ODPOWIEDZ
55 y/o
For good luck!
168 cm
Dyrektor szpitala | Zastępca burmistrza Mount Sinai Hospital, Toronto City Hall
Awatar użytkownika
„Granice istnieją tylko do momentu, w którym ktoś decyduje się je przesunąć.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, jego
typ narracji1 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

006. Have an ace up one's sleeve | Outfit
Nigdy nie organizowałam spotkań bez wyraźnego powodu. Nawet te prywatnie miały określoną funkcję, chociaż nie zawsze zamierzałam mówić o niej głośno. Zaproszenie Shereen i Erica na kolację nie było jednak wyłącznie obowiązkiem wynikającym z uprzejmości. Chciałam zobaczyć ich razem i sprawdzić, czy obecność tego mężczyzny rzeczywiście wpływała na moją córkę chrzestną tak korzystnie, jak byłam skłonna przypuszczać na podstawie kilku wcześniejszych rozmów.
Od rana poświęcałam przygotowaniom więcej uwagi niż początkowo zakładałam. Nie wynikało to ze zdenerwowania. Przynajmniej tak sobie powtarzałam. Zależało mi jedynie na tym, aby wszystko przebiegło zgodnie z planem.
Przeszłam powoli przez jadalnię i zatrzymałam się przy stole. Poprawiłam położenie jednego z kieliszków, chociaż różnica była niemal niezauważalna. Następnie przesunęłam świecznik o kilka centymetrów i przyjrzałam się efektowi. Biel obrusa i złote dodatki prezentowały się bardzo elegancko. Co prawda nie lubiłam przesady, ale nie mogę nic poradzić na to, że złoty jest moim ulubionym kolorem.
Ubrałam się w luźną, lekko błyszczącą, czarną koszulę o szerokich rękawach. Zapięłam ją wysoko pod szyją, a talię podkreśliłam szerokim paskiem z wyraźną, metalową klamrą. Całość uzupełniłam krótkimi spodenkami, czarnymi rajstopami oraz wysokimi, skórzanymi kozakami na niewielkim obcasie. Strój był bardziej zdecydowany niż zachowawczy, jednakże w moim mniemaniu był nadal wystarczająco elegancki na prywatną kolację. Przez chwilę patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i delikatnie poprawiłam pasek.
Shereen nie była moja córką, ale od lat zajmowała w moim życiu miejsce, którego nie potrafiłabym sprowadzić do zwykłego obowiązku matki chrzestnej. Czułam wobec niej troskę, chociaż okazywanie jej nigdy nie przychodziło mi łatwo.
O Ericu wiedziałam wystarczająco dużo, aby chcieć dowiedzieć się więcej. Nie zamierzałam urządzać przesłuchania. Byłoby to niepotrzebne i zbyt oczywiste. Dlatego postawiłam na rozmowę przy kolacji. Podczas luźnej rozmowy jestem w stanie wyciągnąć więcej informacji niż zadając starannie przygotowane pytania.
Kiedy wszystko było już gotowe, to nalałam sobie lampkę wina i usiadłam w salonie. Odłożyłam telefon na stolik i spojrzałam w stronę wejścia. Wydawało mi się, że właśnie ktoś zbliżał się do drzwi.

Eric Stones
Monsieur Morrible
Nie lubię nadmiernego poganiania o posty :)
25 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
176 cm
młodszy inżynier oprogramowania AG
Awatar użytkownika
Let me hold you close
Fly this night above the rising moon
Crazy ovеr you, you, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

outfit

Absolutnie nie spodziewał się, że otrzyma zaproszenie na kolację do cioci Shereen, którą zdążył już poznać, i o ile był spokojny, bo był przekonany, że właśnie we dwójkę na nią pojadą, tak poczuł stres, gdy, stojąc na światłach, otrzymał wiadomość, w której Winfield napisała, by zaczęli bez niej, ponieważ musiała zostać dłużej w sali, ale dojedzie później. Eric spojrzał w wsteczne lusterko, jakby mając nadzieję, że Sher jednak za nim jedzie, lecz nikogo za nim nie było. Westchnął, bo jednak nie wiedział, czego powinien się spodziewać - choć jak do tej pory pani LeBlanc była względem niego naprawdę miła i ani razu nie poczuł się niekomfortowo (jak np. było przy mamie Sher, która pewnie wolałaby, żeby jej córka znalazła sobie chłopaka z tych wyższych sfer). No nic, dam radę. powtarzał sobie, zastanawiając się, jak długie spóźnienie zaliczy jego dziewczyna. Im mniej kilometrów dzieliło go od domu zamieszkiwanego przez panią LeBlanc, tym częściej stukał palcami o kierownicę, niby w takt muzyki, choć on sam doskonale wiedział, że krył się pod tym stresik.
Oczywiście, żeby nie było, na tylnym siedzeniu wiózł torbę, w której było schowane wino oraz coś słodkiego (czekoladki), by nie było, że przyjechał z pustymi rękoma - kupił wino w porozumieniu z Sher, by przypadkiem nie kupić takiego, który należałby do grupy nielubianych przez LeBlanc - stojąc w sklepie miał przez chwilę obraz, jak ciocia Sher bardzo dziękuję, a gdy on tylko opuszcza jej lokum, ona idzie do łazienki by wylać zawartość butelki do sedesu. Co jak co, ale wolałby jednak, by zostało wypite.
Po wjeździe na podjazd podziwiał zarówno dom, jak i jego otoczenie. Nie dało się ukryć, że całość robiła bardzo dobre wrażenie. Wszystko wyglądało bardzo zadbane, a sam dom był całkiem spory. Chyba nigdy w takim nie był, a widział jedynie na filmach - w sumie po przejechaniu przez bramę, czuł się jakby był postacią w filmie, tylko nie znał scenariusza... a reżyserem było życie.
Gdy wyciągnął kluczyk ze stacyjki, wziął kilka głębszych oddechów, a następnie zgarnął torbę z tylnego siedzenia i poszedł, mając wrażenie, jakby każdy krok stawał się coraz cięższy i ważył więcej od poprzedniego, niczym gdyby do kostek przywiązano niewidzialne ciężarki, utrudniające dotarcie do celu lub jakby chodził po śniegu, zapadając się w zaspy.
Mając przed sobą drzwi, użył dzwonka i przejechał nerwowo dłonią po włosach. Na wszelki wypadek zadzwonił jeszcze raz. Już miał wciskać dzwonek trzeci raz, gdy zauważył otwierane drzwi oraz ciocię Sher we własnej osobie.
- Dobry wieczór. Jestem sam, ponieważ Sher musiała zostać dłużej w pracy, ale możliwe, że dołączy do nas później. - wyjaśnił pospiesznie.
- A! I to dla Pani. - dodał, wręczając kobiecie ładną, białą torbę w złote kropki. Nie wiedział, jak się przywitać — czy uściskiem, czy podaniem dłoni, dlatego czekał, aż ona wykona pierwszy ruch (jak w szachach, pozwolił osobie starszej zacząć).
- W ogóle pięknie tu u Pani. - powiedział nagle, mając, rzecz jasna, na myśli otoczenie wraz z domem, który ciekawiło go, jak wyglądał wewnątrz. Ciekawiło go, który pokój najczęściej zajmowała Sher ale no... nie zamierzał o to pytać. Przynajmniej nie w tamtej chwili.

Cordelia LeBlanc
55 y/o
For good luck!
168 cm
Dyrektor szpitala | Zastępca burmistrza Mount Sinai Hospital, Toronto City Hall
Awatar użytkownika
„Granice istnieją tylko do momentu, w którym ktoś decyduje się je przesunąć.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, jego
typ narracji1 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie musiałam długo czekać na gości, chociaż zdążyłam już po raz drugi spojrzeć w stronę zegara. Zrobiłam to jednak bardziej z przyzwyczajenia niż z samej niecierpliwości. Muszę przyznać, że lubiłam, kiedy ludzie pojawiali się punktualnie, ponieważ świadczyło to o ich szacunku do drugiej osoby. A szacunek był jedną z niewielu rzeczy, których naprawdę wymagałam od innych bez żadnego wyjątku.
Gdy tylko usłyszałam dzwonek do drzwi, to odłożyłam swój kieliszek na stolik i spokojnie wstałam. Nie ruszyłam od razu do drzwi, lecz najpierw poprawiłam pasek w talii i wygładziłam materiał koszuli. Dopiero po tym przeszłam przez hol. Nie spieszyłam się jakoś specjalnie, ponieważ wychodziłam z przekonania, że pośpiech przy powitaniu gości zawsze wydawał się czymś odrobinę desperackim.
Otworzyłam drzwi i zatrzymałam swoje spojrzenie na Ericu. Przez krótką chwilę nic nie mówiłam i pozwoliłam mu wyjaśnić sytuację. Informacja o nieobecności Shereen nie była dla mnie szczególnie zaskakująca, chociaż poczułam delikatne ukłucie zawodu. Liczyłam na to, że tego wieczoru zobaczę ich razem. Jednak nie zamierzałam z tego powodu robić wyrzutów mojej córce chrzestnej.
- Dobry wieczór Eric - powiedziałam spokojnie i wyciągnęłam dłoń po torbę. - Dziękuję. To bardzo uprzejme z twojej strony.
Przyjęłam prezent od chłopaka bez przesadnego zachwytu, ale za to z wyraźnym uznaniem. Biała torba w złote kropki była ładna, a w dodatku odpowiednio dobrana i niezbyt nachalna. Sam fakt, że Eric nie przyszedł z pustymi rękami, również działał na jego korzyść. Rzecz jasna nie chodziło mi o wartość podarunku, lecz o sam gest.
- I jeszcze jedno - dodałam, zanim przeszliśmy dalej. Spojrzałam na niego uważniej, ale bez ostrości, którą zwykle rezerwowałam dla ludzi wymagających natychmiastowego ustawienia do pionu. - Skoro jesteś partnerem Shereen, nie musisz zwracać się do mnie tak oficjalnie. Mów do mnie ciociu.
Do tej pory miałam wyrobione bardzo dobre zdanie na temat młodego pana Stones. W związku z tym uznałam, że warto było zmniejszyć dystans i dopuścić go trochę bliżej naszej rodziny. - Oczywiście nie oznacza to, że będę wobec ciebie mniej wymagająca - dodałam spokojnie i posłałam mu delikatny uśmiech. – Uważam, że swobodniej będzie nam się rozmawiało.
Odsunęłam się trochę i zrobiłam Ericowi miejsce, aby mógł wejść do środka. - Shereen uprzedziła mnie, że może się spóźnić - powiedziałam po chwili, chociaż nie zamierzałam zdradzać, czy naprawdę to zrobiła. - Mam nadzieję, że dołączy do nas później. A jeśli nie, to poradzimy sobie bez niej.
Na jego komplement lekko się uśmiechnęłam i skinęłam delikatnie głową. Lubiłam swój dom. Nie dlatego, że był duży czy kosztowny, tylko dlatego, że wszystko w nim idealnie oddawało moją osobę.
- Dziękuję. Dbam o to, żeby otoczenie było przyjemne dla wzroku - odpowiedziałam z suchą uprzejmością. - Wejdź, proszę. Kolacja jest już prawie gotowa, a ja nie mam w zwyczaju karać gości za cudze spóźnienia.
Zamknęłam za sobą drzwi i przez moment pozwoliłam sobie na cichą ocenę sytuacji. Nieobecność Shereen zmieniała trochę charakter tego spotkania. Miałam teraz możliwość przeprowadzenia z chłopakiem rozmowy w cztery oczy, bez świadków. Było w tym coś wygodnego, chociaż jednocześnie poczułam ciężar odpowiedzialności. Shereen była dla mnie zbyt ważna, abym traktowała jej wybory powierzchownie.
- Wino odłożę na później – powiedziałam i ruszyłam w stronę jadalni. - A czekoladki, zakładam, że są próbą zdobycia dodatkowych punktów jeszcze przed pierwszym daniem? - Pozwoliłam sobie na łagodny uśmiech. Nie chciałam go przestraszyć, przynajmniej nie od razu. - Ale możesz być spokojny. Nie zamierzam cię przesłuchiwać przy drzwiach. Od tego mam stół.

Eric Stones
Monsieur Morrible
Nie lubię nadmiernego poganiania o posty :)
ODPOWIEDZ

Wróć do „#12”