-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
W wolnej chwili oglądała zdjęcia miejsc, które chciałaby zobaczyć, czytała opinie restauracji, w których chciałaby zjeść śniadanie lub pod wieczór napić się kieliszka wina. Bo nawet jeśli na co dzień stroniła od alkoholu to przecież TAM mogła. Zwłaszcza, że nie miała być sama.
Nie myślała o tym jak bardzo musiała denerowac Dantego ciągłym trajkotaniem o tym wyjeździe. Ale nawet jeśli mu to bardzo przeszkadzało to mógł to uznać za swego rodzaju karę. W końcu po tym co zrobił podczas tego rzekomo nieinnego spotkania z Erikiem i to w jakim stanie musiała go z niego odbierać… powinien być tak naprawdę wdzięczny, że kara nie polegała na jedzeniu tego, co ona by przygotowała! Chociaż chyba nie mogłaby by być tak okrutna, zwłaszcza, że w tym wyjeździe najpiękniejsze miało być to, że leciał tam razem z nią. A będąc całkowicie szczerym — degustacji jej jajecznicy mógłby po prostu nie przeżyć.
I jak przez cały miesiąc ekscytacja mieszała się z małym poddenerwowaniem, tak w dzień wylotu Elsa była jednym wielkim kłębkiem nerwów. W nocy nie zmrużyła oka. Leżała w łóżku, prawie płacząc ze stresu i na nowo czytając całą swoją umowę, aby czasem na miejscu się nie dowiedzieć, że podpisała zgodę na oddanie za życia organów włoskiej mafii. O czym oczywiście nie wahała się poinformować będącego tuż obok chłopaka, zagadując najpierw czy jakby przypadkiem oddała dziwnym typom swoją nerkę to czy nadal by ją kochał. Po chwili zastanawiając się na głos czy istniał jakiś przypadek, kiedy to człowiek mógł żyć bez żadnej nerki… i wątroby. Słusznie stwierdzając, że ta należąca do Dantego była pewnie martwa od ilości wypitego alkoholu, a nadal stąpał po ziemi, więc chyba o to znalazła swój żywy dowód na potwierdzenie tej tezy.
I taką całą noc.
Zamówienie taksówki na lotnisko również stanowiło nie lada wyzwanie, więc zostawiła tę przyjemność Dantemu. Ona sama nie mogła się bowiem zdecydować czy na miejscu wystarczyło być trzy godziny wcześniej, cztery czy może popełnili wielki błąd i nie spędzili tam zeszłej nocy. Psy już dzień wcześniej wyprowadziły się do dziadków, więc przynamniej o nie nie musieli się martwić.
Ale gdy przeszli już przez wszystkie bramki bezpieczeństwa, a ogromne cztery walizki oddali do luku bagażowego… wcale nie było lepiej. Nawet najdroższa kawa na świecie nie ukoiła nerwów Elsy i to do tego stopnia, że poszłaby pod zły gate, spóźniając się tym samym na własny samolot. Ale na szczęście ktoś nad nią czuwał. Ktoś o pięknych oczach, cudownych loczkach i anielską cierpliwością.
Sam lot chyba był z tego wszystkiego najspokojniejszy. Bo gdy maszyna się ustabilizowała, a Dante mógł wreszcie poczuć krążenie w ściskanej przez dziewczynę ręce, ona wyciągnęła swojego laptopa i zaczęła pracować. Oglądała po raz milionowy zdjęcia modelek, przyglądała się szkicom projektów, do których miała wymyślić i przygotować fryzury, czytała ściągnięte wcześniej wywiady z Riccardo Dolore, a do tego powtarzała sobie zwroty po włosku, których uczyła się specjalnie na ten wyjazd. W końcu byłby wstyd, gdyby nie potrafiła zamówić kawy bądź wspomnianego już kieliszka wina w rodzimym języku kelnera. A gdy zamknęła komputer i schowała go do torby, głowa jakoś sama osunęła jej się na ramię chłopaka, potem na brzuch, a na końcu na kolana, gdzie też się zatrzymała.
Zasnęła. Wreszcie.
I spała tak do końca lotu. Obudziło ją dopiero kołowanie samolotu, a swój kolorowy łeb podniosła w chwili, gdy jedna ze stewardess dziękowała pasażerom za wspólną podróż.
— Florencja… — wymruczała leniwie, od razu odnajdując usta chłopaka swoimi i racząc je czułym buziakiem. — Pierwszy pocałunek w Europie już mamy zaliczony — Uśmiechnęła się promiennie. Teraz jeszcze musieli dotrzeć do hotelu, gdzie mieli spędzić najbliższe cztery noce. Ale na szczęście, wysłano po nich kierowcę, który powinien już na nich czekać przy wyjściu. Wobec tego największe wyzwanie stanowiło w tej chwili odebranie bagaży.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Niestety, próba zamknięcia jej ust własnymi, nie okazała się ani tak skuteczna, jak mógłby oczekiwać, ani nie dała zbyt długotrwałego efektu. W rezultacie noc miała okazać się bezsenna dla nich obydwojga, a to, że po niej udało im się rzeczywiście względnie bezproblemowo trafić na lotnisko – a także właściwy lot – można było chyba uznać za zwykły łut szczęścia. Albo faktycznie zasługę tego, że przynajmniej jedno z nich było zwyczajnie niewyspane, nie będąc przy tym kompletnie niewyspanym i zestresowanym kłębkiem nerwów. Z kolei możliwość wyspania się w samolocie była chyba dostateczną motywacją, by Dante mógł skupić się przynajmniej przez tych kilka nieco przydługich chwil, których trzeba było, by obydwoje mogli zająć właściwe miejsca. Wszystko, byleby nie przeoczyć tego konkretnego lotu i nie dopuścić do katastrofy, która z całą pewnością pozbawiłaby go snu na zdecydowanie zbyt długi czas.
Skoro jednak wszystko udało się bez większego problemu, mógł przynajmniej wykorzystać tę długą podróż na to, by odespać tę pełną abstrakcyjnych przemyśleń noc… I chociaż pewnie można byłoby mieć poważne zastrzeżenia do wygody podczas tego snu, raczej nie zamierzał na to narzekać. Zwłaszcza, że ten i tak okazał się wystarczający, by nieco przed lądowaniem obudzić się w całkiem niezłym nastroju – zwłaszcza, że to przecież nie jego czekało parę tygodni dość intensywnej pracy podczas ogarniania fryzur modelek…
I o ile na tego buziaka zafundowanego przez Elsę, trudno byłoby zareagować inaczej, jak tylko szczerym uśmiechem, nie omieszkał w kolejnej chwili poprawić go, poświęcając na niego zdecydowanie dłuższą chwilę.
– Teraz faktycznie może być zaliczony – zaśmiał się krótko i uznając najwyraźniej, że skoro te formalności mieli już za sobą, rzeczywiście mogli udać się po te nieszczęsne bagaże. Choć oczekiwanie na nie raczej trudno byłoby zaliczyć do jakkolwiek ciekawego zajęcia. Zwłaszcza, że najwyraźniej wszystkie cztery walizki po prostu nie mogły pojawić się w tym samym czasie, jakby pracownicy lotniska zamierzali testować albo cierpliwość, albo spostrzegawczość pasażerów podczas wypatrywania przez nich swojej własności. Trzy pierwsze walizki mimo wszystko trafiły do nich względnie szybko, lądując wkrótce na podłodze i wraz z nimi oczekując na tę ostatnią, która… najwyraźniej wcale nie zamierzała się pojawiać. Ani po ciągnących się w nieskończoność kolejnych piętnastu minutach, w trakcie których Dante zdążył już rozsiąść się na jednym z bagaży, ani po trzydziestu, w trakcie których zaczął już rozważać krótką drzemkę lub spacer po okolicy…
– Może jednak nie było w niej nic aż tak ważnego i możemy na przykład uznać, że w zupełności wystarczą nam te trzy…? – podniósł wreszcie spojrzenie na Elsę, mimo wszystko spodziewając się jej odpowiedzi. Bo oczywiście, że w każdej z czterech walizek znajdowały się rzeczy absolutnie istotne i niezbędne do przetrwania tych kilku tygodni. Przynajmniej jej zdaniem, które zdążył poznać już w czasie, kiedy zajmowała się ich pakowaniem. I nawet jeśli nie do końca się z nim zgadzał – w końcu potrafił wyjechać na rok, zabierając ze sobą ledwie jeden plecak… i to tylko dlatego, że również właśnie ona uznała, że jednak warto byłoby spakować się przed wyjazdem – raczej nie miał większych szans, by spróbować je przeforsować. Nie widział więc większej nadziei również teraz, nawet jeśli wszystko wskazywało na to, że kolejnych kilka godzin mogli spędzić na lotnisku, poszukując tej nieszczęsnej walizki. Bo pewnie to właśnie w niej znajdowały się te najważniejsze i najbardziej niezbędne do przeżycia rzeczy…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Elsa oczywiście nie zamierzała protestować. Ułożyła dłoń na policzku Dantego z czułością muskając palcami jego skórę. To był moment tylko dla nich – inni pasażerowie wstawali już z miejsc, zabierali swoje walizki podręczne i ustawiali się w kolejce do wyjścia, a dla nich czas się zatrzymał. Ale mimo tego całego gwaru i zamieszania, udało jej się wyłapać komentarz jakiejś starszej pani:
– Och, jaka urocza para! Takie przypływy namiętności i czułości… zupełnie jakby byli podczas swojego miesiąca miodowego!
Mimowolnie się uśmiechnęła, bo była to zdecydowania miła odmiana od tych, które zdarzało im się słyszeć w szkole, czy to z ust Ashley, czy też Trevora. Nawet jeśli staruszka niekoniecznie trafiła z tym miesiącem miodowym to i tak było to lepsze od klasycznego i znowu się do niego przyssała, Dante, jak czujesz się molestowany to mrugnij dwa razy!
Z samym opuszczeniem samolotu niespecjalnie się spieszyli, chyba zgodnie stwierdzając, że siedzenie na swoich miejscach i czekanie aż się tłum na pokładzie nieco rozrzedzi było dużo przyjemniejszą opcją od przepychania się z ludźmi tak jakby od tego zależało ich życie.
Gdy stanęli na płycie lotniska, uderzyło w nich przyjemne, południowe powietrze. Nawet jeśli w tym momencie we Florencji był wieczór, a słońce powoli szykowało się do spania to nadal temperatura była znacznie przyjemniejsza od tej, do której przywykli w Kanadzie. A ten ciepły podmuch zdawał się być wręcz zbawienny po dziesięciogodzinnym locie. I kiedy już znaleźli się przy taśmie, która miała wypluć ich walizki, Norweżka poczuła dziwny ścisk pod żebrami. Cała podróż i przygotowania minęły im bez większych problemów – pomijając nieprzespaną noc, ale kto by się czepiał takich szczegółów – dlatego wiedziała, że coś MUSIAŁO się stać. Jako że to ona ich pakowała, a przy okazji zdecydowana większość rzeczy była po prostu jej, pozwoliła sobie na specjalne oznaczenie walizek za pomocą kolorowych wstążek. Miało to nie tylko pomóc w szybszym rozpoznaniu bagaży na tej przeklętej taśmie, ale też, gdy będzie się szykowała do pracy, na sprawnym znalezieniu niezbędnych narzędzi. Bo jakaś tam logika podpowiadała jej, że nie mogła wrzucić dosłownie wszystkiego w jedno miejsce, właśnie na wypadek, gdyby coś się miało zawieruszyć. I choć serce dalej nieprzyjemnie ściskało z dziwnego przypływu stresu, widząc jak Dante odbiera po kolei ich trzy walizki, starała się to ignorować, myśląc tylko o tym, aby ta czwarta pojawiła się równie szybko. Ale tak się nie stało. Elsa obserwowała jak kolejne torby są odbierane przez pasażerów, rejestrując kątem oka tamta starszą kobiecinę od miesiąca miodowego jak zmierza już w stronę wyjścia.
Minęło kolejne dwadzieścia minut, a ona miała wrażenie, że nie pojawiała się już na taśmie żaden nowy bagaż, a wokół krążyły tylko te, których właściciele najprawdopodobniej udali się do toalety bądź pobliskiego sklepu.
– Zielona… niebieska… fioletowa – wymamrotała, przenoszą swoje spojrzenie na przywiązane do rączek walizek wstążki. – Zielona to twoje rzeczy i nasze kosmetyki… niebieska, suszarka z dyfuzorem , prostownica, stylizacja i cieplejsze ciuchy… fioletowa to buty, stylizacja włosów, spinki, gumki i trochę ubrań… czerwona. Brakuje czerwonej… co było… Faen! – jęknęła głośno, łapiąc się za głowę i zaciskając mocno palce na swoich lokach, które przez cały lot zdążyły się trochę roztrzepać. No tak, oczywiście, że akurat tam musiały się znajdować jej sukienki, strój kąpielowy i grzebienie oraz NOŻYCZKI. Te same nożyczki, które dostała od dziadków z Norwegii, gdy otworzyła swój salon. Były najpiękniejsze na świecie i przy okazji cholernie drogie. Ale co najważniejsze — wyjątkowe, bo wykonane na zamówienie. Używała ich tylko w wyjątkowych i szczególnych sytuacjach i taką właśnie miało byc jej uczestnictwo w europejskich pokazach mody.
Przez moment wydawało jej się, że serce po prostu przestało jej bić. Oczywiście, że akurat tę jedną musieli zgubić. Bo dlaczego życie miałoby być dla niej aż tak łaskawe? Przygotowywała się do tego wyjazdu przecież tylko tygodniami, sprawdzała listy, pakowała wszystko z charakterystyczną dla siebie dokładnością,a mimo to wystarczył jeden lot, żeby cały ten idealny plan zaczął się… jebać.
— Nie… nie… nie… — powtarzała pod nosem, jakby samo to miało sprawić, że walizka z czerwoną wstążką nagle pojawi się na taśmie.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zwrócił za to zbytniej uwagi ani na komentarz wygłoszony przez starszą kobietę, ani tym bardziej na nią samą, kiedy ta mogła bez większego problemu odebrać swój bagaż, podczas gdy oni wciąż oczekiwali na pojawienie się ostatniej walizki. Szkoda tylko, że ta najwyraźniej miała na siebie inny plan i że nic raczej nie wskazywało na to, by nagle miała pojawić się przed ich oczami. Bardziej prawdopodobne stawało się to, że po prostu wyparowała gdzieś podczas lotu albo zawieruszyła się w luku bagażowym, gdzie mogłaby odnaleźć się za jakiś czas. Na kompletnie innym lotnisku, na którym raczej nikt by jej nie wypatrywał i nie zamierzał odebrać…
Podążał spojrzeniem ku kolejnym walizkom, kiedy wymieniała ich zawartość, ostatecznie zatrzymując je na jej twarzy, gdy dotarła do brakującej czerwonej. Możliwe, że jeszcze przez tych parę sekund mógłby łudzić się, że jakimś cudem faktycznie mogłaby dojść do wniosku, że faktycznie nie było w niej nic istotnego i że nie musieli się nią w żaden sposób przejmować. W końcu i tak mieli większość, to powinno być absolutnie wystarczające i nie było sensu zawracać sobie zbytnio głowy jakąś jedną walizką… Tyle tylko, że już chyba sam wyraz twarzy Elsy wystarczył, by można było dość szybko dojść do wniosku, że najwyraźniej to właśnie ta czerwona walizka była w jej mniemaniu najważniejsza i że to właśnie bez niej nie mogli się w żaden sposób obejść. Dobrze mu już znane norweskie przekleństwo tylko potwierdzało to przypuszczenie – mniejsza tragedia wydarzyłaby się, gdyby spośród wszystkich ich bagaży zaginęły trzy pozostałe walizki, a została tylko za z czerwoną wstążką. Oczywiście. Bo jak niby mogłoby być inaczej…?
– Ok, czyli jednak nie wystarczą nam te trzy… – sam odpowiedział sobie na swoje pytanie, kontrolnie zerkając jeszcze w kierunku taśmy i pozostałych na niej bagaży. Jaka istniała szansa na to, że brakująca walizka pojawi się na niej po tak długim czasie…? Prawdopodobnie niewielka. I chyba wszystko wskazywało na to, że dalsze czekanie nie miało raczej większego sensu…
– Pewnie po prostu ta twoja wstążka się od niej owiązała i nie rzuca się tak w oczy, ale gdzieś tu jest – stwierdził, przyglądając się nieco uważniej walizkom, na które faktycznie do tej pory nie zwracał zbytniej uwagi, skoro nie było na nich kolorowych wstążek. Ale jakoś chyba żadna z nich nie wyglądała zbyt znajomo – choć to akurat mogło znaczyć naprawdę niewiele, skoro jak dotąd raczej nie zawracał sobie głowy dokładnym zapamiętywaniem, jak wyglądały ich walizki i czy poza tymi nieszczęsnymi wstążkami posiadały jakieś charakterystyczne cechy. – I może… w takim razie ktoś się pomylił i wziął ją ze sobą…
Chyba dopiero po tym, jak już wypowiedział to na głos, musiało dotrzeć do niego, że raczej nie było to coś, co miałoby Elsę uspokoić. Najprawdopodobniej wręcz przeciwnie. Mimo wszystko rozejrzał się jednak pobieżnie dookoła, jakby rzeczywiście spodziewał się zobaczyć tuż obok kogoś, kto właśnie odbierał nienależący do niego bagaż i komu można było ten pomysł wyperswadować.
– A w takim wypadku pewnie zaraz się zorientuje i… nie wiem, może po prostu warto dać znać komuś z obsługi? – właściwie chyba brzmiało to nawet dość rozsądnie. I może właśnie dlatego sam zdawał się powątpiewać, czy faktycznie był to najlepszy możliwy pomysł i czy aby przypadkiem nie powinni zamiast tego zacząć uganiać się za każdym, kto ciągnąłby za sobą jakkolwiek znajomo wyglądającą walizkę. Co chyba rzeczywiście brał całkiem poważnie pod uwagę, zatrzymując na dłużej spojrzenie na parze z dwójką dzieciaków, która pośród swoich bagaży zdawała się mieć jeden, który może i nie miał na rączce czerwonej wstążki, ale chyba mógłby dość mocno przypominać te trzy pozostałe, które wciąż tkwiły obok Elsy i Dantego.
– To chyba może być ta, nie? – nie czekając na jej odpowiedź i nie zastanawiając się zbytnio, po prostu ruszył pospiesznie w ich stronę, zanim mieliby zniknąć gdzieś w tłumie albo – co gorsza – poza lotniskiem. I chyba nawet nie zwrócił większej uwagi na to, że tamci ewidentnie nie rozmawiali ze sobą po angielsku, co pewnie mogłoby stanowić pewien problem podczas próby wyjaśnienia im, dlaczego miałby chcieć zabrać jeden z ich bagaży…
Elsa Eriksen