Historia, podobno, lubiła się powtarzać.
Jak zły sen, powracający każdej nocy, wiernie i do znudzenia - tak długo, aż człowiek zaczynał go wyczekiwać. Może nawet za nim
tęsknić.
W ich relacji, Montgomery i Wolfgang młodo nauczyli się, że tam gdzie jest jakiś
odrzucony, musi być i ten, który go odtrącił. Zaczęło się od niewinnych zabaw, od dziecięcych przepychanek i szczeniackich bójek, w których drobne obrażenia były wypadkiem przy pracy, nigdy powodem do faktycznego cierpienia. Ale już wtedy ich związek był niczym przeciąganie liny. Zawsze ktoś na kogoś czekał - na podwórku, na dziedzińcu, na przystani. Zawsze ktoś kogoś wyglądał, wyciągając szyję i wytężając wzrok nad horyzontem ogrodu Morinów. Gdy jeden udawał, że śpi - w spowitym mrokiem pokoju w uczniowskiej bursie - ten drugi próbował sprowokować go do reakcji, i do zdradzenia się w całym tym kamuflażu.
Czyżby było tak, że sami, być może, kompletnie nieświadomie napisali sobie taki scenariusz do odtwarzania raz po raz, w każdym życiu? Mogli zmieniać adresy, imiona, nazwiska na wizytówkach, kręgi znajomych, albo nawet, do cholery, zawód, ale ich fatum było cierpliwsze od samego czasu. I nawet jego nieubłagany upływ nie mógł sprawić, że ta dynamika, ciążąca nad nimi jak klątwa, po prostu zgaśnie - a nie, jak teraz, że rozjarzy się niby iskra potrzebna, by zaprószyć ogień.
Wolfgang chciał pożaru? Proszę bardzo. Montgomery mógł dać mu i apokalipsę.
- O czym ty, kurwa, mówisz!? - Warknął, zignorowawszy już zupełnie fakt, że Wolfgang (świadomie, prawda? świadomie i wymownie, wiedząc, jaki wpływ miała na szatyna ta forma jego imienia) ponownie sięgał po należące doń w przeszłości zdrobnienie. Szarpnął się, ale była to bardziej forma bezsłownej komunikacji, sygnał, że podejmuje rzuconą mu przez blondyna rękawicę, niż próba faktycznego wyzwolenia się z jego uścisku. Nawet jeśli następnego dnia miał na własnym ciele odkryć dwie długie, bolesne smugi sińców, przy każdym, najostrożniejszym nawet dotyku pulsujące wspomnieniem dotyku Welsha - i nawet, jeśli zmuszony będzie upleść jakąś alternatywną wersję wydarzeń w którą i tak żadne z nich przecież nie uwierzy aby zaspokoić ciekawość narzeczonej względem tego, skąd się one wzięły, teraz stanowczy chwyt Wolfganga przyniósł mu najżałośniejszy rodzaj ulgi. Boże, w końcu. Nareszcie doczekał się, doprosił się, tego dotyku, którego potrzebował jak tlenu. Nie było w nim neutralności, jaką cechowałby się móc uścisk dłoni wymieniony w miejscu publicznym, ani przesadnej ostrożności, z którą Wolfgang jeszcze chwilę temu próbował ukoić jego nerwy. Po raz pierwszy odkąd Monty przekroczył próg jego mieszkania, Wolfgang przestał traktować go jak człowieka, którego należało przede wszystkim uspokoić, a zaczął podchodzić doń jak do równego sobie. Zniknął miękki ton głosu, wyważony ruch dłoni i protekcjonalna maniera. Została wyłącznie siła. Prawdziwa, konkretna, wyrażona ciężarem palców zaciskających się na ramionach Morina jak wnyki, i gorącem oddechu uderzającego w jego policzek niczym płomień liżący obiekt, który zamierzał zaraz pochłonąć.
Nie był pewien, czego Wolfgang pragnął albo oczekiwał wypowiadając kolejne słowa. Prawdę, tak, szokującą być może dla całego zewnętrznego świata, ale nie dla Monty'ego, który żył z nią przecież każdego dnia przez ostatnie dwie dekady. Czy Wolfie chciał go zszokować? Sprowokować? Otrzeźwić jakoś? Uświadomić mu, że co... Że był mordercą?
Jakby Montgomery przez cały czas tego nie wiedział.
Jakby miało to dla niego jakiekolwiek znaczenie.
— I wolałbyś, żeby zabił ciebie? - Kolejne pytanie zabrzmiało raczej jak jęk wydany przez śmiertelnie ranioną zwierzynę. — Albo mnie? Co?
Czyżby obydwaj o tym zapomnieli? Niezależnie od tego, co Welsh zrobił, jednocześnie najprawdopodobniej uratował Monty'emu życie. Gdyby zaś role odwróciły się, i gdyby to Montgomery'emu przyszło stawać w obronie blondyna, trudno byłoby powiedzieć, czy dałby radę swojemu ojcu. Czy potrafiłby poradzić sobie z nim fizycznie, to jedno. Ale także, czy w ogóle miałby odwagę mu się postawić. A gdyby stchórzył? A gdyby stchórzył, i tamtej nocy ostatecznie życie straciłby nie jego rodziciel, a właśnie Wolfgang!?
Nie miałby względem Welsha szans - nieco niższy i znacznie drobniejszy, kruchszy, gdyby nie element zaskoczenia, który zawsze był jego sekretną drogą do chwilowej przewagi, teraz, czy przed laty, podczas dziecinnych przekomarzanek. Czasem Montgomery zastanawiał się wtedy, czy Welsh daje mu fory celowo. Czy tylko udaje, że się nie spodziewał, by litościwie zapewnić przyjacielowi krótki moment triumfu nim odpowiedział kontrą, zwykle rozkładając Monty'ego na łopatki?
Ale to? To nie była zabawa.
Nagle, porywczo, pozwolił własnej dłoni poszybować w kierunku męskiej siły i zaklinować się pod kantem jego szczęki. Czuł ruch grdyki Wolfganga. Gdyby przymknął oczy i dał sobie chwilę, odnalazły też pewnie i rytm pulsu rozpędzonego płytko pod skórą. Zarejestrowałby mgłę zarostu. Ciepło skóry. Ale nie było czasu, nie teraz, gdy Monty działał tak instynktownie, tak nieprzemyślanie. Naparł całym ciężarem własnego ciała, ostatecznie jakimś cudem przyparłszy blondyna do nieodległej ściany. Wolfgang chyba nawet się nie bronił.
— Na litość boską, Wolfie... - żachnął się ze śliną spienioną w kącikach warg. Przez chwilę jeszcze cały swój gniew wpajał w to miejsce, gdzie jego ręka łączyła się z szyją drugiego mężczyzny. A potem odpuścił. Odsunął się, robiąc mały krok w jedną stronę, potem w drugą. Uniósł dłonie, pozwalając im spleść się na własnym, spoconym nagle karku w geście kapitulacji. Zwrócony do Wolfganga profilem, z cieniami rzucanymi przez podświetlone ulicznymi latarniami krople deszczu, przypominał raczej witraż niż człowieka.
— Co chcesz ode mnie usłyszeć? — I dlaczego cokolwiek? Dlaczego, do diabła, Welsh nadal chciał rozmawiać, chciał rozumieć. Czemu nie mogło wystarczyć, że Monty po prostu tu był, nie zastanawiając się, co przyniesie jutro?
Wolfgang Welsh