ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Vera nie znosiła śród.
Jakoś tak złożyło się w jej życiu, że ten dzień tygodnia niemal zawsze przynosił złe wieści. Zaczynał się źle, a kończył jeszcze gorzej. Być może było to wyłącznie jej wyobrażenie, jakaś niewinna fiksacja, na której z biegiem lat zaczęła skupiać się bardziej niż powinna, ale bez większego problemu potrafiła wskazać wydarzenia, które utwierdzały ją w przekonaniu, że środa zwyczajnie jej nie służy.
To właśnie w środę, gdy miała siedem lat złamała rękę. Wymknęła się wtedy z przyjęcia organizowanego przez rodziców i zamiast być grzeczną dziewczynką, jakiej wszyscy od niej oczekiwali, wspinała się po drzewach w ogrodzie.
To w środę, w same walentynki po raz pierwszy złamano jej serce. Kilka lat później, również w środę, oblała pierwszy egzamin w życiu, a poczucie winy i rozczarowanie samą sobą ciągnęły się za nią jeszcze długo po tym jak opuściła salę. Przez następne tygodnie rozpamiętywała każdą odpowiedź, każdy błąd i każdą minutę, którą mogła poświęcić na naukę zamiast na cokolwiek innego.
To w środę zamiast w którykolwiek dzień weekendu, wyszła za mąż za Elliota. I w środę postanowiła od niego odejść.
Być może środa była dla niej tym samym, czym dla innych trzynastka albo czarny kot przebiegający drogę. Nie miało to większego sensu, a jednak za każdym razem, gdy budziła się właśnie tego dnia gdzieś z tyłu głowy pojawiała się cicha obawa, że coś znowu pójdzie nie tak.
Dzisiaj postanowiła to odczarować. Nie miała szczególnie wielkiego planu - do późnych godzin popołudniowych ten dzień niczym nie różnił się od pozostałych dni tygodnia. Pracowała do późna i dopiero gdy wyszła z budynku i zatrzymała się przy samochodzie, uznała, że zamiast wracać do domu pojedzie do Guildwood. B e z zapowiedzi.
Nawet gdyby w tej chwili, gdy stanęła przed drzwiami, Zaylee powiedziała jej, że nie ma dla niej czasu, że wybrała kiepski moment, że godzina jest za późna albo że akurat w środy wieczorem medytuje przez trzy godziny, wybijając rytm na wielkim stalowym talerzu jakimś dziwnym przyrządem i udając, że ją to relaksuje - Vera i tak wepchnęłaby się do środka. Zaopatrzona w jedzenie i dobre wino, jak przystało na nieproszonego gościa, właśnie to zamierzała zrobić.
Najpierw dwukrotnie zapukała. Potem nacisnęła dzwonek, przytrzymując przycisk irytująco długo. Kiedy jednak odpowiedź nie nadeszła wystarczająco szybko, sama nacisnęła klamkę i weszła do środka, nie czekając, aż którakolwiek z właścicielek postanowi ją przywitać. - Zaylee? - krzyknęła od progu. Zrzuciła buty, torebkę odłożyła gdzieś po drodze na najbliższym stoliku, ruszając w głąb domu.
Niemal dotarła do kuchni, gdy tuż przed nią wyrosła przyjaciółka. Na widok jej skrzywionej szczęśliwej miny Vera zmrużyła lekko oczy. - Potrzebowałam towarzystwa. Chyba nie miałaś niczego w planach? - zapytała, zatrzymując się w pół kroku. Uniosła wyżej torbę z jedzeniem i butelkę wina, prezentując je niczym argument nie do podważenia. Planowała przekupić nią Zaylee, gdyby jednak jakimś cudem kazała jej się wynosić.

zaylee miller
diosmio
nuda i przesadna życioza
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

065.
Dla Zaylee wszystkie dni tygodnia wyglądały właściwie tak samo. Poniedziałki nie różniły się niczym od śród, a piątki rzadko przynosiły fajrant, którego wyczekiwała większość ludzi. Jej życie od lat funkcjonowało według rytmu wyznaczanego przez pracę, a nie przez kalendarz. Zwykle siedziała w biurze albo prosektorium do późnych godzin, przeskakując między raportami, wynikami badań i kolejnymi sprawami, które nie mogły poczekać do następnego dnia. Albo mogły, ale Miller nie lubiła odkładać niczego na później. Była zbyt dużą perfekcjonistką, żeby zalegać z papierami albo rozgrzebaną sekcją zwłok. Jeżeli akurat nie pracowała, oznaczało to najczęściej, że był weekend. A weekendy należały do Eviny i Sammy'ego. Dziesięciolatek, który od pewnego czasu coraz bardziej stawał się częścią ich codzienności, wkrótce miał zamieszkać z nimi na stałe. Fakt, że mogły myśleć o nim jako o swoim synu, wydawał się czymś niezwykłym. Nigdy nie była osobą szczególnie sentymentalną. Nie rozczulała się nad zdjęciami. Nie wzruszała się przy filmach. Nie należała do ludzi, którzy płakali ze szczęścia. A jednak łapała się na tym, że czasami zatrzymywała wzrok na pustym pokoju, który przygotowywały dla chłopca, i przez chwilę wyobrażała sobie, jak będzie wyglądało ich życie za kilka miesięcy. Niestety proces adopcyjny przeciągał się w czasie. Formalności szły naprzód, ale znacznie wolniej, niż zakładały. Część procedur musiała zostać przesunięta, a jedno ze spotkań z urzędnikami prowincjonalnego ministerstwa odpowiedzialnego za sprawy dzieci i rodzin zostało przełożone na późniejszy termin.
Były ku temu powody. Od prawie trzech miesięcy ślęczały ze Swanson nad sprawą seryjnego mordercy dzieci. Zabójca wciąż pozostawał na wolności, a śledztwo utknęło w martwym punkcie. Zaylee i Evina przeanalizowały dziesiątki tropów, przesłuchały niezliczoną liczbę osób i przejrzały stosy dokumentów, a mimo to przełomu jak nie było, tak nie ma. Nie znosiła za to świadomości, że gdzieś tam znajduje się człowiek odpowiedzialny za śmierć dzieci, a one wciąż nie były w stanie go zatrzymać.
Tego wieczoru, kiedy skończyła ostatnią autopsję, a Evina została poproszona o konsultację w innym śledztwie, postanowiła wrócić do domu. Jedyne, co planowała, to położyć się na kanapie w salonie przed telewizorem i obejrzeć - o ironio - dokument o sekcjach zwłok. Była zbyt zaabsorbowana Richardem Shepherdem, jednym z najsłynniejszych, brytyjskich patologów sądowych, że nawet nie słyszała, jak ktoś dobija się do drzwi. Tym większe było jej zdziwienie, kiedy w drodze do kuchni dostrzegła znajomą sylwetkę. Ja boga nie kochała, kiedyś ją, kurwa, okradną.
A co ty wchodzisz tutaj, jak do stodoły? — powitała przyjaciółkę, nawet nie próbują ukryć jej zaskoczenia. Ostatnio widziały się na ślubie Miller, a od tego minął jakiś miesiąc. — Nie masz telefonu? Wystarczyło po prostu zadzwonić i... — urwała, bo wtedy Callahan uniosła asortyment, który ze sobą przyniosła. I wszystkie argumenty Zaylee stały się nagle inwalidą. — Teraz gadasz z sensem — kiwnęła głową, szybko puszczając w niepamięć, że przecież powinna być zirytowana. Na Verę i na siebie, że przez własną nieuwagę nie zamknęła drzwi na klucz.
Wykonała zamaszysty gest ręką, dając jej do zrozumienia, że śmiało może się rozgościć, a kiedy w międzyczasie wyjmowała z szafki kieliszki, Elvira - szkocka kotka zwisłoucha - postanowiła obdarować gościa ocieraniem się o łydki i głośnymi pomrukami. Gdzieś w pobliżu kręcił się jeszcze czarny dachowiec Rademenes, ale on nie był za bardzo zainteresowany przybyciem Callahan.
Coś się stało? — zapytała, zerkając na przyjaciółkę przez ramię. Znały się od lat, a skoro ta wpadła do niej tak późną porą i w dodatku bez zapowiedzi, coś musiało się wydarzyć.

vera callahan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
36 y/o
For good luck!
168 cm
pediatra mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niesamowicie zastanawiającym był fakt, że pomimo tak napiętych grafików, pomimo pracy wypełniającej ich dni po brzegi, wciąż potrafiły dbać o tę relację z zadziwiającą łatwością. Vera nie potrafiła nawet wskazać momentu, w którym przestało to wymagać jakiegokolwiek wysiłku. Po prostu wiedziała, że niezależnie od tego ile dni czy tygodni minęło od ich ostatniego spotkania, wszystko pozostawało dokładnie takie samo.
Zaylee była dla niej jedyną osobą, dla której faktycznie byłaby gotowa porzucić każdą inną rzecz i pojawić się natychmiast, gdyby tylko tego potrzebowała - niezależnie od pory dnia czy nocy. Wiązało się to niestety również z tym, że Callahan wpadała właśnie z takimi niezapowiedzianymi wizytami jak ta dzisiejsza.
Nie działo się nic niepokojącego. Nic co stresowałoby ją na tyle, by nagle potrzebowała wsparcia albo czyjejś obecności bardziej niż zwykle. A jednak ten pozorny spokój, który zagościł w jej życiu po odejściu od Elliota, sprawiał, że czuła się dziwnie. Napięcie wciąż gromadziło się w mięśniach przyzwyczajonych do ciągłego pozostawania w gotowości, jakby spodziewała się, że ten spokój jest wyłącznie przysłowiową ciszą przed burzą.
W takich chwilach zawsze wolała skupiać swoją uwagę na czymś innym. Najczęściej była to praca. Potrafiła bez problemu zanurzyć się w niej, by zapomnieć o całym świecie, ale nawet ona ze swoim przesadnym pracoholizmem, wiedziała, że nie mogła przesiadywać w szpitalu od rana do późnych godzin nocnych ani brać dyżuru za dyżurem tylko po to, by nie zostawać sama ze swoimi myślami.
Wolała słuchać o problemach innych, o ich planach albo szczęściu, które wypełniało ich życie. Oczywiście ograniczało się to do bardzo wąskiego grona przyjaciół, bo cierpliwość Very wobec większości społeczeństwa miała swoje granice.
O tym szczęściu, którym dla Zaylee i Eviny była choćby adopcja Sammy'ego, mogłaby słuchać godzinami. Zdążyła już poznać chłopca na tyle dobrze, że stał się jej ulubieńcem. Kibicowała im od samego początku, jak zawsze będąc cheerleaderką każdego pomysłu Miller - od tych najgłupszych w dzieciństwie, aż po dorosłe decyzje jakie podejmowała dziś. Nie przypominała sobie sytuacji, w której nie stanęłaby po jej stronie.
- Na swoje usprawiedliwienie powiem, że pukałam t r z y razy - oznajmiła, co było prawdopodobnie kłamstwem, bo uderzyła w drzwi ledwie dwa razy i to tak cicho, że najpewniej usłyszeć mógł ją wyłącznie wyczulony na każdy dźwięk Rademenes. - Później dzwoniłam, ale nie ruszyłaś leniwej dupy z kanapy, bo... - wyjrzała ponad jej ramieniem w stronę salonu, dostrzegając na ekranie kolejne krwawe obrazki. Wywróciła oczami i nawet nie dokończyła własnej myśli.
Wchodząc głębiej do salonu, usiadła na kanapie po turecku. Po drodze pochyliła się jeszcze, by przez krótką chwilę pogłaskać kota za uchem nim uciekł w swoją stronę. Sięgnęła po pilot, zmieniając kanał na cokolwiek innego, bo i tak żadna z nich nie zamierzała oglądać telewizji. Wyciszyła dźwięk, a gdy Miller wróciła, odpowiedziała jedynie wzruszeniem ramion. - Właśnie nie stało się nic - każdy n o r m a l n y człowiek uznałby to za dobrą wiadomość, ale nie ona.
- Elliot nie odzywa się już drugi tydzień i spodziewam się najgorszego. Stresuje mnie to, kiedy nie znam jego kolejnego ruchu - westchnęła ciężko, odchylając głowę na oparcie kanapy. Wiedziała jak nieracjonalnie to brzmi, jak bardzo było to głupie. Przecież właśnie tego chciała - spokoju, ciszy i dystansu. A mimo wszystko brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony budził w niej niepokój.

zaylee miller
diosmio
nuda i przesadna życioza
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miała wiele wad, ale na pewno nie można było powiedzieć, że była złą przyjaciółką. Z biegiem lat grono jej najbliższych znajomych wyraźnie się skurczyło i stało się zaskakująco niewielkie, ale nigdy nie miała problemu z pielęgnowaniem relacji, które naprawdę coś dla niej znaczyły. Nie należała do osób otaczających się tłumem ludzi. Wolała kilka wartościowych więzi od dziesiątek powierzchownych znajomości. Tak właśnie było z Callahan.
Znały się tak długo, że Zaylee właściwie nie pamiętała już życia bez niej. Wspólne wspomnienia mieszały się ze sobą do tego stopnia, że czasami nawet nie była pewna, czy dane wydarzenie miało miejsce rok temu, pięć lat temu czy jeszcze w dzieciństwie. Vera zawsze była gdzieś obok. Podobno przyjaźnie zawarte w dzieciństwie rzadko wytrzymywały próbę czasu. Ludzie dorastali, zmieniali się, wyprowadzali do innych miast, zakładali rodziny i stopniowo tracili ze sobą kontakt. A jednak im jakoś się udało. Mimo wszystkich zmian, które przyniosły kolejne lata, nadal potrafiły znaleźć wspólny język i nadal były dla siebie ważne.
I właśnie dlatego Zaylee tak bardzo chciała, żeby jej syn również miał kiedyś w swoim życiu kogoś takiego. Kogoś, z kim będzie dorastał. Kogoś, kto będzie znał go jeszcze zanim stanie się dorosłym człowiekiem. Kogoś, z kim będzie przeżywał pierwsze szkolne dramaty, pierwsze głupie pomysły i pierwsze poważne rozczarowania. Kogoś, komu zadzwoni w środku nocy bez konkretnego powodu albo z kim po latach będzie wspominał rzeczy, które dziś wydają się śmiertelnie ważne, a kiedyś staną się jedynie zabawną historią, którą można podsumować jedynie wywróceniem oczami. A potem, za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, usiądą gdzieś razem i wrócą do tych wspomnień. Tak czy inaczej, Miller uważała, że każdy zasługiwał na choć jedną taką przyjaźń w swoim życiu.
Czy kogokolwiek mogło dziwić, że koronerka wybrała Callahan na lekarza Samuela? Nie. Ufała jej bezgranicznie i doskonale wiedziała, że zapewni dziesięciolatkowi najlepszą możliwą opiekę medyczną. Widziała ją przy pracy niezliczoną ilość razy i nigdy nie miała powodów, by kwestionować ani jej wiedzę, ani podejmowane decyzje. Gdyby ktoś poprosił Zaylee o polecenie pediatry, w jej odpowiedzi natychmiast pojawiłoby się nazwisko przyjaciółki.
Ostatni rok nie należał do najłatwiejszych. Zmiany, formalności i przeciągające się oczekiwanie na zakończenie procedury adopcyjnej - tego wszystkiego było wystarczająco dużo nawet dla dorosłego człowieka. Dlatego Miller cieszyła się, że przynajmniej w kwestii opieki medycznej chłopiec nie będzie musiał zaczynać od zera z kimś zupełnie obcym. Znał już ciocię Verę. czuł się przy niej swobodnie i nie traktował jej jak kolejnej osoby, która pojawiła się w jego życiu wraz z całą tą lawiną zmian. To zresztą również dawało Zaylee pewien komfort. Nie musiała zastanawiać się, czy Samuel trafi w dobre ręce, ani stresować się każdą wizytą bardziej, niż robi to przeciętny rodzic. Wiedziała, że jeśli wydarzy się cokolwiek niepokojącego, Callahan nie tylko szybko to zauważy, ale też nie zawaha się powiedzieć im o wszystkim wprost. A szczerość była jedną z tych cech, które Miller ceniła u ludzi najbardziej. Poza tym zwyczajnie lubiła myśl, że w życiu Sammy'ego pojawia się coraz więcej stałych punktów.
Bo ja cię zaraz puknę — odparła na tłumaczenia Callahan. Nie miała na myśli niczego niestosownego. A może i miała. Tego nigdy się nie dowiemy! — Zdajesz sobie sprawę z tego, że mogłaś pocałować klamkę? — zgarnęła do salonu torbę z jedzeniem, butelkę wina i dwa kieliszki, a widząc, że przyjaciółka przełącza dokument o autopsjach Richarda Shepherda, spojrzała na nią z wyrzutem, bo przecież ona to oglądała. Nie pozostało jej nic innego, jak po prostu napełnić kieliszki winem i wcisnąć jeden z nich w dłoń przyjaciółki.
Słysząc wieść o tym, że Elliot milczy od już drugi dzień, prawie przyklasnęła w dłonie. Prawie, bo trzymała w dłoni kieliszek z alkoholem. Jeszcze by coś wylała, a każdy wiedział, jak okropnie czyści się kanapę z czerwonych plam.
I chwała, kurwa, bogu — powiedziała z wyraźną ulgą. Prawdę mówiąc, Miller nie była osobą religijną. Ale kiedy Vera wspominała o tym frajerze, człowiek mimowolnie zaczynał wierzyć, że gdzieś tam istnieje jakaś wyższa sprawiedliwość. Bo jeśli nie, to naprawdę trudno było wyjaśnić, jak Elliotowi przez tyle lat uchodziło płazem bycie takim idiotą. — I co? Uważasz, że szykuje coś specjalnego? Boisz się, że zrzucić na ciebie jakąś bombę? Pozwól mi z nim porozmawiać, to go szybko wyjaśnię — powiedziała buńczucznie. Zaylee nigdy nie obawiała się konfrontacji, a już na pewno nie z takim skończonymi kretynami pokroju Elliota. Najchętniej rozszarpałabym typa gołymi rękami za to wszystko, co zrobił Callahan. Ale przyjaciółka poprosiła, żeby nie robiła żadnych głupstw. A przecież wystarczyło jedno słowo. Żona Miller pracowała w policji, więc naprawdę można było to załatwić raz, a porządnie.

vera callahan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „#33”