-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak czy siak tosty brzmiały banalnie, bo były banalne. I właśnie na tej banalności próbowała się skupić. Na chlebie, serze, pieczarkach i całej tej procedurze, którą znała tak dobrze, że mogłaby ją odtworzyć z zamkniętymi oczami i w dodatku na śpiąco. Może nawet po ostrym melanżu, chociaż ostatnie kilka godzin stanowiło chyba wystarczający zamiennik bez udziału alkoholu.
Czuła na sobie jego spojrzenie, ale starała się nie zwracać na to uwagi, przelewając ją na te ‘banalne tosty’. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że ją obserwuje. Było to jednak trudne do zignorowania, bo nie był ani jej przyjacielem, ani rodziną, których najchętniej raczyła tostami. Był człowiekiem, który jeszcze niedawno przygniatał ją do podłogi, a jeszcze wcześniej zafundował jej pierwszą w życiu traumę.
Kiedy zapytał, czy to tyle, zerknęła na niego przez ramię, nie mogąc już dłużej próbować ignorować jego obecności.
— Zaraz to będzie aż tyle — odpowiedziała, nieco niezręcznie. Miało to brzmieć dziarsko, z przekonaniem, a wyszło blado i bez polotu. Niczego i nikomu by nie wcisnęła w taki sposób.
Sięgnęła do lodówki po kilka kolejnych rzeczy i przygotowała swój sekretny sos, który był sekretny głównie dlatego, że nigdy nie mierzyła proporcji i nie byłaby w stanie podać przepisu nawet pod przymusem. Zawsze sprowadzała to do chaotycznego ‘trochę tego, trochę tamtego’. W międzyczasie przewróciła też tosty na drugą stronę i docisnęła je lekko łopatką, obserwując, jak chleb rumieni się bardziej, a ser zaczyna wypływać bokiem. Później, gdy uznała że są gotowe, przełożyła je na talerzyk i przekazała mężczyźnie, stawiając je przed nim.
Nie spodziewała się pochwały. Ich znajomość była krótka, intensywna i absolutnie nieprzyjemna, więc trudno było zakładać, że usłyszy z jego strony coś, co nie będzie poleceniem, oceną jej nierozsądku albo koreańskimi bluzgami (też pewnie w jej stronę). Dlatego kiedy po pierwszym kęsie powiedział, że dobre, spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, którego nie zdążyła całkiem ukryć.
— Dziękuję — odpowiedziała, tym razem faktycznie unosząc kącik ust w cieplejszym uśmiechu. O tym, że nie był sztuczny, decydował fakt, że wyraz minimalnie objął jej oczy. Albo oko.
Zasadniczo to nie wiedziała, czy dziękowała za opinię, czy jednak za to, że przez krótką chwilę zabrzmiał prawie normalnie.
Gdy przesunął drugi talerzyk w jej stronę i kazał jej jeść, uniosła na niego spojrzenie.
— Subtelnie — mruknęła, ale nie odsunęła talerza. Wiedziała, że wygląda źle. Wiedziała też, że jadła ostatnio bardziej z obowiązku niż z apetytu, a żołądek miała zaciśnięty niezmiennie, od żałoby i teraz jeszcze nerwów. Wzięła więc tosta do ręki i ugryzła niewielki kawałek, mieląc go dłużej, niż było to potrzebne. Próbując najwyraźniej znów przekonać samą siebie, że było jej to potrzebne.
W końcu przełknęła i dopiero wtedy, patrząc na talerzyk a nie na niego, odezwała się ciszej.
— Jak ta ochrona miałaby właściwie wyglądać? — spytała, odkładając na ów talerzyk niedojedzonego tosta — Bo na razie brzmi to tak, jakby wszyscy wiedzieli więcej ode mnie o moim własnym życiu i już sobie postanowili co będzie się działo. — Podniosła wzrok dopiero po chwili. Miała problem z patrzeniem na niego. Bo jednocześnie się go bała, a teoretycznie musiała zaakceptować. Teoretycznie, bo przecież nie uznała jeszcze, że całe to przedstawienie z ochroną jest faktem i musi go przyjąć. — I dlaczego pan Salvatore sam się ze mną nie skontaktował? — spytała. Oj, Mal. Bo pan Salvatore nie miał czas na takie płotki jak ty. Miał dług wobec twoich rodziców a nie ciebie; ale i tak powinnaś docenić, że wysłał dla ciebie swojego najlepszego człowieka, abyś była bezpieczna (a może to była kara i szansa na odkupienie dla Damona za to nieszczęsne wydarzenie z wesela).
Damon Tae
-
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Niemniej doceniał fakt, że w pewnym stopniu zaczęła się otwierać i akceptować jego obecność. Oczywiście nie musiała i nie robiło mu to większej różnicy, ale lepiej współpracować z kimś, kto nie robi ci pod górkę. Ale za to robi tosty o czwartej w nocy. Albo rano?
Obserwował czy sięga po przekazanego jej tosta, bo według niego powinna zjeść. Nawet jeśli po tych wydarzeniach mogła mieć ściśnięty żołądek. On nigdy czegoś takiego nie odczuł, ale wiadomo, on wielu normalnych odczuć nie posiadał.
Gdy zadała pierwsze pytanie, brew mu lekko, niemalże niewidocznie drgnęła. To był zwykle jedyny wyraz, który dało się zauważyć na jego twarzy. Wysłuchał jej, na koniec przekrzywiając nieco głowę w bok, mało subtelnie mierząc ją spojrzeniem, gdy doszła do kolejnego pytania, tym razem o jego szefa.
— Bo pan Salvatore ma ważniejsze rzeczy na głowie — odpowiedział krótko. Nie zamierzał przecież wdawać się w szczegóły, że miał do tego ludzi, a ludzie, którzy nie są dla niego w jakikolwiek sposób ważni strategicznie, raczej się z nim nie widują. I tak dobrze, że wiedziała jak wyglądał.
Westchnął ciężej pod nosem, bo oto nadszedł czas na wyjaśnienia i określenie warunków ich wspólnej współpracy. Miał swoje zasady, które nie podlegały dyskusji, więc musiał je teraz przedstawić. Nawet jeśli nie będą jej się one podobały, to nie musiały.
— Mam na ciebie oko przez cały czas. Wszędzie. Zawsze. — Trochę jak z celebrytami czy cholernym prezydentem, ale bardziej. — Ktoś chce ci zrobić krzywdę — oznajmił chłodno, podnosząc na nią wzrok. — Nie wiemy kto, nie wiemy kiedy. Za tydzień czy za godzinę, dlatego nie mogę siedzieć gdzieś na drugim końcu miasta i liczyć, że zdążę przyjechać. Jeśli coś się wydarzy, to wydarzy się szybko, dlatego będę twoim cieniem. Czasem bliżej, czasem dalej. Zależy gdzie będziesz i co będziesz robić. Kiedy będziesz w pracy, na imprezie, z chłopakiem, będziesz wracać do domu, to będę w pobliżu. Jedziesz gdzieś dalej, to jadę z tobą — wyjaśnił. Mogła się z nim kłócić, ale i tak tego nie zmieni. On tak działał i funkcjonował. Tak pracował. — Nie musisz mnie lubić. Nie musisz nawet chcieć mnie obok. Ale jeśli ktoś kiedyś wyciągnie broń albo postanowi zrobić coś głupiego, to lepiej, abym stał obok ciebie niż pięć minut drogi stąd. — Już sobie i tak wystarczająco wyrzucał to, co stało się na weselu Salvatore. To, że panna młoda żyła i wróciła do domu to był jego pieprzony fart. Spieprzył na całej linii, więc teraz zamierzał wszystkiego o wiele lepiej dopilnować.
Blondynce także nie miał spaść włos z głowy.
— I tak, to będzie upierdliwe. Dla ciebie i dla mnie. Ale wolę być upierdliwy niż spóźniony — dodał twardo, wciąż nie spuszczając z niej swojego spojrzenia, jak gdyby chcąc wyczuć jej reakcję.
Skrzyżował ręce na piersi, oglądając się na salon, gdzie jeszcze niedawno było pobojowisko.
— Sprawdziłem już twój dom. Naprawiłem te nieszczęsne rolety — a raczej jego ludzie — i zabezpieczyłem wszystko nieco lepiej. — Aby wiedział o wiele wcześniej czy ktoś się zbliża. Czyli monitoring tam, gdzie go nie widać, a którego obraz widzi bezpośrednio na telefonie. Ostatnio się mocno posunął do przodu jeśli chodziło o technologię i korzystanie z jakichś nowinek potrzebnych mu do pracy. Ale Instagrama czy Facebooka dalej nie miał i nie wiedział czym jest Tiktok.
Maelle Lennox
-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Miała jednak ważniejsze sprawy na głowie niż zaspokajanie podstawowych potrzeb do przeżycia.
Mogła się spodziewać, że mężczyzna, który był, jak przypuszczała wcześniej, jednym z inwestorów finansujących wyprawy jej rodziców, który potrafi przysłać kogoś, kogo sklasyfikowałaby jako zabójcę, nie będzie miał czasu by się z nią spotkać i o wszystkim opowiadać. Nie znaczyło to, że było to jej trochę nie w smak, bo skoro był z nielicznych osób, które zasiadały u notariusza podczas otwarcia spadku – a w zasadzie jedyną osobą spoza rodziny – to jednak wygospodaruje trochę czasu, aby się z nią spotkać i opowiedzieć o, wspomnianej wcześniej, prośbie jej rodziców. Nie rozumiała oczywiście jak działał świat, w którym obracał się Giovanni Salvatore, ani nieznajomy, jednak według swoich standardów oceniła to po prostu jako olewactwo względem niej.
I protekcjonalne traktowanie – a tego bardzo nie lubiła. Była z tych, którzy twierdzili, że każdy zasługiwał na szacunek i równe traktowanie.
Przemilczała zatem odpowiedź mężczyzny, jedynie minimalnie ściągając brwi – ale nie na tyle, by widoczna lwia zmarszczka zagościła między nimi.
Interesowała ją jednak – znacznie bardziej niż, wątpliwe dla niej, maniery Pana Salvatore – druga kwestia, o którą pytała. Sposób, w jaki zobrazował jej to mężczyzna rozwiewał wszelkie wątpliwości, jeśli w ogóle jakieś by miała. Ale jednocześnie budził sporo odczuć, których nie potrafiła sklasyfikować, a jednak nie kojarzyły się z niczym przyjemnym.
Słuchała go, nie przerywając mu. Jej wzrok błądził gdzieś pomiędzy nadgryzionym kawałkiem tosta, a jego okruchami na talerzu; blat stołu wydawał się być znacznie bardziej interesujący, niż rozmówca. Ale tak naprawdę mieliła w głowie każde jego słowo dokładnie. Ta dosadność, z jaką to wszystko omówił sugerowała, że wszystko zostało już postanowione na długo przed nią. I poza jej wolą.
A potem zamknął to wszystko krótkim podsumowaniem i zmieniając temat na rolety, co samo w sobie było manifestacją tego, że decyzja została już podjęta i to bez sięgnięcia po jej opinię.
— Dziękuję — odpowiedziała, nieco sucho, ale szczerze, nie podnosząc spojrzenia. Przynajmniej temat rolet miała z głowy.
Przez krótką chwilę milczała, po raz ostatni próbując to wszystko sobie uporządkować. A im bliższa była temu, tym coraz bardziej była przekonana, że to jest jakiś nieśmieszny żart.
— Na pilates i basen też będziesz ze mną chodził? — spytała, woląc wybadać gdzie była granica i czy w ogóle też. — I do łazienki też? — Nie zostawiła pauzy na odpowiedź, bo nie zamierzała go wypytywać o poszczególne okoliczności, oczekując tak lub nie do każdego jednego wariantu. Raczej desperacko próbowała zaznaczyć absurdalność tego, co powiedział i postanowił. A może nie wierzyła w to, jak mocno potrafiłby się do niej przykleić. — Będziesz też spać ze mną w jednym pokoju na wszelki wypadek? —
Nie to, żeby miała za złe swoim rodzicom, że coś takiego jej załatwili; byłaby wdzięczna, oczywiście że tak, gdyby w ogóle wiedziała skąd to i dlaczego.
W tym wszystkim jedna rzecz wyszła na plus – najprawdopodobniej jednak nie miała paranoi i nie snuła teorii spiskowych wokół śmierci rodziców, nie mogąc pogodzić się z ich stratą – jak to śmiało zasugerował jeden z policjantów, a później też jeden ze znajomych.
lurking in the shadows
-
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mógł zrozumieć, że nie chciała jego obecności, bo ich znajomość raczej zaczęła się… niezbyt miło. O ile można to tak nazwać. I mogło też się jej to nie spodobać, ale nie obchodziło go to czy chciała mieć ochroniarza czy nie. Jej zdanie raczej się tutaj nie liczyło w tym przypadku, bo nawet jeśli wywali go na zbity ryj, to on i tak będzie obok. Pod jej domem czy w cieniu, tam gdzie go nie dostrzeże.
Musiał też zadbać o jej codzienne bezpieczeństwo, jak chociażby o te rolety czy głupi gaz pieprzowy w torebce. Lub cichy alarm, który zamiast policję, będzie wzywał jego.
Nie drgnął w momencie, jak mu podziękowała za naprawę. W zasadzie on nawet tego nie tknął, tylko zlecił odpowiednim ludziom. Nie zrobił też z tego z miłego serca, a dlatego, że to była jego praca do której zawsze się przykładał.
Przekrzywił lekko głowę, wciąż lustrując ją spojrzeniem, gdy pytała kiedy będzie jej towarzyszyć. Wydawało mu się, że dokładnie opisał gdzie i kiedy będzie. Oczywiście, że nie zamierzał patrzyć jak sika czy jej rekin dupy nie odgryza z kibla, ale na pewno miał być w pobliżu. W końcu Navi została porwana jak też poszła do łazienki. To tam napadł ją jej dawny mąż, a potem wszystko przybrało nieprzyjemny obrót, który do dzisiaj go gnębił.
Nienawidził popełniać błędów.
Ale szybko się na nich uczył i wyciągał odpowiednie wnioski.
— Jeśli będzie trzeba — odpowiedział twardo, tonem, który nie znosił sprzeciwu. On nie żartował, a swoją robotę brał zawsze na poważnie, ale tego Maelle miała się dopiero nauczyć.
Chociaż mogła już to przewidywać.
Na jej ostatnie pytanie brew mu drgnęła. Spojrzał na nią z pewnym pożałowaniem i może lekkim rozbawieniem, o ile bawiłaby go ta cała sytuacja. Westchnął pod nosem, krzyżując ręce na piersi.
— To musisz się umówić na rozmowę z panem Salvatore i go przekonać, że nie potrzebujesz ochrony — powiedział, całkowicie poważnie.
Oczywiście, że nie chciała ochrony. Mógł się tego spodziewać. Większość osób uważa, że jej nie potrzebuje, przynajmniej do momentu w którym jest ona konieczna i ludzie sami nie potrafią się ochronić. Kilka godzin temu dziewczyna byłaby martwa, gdyby Giovanni odpowiednio szybko nie wysłał Damona do jej ochrony.
Albo by ją porwano i torturowano, aby wydobyć z niej wszystko to, co wie o pracy rodziców. I raczej nie uwierzyliby tak szybko, że nie wie nic.
— Pracuję dla niego, nie dla ciebie i dopóki on mnie nie odwoła, to jesteś na mnie skazana — powiedział, wciąż nie spuszczając z niej swojego spojrzenia.
Chciała czy nie, to on i tak będzie obok przynajmniej do momentu w którym Salvatore nie powie „koniec”. Tak więc mogła spróbować się z nim jakoś skontaktować, umówić na rozmowę i spróbować przegadać, ale on już znał wynik tej rozgrywki. Jeśli i tak jakimś cudem by się z nim osobiście spotkała, to był pewien, że jego szef zdania nie zmieni, bo wysłał Damona na prośbę jej rodziców.
Poza tym, łatwiej byłoby się dostać do papieża niż do gabinetu Włocha.
Ale próbować mogła.
Maelle Lennox
-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Niemniej, pomimo potencjalnego planu rebelii, wciąż pozostawała dobrą dziewczyną, z dobrego domu, taką co dzień dobry mówi.
I taką, co dziękuje swojemu oprawcy, jak również wątpliwemu wybawicielowi, za naprawienie rolet.
Tak jak się spodziewała – mężczyzna był gotów na tak drastyczne środki, jak spanie z nią w
Tak, jakby nie było jej źle już dotychczas, przez tych ostatnich kilkanaście dni.
Postanowiła jednak spotkać się z panem Salvatore. Potrafiła być bardzo wytrwała, jeśli trzeba było. Już była zaprawiona wielogodzinnymi wyczekiwaniami od rana do wieczora na, tak naprawdę, nic. W recepcji wydziału zabójstw, próbując spotkać się z kimkolwiek, kto poświęciłby jej czas na rozmowę w sprawie śmierci rodziców. Dlatego zamierzała doprowadzić do spotkania tak, czy inaczej. Mogła czekać pod gabinetem mężczyzny, a jak będzie odpowiednio zdesperowana, to może nawet po prostu tam wtargnąć.
Poza tym… odwoła? Co on? Pies? Dziwny dobór słów.
Westchnęła krótko w ramach pierwszej reakcji na jego słowa. Opuściła spojrzenie na swojego nadgryzionego tosta.
— A co jeśli wezwę policję i powiem, że mnie nękasz? — spytała ostrożnie, szybko jednak naprostowując samą siebie: — Ach, pewnie wyjdę na idiotkę, bo oni przyjadą, ciebie nie będzie i już na dobre przytwierdzą mi etykietę foliary. — Snującej spiskowe teorie, z głęboką paranoją. Ciekawe, czy Damon wiedział kim jest foliara.
Niemniej tak myślała, ze będzie – skoro nie chcieli jej wysłuchać w teorii, że jej rodzice nie mogli zginąć w wypadku, tak po prostu, że ktoś z pewnością brał w tym udział, to teraz, kiedy powie, że i za nią podąża jakiś facet, a po sprawdzeniu wszystkiego wyjdzie, że wcale nie, to już w ogóle będzie brana na listę tych, do których podchodziło się bardzo sceptycznie.
Brakowało jeszcze niewielkiego artykułu w Internecie, że córka znamienitych archeologów po ich śmierci postradała zmysły.
Spojrzała na jego talerz, który już dawno był pusty i podniosła się z miejsca, aby stanąć przy kuchence, na patelnię wkładając kolejne dwa, przygotowane wcześniej, tosty.
— No dobrze… To jak mam się do ciebie zwracać? — zapytała, przesuwając szpatułką jeden z tostów. — Bo skoro wiem, że jesteś i potencjalnie — słowo klucz, bo przecież będzie dobijała się do pana Salvatore — będziesz wszędzie, zawsze, to nie mogę tego tak po prostu ignorować i udawać, że wszystko jest normalnie a ciebie oficjalnie nie ma. — Lepiej by jej było, w jakimś niewielkim procencie, gdyby wiedziała kto to jest. Albo raczej jakby po prostu miał imię. Nie byłby tylko szarą, groźną masą bez imienia. Byłby groźną masą z imieniem. — Tak to każesz mi normalnie funkcjonować ze świadomością, że kompletnie obcy facet patrzy na każdy mój ruch. — A raczej na każdy otaczający ją ruch. Jak zwał tak zwał. — Masz w ogóle imię? — zapytała, tę ostatnią część wypowiadając po koreańsku.
Miała za sobą, wcale nie tak dawno temu, blisko trzyletni epizod związany z hallyu. A prze to też – uczyła się języka. Jej wymowa nie była co prawda wybitna, ale na jednym zdaniu zdołała nie okaleczyć języka i obrazić go poprzez przejęzyczenie. Zachowała oczywiście formę oficjalną, co w tym języku było wyraźnie rozróżnialne (nie to, co w angielskim);
who are you, again?
-
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Maelle jednak nei była dzieckiem i miał nadzieję, że obędzie się też bez brokatu i diademów. Ale został tu wysłany na rozkaz Salvatore, więc jeśli chciała się go pozbyć, to jedyną opcją, aby to zrobić, była rozmowa z mężczyzną. Zawsze mogła spróbować dostać się do niego przez żonę, bo ta była bardziej dostępna społecznie. Cokolwiek jednak nie zrobi, do tego czasu i ostatecznej decyzji była na niego skazana.
Przekrzywił lekko głowę w bok, wysłuchując jej pytania. Policja. Aby ona była pierwszym człowiekiem, który wzywał na niego policję, to może jeszcze by się przejął. Wiedział jednak jak działać, czego unikać i jak sprzątać po sobie, aby osoba, która zgłasza zagrożenie wyszła na…
— Kim jest foliara? — spytał, pierwszy raz spotykając się z tym dziwnym określeniem.
Damon szybko się uczył i jak na niego, to i tak dobrze funkcjonował w tym nowoczesnym świecie. Nie było jednak tajemnicą, że on to nie znał wszystkich tych modnych określeń i często coś brzmiało dla niego jak wyrwane z jakiejś książki fantasy. Albo było po prostu wymyślone. — W każdym razie, możesz spróbować — powiedział luźno, dając jej taką opcję.
I tak nie pozbyłaby się go na zbyt długo, bo znajdowałby się obok przez cały czas. W cieniu tak długo, dopóki znowu nie zostałaby sama. Nawet policji nie ufał, bo jak wiadomo, część była skorumpowana i wystarczył tylko jeden, aby przekazać wiadomość dalej. Domyślał się, że ktokolwiek dorwał jej rodziców i chciał dorwać ją, nie był zwykłym rzezimieszkiem, tylko człowiekiem z wieloma koneksjami.
Jak dla niego, to nie musieli się lubić, ale musieli współpracować. On już wiedział o niej wiele. Wiedział ile miała lat, jak się nazywała, kim byli jej rodzice, gdzie uczęszczała na uczelnie, gdzie chodziła w wolnym czasie, czym się interesowała, jakich miała znajomych, bo ich także już prześwietlił. Musiał o niej wiedzieć jak najwięcej, zdobycie informacji o zwykłej dziewczynie nie było trudne. I wiedział, że druga strona, która się nią interesowała, też to wiedziała.
Brew mu drgnęła wyżej w pewnej oznace zaskoczenia, kiedy usłyszał zapytanie z jej strony w ojczystym języku. W sumie nie do końca, bo mimo, że na Północy także korzystało się z języka koreańskiego, to jednak przez podziały polityczne i kulturowe, w jego części państwa wykształciły się znaczne różnice w dialekcie, słownictwa i wymowy.
Ale Damon znał nie tylko Północną wersję. Południowej też się uczył, wraz z językiem angielskim, w swoim pokoju, w szczelnym ukryciu przed wzrokiem z zewnątrz.
— Mówisz po koreańsku? — spytał po koreańsku, bo o tym nie było w jej aktach. Tam raczej nie wpisywali, że ktoś ma fazę na kpop czy koreańskie seriale. Niemniej to była ważna i ciekawa, dodatkowa informacja. — Mów mi Damon — dodał sucho.
Nie zamierzał przedstawiać się swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem, bo dawno temu się ich zwyczajnie wyrzekł. Nie wracał do nich, nie utożsamiał się z tamtymi danymi. „Damon” było jego tożsamością, którą wykreował przez lata i była wszystkim, czego potrzebował.
— Czym jeszcze zaskakujesz? Szydełkujesz? — A może wie jak przeładować broń, bo to byłoby bardzo pomocne i nie musiałby jej uczyć. Bo zamierzał przekazać jej pewne rzeczy, które mogłyby uratować jej życie w kryzysowych momentach. — Wiem, że bronić się nie umiesz, ale zażarcie walczysz. — W końcu skopała go w jaja, a to bolało. No i nie poddawała się do samego końca, a to się ceniło. Tylko była nieco zbyt chaotyczna, aby jej działania przyniosły oczekiwany skutek. — Trzeba będzie cię nauczyć kilku rzeczy. Dobrze jeśli będziesz nosić przy sobie też coś, czym będziesz mogła się bronić. — Bo jej życie właśnie się zmieniało. W zasadzie zmieniło się w dniu śmierci rodziców i teraz musiała się zaadaptować.
Maelle Lennox