Wesele było doskonałe. Przynajmniej jeśli chodziło o samą uroczystość.
Ludzi nie mogła pilnować, albowiem było ich ponad dwieście, niemniej gdy chodziło o samo przygotowanie, wszystko było dokładnie tak, jak to zaplanowała. Przystawki świetne, muzyka na żywo doskonała, podobnie jak wino, wystrój i cała reszta. Każdego szczegółu pilnowała do końca i teraz mogła spokojnie przeżywać i świętować wejście w nowy związek małżeński. Taki, który sama chciała i do którego nie była przymuszana.
Wszystko szło dobrze. Zwłaszcza po tym, jak przeżyła rozmowę z Aurelią.
Kolacja przeszła spokojnie. Dużo jedzenia, rozmów. I chociaż uwielbiała jeść, a od dwóch miesięcy miała „jeść za dwóch”, tak ilości jedzenia na ich stole nie dało się przejeść, dlatego bardzo szybko skorzystała z zasady, aby zawsze coś mieć na talerzu. Wtedy nikt niczego jej nie wciskał.
Nie mogła się jednak doczekać samego tortu.
To było ciekawe wydarzenie. Wiele o nim słyszała, wiele o nim czytała. Widziała też kilka filmików, gdzie dekorowano tort na różne sposoby. Nie mogła się tego doczekać, bo chociaż i tak całe to wesele było jedynie wielkim przedstawieniem przed rodziną Giovanniego, to mimo wszystko przeżywała każdy etap. Dlatego kiedy doszło już co do samej aktywności przed rodziną, szczerze się uśmiechała, doskonale się bawiąc gdy rozrzucała kolejne owoce na krem i posypywała je cukrem pudrem.
Pierwszy raz też wymieniała się kawałkami tortu z mężem. Ona w przeciwieństwie do męża, kochała słodkości i desery, dlatego te kilka kęsów bardzo jej podpasowały. Smak na pewno był podrasowany samym wydarzeniem oraz sentymentem. Głupią symboliką małżeństwa, które wcześniej uważała za przekleństwo.
W końcu nadszedł moment, gdzie rozstała się z mężem na rzecz interesów. Jeszcze zanim przeszedł do innej części rodziny, życzyła mu powodzenia. Tak po prostu. Sama zamierzała sobie przecież poradzić, po za tym – tu miała być bezpieczna. Była tu tylko
rodzina. I chociaż wciąż znajdowała się w gnieździe węży, to miała przekonanie, że nikt jej tu nie skrzywdzi ze względu na nazwisko, które przywdziała. A może po prostu miała taką nadzieję. W końcu to głównie ze względu na jej ochronę Giovanni chciał wziąć z nią ślub.
Czuła na sobie też spojrzenie cienia jej męża, które dodatkowo podnosiło jej poczucie bezpieczeństwa. Rozmawiała z nim za plecami, spory kawałek dalej, z częścią rodziny, poznawała kobiety innych mężczyzn, którzy siedzieli przy głównym stole. Bawiła się nawet przez jakiś czas z dziećmi, które przyjechały tu wraz z rodzicami.
Doskonale spędzała czas na własnym weselu, nawet gdy wciąż musiała trzymać fason i odpowiednią maskę przed resztą famiglii. Ale potrafiła się sobą zająć. I umiała wkręcić się w towarzystwo, niezależnie od charakteru oraz wieku.
W pewnym momencie przeprosiła towarzystwo, aby przejść do łazienki. Damon przechodził za nią do momentu, gdy ta nie skryła się za drzwiami toalety. Trzymał się na odległość, ale wciąż czuła na sobie jego spojrzenie. Gdy jednak zamknęła się w czterech ścianach, odetchnęła, zupełnie jakby wypuściła z siebie cały ciężar. A noc wciąż była młoda.
Pięknie dzisiaj wyglądasz.
W pierwszej chwili nie zareagowała. Jakby jej umysł odmówił przyjęcia do wiadomości tego, co właśnie usłyszała. Dopiero po sekundzie poczuła, jak całe jej ciało sztywnieje. Dreszcz przebiegł jej po plecach, od karku aż po sam dół kręgosłupa. Żołądek zacisnął się boleśnie, a serce wykonało jeden gwałtowny skok, po którym przez moment miała wrażenie, że całkowicie przestało bić.
Nie. To niemożliwe.
Znała ten głos. Doskonale go znała. Przez lata słyszała go częściej niż własne myśli. Niemożliwym było, aby był tutaj. Ale kiedy tylko podniosła spojrzenie na lustro, dostrzegła za sobą postać człowieka, przez którą krew odpłynęła z jej ciała.
Poczuła jak grunt osuwa jej się spod nóg. Tyle czasu. Tyle kilometrów. Nowe nazwisko, nowa tożsamość, nowe życie. Wszystko po to, aby go nigdy więcej nie zobaczyć.
Miała być dla niego martwa.
Odwróciła się gwałtownie, odruchowo się wycofując, aby być jak najdalej od niego. Wbiła tył białej sukni w marmurowy blat z umywalką. Jakby mogła, to przebiłaby się przez kamień.
—
Co ty tu robisz? — spytała po koreańsku. I chociaż chciała brzmieć na pewną siebie, to w jej głosie ukrywało się napięcie. Bo wrócił do niej cały ten doskonale jej znajomy strach i niepewność, które wgryzły się w jej podświadomość tak głęboko, że wciąż ich nie przepracowała.
To chyba nie jest odpowiednia reakcja na swojego… męża. Dawnego męża.
Jej wzrok uciekł za jego postać. Na drzwi, które sobą zastawiał, odcinając jej jedyną drogę wyjścia. Aby do nich dotrzeć i się wydostać z łazienki, musiałaby przejść przez niego, co miało być jej jedyną opcją. Mogła też liczyć, że ktoś wejdzie i to wykorzysta.
Na bogów, co on tu robił? I dlaczego jedno jego spojrzenie wystarczyło, aby te dwa lata przestały być bezpiecznym dystansem.
—
Jak mnie znalazłeś? — Subin nie miał takich znajomości, ani umiejętności co Giovanni. To, że tu był, było czymś wyjętym prosto z jej najgorszego koszmaru. Nie wiedział jakim cudem się tu dostał, jak tu przyjechał i dowiedział się, że żyje, ale wiedziała, że nie będzie to przyjemna rozmowa. I przyjemne spotkanie.
Giovanni Salvatore