ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

03.

trigger warning
szeroko pojęte kontrowersje w medycynie

Po pierwsze nie szkodzić
brzmi pięknie zdobione zdanie o którym żaden z nich bezpośrednio nie pamięta, którego nie powie na głos jak spoiwa przysięgi, słodkiej, szlachetnej, choć przy tym żałośnie miękkiej, po pierwsze nie szkodzić wypowie raczej rodzina rzucając garść słów z agresją duszącą się od frustracji w kamiennych, znieruchomiałych płucach jasnego korytarza gdzie potwierdzają się wszystkie ich obawy. Czym jednak miała być szkoda? Czy przez agresję którą ktoś śmiał nazywać zabiegiem operacyjnym nie wyrządzali krzywdy, czy wyłuskując architekturę tkanek nie mieli stawać się tym jak czasami naprędce ich nazywano? Wszystko ma swoją cenę, a u nich jest bezlitosna - życie w zamian za palce, życie w zamian za kończynę, życie w zamian za fragmenty wnętrzności schowanych w walizce brzucha, życie w zamian… czasami nawet nie życie. Czasami po drugiej stronie czekała wyłącznie śmierć.
Szlag.
To wszystko jest takie samo. Szpital identycznie jak wcześniej wydaje się tętnić gwarem, barwnym i nieświadomym tego co być może rozgrywało się w głębi jego labiryntu. Uśmiechy i pozdrowienia, te same, doskonałe znajome rozchodzące się szmerem rytuały. Rano za każdym razem szpital przepoczwarza się, wpada w kolejny cykl, zdzierając z siebie wyschniętą, spłowiałą wylinkę nocy. Wtedy, gdy wychodzi z oddziału, całość która się wydarzyła wydaje się niemal nierealna, choć może jeszcze odczuwać ją na skórze jak brud którego nie będzie w stanie zmyć, choćby chciał go szorować aż nie zakrwawi płótna swojej skóry. Przed chwilą jeszcze nią żył. Z pozoru to nic wielkiego - zmęczenie jeszcze nie wdało się we znaki, nawiedza go wątły spokój który nie podoba mu się i najchętniej wyprosiłby go tak jak wyprasza się niechcianego lokatora. Coś nadal tli się, pośrednio. Coś nadal sprawia że serce momentalnie przyspiesza uderzając rozpędzone o wieniec jego żeber. Coś nadal sprawia że chciałby czuć się zwierzyną. Nie oprawcą. Ofiarą. Zaczyna drażnić go fakt, jak bardzo nie jest w stanie opisać tego stanu. Nie umie go wytłumaczyć nawet przed samym sobą.
Iverson, stary - nachodzi go raptem gromki głos przyjaciela, kompana z okresu studiów - to musiało wydarzyć się u ciebie? Znów był ponurą gwiazdą. Szpital miał zawsze garstkę swoich celebrytów, miał ludzi, których lubiła praca i dyżury o których się mówiło. Odwraca się, niemal mechanicznie. Daj mi spokój, odzywa się bez wahania, na co ten reaguje nerwowym, ciskanym rozpędem śmiechu. Jest winny, oczywiście, jest winny, jego włosy jeszcze nie zdążyły całkowicie się wysuszyć, gdy kąpał się po dyżurze. Rozmowa jest całkiem mdła. Emocje są mdłe. Są puste. Mówiłem ci, żebyś poszedł ze mną. Nie babrałbyś się w tym gównie, wytyka mu dalej tamten. Uśmiecha się do niego - łagodnie i pobłażliwie, po czym wzrusza jedynie ramionami.
- Ktoś musi - odpowiada i na tym poprzestaje. Ktoś musi. Nie myśli o niczym więcej - skupiając się na działaniu, przechodzi w stronę bufetu. Udało mu się wygasić palące się słupy wspomnień. Tkwi przy nim wyłącznie popiół, wrażenie właśnie, ktoś musi, świadomość, że tak naprawdę nie jest jebanym tworem pozbawionym zdolności do refleksji, do obawy, reakcji… Nie było ludzi ze stali. Nie było potworów z lodu. Nawet największa pustka miała ziarno pełności i sam z zatwardziałym uporem to wyznawał. Wszystko, czym się zajmował, mogło być uważane za niewdzięczne - nie było w tym sukcesu wiążącego się z operacją wykonaną na otwartym sercu. Były w zamian za to jelita, martwe i nadające się na śmietnik - był zator cholernej krezki, bolało choć tak nie całkiem, niewielkie poziomy płynów ale to nie jest jasne, ale to nie wiadomo, to ciągnie się kilka dni. Była świadomość, ciężka, szydercza niemal, był ten smród śmierci którego nikt nie rozumiał ale każdy dostrzegał jego aurę zanim nacięto brzuch, było przeczucie, że tak, znów próbują choć każdy z nich przecież wiedział, w jaki sposób to pewnie się zakończy. W imię czego…?
Odebrał kawę w papierowym kubku wręczoną przez ekspedientkę. Nie powinien sam ani chwili dłużej zadawać podobnych pytań. To nie miało znaczenia. To przecież nie miało sensu. Wędrował bez większego pośpiechu pomiędzy stolikami. Próbował rozproszyć niesmak.
- Znowu tutaj? - zapytał nagle, gdy dostrzegł znajomą twarz, w ten sam, niemal grubiański sposób zaczepnej żartobliwości, jaki był doskonale znany w kaście zabiegowców. Przechylił nieznacznie głowę, dosięgając spojrzeniem Oleandra, mając świadomość, jak wielką dźwigał historię - historię którą niegdyś śledziła pokątnie duża część ich szpitalnej społeczności. Nigdy mu nie powiedział, jak często na jego temat rozmawiano. Współczuję. Ogromna strata.

oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie musiał.
Mu mówić. Nie musiał.

Bo Oleander przecież doskonale wiedział. Boże, oczywiście, że tak. Jak mógłby nie wiedzieć?

Nie potrzebował słów (współczucia), pożałowania ubranego w zgłoski, dyskomfortu kryjącego się ciasno pod pełnymi nie tyle nieszczerych, co przerysowanych zapewnień o wdzięczności za jego pracę na służbie.
Wystarczyły te spojrzenia rzucane mu znad kubków wypełnionych lurowatą kawą, mieszanka sensacyjnej ciekawości i jakiegoś rodzaju panicznej niezręczności, jakby samą swoją obecnością Oleander ściągał ku przestrzeniom, w których się pojawiał, przypomnienie, że nikt nie jest niezniszczalny.
Wystarczyły beztroskie rozmowy, rwące się nagle w pół taktu, kiedy tylko wchodził do pomieszczenia. Półszepty, wystarczająco ciche, by Everhart nie mógł wyłowić z ich brzmienia co o nim mówiono, ale zaprawione marsowymi minami na tyle, by mógł się domyślić. To przecież zawsze była dokładnie ta sama historia. Wielka szkoda. Taki młody! Co za tragedia! A miał całe życie przed sobą... Zupełnie, jakby brunet już był martwy.

A nie wyłącznie pół-żywy, bo wyrwany Śmierci jakimś niedorzecznym cudem; i wybrakowany tam, gdzie Kostucha nieco za mocno zacisnęła szpony naokoło jego boleśnie śmiertelnego ciała.
Czasem, głupio, łudził się, że może nie został rozpoznany; przez lekarzy, przez pielęgniarki, nawet przez zespół sprzątający. Ale za każdym razem kiedy stawiał stopę za progiem Mount Sinai, ludzie wchodzący w skład szpitalnego ekosystemu zawsze patrzyli na niego odrobinę za długo, próbując przypomnieć sobie, skąd go znają — aż wreszcie znajdowali w archiwach pamięci pożar sprzed czterech lat i wszystko, co się o nim mówiło, a wtedy ich twarze miękły od czegoś gorszego niż ciekawość.

Litości.
Ollie wmawiał sobie, że przywykł. Że pogodził się z rzeczywistością, z którą nie miał ani prawa dyskutować, ani siły walczyć. Uniwersalną prawdą było przecież, że ludzie najbardziej lubili te tragedie, które nie przydarzały się bezpośrednio im samym, i które można było oglądać z bezpiecznej odległości, obracając je na języku niczym plotkę albo modlitwę aż do momentu, gdy nie straciła smaku i kształtu, zmieniając się w bezbarwną i nudną grudę, którą wypluć był można przez ramię, i zastąpić kolejną.

Ale w kontraście do tej powszechnej atmosfery uwłaczającego oleandrowej dumie współczucia, obecność Jude'a zawsze niosła mu jakąś dozę rzadkiej ulgi. Może dlatego, że Iverson widział Oleandra w stanie, w którym Ollie nie doświadczył nigdy w pełni nawet samego siebie. Nieprzytomnego, kompletnie bezbronnego i pozbawionego tak własnej woli jak i godności; rozciętego skalpelem, i ze światłem sali operacyjnej wlewającym się do naw jego ciała tak, jak promienie słońca zwykną czasem wkradać się do katedr przez witraże wykuszowych okien. Widział go, kiedy Ollie znajdował się w zawieszeniu między tym i tamtym światem, będąc nadal trochę sobą, a trochę wyłącznie nadpaloną ogniem plątaniną tkanek; zanim razem z przytomnością, wróciły jego osobowość, ironia, uśmiechy i mechanizmy obronne.

Była w tym jakaś obrzydliwa, niemal zwierzęca intymność, wracająca czasem do Oleandra w chwilach, kiedy granica między wspomnieniem a wyobraźnią robiła się niebezpiecznie cienka. Czasem nad ranem, na granicy jawy i snu. Innym razem podczas długiego spaceru, wraz z bólem fantomowym przypominając Everhartowi o wydarzeniach sprzed czterech wiosen.
Dzisiaj jednak w ogóle jakoś o Iversonie nie pomyślał, zbyt zajęty nudną przyziemnością własnej wizyty w przychodni doczepionej do szpitala jak wrzód. Wpadł między zajęciami i pracą żeby odebrać leki, podpisać kilka dokumentów dotyczących poprzednich i następnych kolejnych konsultacji, i porozmawiać z rehabilitantem; a teraz miał po prostu trochę czasu do zabicia przed nocnym dyżurem w bibliotece. Szpitalna kantyna pachniała dokładnie tak samo jak zawsze — kawą, środkami dezynfekującymi i czymś ciepłym, co Everhartowi zawsze kojarzyło się z zapachem moczu i śliny, choć przez wzgląd na panujące tutaj sanitarne rygory, nie mogło być przecież ani jednym, ani drugim.
Zamówił kawę i przesuszonego bajgla z serem, zwyczajowe szpitalne rarytasy, po które sięgał zdecydowanie bardziej z jakiejś masochistycznej nostalgii, niż faktycznej ochoty. Znalazł miejsce przy oknie, wciskając rosłe ciało w objęcia marnego, plastikowego krzesełka. Plecak rzucił na podłogę, wyłowiwszy zeń kołonotatnik i dwa długopisy. Nie zdążył nawet jeszcze spojrzeć na uniwersyteckie notatki.

— Znowu tutaj?

Podniósł wzrok znad blatu, natychmiast odnotowując lekkie zachwianie własnej (wewnętrznej) równowagi, które nie mogło mieć nic wspólnego z jego kalectwem, bo przecież siedział, a proteza była do ciała dopasowana tak perfekcyjnie, jak zawsze.
Powiedzenie, że nie widzieli się dawno, byłoby niedoszacowaniem. Teraz - co Everhart wnioskować mógł zarówno z identyfikatora doczepionego do męskiego ubrania, jak i otaczającej go aury zmęczenia - Jude zdołał wspiąć się na wyższy szczebel medycznej hierarchii, za rozwój kariery płacąc w chronicznym stresie i momentach snu liczonych pewnie bardziej w minutach niż godzinach.
Oleander obejmował sylwetkę lekarza wzrokiem niemal czułym, rejestrując wysokie szczyty policzków, wąską linię ust i ascetyczny kontur szczęki. Jude miał oczy w kolorze powojnika, co sprawiało, że błękit jego tęczówek kontrastował z ciemną oprawą rzęs i włosami w niemal brutalny sposób sposób, który zatrzymywał bicie serca i napawał Oleandra jakąś dozą dziwnego niepokoju.
— Mam kartę stałego klienta — Odparował, być może celowo nie precyzując, czy ma na myśli szpitalną kawiarnię, czy raczej szpital sam w sobie, który odwiedzać regularnie miał zapewne już do końca życia — Jeszcze parę wizyt, i może wreszcie doczekam się tej obiecanej kawy gratis.
Niemal nonszalanckim gestem - nie tyle zapraszającym, co sugerującym po prostu, że Jude równie dobrze mógłby już usiąść - odsunął wolne krzesło dostawione do stolika.
— Ciężki dyżur — Chciał zapytać, ale ostatecznie zabrzmiało to o wiele bardziej jak stwierdzenie faktu wyrażonego sposobie, w który cienie zmęczenia rozlewały się pod linią dolnych powiek Iversona.


Jude Iverson
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

trigger warning
medycyna szpitalna, dylematy etyczne
Szpital niezwykle rzadko komuś k i b i c o w a ł - byli jednak ludzie zbyt młodzi, początkowo zbyt zdrowi, przetrąceni kaprysem losu zbyt szorstko, niesprawiedliwie, że przy nich wstrzymywał oddech, odświeżał codziennie stronę wewnętrznego systemu i nosił na zwieńczeniach języków te wszystkie najpotrzebniejsze informacje - czy żyje, czy próbują odstawić mleczny wlew propofolu, czy bierze oddech bez tlenu. Oleander bez cienia wątpliwości należał do takich osób - pamiętał, jak każdy mówił o młodym funkcjonariuszu straży pożarnej, który cały wypadek przepłacił amputacją mającą niczym zły sen prześladować operatorów bojących się, czy nie urośli w tej chwili do miana suchych oprawców na zawsze wydając osąd nad jego jakością życia, o ile jakieś miało później nastąpić poza respiratorem, ścianami monitorów oraz pomp infuzyjnych wydających te same, miarowe dźwięki jak rozhukane ptactwo. Wielu nie miało szczęścia, bo wbrew pozorom szczęście w medycynie jest niezwykle potrzebne, dla licznych intensywna terapia była ślepym zaułkiem, czasami, wydaje się jedynie odartym z sensu i godności przedłużeniem drogi która już z założenia wydała się oczywista. Tak samo jak zeszłej nocy. Powinien czuć się źle że już ochrzcił tamtego człowieka martwym, powinien czuć jakiś ucisk, powinien brzydzić się że tak myślał i zwymiotować natychmiast tamtym założeniem - a jednak tego nie robił, a jednak wiedział że zdziwi się gdyby nie miał racji i nawet poczuje ulgę, choć będzie przecież mieć rację i wygładzona, utkana marzeniami ulga przenigdy nie nadejdzie. Na początku, jak każdy, próbował stać się bezbłędny w ocenach jakich dokonywał, teraz bywały chwile że wolał by okazały się one nietrafione. Istniała duża różnica pomiędzy życzeniem śmierci a samą, oziębłą wiedzą, że nadejdzie.
Widok Oleandra rozbudzał w nim pewną radość, pewne, rozgrzewające mógł powiedzieć poczucie podobnie ciepłe jak kubek, którego ścianki skrupulatnie obejmował opuszkami swoich palców. Była to radość, że część historii mogła przybierać znośne epilogi - chociaż sam nie miał prawa tego podsumować. Wystarczyła mu jednak sama, pojedyncza świadomość, jak źle mogło wszystko się potoczyć, jak duże wisiało nad nim zagrożenie, jak wiele sczerniałych widm przez miesiące musiało się rozproszyć by znalazł się w takim miejscu. Dlatego go zapamiętał; pamiętał jego imię i nazwisko, jego twarz, pamiętał moment w którym go przekazali oraz jak miał okazję zmieniać się jego stan, pamiętał, z silnym poczuciem przez ile przeszedł i że to wszystko musiało w nim później zostać, w pamięci, wypalone dosadniej niż nie jedno wyniszczające oparzenie. Pamiętał wreszcie też chwile w których zaglądał do niego podczas wieczornych wizyt i pamiętał, że gdyby nie zakleszczenie w hierarchii pracownika i pacjenta mogliby spróbować zdecydowanie lepiej się zrozumieć. Tylko - tylko jedno pytanie - czy rzeczywiście sam tego potrzebował? Niepokój, który go ostatecznie dopadł, wywęszył go jak zwierzynę. Wierzył od lat, że nie wymagał żadnego towarzystwa. A jednak - przy niektórych rozmowach zagęszczało się napięcie które odczuwał za każdym razem na wierzchołku tkaniny swojej skóry. Coś wydawało się tkwić radykalnie głębiej, co sprawiało że czuł się zakłopotany i nawet przerażony, jakby próbowało go przegonić, nie wiedział dokąd, dlaczego i z jakim finalnym skutkiem. Teraz jednak, przy zmianie, to odczucie wydawało się znośniejsze.
- Każdy się kiedyś kończy - wzruszył lekko ramionami, obdarzając go stwierdzeniem które słyszały setki młodych specjalizujących się osób, wedle których musiały następnie żyć, wszystko cierpliwie znosić i przekazywać mądrość na inne mające nastąpić później pokolenia. Każdy, nawet najgorszy dyżur miał ostatecznie koniec - ich kultura była kulturą tego, że trzeba się przyzwyczaić. Nikt nie ma źle, bo inni mogli mieć gorzej, nikt nie pracuje ciężko gdy pracowano ciężej i w mniej przychylnych warunkach - nikt się już nie przejmuje. Zatrzymał się, przez krótką rozpostartą pomiędzy nimi chwilę kalkulując czy rzeczywiście powinien usiąść na odsuniętym krześle - koniec końców zdecydował się zająć miejsce nie chcąc kreować niepotrzebnie dystansu podczas wymiany zdań. To przecież zaledwie moment.
- Mimo wszystko - zmienił ton na odrobinę łagodniejszy; rzadko brzmiał w taki sposób, o wiele częściej prezentując się jakby tak naprawdę był zmęczony i na niczym mu już szczególnie nie zależało - cieszę się, że widzimy się właśnie w takim układzie - tutaj, w tym cholernym lokalu, w zwykłym i codziennym ubraniu, w sytuacji zwiastującej że nie jest to nagły pobyt. Te proste oraz pozornie nieistotne detale zdradzały o wiele więcej. Mówiło się że kto nie pracuje ten nigdy nie ma powikłań, ale nikt ich nie lubił, nikt nie chciał znosić ich więcej niż miał przed sobą potrzebę.
- Nie zapraszam ponownie - pochylił się odrobinę nad stolikiem. Tylko tyle. Aż tyle. Słowa, których znaczenia nie trzeba było dokładniej im przedstawiać.

oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

To, co dla szpitalnej społeczności faktycznie było z pewnością obiecującym epilogiem — widok pacjenta z przyszłością niemal na pewno spisaną na bolesne straty, poruszającego się nagle (o ile niespełna cztery lata dochodzenia do siebie mogły w ogóle za jakiekolwiek "nagle uchodzić) o własnych siłach i owszem, bez tlenu inhalacyjnego — dla Oleandra stanowiło po prostu mało spektakularną wersję codzienności, z którą musiał nauczyć się żyć nawet, jeśli robił to wbrew własnej woli. Nie sukcesem. Nie zwycięstwem. Nie nawet cudem.
Raczej długim, mozolnym przeciąganiem liny z Losem, który najwyraźniej sam nie był pewien, po której stronie ostatecznie stanąć. Nie tyle szczęśliwym zwrotem akcji, co po prostu jej rozczarowującym zawieszeniem.

- Każdy się kiedyś skończy.

Everhart zmarszczył brwi, przyglądając się rozmówcy w nowym rodzaju skupienia. Zamrugał, unosząc kubek do warg. Upił drobny łyk.
— Dla własnej wygody założę, że ty nadal o dyżurze... — mruknął na fali ironii pojawiającej się tam, gdzie być może nie chciał poczuć troski. — W przeciwnym razie chyba bym utonął w egzystencjalnej głębi tego stwierdzenia. - Tak było łatwiej: żartem zasłonić wszystko to, czego nie chciało się oglądać z bliska.
Przez krótką chwilę obserwował to drobne, ledwie zauważalne zawahanie Jude'a. Usiądzie?, pomyślał. Nie usiądzie? Oczekiwanie na absurdalny ułamek sekundy zmieniło się w ukłucie niepewności gdzieś pod mostkiem, i dreszcz czegoś na wzór obawy, biegnący linią kręgosłupa. Niedorzecznie, no bo czy takie takie codzienne, platoniczne formy odrzucenia nie zdarzały się czasem wszystkim? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie został przez rozmówcę jakimś zbywającym nie mam czasu, albo może później. I ten, którego nigdy nie ubodło wolne miejsce obok niego w autobusie, kiedy wszyscy inni pasażerowie woleli stać. A jednak, kiedy Iverson ostatecznie zajął krzesło naprzeciwko, Ollie poczuł ulgę tak wyraźną, jakby uniknął czegoś znacznie poważniejszego niż niezręczna rozmowa w szpitalnej kantynie. Co było o tyle niepokojące, że przecież nie zauważył kiedy, i jakim cudem, zaczęło mu aż tak zależeć.

Roześmiał się. Szczerze, krótko, bez drugiego dna i bez ukrywania się za sarkazmem. To był taki rodzaj uśmiechu który pozostał mu jeszcze z adolescencji. Ze szkolnych wagarów, z epizodów wymykania się z domu przez okno długo po nastaniu ciszy nocnej, z pierwszych łyków przegrzanego piwa pociąganych odważnie nad rzeką z puszki przez jednego z kolegów podkradzionej ojcu. Z tą różnicą, ubrany w pierwsze zwiastuny kurzych łapek zgromadzonych w kącikach oczu.
Jednym słowem, Oleander wyglądał jak urokliwy chłopiec, który przy odrobinie szczęścia niedługo już przepoczwarzy się w przystojnego mężczyznę. I pomyśleć, że naprawdę niewiele brakowało, żeby ta możliwość spłonęła razem z nim w pożarze sprzed paru laty.
I on pochylił się w stronę Iversona, niwelując dzielący ich dystans do paru oddechów i - hipotetycznie - ośmiu papierowych kubków z niesmaczną, szpitalną kawą, ustawionych w jednej linii. Nadal na tyle ostrożnie, by przestrzeń mogła uchodzić za neutralną. Ale na tyle blisko, równocześnie, by dostrzec zapowiedź zajadu w lewym kąciku jego warg, i posłyszeć powagę skrytą w męskich słowach - choć o tej Ollie nie miał najmniejszej ochoty myśleć.
— Na tym etapie to już chyba syndrom sztokholmski — Wzruszył ramionami — Jestem jak pies wracający do przemocowego właściciela - I machnął ręką, jakby otrzepywał zbierający się wokół niego smutek. — A tak zupełnie serio, przyszedłem tylko po nowe recepty — dodał szybko, jakby jednym zdaniem chciał uspokoić zarówno Jude'a, jak i samego siebie. Przeniósł wzrok na leżący obok notatnik. — Poza tym cisza tutaj jest prawie jak w bibliotece. A ja zapomniałem mojej legitymacji studenckiej, więc odprawiono by mnie z kwitkiem...
I nie, Jude naprawdę nie musiał wiedzieć, że od kilku miesięcy Oleander pracował właśnie w bibliotece. Niektóre kompromitujące sekrety Everhart miał w końcu chyba prawo zatrzymać jeszcze dla siebie?


Nawet, jeśli Jude widział go już przecież w stanie, w którym nigdy nie doświadczyła go zdecydowana większość ludzi.

Jude Iverson
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”