
Cała odpowiedzialność za wychowanie dzieci spadła na pana Bremersa. Nie był człowiekiem szczególnie przygotowanym do samotnego wychowywania trójki dzieci, ale jakimś cudem dawał sobie radę. Czasami nawet całkiem dobrze! Może nie umiał zapleść warkoczy ani ugotować makaronu bez sprawdzania instrukcji na opakowaniu, a ubrania cerował tak krzywo, że wyglądały gorzej niż przed naprawą, ale zawsze był obok. A jeśli mówił nie ruszaj tego, to prawdopodobnie nie należało tego ruszać. Niestety Covie zwykle dochodziła do tego wniosku już po fakcie.
Bracia wiecznie się o coś zakładali, a ona zazwyczaj dołączała do nich bez zastanowienia, nawet jeśli nie do końca rozumiała, o co chodzi. Funkcjonowali według bardzo prostych zasad. Na przykład, jeśli coś spadło i się nie rozbiło, nie można o tym nikomu powiedzieć. A jeśli się rozbiło, trzeba to skleić przed powrotem ojca. A jeżeli nie da się skleić, winny jest najstarszy brat. Tak poza tym nauczyli ją wielu rzeczy - głównie tych, których nie powinno się robić. Jak sprawdzanie, czy to naprawdę jest gorące poprzez dotknięcie tego palcem.
Jeśli jednak istniała jedna rzecz, której nie odziedziczyła po ojcu, to zamiłowanie do myślenia. Nigdy nie była wybitną uczennicą. Nie należała do tych osób, które z wypiekami na twarzy rozwiązywały dodatkowe zadania z matematyki albo dla przyjemności czytały podręczniki przed rozpoczęciem roku szkolnego. Jeśli już siedziała nad książkami, to tylko dlatego, że ktoś wcześniej skutecznie nastraszył ją zbliżającym się sprawdzianem. Owszem, zdawała egzaminy, przechodziła z klasy do klasy i jakoś dawała sobie radę, ale nikt rozsądny nie wróżył jej kariery naukowej. Gdy nauczyciele mówili o niewykorzystanym potencjale, zwykle patrzyli właśnie na nią. Ale to też nie tak, że była całkowicie beznadziejnym przypadkiem! Umiała czytać, pisać i nawet liczyć. Tylko że przy liczeniu często gubiła się gdzieś pomiędzy liczbą pięć a liczbą dziesięć. Za to miała niezwykły talent do zadawania pytań, po których nauczyciele mieli ochotę wyjść z siebie i stanąć obok.
Na szczęście los zabrał jedną ręką, a drugą oddał! Coven wyrosła na naprawdę ładną dziewczynę. Tak ładną, że ludzie byli skłonni wybaczać jej brak inteligencji. Kiedy mówiła coś głupiego, większość rozmówców nie zastanawiała się nad treścią, tylko nad tym, jakim cudem można wyglądać tak dobrze. Sama długo nie zdawała sobie z tego sprawy. Była święcie przekonana, że ludzie po prostu są dla niej mili. Ojciec twierdził, że odziedziczyła urodę po matce i inteligencję po... no cóż, po nikim konkretnym. Nie przeszkadzało jej to jednak specjalnie. Nigdy nie marzyła o byciu uczoną ani wielką wynalazczynią. Wystarczało jej, że zawsze potrafiła odnaleźć drogę do domu. A jak na nią, był to już całkiem solidny sukces!
Z biegiem czasu okazało się też, że Coven ma jedną umiejętność, której nikt w rodzinie się nie spodziewał - poczucie stylu. Potrafiła wparować do sklepu, znaleźć na wieszakach rzeczy, które wyglądały jak przypadkowy zbiór porzuconych fatałaszków i wyciągnąć z nich wszystko, co najlepsze. Ojciec twierdził, że to niemożliwe, żeby ktoś, kto mylił podstawowe działania matematyczne, potrafił jednocześnie tak dobrze dobierać kolory. Po skończonym (wow!) liceum, zaczęła pracę w lumpeksie. Początkowo miała tam tylko pomagać - przyjmować towar, segregować ciuchy i udawać, że naprawdę ogarnia ceny na metkach. Szybko jednak okazało się, że klienci zaczęli chętnie przychodzić tam, gdzie ta ładna dziewczyna zawsze znajdzie coś fajnego. I tak została na dłużej. Nie dlatego, że była szczególnie zorganizowana i zaangażowana. Powiedzmy sobie szczerze - nie była. Metki bez przerwy lądowały w złych miejscach, ceny były na oko, a jej system układania ubrań opierał się wyłącznie na kolorystyce. Szefowa uznała jednak, że lepiej nie zadawać pytań i po prostu pozwolić jej działać. Coven sama nigdy nie traktowała tego jak talentu. Dla niej to była po prostu praca, w której trzeba przekładać rzeczy i czasem mówić ludziom, że wyglądają rewelacyjnie, nawet jeśli mają na sobie trzy różne rozmiary ubrań jednocześnie.
→ uwielbia horrory klasy B (jej ulubiony to Zombiebobry);
→ pamięta dziwne, losowe fakty, ale imiona ludzi ulatują jej z głowy po pięciu sekundach;
→ mówi, że zaraz wraca i znika na godzinę;
→ potrafi się cieszyć z rzeczy, które inni uznaliby za absolutnie nieistotne;
→ ma tendencję do komentowania rzeczy na głos, zanim zdąży ugryźć się w język;
→ twierdzi, że to tylko gra/film/serial, a potem przeżywa to przez następny miesiąc;
→ ma fazy obsesji na konkretne uniwersa (raz Potter, raz The Walking Dead, raz Igrzyska Śmierci);
→ spoilery nigdy nie psują jej przyjemności, bo i tak zawsze zapomina o szczegółach fabuły;
→ zbiera komiksy, bilety i cukier w saszetkach;
