ODPOWIEDZ
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

slow dancing in a burning room
Driven by the strangle of vein
Showing no mercy, I'd do it again
Open up your eyes
You keep on crying
Baby I'll bleed you dry
trigger warning
krótka wzmianka o molestowaniu

Nie było łatwo wrócić do normalności. Jego ciało nie leczyło się tak sprawnie jak kiedyś i, zbyt zmęczone kolejnymi obciążeniami, coraz częściej odmawiało posłuszeństwa. Szycie rany postrzałowej okazało się wyjątkowo profesjonalne, a więc skóra zasklepiała się równomiernie i gładko, powoli tworząc kolejną bliznę. Problem stanowiła jednak kula, która nadal tkwiła w ciele, sumiennie przypominając Carlosowi o swojej obecności. Były dni spokojne, pozbawione dyskomfortu, zupełnie jakby nigdy nie doszło do incydentu z postrzałem. Znacznie częściej zdarzały się jednak noce pełne tępego bólu i gorącego pulsowania. Prawa ręka drętwiała, palce traciły czucie – może pocisk uciskał nerwy, a może po prostu rozszarpał tkanki podczas wlotu. Czasami nie potrafił utrzymać kubka z kawą w dłoni, innym razem trudność sprawiało mu podpisanie się na dokumentach, które napływały do The Painted Lady. Noszenie broni nie wchodziło w grę, metal był zbyt ciężki, a spust stawiał za duży opór. Czuł się bezużyteczny, ale niechętnie postanowił dać sobie czas i po prostu zacisnąć zęby. Robił dobrą minę do złej gry, nie chcąc martwić Cassandry. Były czasy, że potrafił się nad sobą litować, ale minęły dawno temu.
Stan jego ciała był jednak najmniejszym z problemów.

Minęło sporo czasu zanim udało mu się porozmawiać z Cassandrą o tym co zaszło. Szczerość, niezależnie od tego jak oczyszczająca, zawsze była trudna i niewygodna. Temat ataku na Carlosa był tylko przedsionkiem piekła – im głębiej schodzili, tym więcej żalu i niezrozumienia odnajdywali. Próbował traktować Cassnadrę jak równą sobie. Jak kogoś, kto rozumie niebezpieczeństwo z jakim wiązało się ich życie. Próbował zapomnieć, że była córką Martina i kimś, kogo obiecał się chronić za wszelką cenę. Nie potrafił, pojawiły się więc wyrzuty i drobne zgrzyty, które wkrótce przerodziły się w zażartą kłótnię.

Nie traktuj mnie protekcjonalnie, potrafię sobie poradzić.
Wiesz, że nie chodzi o to co potrafisz.

Pojawiły się pytania, na które nie znał odpowiedzi. Nie chciał z nią dyskutować o swoich planach, bo im mniej wiedziała, tym bezpieczniejsza była. Odsuwanie jej od brudnych interesów wiązało się z kolejnymi tarciami, ale oboje musieli to przetrwać. Cassandra doskonale wiedziała, że postrzał nie był tylko wypadkiem, a planowanym zamachem, ale mógł udawać, że zemsta nie stanowiła jego priorytetu. Skupił się na prowadzeniu The Painted Lady, zbywając wszelkie próby rozmów o tożsamości sprawców. Wydawało się jednak, że im bardziej próbował odciąć Cass od niebezpieczeństwa, tym mocniej do niego lgnęła.

I co, zamierasz tak po prostu puścić to płazem? A co jeśli jednak spróbują dokończyć to co zaczęli?
Co, jeśli przyjdą po mnie, Carlos?

To wciąż nie było najgorsze. Najbardziej bolesny cios nadszedł później, gdy oboje, zbyt zmęczeni ciągłymi szarpaninami, zdecydowali się na kolejną falę szczerości. Właśnie wtedy nadeszło to, o czym rozmawiał z Joe – poczucie winy i nienawiść względem samej siebie, które skrywała Cassandra. Trauma skrywana przed światem, która choć należała do przeszłości, kształtowała młodą kobietę od lat.

Molestował mnie. Nie chciałam nikomu o tym mówić, ale…
Nie musiał pytać kto. Jak przez mgłę pamiętał jej wyznanie w samochodzie, gdy wykrwawiał się na tapicerkę. Trener łyżwiarstwa. Człowiek, któremu zaufała jako dziecko. Ktoś, kto miał być wzorem i oparciem, a stał się kolejnym powodem, przez który świat nie zasługiwał na zbawienie.

Ojciec się dowiedział. W tamtą noc, gdy… Wiesz.
Mógłby znaleźć tego człowieka. Chciał znaleźć tego człowieka, bo gdy wpatrywał się w zaszklone oczy Cassandry, nie czuł nic oprócz gniewu. Palącej furii, która rozrywała ciało i przyćmiewała umysł. Zniszczy go, tak jak on zniszczył ją. Zakończy jego karierę i wypuści na wierzch wszystkie tajemnice, które ukrywał przez lata, bo nie zasługiwał na wybaczenie.

Nie rób nic głupiego Carlos. Nie chcę żebyś robił cokolwiek.
Nie mogę stracić też ciebie.

Byłą jedyną osobą, która mogłaby uciszyć nadciągającą burzę. Kiedy jednak zniknęła, by zająć się matką, nie było nikogo, kto były w stanie go powstrzymać. Jeśli on nie wymierzy sprawiedliwości, nie będzie nikogo, kto to zrobi. Nie był wystarczająco cierpliwy by czekać, aż Bóg zdecyduje się ukarać grzeszników. Obiecał Martinowi, że się nią zaopiekuje, dokończy więc to, czego nie zdążył zrobić jego przyjaciel. Niezależnie od tego co mówiła, musiała pragnąć, by tamten człowiek zapłacił za swoje przewinienia. Poczuł strach i obrzydzenie, które czuła ona, gdy odbierał jej pasję i pewność siebie.

Jego dłoń drżała, gdy wsadzał pistolet za pasek spodni. Poły marynarki zarzuconej na ramiona ukryły broń. Znajome pulsowanie w skroni odsyłało go do czasów, gdy dni takie jak ten były codziennością. Ściągnie długów i łamanie ludzi. Gorące lata w Meksyku pachnące topionym woskiem i przejrzałymi owocami. Kadzidlany dym w małym kościółku, do którego co niedzielę brała go matka i wypolerowane koraliki różańca przesuwane pomiędzy brudnymi dłońmi.
Otworzył drzwi do mieszkania, chcąc gwałtownie przejść przez próg – z powrotem do tamtych czasów i tamtego Salazara, którego przez tak długi czas próbował pogrzebać. Po drugiej stornie nie czekał na niego jednak duszny Meksyk i jego brutalna rzeczywistość. Nie było przyzwolenia na łamanie praw i odwracanie spojrzenia. Była Joe Grainer, kolejny z jego problemów.

joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
I've been learning about letting go, how to do it without my claws scratching the surfaces
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Joe wiedziała — tak z obserwacji, jak i z autopsji — że prawdziwa szczerość rzeczywiście od łagodnego przypływu znacznie częściej przypomina gwałtowny sztorm, w którym każda kolejna fala nadciąga z siłą większą od tej, jaką groziła poprzednia. Być może później, gdy emocje już opadły, a sekrety do wypowiedzenia na głos wyczerpały się wreszcie, pozostawiając po sobie tylko zmęczenie i głęboką ciszę, rzeczywiście było w tym coś oczyszczającego, jak pierwszy głębszy oddech po burzy, niosący ulgę i świeżą porcję tlenu. Zanim mogło do tego jednak dojść, sam proces wyjawiania tajemnic mógł niekiedy straumatyzować wszystkie zaangażowane weń strony niemal równie mocno co sama ich treść. Tym bardziej, że niekiedy jedna szczera rozmowa potrafiła rozpruć człowieka od środka niczym źle wykonane chirurgiczne cięcie. Być może właśnie dlatego tak wielu ludzi spędzało całe życie, uciekając przed prawdą.
Joe widziała to codziennie. Na oddziale, na którym niektóre kwestie próbowało się przemilczeć tak długo, jak tylko było to możliwe. W gabinetach, w których pacjenci raz po raz odwracali wzrok od najbardziej problematycznych partii w wynikach własnych badań. U ich rodzin, które nie zadawały określonych pytań, choć człowiek - nawet praktykant, bo naprawdę nie trzeba było być zaprawionym w bojach lekarzem by dostrzec napięcie spinające ich barki i dłonie - widział, jak te cisnęły im się na wargi. I, oczywiście, we własnej rodzinie, bo czy Grainierowie nie byli wszak wirtuozami przemilczeń? Mistrzami odwracania wzroku? Specjalistami w udawaniu, że normalność zbudowana na całej kolekcji bolesnych tajemnic wcale nie stanowi przysłowiowego kolosa na glinianych nogach...?

Joe dorastała w środowisku, w którym o problemach mówiło się zazwyczaj dopiero wówczas, gdy ktoś wylądował w więzieniu, szpitalu, albo w grobie (prawie zabawne, że w aktualnej chwili w tych trzech miejscach zresztą znajdowali się członkowie jej najbliższej rodziny). Nie cierpiała tego, a jednocześnie nie potrafiła tego schematu zmienić, powtarzając go automatycznie, przedświadomie. Być może dlatego nigdy tak naprawdę nie spytała Cass co tak naprawdę zdecydowało o przerwaniu przez nią treningów, na których w przeszłości zbudowała przecież fundamenty swojej tożsamości. Być może dlatego nie ciągnęła przyjaciółki za język, choć instynktownie przeczuwała buzujące w niej emocje i ból barwiący jej spojrzenie szczególnym rodzajem mroku. Być może dlatego odpuszczała Cassie, kiedy ta, zapytana o to, co tak naprawdę się dzieje, tylko machała ręką, wzruszała ramionami, i proponowała jakąś natychmiastową alternatywę dla poważnych rozmów: wspólne wygłupy, albo zakupy, albo brunch, za który czasem udawało im się nawet nie zapłacić, bo Cass zdawała się znać wszystkich, i wszędzie, i dostawać zniżki i rabaty na piękne oczy i jeszcze piękniejszy uśmiech.
Sposób, w jaki ich przyjaźń przez lata stawała się azylem wolnym od nieustających trudności i bólu, był Joe na rękę. Nie była głupia - wiedziała oczywiście, że obydwie dźwigają na barkach ciężar, z jakim nie powinny radzić sobie żadne nastolatki, każda inny, a jednak podobny gatunkowo. Dobrze było jednak czasem mieć przestrzeń, w której nie musiały o tym myśleć i rozmawiać, rozdrapując rany, które przecież tak czy siak pozostawały niezasklepione.
Dopiero teraz, gdy sprawy nabrały zupełnie innej powagi, Joe zaczynała rozumieć, że być może ta unikowa strategia ostatecznie przyniosła im więcej szkody niż pożytku.


Cassandra zadzwoniła do niej późnym popołudniem i, jak to się często zdarzało, Joe nie odebrała za pierwszym razem. Najpierw była na uczelni, później na oddziale, a jeszcze później siedziała nad notatkami w szpitalnej kantynie, próbując zapamiętać sekwencję podawania leków przeciwzakrzepowych pacjentom ze współwystępującymi chorobami nerek. Ostatecznie oddzwoniła dopiero godzinę później, stojąc na krawężniku szpitalnego parkingu w trampkach i jeansowych szortach, w które z medycznego uniformu przebrała się ostatkiem sił. I niemal natychmiast pożałowała, że posiliła się na ten telefon.
Nie dlatego, że nie chciała rozmawiać z Cassandrą, wręcz przeciwnie. Po prostu znała już ten ton, to specyficzne napięcie pod powierzchnią głosu, które pojawiało się wtedy, gdy ktoś próbował sprawiać wrażenie spokojnego, choć w rzeczywistości był przerażony. Jak echo ich rozmowy sprzed paru tygodni, i wszystkiego co nastąpiło po niej, pozostawiając i tak już nikłe poczucie bezpieczeństwa Grainier w żałosnych, chaotycznych strzępach. Cass nie musiała zresztą nawet wypowiadać jego imienia, by Joe jakimś cudem natychmiast potrafiła rozpoznać, że chodziło o Carlosa.

- Błagam cię, Joe....

Płaczliwe nuty dziewczęcego głosu zapętlone po drugiej stronie słuchawki jak modlitwa. Deja vu tak ordynarne, że szatynka prawie się roześmiała, choć śmiech ostatecznie ugrzązł jej w gardle jak ość, którą przy odrobinie nieuwagi można śmiertelnie się zadławić.

- Stan mamy się pogorszył....

Stan mamy pogarszał się regularnie. Potem osiągał wątpliwe plateau, dając Cass odrobinę wytchnienia aż do następnego kryzysu. Joe była do tego przyzwyczajona, i naprawdę próbowała nie myśleć, że choroba rodzicielki Cass stawała się wygodną wymówką wówczas, gdy brunetka czuła się przytłoczona przez konsekwencje własnych decyzji, jednocześnie nie będąc zdolną, by powiedzieć to na głos.

- Ja nie wiem... Nie wiem co on zrobi.... Joe, a co, jeśli porwie się na coś głupiego?

Joe wiedziała co powinna zrobić: najpierw zapewnić Cass, że ją kocha i się o nią troszczy, a następnie wyjaśnić jej - tonem tak spokojnym jak ten, jakiego używać należy w podejściu do wrażliwego, rozregulowanego dziecka - że mimo wszystko nie jest ani niańką, ani terapeutką, ani, przy tym zapewne i przede wszystkim, osobą, którą Carlos chciałby zobaczyć teraz pod swoimi drzwiami. Odpowiedzialnym byłoby czule, ale stanowczo, zarysować teraz własne granice i limit niekończących się, wydawało, aktów miłosierdzia i przysług, na które była w stanie porwać się dla Cassandry. Najgorszym co mogło by się stać, byłaby chwilowa rozpacz Cass, albo złość na Joe. Te jednak nigdy nie trwały zbyt długo, i zawsze rozchodziły się wreszcie jak ból reumatyczny albo burzowe chmury. W gruncie rzeczy zatem Grainier naprawdę m o g ł a odmówić.
Wiedziała jednak, że pod wszystkimi tymi racjonalnymi argumentami kryje się gruba warstwa jej własnej, upokarzającej hipokryzji. Bo gdyby rzeczywiście nie chciała do niego pojechać...
Po prostu by nie pojechała.

Kiedy wysiadała z tramwaju, Distillery District tonęło już w wieczornym świetle, barwiącym czerwone cegły dawnych budynków gorzelni głębokim odcieniem fioletu. Powietrze pachniało latem, powoli rozgaszczającym się wśród murów metropolii. Ludzie, najwyraźniej mający czas na randki, kolacje i życie pozbawione kryzysów, przechadzali się wąskimi uliczkami w niespiesznym, łagodnym tempie. Joe mijała ich szybko, przeskakując nierówności w kocich i przemykając przez pasy w ostatnich sekundach, nim światła drogowe rozjarzyły się wymowną czerwienią.
Carlos mieszkał w budynku kojarzącym się z pieniędzmi i komfortem, na który mogli zazwyczaj pozwolić sobie celebryci, bankowcy i przestępcy. Na klatce wszystko pachniało niemal sterylną czystością - niekoniecznie szpitalną, ale blisko z nią spokrewnioną - i tonęło w tej specyficznej, anonimowej ciszy, której nigdy nie dało się uświadczyć w dzielnicy, w której mieszkała Grainer.
W windzie, Joe starała się nie patrzeć w lustro, zamiast tego wbiwszy spojrzenie w drżenie własnych dłoni. Głupi, dziecinny pierścionek z oczkiem na palcu, na którym dorośli nosili obrączki. Plaster opasający mały palec prawej dłoni. Skórka naderwana przy paznokciu kciuka. Idąc korytarzem pomyślała, że musi o siebie zadbać. Musi dojrzeć, i wreszcie zająć się sobą, nie innymi.
A potem stała już pod jego drzwiami, z dłonią zawieszoną przy framudze i niezadanym jeszcze pytaniem ciążącym na dolnej wardze. Mogła się jeszcze wycofać. Mogła jeszcze zawrócić na pięcie, wyjaśniwszy Cass, że zwyczajnie nie dała rady.
Do momentu, gdy drzwi nie zgrzytnęły znacząco, i w ich progu nie zamajaczył nagle nikt inny, jak oczywiście Carlos Salazar, któremu powinna teraz sprzedać jakąś inteligentną wymówkę o własnej trosce, albo, sama nie wiedziała, o spontanicznej kontroli medycznej. Zamiast tego, z dłońmi zaczepionymi o szlufki uciętych nad kolanem szortów, Joe Grainier wyprężyła (raczej wątłą) pierś. Gdyby obserwowała samą siebie z boku, pewnie musiałaby się teraz roześmiać.

- A ty dokąd, co?

Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie był pewien jak zamierzał wytłumaczyć się ze swojej decyzji przed Cassandrą. Nie ważne, ilekroć będzie próbował ją przekonać, że wszystko co robił, robił dla niej, nie uzna tego za wystarczający powód. Była tak samo uparta jak jej ojciec i równie pamiętliwa, a więc uraza, która przyjdzie – bo zawsze przychodziła – będzie trwać dopóki Carlos nie odpokutuje. Za to co zrobił, a czego nie miał robić i za to, że nie odczuł skruchy. Nie zamierzał przepraszać. Nie za to, że starał się zapewnić jej bezpieczeństwo. Nie za to, że sięgnął po sprawiedliwość, gdy zawiedli wszyscy inni. Cass mogła tego nie rozumieć, ale kiedyś zrozumie. Może wtedy, gdy sama założy rodzinę, a jej dzieci staną się dla niej całym światem. Może kiedyś, gdy zabraknie Carlosa, a ona przyniesie kwiaty na jego grób, wspominając z nostalgią jego niepokorność. Nie miało to znaczenia – nauczył się, że Laytonów łatwiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie.
Carlos nie spodziewał się jednak, że jego plan zostanie pokrzyżowany tak szybko. Przez moment po prostu stał w progu, z błyskiem zdziwienia w oczach, zupełnie jakby stanęła przed nim zjawa. Patrzył na Joe, a później przez nią, odpływając gdzieś daleko, poza Distillery District. Palce prawej
(słabszej, bezużytecznej) dłoni nieświadomie zaciskał na framudze drzwi, odpuszczając dopiero wtedy, gdy nieprzyjemny ból przeszedł przez ramię. Początkowe zaskoczenie szybko ustąpiło złości, a ściągnięte brwi i ostre spojrzenie z łatwością zdradzały ten stan. Grainier stała przed nim, wyprężona i pewna, jakby sądziła, że jest siłą nie do ruszenia. Z punktu widzenia Carlosa wyglądała niemal komicznie, zupełnie jak buńczuczne dziecko, które za wszelką cenę zamierza dopiąć swego. Nie był jednak w nastroju do żartów. Złapał ją za ramię, nie siląc się na bycie łagodnym i wciągnął dziewczynę w głąb mieszkania. Zamek huknął, gdy drzwi zatrzasnęły się za jej plecami – o czymkolwiek mieli rozmawiać, nie zamierzał tego robić na korytarzu. Ludzie mieszkający w dystrykcie wiedzieli, że jest człowiekiem, który ceni prywatność, ale nie ufał żadnemu z nich w najmniejszym stopniu.
Dlaczego Cassandra uznała, że wysłanie cię tutaj było dobrym pomysłem? — Pytanie, które zawisło między nimi nie wymagało odpowiedzi. Żadna nie byłaby wystarczająco dobra dla Carlosa. Nie trudno było się domyślić skąd Joe poznała jego adres i kto przekonał ją, by się pojawiła. Jedyną osobą, która miała informacje i wpływ była Layton. Stanowiła pomost między dwoma światami, które nie powinny się ze sobą łączyć. Carlos sądził, że zadawała sobie sprawę z zagrożenia, jakim był dla osób postronnych, ale najwidoczniej się mylił. Czy naprawdę sądziła, że to on potrzebował ochrony i kontroli bardziej niż Joe, jej wierna i Bogu ducha winna przyjaciółka? Czy jedna przysługa to zbyt mało? Grainier zaszyła go i dopilnowała, by nie wykrwawił się jak pies, nie potrzebował by przychodziła do niego z kagańcem. — Sądziłem, że wyraziłem się wystarczająco jasno. — Utrzymanie neutralnego tonu było wyzwaniem. Frustracja przebijała się na wierzch, pozostawiając gorzki posmak na języku. — Miałaś zapomnieć o moim istnieniu. Nie mieszać się. Czy to naprawdę takie trudne do zrozumienia, Grainier?
Długo nie potrafił wyrzucić z głowy tamtej nocy. Tego jak bardzo transparentny i odsłonięty się stał. Tej chwili szczerości, która miała być ich ostatnią, niezobowiązującą rozmową. Joe zajmowała miejsce w jego głowie, była natrętną myślą, która nie potrafiła znaleźć ujścia. Myślał o wypalonych papierosach i o dzikości w jej spojrzeniu, która nieśmiało przebijała się na wierzch, psując obraz usilnie utrzymywanej kontroli. Szwy przypominały o dotyku dłoni, które przestały drżeć w momencie, gdy wszystko wydawało się wymykać. Najbardziej wyraźne było jednak wspomnienie słów, wypowiedzianych ze stoickim spokojem, które wypłynęły spomiędzy jej warg, gdy zarzucił jej, że sama nie wie kim jest. Przy tobie bym się dowiedziała. Ale pewnie się postarasz, żebym nie miała ku temu okazji. Faktycznie, starał się jak mógł. Spychał w kąt własną ciekawość i ignorował natarczywą chęć pchnięcia Joe Grainier dalej, poza granice które wyznaczyli jej inni ludzie. Omijał drogi The Juncion, bojąc się, że któraś zaprowadzi go właśnie do niej. Nie szukał informacji, nie rozmawiał o jej życiu z Cassandrą, ograniczając zagrożenie do minimum. Cokolwiek sądziła o nim i o tym, co mogłaby dać jej znajomość z Carlosem, była w błędzie. Jedyna rzecz, którą mógł jej zaoferować, to rozczarowanie i niepewność. Czy naprawdę właśnie tego chciała? Oderwania od monotonii, chwili adrenaliny, która ostatecznie i tak prowadzi do gorzkiego wypalenia?
Była problemem. Nieproszonym gościem. A jednak coś sprawiało, że odczuwał dziwną satysfakcję z jej obecności. Tę niepoprawną radość, że to nie on się złamał i nie przekroczył wyznaczonej przez siebie granicy. Miał czyste sumienie i czyste ręce, przynajmniej jeszcze tak było.
Sądzisz, że twoja obecność coś zmienia? Że zmienię plany, bo staniesz mi na drodze? — Roześmiał się i pokręcił głową, robiąc krok w jej stronę. Znów wszedł w jej przestrzeń, zmuszając ją do konfrontacji albo kapitulacji. Nie był tym samym słabym mężczyzną, którym opiekowała się tamtej nocy. Jeśli wtedy w jakiś sposób uważała go za niebezpiecznego, tym razem mogła być w pełni przekonana, że taki był. Nie dla niej, bo każdy pokaz siły miał na celu jedynie ją odstraszyć, ale czy to zmieniało cokolwiek? — Odpuść, zanim narobisz sobie większych problemów. — Zmarszczki wokół oczu Carlosa uwydatniły się, gdy zmrużył powieki. Obserwował Joe uważnie, szukając w jej twarzy najmniejszej przesłanki, że zaczyna wątpić w swoją obecność w tamtym miejscu.


joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
I've been learning about letting go, how to do it without my claws scratching the surfaces
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Był silny.
To pierwsze, co przyszło Joe na myśl w ułamkach sekundy, które wystarczyły, by Carlos wyciągnął rękę, zacisnął wnyki palców wokół jej ramienia, i jednym, gwałtownym szarpnięciem, wciągnął za próg mieszkania, zatrzasnąwszy za nią drzwi sposobem naprawdę niewiele mającym z jakimkolwiek cieniem subtelności. Nawet jeżeli użył tej słabszej dłoni - Joan nie była pewna, sprawy toczyły się zbyt szybko by mogła to zarejestrować - w momencie, w której zamknęła się na jej ciele, do Grainier po raz pierwszy dotarło, że tak naprawdę nie miała z nim szans. Nieważne, że znajdował się w procesie rekonwalescencji (w którym, zakładała, i tak pewnie nieszczególnie się oszczędzał). Nieważne, że Joe była od niego ledwie parę centymetrów niższa, w rozmowie mogąc swobodnie spojrzeć mu w oczy - w kontraście do drobniutkiej Cassandry, chociażby, która w rozmowie z nimi obydwojgiem zawsze musiała zadzierać głowę, z czego w dawnych, lżejszych czasach Joe i Cass wiecznie stroiły sobie żarty. Nieważne, nawet, że przyjaźń z Cassandrą zdawała się, przynajmniej do tej pory, dawać Grainier jakiś rzadki immunitet który sprawiał, że czuła się przy nim może nie tyle spokojnie, może nie tyle bezpiecznie ale przynajmniej pewnie. Bo nie tknąłby jej, prawda? Nawet w złości. Nawet w szale. Nie odważyłby się, wiedząc, ile znaczyła dla Cassandry.
Ale co, jeżeli Joe się myliła? I gdyby jednak przegięła - i gdyby Carlos mimo wszystko stracił panowanie nad sobą? Salazar był rosłym mężczyzną; starszym, domyślała się, o jakieś dwie dekady, i znacznie pewniejszym od nieopierzonej lekarki, w dodatku jeszcze bez dyplomu, której nagle zachciało bawić się... w co, w zasadzie? W policjantów i złodziei? W mafię i tajemnice półświatka? W superbohaterkę, która raz po raz ratuje z tarapatów człowieka, który ewidentnie - wystarczył jeden rzut oka - nie potrzebował aktualnie, żeby go ratowano.
Gdyby Carlos tylko chciał, pomyślała... Wystarczyłby przecież jeden ruch ręki. Jeden niekontrolowany odruch jego ciała. Jeden cios.

Uderzyło ją przy tym, że Salazar nigdy wcześniej jej nie dotknął. Nie miał, oczywiście, ani powodu ku temu, ani okazji. To ona dotykała jego - ledwie przytomnego, z ciepłą posoką sączącą się obficie z ciała na jej domową posadzkę - w pośpiechu typowym sytuacjom, w których walczy się o czyjeś życie. Pozwalała palcom ściągać ku sobie rozszarpane tkanki. Pozwalała rytmicznie powracać do rozgrzanego czoła, bo nie było czasu na szukanie termometru. Joan pamiętała jeszcze zapach jego krwi i rytm jego pulsu gdy słabł, i gdy przyspieszał, i gdy zwalniał znowu, jakby nie mógł się zdecydować, czy jeszcze walczyć, czy przyszła już pora by się poddać. Nie było chyba na świecie dziwniejszego rodzaju intymności; ale była to intymność nieodwzajemniona. Nie do tej pory.
- Puść mnie - Parsknęła odruchowo, wiodąc wzrokiem ku miejscu, w którym czuła jego palce, i orientując się zaraz - nie bez konsternacji - że Carlos już jej nie trzymał. To tylko powidok jego dotyku, stanowczość zapamiętana przez tkanki jej ciała, pulsowała żywo pod jasną, cienką skórą. Joe była pewna, że nabawi się siniaków.


Joe była pewna, że po powrocie do domu, po zmroku, długo jeszcze nie zaśnie, wiodąc opuszką palca po ich mglistych, rozlanych konturach.
Mimowolnie, Joe się wzdrygnęła - jak wtedy, gdy na nagą skórę spadają nagle pierwsze krople deszczu, szokiem, który powinien być nieprzyjemny, ale jednak niesie z sobą jakąś dziwną ulgę, robiąc dwa kroki do tyłu, i zdając sobie zaraz sprawę że jeszcze dwa, albo trzy, i dotknie plecami ściany. Nie miała drogi odwrotu. Nie pamiętała, czy Salazar tylko zatrzasnął drzwi, czy też zamknął je na zasuwę albo gorzej, na klucz? Czyżby w chwili jej nieuwagi schował go do kieszeni? Czyżby znalazła się w pułapce - i to w dodatku na własne życzenie?
Powinna czuć się osaczona. Powinna być przerażona, i -
...co w zasadzie robiło się w takich sytuacjach? Krzyczeć? Dzwonić do Cassandry? Dzwonić, cholera, na policję? Każda z tych opcji wydawała się kusząca z tej przyczyny, że miała sens w ich bieżącym kontekście. Nie miało sensu natomiast wchodzić z Carlosem w dyskusję, próbować mu udowodnić, że nie ma racji, starać się żeby zmienił zdanie.
Nikt jedna nie mówił, że Joan Grainier zawsze postępowała w logiczny sposób. Jeśli tak się komuś wydawało, to cóż. Szatynka ewidentnie potrafiła sprawnie utrzymywać pozory.
- Nie - Odparowała, zaskoczona tym, że w tembrze jej głosu prawie nie dało się posłyszeć lękowego drżenia - Nie sądzę, że moja obecność cokolwiek zmienia - Chciała dodać cięte Salazar, i tak pewnie by zrobiła, gdyby był to film, a nie rzeczywistość, w której miała dwadzieścia sześć lat i ani krzty pojęcia o tym, co mógłby zrobić jej stojący przed nią mężczyzna gdyby posunęła się o krok za daleko. W porę ugryzła się więc w język, adresowanie go po nazwisku zostawiając sobie na wieczne nigdy. Albo na później. - Myślę jednak... Myślę jedna, że problem polega na tym, że ty nie masz planów.
Cass zadzwoniła do niej ledwie parę kwadransów temu, i jeśli to co mówiła było prawdą - a wydawała się przez telefon zbyt przestraszona, by Joe miała powód aby podejrzewać ją o łgarstwo - z samym Carlosem rozmawiała kolejną krótką chwilę wcześniej. Nawet dla zaprawionego w bojach przestępcy stanowiło to raczej wąskie okno czasowe by opracować misterny, przemyślany plan działania.
Joe nie wiedziała, czy sama działa teraz z troski, z lojalności względem przyjaciółki, czy z tej ciekawości, która obudziła się w niej podczas rozmowy odbytej z Carlosem w kuchni, i nie chciała od tamtej pory zasnąć. Wiedziała natomiast, że nie zamierza poddać się tak łatwo.
- Przestań mnie straszyć, i lepiej się zastanów - Powiedziała, zakładając dłonie na piersi w geście świadczącym, że nigdzie się nie rusza - Pojedziesz tam, i co? I będziesz działał w afekcie?
To słowo, Joe znała głównie z oglądanych w liceum seriali i notatek prasowych czytanych czasem do porannej kawy. Ale brzmiało adekwatnie i dorośle. A tego właśnie było jej teraz potrzeba: słów adekwatnych i dorosłych. I takich, które dotrą do Salazara, nim ten wpakuje się w kłopoty, którymi to ją aktualnie starał się onieśmielić.

Carlos Salazar
ODPOWIEDZ

Wróć do „#27”