tego napięcia między nimi. Brakowało tylko tamtego nerwowego śmiechu i zbyt chaotycznych usprawiedliwień po pierwszej próbie pocałunku.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Jasne. Przy okazji brzmi jak coś śmiertelnie nudnego, więc… powinno ci się spodobać – zaśmiał się, całkiem sprawnie zdążywszy już wrócić do odpowiedniego, podszytego żartem tonu wypowiedzi. Możliwe, że to za sprawą tych ich splecionych rąk i jej przyjemnie gładkiej skóry pod palcami. Albo przez sam fakt, że to nieco zbyt wczesne i nijak niezaplanowane poinformowane jej o wyjeździe, mimo wszystko nie zakończyło się wcale aż tak fatalnie, jak prawdopodobnie mogłoby. Ba, zakończyło się przecież nawet lepiej niż mógłby w ogóle zakładać – w żadnym razie nie brał przecież pod uwagę tego, że mieliby jeszcze tę jedną noc spędzić wspólnie. Przypuszczał raczej, że rozstając się pod jej domem, będą widzieć się po raz ostatni na… stanowczo zbyt długi czas.
Tymczasem była tutaj, w jego pokoju, na jego łóżku, tuż obok niego. Co w zasadzie nie powinno pewnie stanowić niczego nowego – bo zdecydowanie takie nie było – ale… jednocześnie pod każdym możliwym względem było przecież inne niż do tej pory. Choć wciąż naprawdę trudno byłoby oprzeć się skojarzeniu z tą pierwszą wspólną imprezą. Która, tak w zasadzie, i tak nie interesowała ich za bardzo…
Uśmiechnął się, kiedy nachyliła się nad nim trącając jego nos swoim. Tak, klamra ich znajomości była zdecydowanie aż nazbyt widoczna. Może i bez tych kompletnie nieistotnych, dobiegających gdzieś z oddali odgłosów wciąż trwającej imprezy, nie na trawie, a na łóżku i – co chyba można było uznać za najważniejszą różnicę – bez tej niepewności własnych uczuć, czy skrępowania nadmierną bliskością. Przy jednoczesnej chęci, by ta trwała jak najdłużej. Teraz z tego wszystkiego pozostawał chyba tylko ten ostatni element. Nie chciał, żeby się odsuwała i tym razem przynajmniej nie musiał obawiać się, że faktycznie miałaby to zrobić. Tak samo, jak nie musiał się zastanawiać, czy powinien, kiedy sięgnął ręką do jej uda i pociągnął ją lekko w swoją stronę, by dać jej do zrozumienia, że zdecydowanie powinna znajdować się jeszcze bliżej.
– Pewnie będziesz nie tylko świetną, a najlepszą fryzjerką. Chociaż… może lepiej nie… Nie chcę umawiać się z miesięcznym wyprzedzeniem, żeby w ogóle móc się z tobą zobaczyć między kolejnymi klientami – uśmiechnął się, podnosząc lekko głowę, by móc ją pocałować. Krótko, ale przynajmniej bez tej niepewności, która towarzyszyła ich pierwszemu pocałunkowi, a o której chyba obydwoje zdążyli już dawno zapomnieć. – I jasne, że chcę tego słuchać. Chcę wiedzieć, co będziesz robić i że… na tych ciekawszych rzeczach skupisz się jednak trochę bardziej niż na jakimś tęsknieniu i czekaniu…
Bo przecież naprawdę chciał, żeby ten rok spędziła dobrze. Skupiając się na tym, co faktycznie miałoby sprawiać jej przyjemność – nawet jeśli ekonomiczna analiza prawa brzmiała jak coś, co chyba nikomu nie powinno jej sprawiać… – a nie na przejmowaniu się tym, że jej chłopak miewał niekiedy wyjątkowo durne pomysły. I że czasami te pomysły kończyły się jakimś kompletnie nieprzemyślanym, za to zdecydowanie zbyt długim wyjazdem.
Elsa Eriksen