Życie tylko z pozoru było bez przerwy w biegu; o wiele częściej ulegał jednak wrażeniu, że stoi okrutnie w miejscu, że czas jest woskiem topiącym się mozolnie bez żadnych przejawów wdzięku; że tkwi tak naprawdę zawieszony, przebierając nogami, myśląc, że w szarpiących się, desperackich odruchach będzie mógł udać się do przodu; ale to nic, mimo działań stał w miejscu, ścigając postęp jak zwierzę które stara się żałośnie dogonić własny ogon, kręcąc się niczym gryzoń w kołowrotku dla wspaniałej rozgrywki nawet nie wiedział k o g o , bo przecież sam w nic nie wierzył, bo przecież nie umiał na to tak, jak niektórzy, całkowicie beztrosko odpowiedzieć. Zdarzenia, nawet, gdy przechodziły burzliwie, wyglądały podobnie; identyczny rytuał, praca, kilka momentów przerwy i znowu te same ściany, znowu ci sami ludzie których sylwetki widział na korytarzach. Czuł, że mógł utknąć w czymś mdłym, pozbawionym smaku; nawet gdy tolerował bez przeszkód tę rutynę, której główną zaletą stała się trudność do przewidzenia co wydarzy się w ciągu najbliższych kilku godzin, bo mogło się nic nie zdarzyć i mogło się zdarzyć wszystko. Zawsze, jeśli uważał że nic już nie zdoła go zaskoczyć świat serwował mu siarczyste uderzenie, w którym mu udowadniał, jak wielki popełnił błąd. Mimo wszystko wciąż uwierała go jedna, niezwykle prosta wątpliwość; że w jego życiu zwyczajnie czegoś jeszcze brakowało. Jest układanką pozbawioną ważnego elementu. Jest dymem, który zupełnie nagle wymyka się z jego rąk.
- Jasne. Wiem, że ma tam powietrze, ale zanim zaczniemy, musi mieć tomografię. Z kontrastem przecież, a z czym? - rzucał wartko i migrował przez następujące po sobie węzły korytarzy, przeklinając w myślach, że dał jednemu z młodych prywatny numer telefonu komórkowego. Powstrzymał się od prychnięcia, odetchnął jedynie głośniej, tłumiąc pierwsze z emocji zanim mogły na dobre opuścić jego gardło. - Pisz, że ze wskazań życiowych. Na gówno mu TSH - nie pamiętał już ile razy to powtarzał. Niektórzy ludzie kochają niezwykle czekać; czekanie jest mimo tego przywilejem jakiego nie zawsze będą w stanie pojąć. W tym kryło się całe sedno medycyny ostrej. Na Oddział Ratunkowy szedł z nieco innych przyczyn niż zazwyczaj, mniej formalnych na pewno, wiedział, że musi zamienić kilka słów z jednym z pracowników. Zatrzymał się mimo tego, pozwalając sobie na moment konsternacji. Czy to nie ta dziewczyna, której wskazywał drogę? Nie spodziewał się, że ją spotka, dokładnie w obecnym miejscu.
- Nie miałaś iść do szpitala - wytknął, zupełnie jakby zabronił jej wypadków jakie mogły wydarzyć się po drodze, w trakcie krótkiego czasu, który dzielił ich dwa kapryśne, przypadkowe zetknięcia, jakby może w ogóle chciał jej czegoś zabronić, uprawiając wspaniały, znany sposób myślenia magicznego niech nie chorują-i niech nie przychodzą wcale, który równał się temu, że choć przez chwilę mógł trwać upragniony spokój… albo chociaż nadzieja, że kiedyś wreszcie nastanie.
Charly Hayes
