005. Wszystko, co zostaje za drzwiami |
Outfit
Przez większą część dnia udawałem, że wcale nie czekam na to spotkanie. Robiłem dokładnie to, co zwykle, kiedy nie chciałem przyznać przed samym sobą, że na czymś mi zależy. Odpisałem na kilka komentarzy i przejrzałem statystyki ostatniego filmu. A nawet nagrałem fragment materiału, który i tak później pewnie usunę, bo brzmiałem w nim dość sztucznie. Co jakiś czas poprawiałem coś w mieszkaniu, chociaż nie było czego w nim poprawia, bo ostatnio z siostrą zrobiliśmy gruntowne porządki.
Kiedy usłyszałem pukanie do drzwi, to poczułem dziwne uderzenie w klatce piersiowej. Nie było mocne, ale wystarczyło, żebym przez sekundę stał nieruchomo w korytarzu. Potem przeczesałem dłonią włosy i otworzyłem drzwi.
Zobaczyłem go w progu i przez moment cała reszta przestała mieć znaczenie. Chciałem powiedzieć do niego coś lekkiego. Jakieś zdanie w w stylu, że wygląda, jakby przesadził z tym staraniem się. Miałem też przygotowane kilka głupich tekstów, bo to zawsze było prostsze niż przyznać, że naprawdę za nim tęskniłem. Nie zdążyłem jednak użyć żadnego z nich.
Usłyszałem swoje imię i od razu coś we mnie się napięło, ponieważ sposób, w jaki zaczął mówić, był zbyt poważny, żebym mógł schować się za żartem. Stałem przy drzwiach i patrzyłem na niego uważnie i starałem się mu nie przerywać. Nie zawsze mi to wychodziło. Zwykle jednak wchodziłem komuś w słowo, zwłaszcza jeśli sytuacja robiła się niewygodna. Tym razem zmusiłem się do milczenia i słuchałem.
Im dłużej mówił, tym bardziej czułem, jak znika ze mnie to pierwsze, głupie napięcie związane z tym, czy dobrze wyglądam i czy mieszkanie jest w porządku oraz tym czy powinienem go od razu pocałować, czy poczekać kilka minut, żeby nie wyjść na desperata.
Nie lubiłem, kiedy ludzie przepraszali mnie za rzeczy, za które nie powinni. Być może dlatego, że sam przepraszałem rzadko i zwykle dopiero wtedy, kiedy już naprawdę nie dało się udawać, że nie miałem za co. Odchrząknąłem cicho i przesunąłem się, robiąc mu miejsce.
-
Wejdź - powiedziałem najpierw, bo to było łatwiejsze niż cała reszta. -
Nie będziemy prowadzić takiej rozmowy w progu, bo jeszcze sąsiedzi pomyślą, że jestem typem człowieka, którego ktoś musi przepraszać przed wejściem do mieszkania. A ja mam już wystarczająco złą reputację.
Zamknąłem za nami drzwi i przez chwilę stałem tyłem do nich, z dłonią opartą na klamce. Potrzebowałem krótkiej chwili, żeby nie odpowiedzieć za szybko. Gdybym zrobił to od razu, pewnie powiedziałbym coś zbyt ostrego albo zbyt głupiego. A nie chciałem. Zwłaszcza jemu. Odwróciłem się tylko powoli i spojrzałem na niego.
-
Nie myślę tak - powiedziałem ciszej. -
Nie myślę, że uważasz to za pewnik. - Podszedłem bliżej i zatrzymałem się na tyle blisko niego, żebym nie musiał podnosić głosu. -
To znaczy... dobra, może przez sekundę pomyślałem, że jeśli jeszcze raz zaproszę cię tutaj, to powinienem założyć jakiś program lojalnościowy. Dziesiąta wizyta gratis, kubek z moją twarzą, takie rzeczy - dodałem, próbując się lekko uśmiechnąć, ale szybko spoważniałem. -
Ale nie jestem zły. I nie masz mnie za co przepraszać.
Nie wiedziałem, co dokładnie działo się u niego w domu. Wiedziałem tylko tyle, ile chciał mi powiedzieć, a ja z jakiegoś powodu nie naciskałem tak bardzo, jak zwykle. Sam nienawidziłem, kiedy ktoś próbował otwierać drzwi, które trzymałem zamknięte. Westchnąłem i wsunąłem dłonie do kieszeni spodni.
-
Słuchaj, ja... rozumiem bardziej, niż pewnie powinienem - przyznałem. -
Nie będę udawał, że mój dom był jakimś dramatycznym horrorem, bo nie był. Miałem dach nad głową, jedzenie, sprzęt, kasę od babci i całą tę resztę, przez którą ludzie zwykle mówią, że nie masz prawa narzekać. Ale to nie znaczy, że wszystko było proste. Czasem dom jest po prostu miejscem, z którego chcesz wyjść, nawet jeśli nie umiesz dokładnie wyjaśnić dlaczego.
Na chwilę uciekłem wzrokiem w bok, bo zabrzmiało to zbyt szczerze. Nie lubiłem tego momentu, w którym słowa przestawały być bezpieczne. Kiedy mówiłem coś i od razu czułem, że odsłaniam więcej, niż planowałem. -
Więc jeśli u ciebie jest skomplikowanie, to jest skomplikowanie - powiedziałem po chwili. -
Nie będę robił z tego przesłuchania. Nie jestem twoim terapeutą, dzięki Bogu, bo byłbym w tym tragiczny. Ale nie chcę też, żebyś myślał, że musisz mnie trzymać z daleka tylko dlatego, że coś jest trudne.
Tydzień bez niego był dziwnie długi. Głupi telefon, wiadomości i zdjęcia mi nie wystarczały. Mogłem pisać przez pół nocy, wysyłać mu zaczepki i udawać, że wszystko jest normalne, ale prawda była taka, że brakowało mi tego, że mogłem po prostu spojrzeć na niego i przestać na chwilę udawać, że wszystko mam pod kontrolą.
Zrobiłem jeszcze jeden krok i ostrożnie wyciągnąłem rękę. Dotknąłem palcami materiału jego koszuli. Nie chciałem go ciągnąć na siłę, ale chciałem mieć go bliżej siebie. -
Tęskniłem za tobą - powiedziałem w końcu. -
I wkurza mnie to, bo brzmię teraz jak ktoś, kto przez tydzień siedział przy oknie i wypatrywał samochodu, a przecież absolutnie tego nie robiłem - dodałem ciszej. -
No dobra. Może raz. Albo trzy razy. Ale to nie jest ważne.
Uśmiechnąłem się krótko, a potem znowu spoważniałem. -
Ważne jest to, że jesteś dzisiaj tutaj. I że ja chcę, żebyś tu był. - Przesunąłem dłoń wyżej i poprawiłem lekko materiał przy jego ramieniu, chociaż nie wymagał poprawiania. Najzwyczajniej potrzebowałem pretekstu, żeby zrobić coś z rękami.
-
A co do tego, że kiedyś przyjdę do ciebie... przyjdę - powiedziałem. -
Kiedy będziesz gotowy. Nie wtedy, kiedy uznasz, że już wypada, albo że musisz mi coś udowodnić. Tylko wtedy, kiedy naprawdę będziesz chciał mnie tam wpuścić. Nawet jeśli będzie niezręcznie. - Przechyliłem lekko głowę. -
Tylko nie rób ze mnie kogoś, kogo trzeba chronić przed wszystkim. Jasne? Bo ja mogę wyglądać, jakbym rozwalał sobie życie dla sportu, ale nie jestem aż tak delikatny.
To była tylko częściowa prawda, ale wystarczająca na ten moment. Przez chwilę milczałem, a potem parsknąłem cicho pod nosem, bo nagle przypomniałem sobie o czymś bardzo ważnym. -
I jeszcze jedno. Jeśli znowu żyjesz na energetykach i kawie, to oficjalnie informuję, że dzisiaj nie dostaniesz ode mnie ani jednego. Mam wodę, coś do jedzenia i chyba herbatę, której nikt normalny nie pije, ale udamy, że jest zdrowa.
Odsunąłem się odrobinę, ale nie całkiem. Nie chciałem stracić tej bliskości od razu. -
Możemy obejrzeć coś głupiego, albo pograć. A jeśli jesteś zmęczony, to możemy po prostu posiedzieć w ciszy. Nie musisz też uciekać po północy tylko dlatego, że uznasz, że się narzucasz.
Wypowiedziałem ostatnie zdanie trochę ostrożniej, bo nie wiedziałem, czy powinienem je mówić. A jednak chciałem. I to bardziej niż planowałem. -
Możesz zostać dłużej - dodałem ciszej. -
Nawet na noc, jeśli będziesz chciał. Bez żadnej presji. Po prostu... nie mam nic przeciwko temu.
Zawstydziłem się dopiero po chwili, kiedy zrozumiałem, jak bardzo odsłoniłem się w tej jednej propozycji. Opuściłem wzrok na sekundę, a potem zmusiłem się, żeby znowu na niego spojrzeć. -
Cholera, ale jestem dziś dojrzały emocjonalnie - powiedziałem, próbując ratować się słabszym uśmiechem. -
Ktoś powinien mi dać medal albo przynajmniej pizzę.
Potem jednak przestałem żartować. Podniosłem dłoń i ostrożnie dotknąłem jego policzka. -
Przestań mnie przepraszać za to, że chcesz tu być - powiedziałem cicho. -
Ja też chcę, żebyś tu był.
Nachyliłem się i musnąłem ustami kącik jego ust. Potem zostałem blisko, z czołem niemal opartym o jego czoło, i przez moment pozwoliłem sobie po prostu oddychać spokojniej. -
A teraz chodź - szepnąłem. -
Zanim zacznę mówić jeszcze więcej rzeczy, których potem będę się wstydził.
Reeve LeBlanc