30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Żaden dystans, który między nimi tworzyła nigdy nie dotyczył bezpośrednio ich relacji. Nie był wymierzony w niego, nie stanowił kary ani próby odsunięcia go od siebie. Był jedynie konsekwencją konkretnej sytuacji, odpowiedzią na emocje, z którymi nie potrafiła poradzić sobie od razu. Po prostu taka była. Każdy człowiek reagował na silne emocje inaczej. Jedni podnosili głos, inni zamykali się w sobie, jeszcze inni uciekali w żarty albo milczenie. Dla niej dystans był formą rozładowania napięcia i odzyskania kontroli nad samą sobą zanim pozwoliłaby, by strach przemówił głośniej niż rozsądek.
Rozumiała jego wizję, potrzebę doprowadzenia sprawy z Carbonem do końca w pojedynkę, tak jak działał od samego początku. Wiedziała, że za tą decyzją nie kryła się potrzeba kontroli ani brak wiary w jej możliwości. On z kolei na pewno zdawał sobie sprawę równie dobrze jak ona, że gdyby została na miejscu, nie zamknęłaby się we własnych czterech ścianach. Nawet gdyby ją o to błagał, nie byłaby w stanie siedzieć bezczynnie. Nie potrafiłaby nie być krok za nim, nie obserwować, nie próbować reagować, gdyby sytuacja wymagała działania.
Tak jak on ufał, że poradzi sobie bez niego, tak samo ona ufała jemu. Problem polegał na tym, że w tej jednej kwestii zaufanie nigdy nie osiągało pełnych stu procent. Zawsze pozostawał ten niewielki, niemal niewidoczny ułamek niepewności. Mikroskopijna część, która uparcie przypominała, że jej miejsce powinno znajdować się dokładnie tam, gdzie jego - u boku tego drugiego. Nie dwie godziny drogi dalej, nie za lasem, nie w domku ukrytym pośrodku niczego. O b o k.
- Chcę, żebyśmy oboje byli wolni - poprawiła go niemal natychmiast, wchodząc mu w słowo nim zdążył rozwinąć myśl. Dla niej wolność nigdy nie była czymś indywidualnym. Nie polegała na samotnym ratowaniu samej siebie. Zaczynała się tam, gdzie ich życia nadal biegły w tym samym kierunku, a przyszłość, o której rozmawiali od kilku dni nie rozdzielała ich nawet na chwilę.
Westchnęła ciężko, nie potrafiąc pozbyć się palącego uczucia bezsilności, które od momentu tej rozmowy rozlewało się po całym jej ciele. Dopiero po kilku długich, ciągnących się w nieskończoność sekundach uniosła wzrok i spojrzała na niego, by jeszcze chwilę później wprawić nogi w ruch, pokonując dzielący ich dystans. Kiedy znalazła się tuż przed nim, jej dłonie objęły go mocno w pasie, przyciągając własne ciało do jego tak blisko, jak tylko było to możliwe.
- Nie dajesz mi wyboru i nie pozwalasz zostać w tyle jako wsparcie - wyszeptała cicho, odganiając szybkim mruganiem łzy zbierające się w kącikach oczu. Nie pojawiały się z powodu smutku, były wyłącznie efektem paniki, która coraz śmielej rozgaszczała się w jej wnętrzu. - Jeśli cokolwiek ci się stanie, n i g d y sobie tego nie wybaczę. Ja też chcę mieć pewność, że będziesz bezpieczny. Jak mam nie zwariować, siedząc zamknięta w tym domku, kiedy dotarcie do Toronto zajmie mi dwie godziny? - wciąż stała wtulona w niego, jakby sam ten gest miał powstrzymać rzeczy, których obawiała się najbardziej.
Nie chciała go puszczać. Nie chciała pozwolić mu odsunąć się nawet o kilka centymetrów. Nie teraz, kiedy każda minuta spędzona obok niego wydawała się jednocześnie bezcenna i niebezpiecznie krótka.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Skłamał w swoim życiu wiele razy. Ktoś mógłby powiedzieć, że zbyt wiele.
Czasem, choć rzadko, miał ku temu obiektywnie szlachetne pobudki. Białe kłamstewka pomagały mu kontynuować swoją pracę gdy rodzina ofiar zaczynała ją zdecydowanie utrudniać. Czasem dawały mu to, czego potrzebował od technika bądź laboratorium, zapewniając ich o wypełnionej papierologii, która jeszcze nie tknęła nawet jego biurka. Łagodziły konflikty powstałe zarówno w jak i poza jego pracą.
Zwykle robił to by chronić samego siebie.
By wypełniać te polecenia, które nigdy nie mogły zostać udokumentowane. W jego oczach była różnica między przemilczeniem a powiedzeniem nieprawdy, zwykłym niedopowiedzeniem a rzuconym bezczelnie oszustwem. W tych wszystkich kategoriach się obracał, posługując każdą z tych rzeczy byle osiągać to, co musiał osiągnąć - niezależnie od tego jakimi sposobami się pałał.
Czasem jednak kłamał by chronić coś innego. Kogoś innego.
I zwykle tego rodzaju kłamstwa były tymi, które uważał za całkowicie wartościowe. W żaden sposób nie uginały jego kręgosłupa kolejnym ciężarem, nie spędzały mu snu z powiek - uważał je za potrzebne, racjonalne, nawet jeśli druga osoba nie zgadzałaby się z jego osądem, gdyby miała do niego dostęp.
Zwykle.
Każde załamanie przebłyskujące w jej mimice odbijało się tym samym, intensywnym ukłuciem gdzieś w jego klatce piersiowej. Każdy krok, który mimo wszystko kierowała w jego stronę obchodząc samochód, przybliżał go do dławiącego uczucia szponów zaciskających się na jego trzewiach, tak znajomego jakby się z nim, kurwa, urodził.
Nie spostrzegł gdy wyszedł jej naprzeciw, spotykając się gdzieś po drodze - ani po jednej stronie samochodu, ani po drugiej. W blasku różowego światła wschodu widział szklaną powierzchnię piwnych tęczówek, widział subtelne drżenie jej wargi, objawiające się zawahaniem w głosie.
Pragnął odjąć jej wszystkie zmartwienia, wszystkie troski, wszystkie wątpliwości, które teraz rozdzierały ją od środka.
Nawet, jeśli wszystko to miało być wyłącznie kolejnym kłamstwem.
- Nic mi nie będzie, Margo - wyrzucił natychmiast, ale zrobił to ciszej niż wypowiadał poprzednie słowa. Z dziurą ziejącą w miejscu, w którym powinno tkwić bijące dla niej serce, oplótł ją ramionami przyciągając bliżej siebie. - Carbone mi ufa. Wie, że zrobię to, czego ode mnie chce, ale nie chcę dawać mu możliwości zrobienia czegokolwiek dla samego sprawdzenia mojej reakcji.
Jego podbródek wsparł się na kobiecej głowie, jedna ręka przesunęła wzdłuż pleców, docierając do gęstych, kręconych włosów. Wplótł w nie palce, gładząc ich powierzchnię i wymykając plączącym się kosmykom, które nigdy nie pozostawały ułożone zbyt długo.
- To kwestia doprowadzenia tej sprawy do końca, niczego więcej. - kłamstwa płynęły z jego języka prosto z miejsca, w którym, w jakiś obłędny sposób, potrafił w nie wierzyć. Ponieważ czy nie były wyłącznie niedomówieniami?
Czy nie były wypowiedziane dla jej dobra?
Czy nie były tylko tym, co musiała usłyszeć, żeby móc wypuścić go z ramion i wyjechać z Toronto?
- Wrócę do ciebie gdy będzie po wszystkim - dodał, ignorując natrętną świadomość, że nawet, gdyby w przyszłości było jakieś po wszystkim, nienawiść w sercu kobiety nigdy nie pozwoliłaby mu się zbliżyć - nie tak blisko, jak stał teraz. - Obiecuję.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ufała mu bezgranicznie. Pomimo wszystkich kłamstw, pomimo każdej historii urwanej w połowie, każdego szczegółu, którego nie chciał jej zdradzić i każdej rozmowy, którą kończył zanim zdążyła zadać wszystkie pytania - w c i ą ż potrafiła mu zaufać. Właśnie dlatego tak długo była w stanie akceptować jego tajemnice.
Tym razem jednak coś było inaczej. Tym razem miała wrażenie, że jego słowa są tylko słowami, że za nimi kryje się coś jeszcze. Kolejny fragment prawdy, którego uporczywie nie chciał przed nią odsłonić. Jakby sam fakt, że mogłaby go poznać, mógł wszystko zniszczyć. Jakby obawiał się, że kiedy usłyszy to na głos, nie będzie już potrafiła patrzeć na niego w ten sam sposób.
Umarłaby, gdyby okazało się, że zawiódł jej zaufanie po raz kolejny, gdyby jakimś cudem udało mu się zmusić ją do wyjazdu i zamknąć w tym cholernym domku, który jeszcze do niedawna kojarzył jej się wyłącznie z czymś dobrym. Z miejscem pełnym światła, wspomnień i spokoju, z pierwszym wyznaniem miłości. Teraz jednak wszystko zaczynało się zmieniać. Obraz tego miejsca tracił swoje kolory, obdzierany z tego, co było w nim piękne. Zamiast bezpieczeństwa wywoływał niepokój, a zamiast tęsknoty opór.
Ze wszystkich miejsc, które mógł wybrać, wysyłał ją właśnie t a m. I to rodziło kolejną myśl, której nie potrafiła zagłuszyć. Tę, która mówiła jej, że ten domek miał stać się klamrą zamykającą pewien rozdział. Jakby wszystko, co zaczęło się właśnie tam - miało również tam dobiec końca. Nie chciała wierzyć w podobne scenariusze, a mimo to pojawiały się same, nieproszone, wciskając się pomiędzy rozsądek a panikę.
Wbrew jego zapewnieniom, że w s z y s t k o będzie dobrze, wbrew temu spokojowi, który próbował jej sprzedać - zamiast zaprzeczyć, skinęła głową. Zamiast powiedzieć nie, wyszeptała cichą zgodę, godząc się z faktem, że cokolwiek teraz powie, nie osiągnie zamierzonego skutku. Że tym razem Rhys był równie uparty jak ona. Wystarczająco, by siłą wsadzić ją do samochodu, gdyby zaszła taka potrzeba, zignorować każdy protest i wysłać ją jak najdalej od Toronto, byle tylko utrzymać ją z dala od wszystkiego, co planował zrobić z Sergio Carbonem.
- Jeśli złamiesz dane mi słowo, nie zaufam ci nigdy więcej, Rhys - dopiero wtedy odsunęła się nieznacznie. Jej dłonie nadal obejmowały go mocno, ale zmieniła pozycję na taką, która pozwalała jej patrzeć mu prosto w oczy. Musiała widzieć jego twarz, każdą reakcję i zawahanie. Zmuszała go tym samym, by również patrzył wyłącznie na nią. - Jeśli mnie tam zostawisz, jeśli odjebiesz jakiś numer, jeśli wrócę i cię nie będzie... wymażę cię ze swojego życia - a właśnie to wbrew sobie przeczuwała.
Nie potrafiła udawać, że ta rozmowa jest wyłącznie prośbą. Nie wierzyła, że chodziło tylko o jej bezpieczeństwo. Dla niej wszystko brzmiało inaczej. Jego słowa i spojrzenie miały dla niej smak pożegnania. Takiego, którego nie chciała przyjąć do wiadomości. Takiego, na które nie zamierzała się godzić, bo nie po to zabrała go tutaj. Nie po to wyrwała go z łóżka o świcie, nie po to przyjechali do jej miejsca.
- Masz mi przysięgnąć, że jutro będziemy razem. G d z i e k o l w i e k - powiedziała cicho, ale stanowczo. Choć wielokrotnie powtarzała mu, że jest w stanie wybaczyć niemal wszystko poza kłamstwem wypowiedzianym prosto w oczy, tym razem nie rzucała pustej groźby. To była ostatnia rzecz jakiej od niego potrzebowała zanim pozwoli mu odejść i zrobić to, co zamierzał zrobić.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doprowadzenie sprawy do końca było pięknym zdaniem opisującym bardzo wiele możliwości.
Tak, jak intuicja podpowiadała jej, że nigdy nie wyjadą wspólnie do Meksyku tak teraz musiała otwierać jej oczy na wszystkie z nich. Na te, które pojawiły się przed nimi na przestrzeni ostatnich tygodni i te, które musiała widzieć na horyzoncie od samego początku.
Wtedy, gdy zapewniał ją, że nie jest dobrym człowiekiem.
Że w ten czy inny sposób z pewnością ją rozczaruje - a to rozczarowanie z biegiem czasu przekształciło się w pęknięcie serca na pół, które jeszcze nie zdawało sobie sprawy ze swojego stanu. Pulsowało, jak blizna, która nie miała jeszcze szansy powstać, ale która istniała już gdzieś tam, w którejś wersji przyszłości, która mogła ich czekać.
Bo nie mogli wylecieć do Meksyku.
Nie mogli porzucić tego wszystkiego i liczyć na łut szczęścia, które nigdy im nie dopisywało. Na to, że Carbone nie ruszy ich śladem. Że nie wymusi jego powrotu poprzez zgarnięcie któregoś z członków jej rodziny. Na to, że nie będzie na nich czekał gdy prędzej czy później będą musieli wrócić.
Wylot był tylko rozwiązaniem tymczasowym - takie, które nakazywało wcisnąć przycisk pauzy na ich życiach, karierach, relacjach z innymi ludźmi.
Był skłonny wcisnąć ten przycisk - był skłonny zrobić w s z y s t k o. Ale nie potrafił zrobić tego jej.
Nie mógł zamknąć jej ze sobą w bańce, w której z czasem miało zacząć brakować powietrza. Wyrwać ze wszystkiego, co wydawało jej się mniej istotne od jego bliskości, od tej toksycznej i upajającej obsesji, którą nazywali splatającym ich ze sobą losem.
- Wiem - szepnął, strzęp prawdy pośród wszystkich wypowiadanych kłamstw - kłamstw, których nigdy nie będzie w stanie mu wybaczyć. Kłamstw, które przekreślą wszystko to, co udało im się zbudować i to, co czekało na nich w przyszłości.
Bilety lotnicze w jedną stronę z dzisiejszą datą, leżące na blacie jego kuchennego stołu. Upragnione wakacje z dala od zgiełku miasta. Zaproszenie na wspólne ferie rodzinne w góry wystosowane przez starego Mercera. Pierścionek z kamieniem w piwnym kolorze, upchnięty w dole jego trzeciej szuflady.
Nic z tych rzeczy nie miało mieć po dzisiaj znaczenia.
- Kocham cię, Margo - odparł, zamiast przyrzeczenia, zamiast kolejnego kłamstwa rzuconego na stek wszystkich pozostałych. Jego dłoń musnęła kobiecy policzek, odgarnęła kosmyk wiecznie niesfornych włosów, przesunęła kciukiem po czerwonych ustach. - Wszystko będzie takie, jakie powinno być.
Nawet, jeśli wraz z jej bezpieczeństwem, będzie musiał pozbawić ją wyboru.
Pozbawić tej możliwości, którą zawsze miała - powrotu, kłótni, uderzenia w jego policzek i zamknięcia mu ust pocałunkiem. Wiedział, że gdyby była obok, nie było mocy na tym świecie, która zdołałaby ją powstrzymać.
A gdyby była obok, zrobiłaby wszystko, by powstrzymać jego.
- Przysięgam, że będziemy razem. - gwóźdź do trumny wybrzmiał z udawaną swobodą w powietrzu gdy jego dłoń zsunęła się w dół, odnalazła jej własną i zacisnęła się lekko w pełnym przekonania geście. - Czy musisz tak dramatyzować? - dodał zaczepnie, szturchając ją lekko, wciąż częściowo oplecioną jego ramieniem. - Z naszej dwójki to wyłącznie ty wpadasz na głupie pomysły, a ja i tak znajduję w sobie boską moc żeby ci ufać.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Za naiwność można było uznać jej wiarę w to, że Meksyk naprawdę stanie się rozwiązaniem wszystkich ich problemów, zamknie sprawę Carbone'a, mimo że ten miał pozostać na wolności już na zawsze.
To właśnie w tej kwestii ich wizje najbardziej się rozmijały. Na co dzień byli niemal zgodni, rozumieli się bez słów i zwykle zmierzali w tym samym kierunku, jednak teraz była to wyłącznie iluzja, którą oboje uparcie podtrzymywali. Rhys przytakiwał wszystkim obrazom przyszłości, które przed nim malowała. Tym, w których zawsze byli razem, bez względu na miejsce i okoliczności. Ona z kolei, choć nigdy nie brakowało jej samoświadomości, ufała każdemu jego zapewnieniu. Wierzyła, gdy mówił, że sobie poradzi. Że jeszcze dzisiaj zakończy wszystkie piętrzące się problemy. Że raz na zawsze uwolni ich od Ventresci i wszystkiego, co od miesięcy zatruwało im życie.
Oboje jednak doskonale wiedzieli, że żadne z tych rozwiązań nie było definitywne. Nawet w najbardziej szalonej wersji przyszłości nie mogło okazać się aż tak proste. A mimo to z uporem karmili się tą samą nadzieją, bo była jedyną rzeczą, która pozwalała im utrzymać się na powierzchni. Podarowywali ją sobie nawzajem, choć każde z osobna przeczuwało, że pod jej cienką warstwą kryło się znacznie więcej lęku niż pewności.
Pokręciła głową, słysząc jego odpowiedź, której nie chciała usłyszeć. W każdej innej chwili podobne słowa wywołałyby na jej twarzy ciepły uśmiech, sięgający samych oczu i rozpalający coś głęboko pod mostkiem. Tym razem jednak jego wyznanie miłości nie było niczym więcej niż próbą odwrócenia jej uwagi. - Takie jak powinno, według ciebie? - odszepnęła z wyraźnym powątpiewaniem.
Być może powinna być twardsza. Zmusić go, by pozwolił jej zostać obok, ale pierwszy raz od bardzo dawna nie miała siły walczyć. Może wyczuwała, że on sam gdzieś w środku się poddawał, a może to ona zaczynała to robić. Być może żadne z nich nie widziało już naprawdę racjonalnego wyjścia z tej sytuacji i mimo wszystkich opowieści o wspólnej przyszłości oboje doskonale zdawali sobie sprawę, jak niewielkie mieli na nią szanse. Życie w bańce własnych wyobrażeń było zwyczajnie łatwiejsze niż zmierzenie się z faktami.
- Tak, muszę - odepchnęła go lekko, odsuwając się o krok, choć ich dłonie wciąż pozostawały splecione. - Po prostu wiem, że odsuwasz mnie na bok, bo zamierzasz zrobić coś, na co nigdy bym się nie zgodziła - nie potrzebowała, żeby zaprzeczał. Znała go wystarczająco dobrze, wyłapywała podobne rzeczy od pierwszych miesięcy ich znajomości. Czasami chodziło o drobiazgi, czasami o decyzje, które mogły odmienić całe życie. Tym razem intuicja była głośniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
- Masz dwa proste zadania. Po prostu strzel pierwszy, jeśli będziesz musiał. Pociągnij za spust i go zabij, jeśli czegokolwiek spróbuje. Nie zastanawiaj się, Rhys - powiedziała cicho, ale stanowczo. Sama zrobiłaby dokładnie to samo. Gdyby stała obok niego i dostrzegła choć cień zawahania po stronie Carbone'a, jej broń wystrzeliłaby bez chwili wahania. - Drugie będzie łatwiejsze, bo robisz to od dawna... nie daj się złapać. Błagam cię, nie pozwól na to - nie podjęła próby podążenia za jego żartem ani rozluźnienia atmosfery.
Zamiast tego wspięła się na palce i złączyła ich usta w długim, t ę s k n y m pocałunku, jakby chciała zatrzymać tę chwilę na dłużej zanim rzeczywistość bezlitośnie upomni się o nich oboje.


Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby tylko było to fabułą jakiegoś pieprzonego filmu.
Mieliby wszystkie rozwiązania na stole. Mogliby wyciąć jego nazwisko z akt i wręczyć teczkę pełną obciążających dowodów w ręce kapitana po to, by wpakować do więzienia jednego mężczyznę. Mogliby sięgnąć po broń i nacisnąć na spust, eliminując go w sposób, w który on eliminował wszystkich swoich przeciwników. Mogliby faktycznie wyjechać, nigdy nie obawiając się nadciągającej zemsty, odnajdując zupełnie inne życie dla siebie w blasku Meksykańskiego słońca.
Ale w tym cholernym świecie żadne z tych rozwiązań nie istniało.
Był zbyt splątany z machiną Ventresci by móc skazać jedną osobę na jej szczycie bez obciążania tym samym siebie. Jego nazwisko figurowało wszędzie, w raportach z różnych wydziałów, jego twarz znali inni policjanci przekupieni przez Carbone'a. Gdyby spróbował wrzucić Sergio do czeluści wymiaru sprawiedliwości, on chwyciłby swoimi pazurami jego kurtkę i pociągnął go za sobą.
Ventresca nie była też jedną osobą. Gdyby któreś z nich zdecydowało się zakończyć to w sposób, w który to się zaczęło, rozlew krwi nie przyniósłby ukojenia. Na jego miejsce pojawiłby się ktoś następny, napędzany zemstą, niechętny do kooperacji. Jak hydra, której głowę miało zastąpić pięć innych.
A Meksyk był wyłącznie chwilową ucieczką, przyciskiem pauzy, gdy przycisk stopu był poza zasięgiem ich palców.
Westchnął, słysząc wszystkie jej zarzuty, na które z pewnością znalazłby argumenty. Z ich dwójki to ona miała talent do robienia rzeczy, których nie pochwalał, to ona działała impulsywnie, bez uprzedniego przemyślenia. To ona pakowała się w kłopoty, podczas gdy on ostatnie lata spędził unikając sprawiedliwości tam, gdzie powinna zostać wymierzona.
Ale nie zamierzał obrażać jej inteligencji.
Wiedział, że to c z u ł a, czuła to od samego początku, jak zmianę ciśnienia przy wjechaniu na wysoki klif, za którą niosła się świadomością tego, że gdzieś na przodzie miał się skończyć.
- I właśnie dlatego chcę, żebyś trzymała się od tego z dala - mruknął, zaciskając mocniej dłoń na jej własnej na wypadek, gdyby i ją chciała wysunąć z jego uścisku. - Nikt nie będzie do nikogo strzelać.
Chociaż zamordowanie go byłoby tak s z y b k i e, tak proste gdyby spojrzeć na nie przez pryzmat ich pielęgnowanej naiwności. Z tyłu głowy oboje wiedzieli, że nie było racjonalnym rozwiązaniem, ale czymże była odrobina fantazji w obliczu tej chorej sytuacji?
- Nic mi nie będzie - dodał, nim wspięła się na palce, pozbawiając go pocałunkiem oddechu - a wraz z nim, tej racjonalności, która wybrzmiewała w jego fałszywych słowach.
Jego palce wyplątały się z uścisku by ująć kobiecą twarz, by przytrzymać ją przy sobie na dłużej, starając się zapamiętać t o. Jej zapach, unoszący się wokół w blasku poranka, wiecznie podrażniający jego zakończenia nerwowe. Falowane włosy niesione wiatrem, uderzające w jego ogolone policzki. Słodki smak ust zdolnych do wypowiadania najbardziej jadowitych słów.
Odsunął się od niej wyłącznie na milimetr - wyłącznie po to, by móc na nią spojrzeć. Na tańczące w jej tęczówkach kolory schowane pod długimi, czarnymi rzęsami. Dwa pieprzyki, rozłożone jak punkty na mapie jej twarzy - twarzy, która wypaliła się pod jego powiekami, którą widział w ciemnościach i we śnie.
- Jesteś dla mnie wszystkim, Margo - wyszeptał, wplatając palce w jej włosy. - Tylko mając pewność, że jesteś bezpieczna, potrafię myśleć trzeźwo.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Patrząc na to z szerszej perspektywy, faktycznie nie istniała żadna możliwość, by zdołali wyplątać się z tego w pełni.
Rhys był powiązany ze zbyt wieloma sprawami dotyczącymi Ventresci, choć przez cały ten czas robił wszystko, by nikt nie był w stanie połączyć go z żadną z nich. Dbał o każdy szczegół, zacierał ślady, nie pozwalał, by ktokolwiek spojrzał zbyt głęboko. To jednak, że nie wiedziała o tym ona, że nie wiedział Evans, kapitan czy nawet Stevenson, nie oznaczało, iż po drugiej stronie brakowało ludzi świadomych interesów, które prowadził poza oficjalnym życiem.
Nie miała na myśli Collinsa, ten był jedynie pionkiem. Człowiekiem łaknącym uznania, zachłannie próbującym stać się kimś ważniejszym niż był w rzeczywistości. Istnieli jednak również ci, którzy pozostawali wysoko ponad nim. Ludzie niewidoczni, tacy, których nazwisk być może nigdy nie poznali, choć oni od dawna znali ich. Macki Ventresci sięgały znacznie dalej i znacznie głębiej niż komukolwiek mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.
Tylko ona nie chciała patrzeć na to w ten sposób. W swojej naiwności kurczowo trzymała się przekonania, że oddanie Morettiego wyrówna rachunki. Że zamknie ten rozdział raz na zawsze. Że skoro Sergio Carbone od miesięcy trzymał ich w garści, oni również mieli w dłoni kartę, która pozwalała zakończyć tę grę. Być może właśnie te kłamstwa, którymi karmiła samą siebie, pozwalały jej jeszcze funkcjonować.
Nigdy wcześniej nie pociągnęła za spust bez wyraźnego powodu. Nigdy nawet nie przemknęła jej przez głowę myśl, że mogłaby to zrobić. Teraz jednak owładnięta potrzebą zemsty i jeszcze silniejszą potrzebą uwolnienia Rhysa z pułapki, w której tkwił od tak dawna, naprawdę tego p r a g n ę ł a. Mroczna część niej samej, o której istnienie nigdy by siebie nie podejrzewała, pierwszy raz dochodziła do głosu z taką siłą. Podpowiadała jej, żeby nie wyjeżdżała, szła krok za nim, weszła do środka chwilę po nim i bez zawahania wycelowała przed siebie. Wiedziała, że nie rozwiązałoby to wszystkich problemów, być może wręcz stworzyłoby kolejne. A mimo to nie potrafiła uciszyć tej myśli, bo przyniosłaby jej coś, czego wcześniej nigdy nie szukała - satysfakcję.
Nie odważyła się jednak powiedzieć mu o tym.
Zamiast tego oddała się pocałunkowi, na kilkadziesiąt sekund przestała wybiegać myślami w przyszłość. - Kocham cię - uśmiechnęła się wreszcie. Nie był to jednak ten beztroski uśmiech, którym zwykle go obdarzała.- Pojadę do tego domku. Napiszesz mi, kiedy wszystko się zacznie i dam ci dwie godziny. Jeśli się nie odezwiesz... wrócę - nie pozwoliła mu odpowiedzieć. Zamknęła jego usta kolejnym pocałunkiem, jakby bała się, że następne słowo zburzy ten kruchy kompromis, na który właśnie się zdobyła.
To było wszystko, na co było ją stać. Jedyna granica, którą była w stanie przesunąć dla niego jeszcze o krok nim ruszyli w drogę powrotną wypełnioną ciszą. Miasto budziło się do życia z każdą kolejną minutą, ulice stopniowo zapełniały się samochodami, a Toronto witało ich tą samą codziennością, od której jeszcze przez kilka godzin próbowali uciec.
Wreszcie rzeczywistość, której tak uparcie nie dopuszczali do siebie przez ostatnie dni, wreszcie ich dogoniła.

koniec


Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”