32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Musiał przyznać, że nie spodziewał się po opanowanym Theo takiego wzburzenia, ale to, podobnie jak łzy Fran, w jakiś popieprzony sposób go cieszyło. Uważał wylewanie emocji za oczyszczające, więc niech się leją. On natomiast, jakby w kontraście do ich dwójki, wydawał się już całkiem spokojny. Bardziej niż nieokrzesaną bestię, przypominał wreszcie statecznego obrońcę swojego stada, filar, na którym oboje mogli się oprzeć, pewni że ich utrzyma.
Chociaż sądząc po słowach Fran, ona wcale nie była tego taka pewna.
Val westchnął, obdarzając ją ciężkim spojrzeniem, mówiącym nawet wyraźniej niż usta “pierdolisz, laleczko”.
- Widzisz, skarbie. Tak to już jest, że związek to nie tylko kwiatki i jednorożce. - Uśmiechnął się krzywo. - Czasem trzeba dealować z gównem swojego kochanie - specjalnie użył jej pociesznego określenia, którym czasem się do nich zwracała - i chyba każdy z nas jest na to gotowy, nie? - Zerknął krótko na Theo, unosząc jedną brew. Wiedział, że go poprze bo nikt tak jak on nie stawał na wysokości zadania, gdy trzeba było zająć się jakimś problemem. Potem przeniósł wzrok na Fran i wbił spojrzenie w jej oczy z całą mocą wewnętrznego żaru, którym z taką łatwością rozpalał ludzi ze sceny i sprawiał, że chcieli go słuchać. Teraz zamierzał uświadomić jej, że cokolwiek uroiła sobie w swojej ślicznej główce, myli się. Wystarczyło odwrócić tę sytuację i wszystko stawało się jasne.
- Chyba mi nie powiesz, że gdyby któryś z nas wpadł w kłopoty, nie byłabyś gotowa rzucić wszystkiego i mu pomóc? Tak to działa, laleczko. - Uśmiechnął się, na poły czule na poły przekornie. - Masz prawo sprawiać nam kłopoty, tak samo jak my tobie. - Odgarnął zabłąkany kosmyk włosów z jej policzka, wciąż wilgotnego jeszcze od łez i czerwonego od wzburzenia.
Już jej nie nakręcał mówieniem, że tak, powinna z drugiego końca świata pisać do niego z kłopotami, bo w obecnej sytuacji nie miało to żadnego sensu. Fran była zmęczona i czuła się zaszczuta. Żeby to wiedzieć, nie trzeba było mieć doktoratu z psychologii. Val skorzystał z daru empatii i po prostu odpuścił. Dla niego najważniejsze było, że była bezpieczna, a sprawą mogli zająć się wtedy, gdy wszyscy trochę ochłonął. Najlepiej po kilku godzinach porządnego snu.
Przysunął się żeby spojrzeć na wiadomość podsuniętą przez Fran.
Jak podejrzewał, nic nią nie wskórała. Zresztą, tak jak powiedział chwilę wcześniej, problem poniekąd sam się rozwiązał. Gość nie był już groźny, teraz kłopot stanowiło tylko dochodzenie.
- Dobrze zrobiłaś, chociaż moja pięść przekonałaby go lepiej - stwierdził z miną niewiniątka. Kąciki ust zadrżały mu od powstrzymywania uśmiechu, ale kiedy oburzona stwierdziła, że wróci do pana policjanta, posłał jej groźne spojrzenie. Wciąż jednak się zgrywał, chociaż gdy wypomniała mu dawne czasy, coś nieprzyjemnie ścisnęło go w żołądku.
Nikt nie uderza tak celnie jak ktoś, kto dobrze cię zna.
Z jego piersi wydobył się niski, ostrzegawczy pomruk. Złośliwa żmija. Zmrużył oczy i chwycił ją za brodę, przychylając się tak, że poczuła na wargach ciepły oddech. Fran go prowokowała, był tego świadom, ale zdecydowanie wolał ją taką niż zapłakaną i roztrzęsioną.
Jego oczy błądzące po jej twarzy przypominały w półmroku samochodu ślepia polującego kota.
- Mało ci wrażeń, kochanie? - mruknął z drapieżnym uśmiechem. - Mam cię jeszcze przełożyć przez kolano?
Zanim zdążyła się odgryźć, przeniósł wzrok na Theo, wcale nie zmieniając wyrazu twarzy, przez co wyglądał jakby chciał pożreć i jego. Bo może chciał. Dużo przyjemniej byłoby rozładować te emocje w łóżku zamiast siedzieć na tylnej kanapie samochodu w centrum miasta i przerzucać się żalami.
- Chyba senność już mi przeszła - stwierdził zuchwale, wyciskając krótki pocałunek na ustach Fran. Potem puścił ją i fuknął pod nosem, słysząc ich komentarze. Udawał zniecierpliwionego, ale cieszył się, że wraca im chęć do zboczonych żartów.
- To nie było przed wyjściem, tylko zanim dostaliśmy wiadomość. Od tego czasu minęło w chuj czasu, tygrysie. Ale wiem, że nie możesz się doczekać aż dokończymy.
Posłał mu leniwy, arogancki uśmieszek, na krótko spoglądając na jego usta, mając ochotę sięgnąć również do nich, zmieszać na wargach smak jego i Fran.
- Zabierz nas do domu.

Koniec.


Theodore Tellier Francesca de Villiers
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”